środa, 20 września 2017

szeregowiec Brajan


Czasy teraz takie niepewne, dlatego wojsko narodowe zbroi się na potęgę. W ramach programu HOMAR kupiliśmy już, lub niedługo kupimy, następujące rodzaje uzbrojenia:
- transporter opancerzony ROSOMAK
- moździerz samobieżny RAK
- bojowy wóz piechoty BORSUK
- czołg LEOPARD
- wóz wsparcia bezpośredniego GEPARD
- wóz wsparcia ogniowego WILK
- opancerzony pojazd rozpoznawczy ŻBIK
- opancerzony pojazd patrolowy ŻUBR
- pojazd minooodporny NIEDŹWIEDŹ
- samolot F-16 JASTRZĄB
- śmigłowiec GŁUSZEC
- platformę jezdną KRAB
- samobieżną haubicę KRYL
- wyrzutnię rakiet LANGUSTA
- dron uderzeniowy PSZCZOŁA

I właściwie wystarczy jeszcze tylko wskrzesić bombowiec ŁOŚ, uzbroić helikopter SOKÓŁ, przebudować skuter OSA, reaktywować okręt ORZEŁ, opancerzyć dostawczak TARPAN oraz bus ŻUK i można już ruszać do boju przeciw niemieckim czołgom TYGRYS i PANTERA, oraz torpedowcom JAGUAR.

Tymczasem głodny jak LEW szeregowiec Brajan, zadłużony w KRUKU po same uszy (bo na jedyną jego i jego żony Andżeli latorośl - córeczkę Dżesikę - nie przysługuje pięćset plus), dzwoni po siano do BOCIANA, a potem stoi w kolejce po promocje z BIEDRONKI, marząc o tym by zjeść KONIA z kopytami, następnie kupuje materiały budowlane w MRÓWCE, popołudniami haruje jak WÓŁ budując własne cztery kąty, a w nocy śpi jak SUSEŁ.

A na szczytach hierarchii zwierzyniec jeszcze większy. Kadra oficerska bawi się jak pijane ZAJĄCE. Generałowie chleją na SĘPA, kaprale wysyłają KOTY po MAŁPKI do ŻABKI, rozkazy wydaje KACZKA, w ministerstwie jest KRET, a na czele resortu stoi BARAN.


20. września 2017, 20:41 DST,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

środa, 24 maja 2017

Festiwal Opole 2017

Krajowy Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu został odwołany, ale TVP nie rezygnuje i mimo wszystko zamierza festiwal zorganizować. Z nieoficjalnych informacji, uzyskanych za pośrednictwem zbliżenia do anonimowego źródła, wyłania się stosunkowo spójny obraz w tej kwestii.

Otóż Festiwal w tym roku odbędzie się nie w Opolu tylko w Opolu Lubelskim, a na scenie nie wystąpią artyści, piosenkarze czy kabareciarze, ale politycy. Poza tym jednak nie będzie większych różnic w stosunku do oryginalnego festiwalu. Nawet SUPERJEDYNKI pozostaną i nadal będą wręczane. Jedyna różnica, że będą to superJedynki na listach wyborczach.

A jak to będzie wyglądało? Ano wchodzi na scenę Prezes TVP ze statuetką, towarzyszy mu Przewodniczący Klubu Poselskiego partii Brawo Niesprawiedliwość z kopertą. Prezes mówi dwa okrągłe zdania, potem Przewodniczący teatralnym ruchem otwiera kopertę, puszcza tajemniczo oko do widowni i ogłasza:
- A SuperJedynkę w wyborach parlamentarnych na liście Komitetu Wyborczego Brawo Niesprawiedliwość w okręgu szczecińsko-kamieńskim otrzymuje... - tu dla suspensu zawiesza na moment głos, a sala skanduje: "Prze-mek!", "Ja-cek!", "Be-a-ta!"
- ... otrzymuje nasz wspaniały kolega, jedyny w swoim rodzaju.... Joachim Czyściński! Wielkie brawa!!!

 Wówczas wyczytany, wśród powszechnych owacji wkracza dziarskim krokiem na scenę, ściska spocone dłonie, pozdrawia zebranych, odbiera statuetkę, a kopertę chowa do kieszeni. Potem podchodzi do mikrofonu i ze łzami w oczach mówi: "To cudowne wyróżnienie odbiera mi mowę. Ale muszę podli... podziękować swoim współpracownikom, bez których nie byłoby tego sukcesu. Chciałbym też pozdrowić swoich rodziców oraz sąsiadkę, panią Marylę z trzeciego piętra w drugiej klatce jedenastopiętrowego mrówkowca na Osiedlu Zgody, która w moich dziecinnych latach, gdy rozbiłem sobie kolano jadąc na trójkołowym rowerze, polała mi ranę jodyną i podarowała na pocieszenie kamień zielony. To wydarzenie ukształtowało mnie jako człowieka i natchnęło do poświęcenia się karierze politycznej, aby służyć ludziom i tak jak pani Maryla mi, tak ja chciałbym sypać na ich rany jodowaną sól... to znaczy tę... no... jodynę. Poza tym chciałbym dodać, że interesuję się ekologią i sportem, a moim największym marzeniem jest pokój na świecie. Dziękuję Państwu!"

I tak przez cały wieczór. W najlepszym czasie antenowym. Bo okręgów wyborczych jest wiele. A kandydatów do pierwszych miejsc na listach wyborczych - jeszcze więcej.

24. maja 2017, 19:21 DST,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

sobota, 6 maja 2017

grill w Biedronce

W Ozimku pod Opolem spłonęła "Biedronka". Do ostatniej kropki. Zwykle w takich przypadkach przyczyną jest zwarcie instalacji albo przypadkowe zaprószenie ognia, ale tutaj okazało się, że było to podpalenie. Początkowo myślałem, że ogień podłożył w akcie zemsty jakiś sfrustrowany klient, dla którego zabrakło węgla drzewnego w długoweekendowej promocji ("Zrób zakupy za min. 49 zł. i okaż kartę Moja Biedronka, a dostaniesz worek gratis. Oferta do wyczerpania zapasów"). Potem jednak okazało się, że nie była to mało wyrafinowana wendetta, ale gość był po prostu kompletnie pijany. I albo przez zamroczenie alkoholowe opacznie zrozumiał do znudzenia emitowaną w TV reklamę z powtarzającą się frazą "grill w Biedronce", albo chciał w tak płomienny sposób przejść do historii.
 

Cóż, z tym przechodzeniem do historii przy pomocy ognia, już i tak w dziejach bywało. Szalony szewc Herostrates w tym celu puścił z dymem jeden z siedmiu cudów świata (świątynię Artemidy w Efezie). Pozbawiony nie tylko piątej, ale nawet trzeciej i drugiej klepki cesarz Neron podpalił najpotężniejsze wówczas miasto globu, czyli Rzym. Ale żeby prowincjonalną "Biedronkę"...? Ani z niej cud (chyba że gospodarczy...), ani potęga (chyba że handlowa...). Widocznie zatem jaka epoka, takie cele ataku. A jaki kraj, tacy piromani...

6. maja 2017, 02:26 DST,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego 

sobota, 8 kwietnia 2017

Joanna Bator - "Rok królika"

"Julia (...) bała się, że jej krzesełko oderwie się od tego zardzewiałego żelastwa i poszybuje nad polami i drogami, aż spadnie w jakimś nieznanym mieście, w obcym mieszkaniu, przy stole zastawionym do rodzinnego obiadu, i Julia Mrok będzie musiała żyć tam jako inna kobieta, specjalistka od telemarketingu albo pielęgniarka"

Rozpoczyna się banalnie. Julia Mrok (nazwisko tak pretensjonalne, że już tylko dla niego mógłbym się zainteresować tą książką) - zbliżająca się do "czterdziestki" pisarka, autorka historycznych romansów, postanawia zniknąć, gdyż jej życie osobiste trochę się skomplikowało. Trudno zresztą żeby było inaczej, skoro ma się dwóch oficjalnych kochanków, którzy nie tylko wiedzą o swoim istnieniu, ale też układ taki akceptują, żyją we troje jak przykładna hippisowska komuna i obydwaj naraz śpią z Julią Mrok w jednym łóżku (ze wszystkimi spania benefitami). Dlatego pisarka pewnego dnia odkreśla swoje dotychczasowe życie grubą kreską, zmienia wygląd i tożsamość (odtąd nazywa się - uwaga! - Anna Karr), po czym wyjeżdża na zawsze z Warszawy, kierując się do Ząbkowic Śląskich. Dlaczego właśnie tam? Otóż przypadkiem Julia vel Anna znajduje w tabloidzie interesujący nagłówek:

"Szok! Królik grozy atakuje. Nawiedzony przez duszę zmarłej właścicielki królik masakruje mieszkańców Ząbkowic Śląskich. Wywiad z pierwszymi ofiarami specjalnie dla czytelników naszej gazety"

Julia Mrok była kolekcjonerką nagłówków z tabloidów (nawiasem mówiąc, jeśli bawiły Was autentyczne nagłówki z "Faktu" czy "Super Ekspresu", to tej książki nie powinniście brać do ręki, bo tam są takie przykłady, że umrzecie ze śmiechu). Królik grozy z ludzką duszą wydaje się jej jednak aż do tego stopnia groteskowy, że Julia już jako Anna uznaje to za znak od losu i decyduje się wyruszyć jego śladem. A na miejscu, w Ząbkowicach, dowiaduje się, że miasteczko "za Niemca" nazywało się Frankenstein. Wówczas nie ma już wątpliwości, że dobrze trafiła. Królik żywiący się ludzkim mięsem, atakujący ludzi w miejscowości o takiej nazwie, która w książce wygląda zresztą ponuro jak robotnicze angielskie suburbia (mi skojarzyła się ze Spinner's End, gdzie wychował się Severus Snape) - wszystko układa się w tak niezwykłą całość, że Julia/Anna wierzy, iż nie trafiła tu przez przypadek.

"Ja utknęłam we Frankenstein, które nie było miastem, lecz chorą przestrzenią pomiędzy życiem i śmiercią, a jedyna woda tutaj wypluwała trupy"

Anna Karr wynajmuje pokój w jedynym hotelu w miasteczku. Hotel ten posiada ledwie kilkanaście pokoi, ale mają one przedziwne numery, zupełnie przypadkowe: dwucyfrowe, jednocyfrowe, jest nawet 333. Wytłumaczenie jest prozaiczne - jakiś czas temu likwidowano miejscowy zakład grawerski i właściciel wyprzedawał za bezcen te numerki, które mu pozostały na stanie. Cała książka jest zresztą pełna takich słodkich absurdów, przypadków których nie wymyśliłby ani Bareja, ani Monty Python, bo takie cuda najlepiej pisze tylko samo życie. Właścicielką hotelu jest niejaka Wiktoria Frankowska, kobieta o dwóch twarzach. Dosłownie, bo wygląda jak Two-Face z komiksów o Batmanie - jedna połowa jej twarzy jest przerażająco zniszczona. Dwoistość natury Wiktorii Frankowskiej widać nie tylko na jej twarzy. Za dnia prowadzi hotel, a nocami - tajemnicze "Spa pod Królikiem" (znów ten królik!), które mieści się w tym samym budynku, w pokoju nr 333 właśnie.

"Wyobraziłam sobie Wiktorię Frankowską w roli bogini o dwóch twarzach, wydającej rozkazy morzom i wiatrom, nagą i rozgniewaną, w połowie gładką, w połowie pokrytą dzikim mięsem, pędzącą przez nieboskłon w karocy zaprzężonej w koty"

Właścicielka hotelu nie jest jedyną osobliwością we Frankenstein. Praktycznie każda spotykana przez Annę Karr osoba jest chodzącym indywiduum. Dziwaczny inspektor policji Gerard Hardy, który prowadzi w Ząbkowicach podejrzane śledztwo. Dziadek Konkursowy, czyli staruszek który wciąż wygrywa w gazetowych krzyżówkach różne tostery i miksery, ale nie ma co z nimi zrobić, bo sam jest bezdomny. Niesamowite bliźniaczki Mariola i Fabiola - nigdy nie wiadomo która jest która, a mówią tak, jakby osoba z rozszczepieniem osobowości rozmawiała sama ze sobą. Osobliwe są też miejsca, jak tajemniczy urząd, w którym każdy przybyły powinien się zarejestrować, ale wciąż tam jest zamknięte. Czy cmentarz, na którym urzędują podejrzani grabarze. Albo mroczna rzeka, która raz do roku wyrzuca na brzeg trupy topielców z ostatnich miesięcy... Niezwykła atmosfera miasteczka pobudza kreatywność Anny Karr, która zaczyna pisać swoją nową powieść. Zaczyna też dostrzegać rzeczy, na które wcześniej nie zwracała uwagi. Na przykład w sałatce coleslaw zauważa brzmienie staropolskiego imienia (phi, ja to dostrzegłem już dawno temu...)

"Gratisowy wuj Kolesław, którego nie lubiłam ani ja, ani mój gość. Połączenie surowej kapusty z majonezem jest równie przypadkowe i nieudane jak co drugie małżeństwo, a jednak wielu ludzi lubi to ohydztwo, bo smakuje znajomo"

Taka jest właśnie ta książka. Niezwykła, dziwna, niełatwa w czytaniu i niełatwa w odbiorze. A jednak tak bardzo wciągająca właśnie tą swoją osobliwością. Trudno ją zaszufladkować, opasać jakimś literackim gatunkiem, poza etykietką z napisem "powieść". Ani to thriller, chociaż pomysł rzeki każdego marca wypluwającej topielców jest godzien pióra Stephena Kinga, a królik grozy w którego wstąpiła dusza zmarłej właścicielki - horrorów klasy Z. Ani to też kryminał, chociaż zniknięcie Julii Mrok wymaga konszachtów z typami spod ciemnej gwiazdy, w tle grasuje jeszcze nieuchwytny "morderca blondynek" (którego sprawę obficie relacjonują tabloidy), a pod koniec książki jest twist godny mistrzów detektywistycznej powieści. Doszukać by się można w książce wielu inspiracji dziełami Davida Lyncha. Cała galeria dziwacznych mieszkańców, z których każdy ma jakiś fizyczny defekt (nie tylko mieszkańców zresztą, przyjezdny inspektor Hardy jest na przykład właścicielem sztucznego oka). Tajemnicza Sandra, wokół której obraca się jeden z głównych wątków, pojawia się jako żywa osoba tylko przez bardzo krótką chwilę, niczym Laura Palmer z kultowego "Twin Peaks" (i tak jak Laura korzysta z cielesnych uroków życia), a potem znika, mimo że cały czas jest obecna w akcji powieści. Wreszcie, w nieodgadnionych bliźniaczkach Marioli i Fabioli, które niczym bracia-strach, niczym nieprzeniknione strażniczki stałości miasteczka Frankenstein pojawiają się zawsze w odpowiedniej chwili i miejscu, ekstrawagancki reżyser by się po prostu zakochał. A jeszcze w kwestii kryminału, szczerze wątpię czy ktokolwiek z Czytelników odgadł przed faktem co tak naprawdę dzieje się w zagadkowym "Spa pod Królikiem". I nie zaspoileruję bardzo jeśli powiem, że nie jest to - a pewnie wielu tak pomyślało - ekskluzywny (ani też perwersyjny) burdel. Bo jako rzekła Wiktoria Frankowska:

"(...) seks to można dostać wszędzie. Oral, anal, pospolite ruchanko, trochę bondydżu, lesbijski duecik, nuda, ziewnęła przesadnie, demonstrując swoje znudzenie tym banalnym zestawem ludzkich uciech".

I właśnie! "Rok królika" czyta się niełatwo również z powodów czysto technicznych. Autorka dość osobliwie traktuje reguły interpunkcji i edytorstwa w zakresie wprowadzania cytatów. A właściwie... w ogóle ich nie wprowadza. Kwestie bohaterów nie zaczynają się od nowej linijki i myślnika. Są pisane jak leci, oddzielane tylko przecinkiem i na początku trudno się połapać gdzie ktoś zaczyna mówić. Jeśli ktoś czytając książki pomija "opisy przyrody", przeskakując od dialogów do dialogów, przez tę powieść nie przebrnie, nie ma mowy.

A jeszcze jedną fascynującą cechą języka Joanny Bator są fenomenalne porównania. Właściwie cała książka jest jednym wielkim, homeryckim porównaniem. Gdyby zrobić statystyczną analizę wyrazów, słowo "jak" ustąpiłoby miejsca chyba tylko spójnikom.

"Wszyscy jesteśmy jak dzieci wznoszące dom z patyków, kamieni, gumy do żucia i skrawków zasłyszanych kłamstw, które powtarzamy tak długo, aż stają się prawdą, a wtedy w jej obronie gotowi jesteśmy nawet do zbrodni albo poświęcenia własnego życia."

Ja właśnie w tych porównaniach się zakochałem. To one są istotą i sercem tej książki. I te egzystencjalne, i te prozaiczne ("Miał na głowie obszyty futrem kaptur i różowe okulary jak warszawski gej, który czyta krytycznie Marksa i marzy o stypendium Fullbrighta"). Porwało mnie to, że przy całym skrajnym braku realizmu tej książki (nie istnieje przecież miasteczko nadziane taką liczbą osobliwych postaci z najdziwniejszymi fizycznymi defektami), zawiera ona tak wiele tak trafnych obserwacji, które materializują się w tych porównaniach.

To najdziwniejsza książka jaką czytałem. I - aż dziwnie to przyznać - jedna z najlepszych.

"Wszyscy nieustannie opowiadają sobie historie swojego życia i wszyscy robią to szyfrem, którego sami nie potrafią złamać. Każda taka opowieść to krzyk o pomoc, lecz rzadko spotyka się właściwego słuchacza, który ma pasujący klucz"

A i tak najważniejszy jest on. Królik grozy.

Joanna Bator "Rok królika"
Kraków, 2016
wydawnictwo Znak
stron: 416
moja ocena: 9/10

(wszystkie cytaty w tekście pochodzą z powyższego wydania książki)

8. kwietnia 2017, 00:36 DST,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

niedziela, 26 marca 2017

na styku kultury i biznesu

Nie wiem czy już widzieliście telewizyjny spot reklamowy, w którym pewna biedronka ryczy niczym dobrze odżywiony lew. Jeśli widzieliście, to nie dajcie się zwieść, że chodzi o jakąś akcję promocyjną z dzikimi zwierzętami. Prawdziwy powód jest o wiele poważniejszy, ale na razie jest ukrywany przed opinią publiczną, aby zminimalizować próby plagiatu ze strony konkurencji. Oficjalnie zostanie to ogłoszone 31.kwietnia w południe. My jednak już dziś uchylamy rąbka tajemnicy...
Otóż "Biedronka" otwiera swoje własne studio filmowe! Z kapitałem zagranicznym. "Biedro-Goldwyn-Mayer" będzie się nazywać i będzie produkować nie tylko wysokiej jakości filmy reklamowe (żeby Allegro w pięty poszło), ale również pełnometrażowe filmy fabularne. Ba, to nie wszystko! Będzie również organizować plebiscyt z nagrodami filmowymi, pod nazwą "Festiwal Niskich Cen". Nagrody - czyli Złote Biedronki - w krótkim czasie przebiją swoją renomą Oscary, Cezary, Złote Palmy, Złote Maliny i Złote - za przeproszeniem - Kaczki. 
Oczyma wyobraźni już widzę pierwszą edycję Festiwalu. Uroczystą galę w Kongresowej prowadzą Adrianna Biedrzyńska i Robert Biedroń. Statuetki wręcza niejaka Adamiakowa, zwycięzców ogłasza nienaganną polszczyzną trener Franciszek Smuda. A oto laureaci w poszczególnych kategoriach:
- kategoria Mleczna Dolina: "Obywatel Milk"
- kategoria Kraina Mięsa: "Midnight Meat Train"
- kategoria Mroźna Kraina: animacja "Frozen"
- kategoria Złota Rybka: animacja "Gdzie jest Nemo?"
- kategoria Swojska Chata: trylogia "Sami Swoi"
- kategoria Green Hills: "Tajemnice Zielonego Królestwa"
- kategoria Plony Natury: "Dzieci Kukurydzy III"
- kategoria Nasze Smaki: seria filmów o Hannibalu Lecterze
- kategoria Tutti: "Ojciec Chrzestny"
- kategoria Piwny Kącik: "Pod Mocnym Aniołem"












23. marca 2017, 23:58 CET,  50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

niedziela, 12 marca 2017

wszystko albo nic

Pierwszy film fabularny o podstawowym mechanizmie neurobiologii już za kilka dni w kinach! W każdej dobrej komedii romantycznej musi być ich dwoje: Ona i On. I tak też jest w tym filmie. Jest Ona: Komórka Nerwowa - dojrzała, świadoma swojej wartości i nieco zaokrąglona. I jest On: Potencjał Czynnościowy - dumny, strzelisty i zawsze gotowy do działania. Zaczyna się też jak zawsze: po przedłużającym się okresie refrakcji oboje są już tak znudzeni, że ciągnie ich ku sobie. Najpierw nieśmiało stymulowany jest jej wzgórek (aksonowy) oraz wypustki (osiowe). A gdy dokomórkowe prądy zaczynają przeważać, wówczas następuje tytułowe "wszystko albo nic". I wtedy oboje idą na całość! Napięcie (elektryczne) rośnie, otwory rozwierają się, błona (komórkowa) daje za wygraną i cząsteczki błyskawicznie napływają do wnętrza. Cały czas działa pompa sodowo-potasowa: w górę i w dół, w górę i w dół, do utraty tchu. Różnica potencjałów maleje, oboje stapiają się w jedno. To już początek tak zwanej iglicy. Wreszcie następuje gigantyczny nadstrzał, a ze względu na duże początkowe stężenia, kationy wciąż napływają do wnętrza komórki. Trwa to stosunkowo (!) szybko i już następuje inaktywacja kanałów, podczas której ponowne pobudzenie Jej jest niemożliwe, a On - czyli potencjał - zanika.











Tytułem wyjaśnienia. Przeczytaliście kolejną wariację "na temat". Tym razem na temat tytułu (bo przecież nie treści) filmu z załączonego zdjęcia, który "na dniach" wchodzi do kin. Wariacje te osuwają się coraz bardziej w absurd, ale mam nadzieję że tę ostatnią docenią chociaż ludzie, którzy gdzieś tam kiedyś uważali na rozszerzonej biologii.

12. marca 2017, 01:52 CET,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

piątek, 24 lutego 2017

drużyna szerszenia

I oto nadszedł ten dzień. Dzień decydującej batalii przeciw największemu wrogowi wolnego ludu Środkowych Ziem. Koloradskij kartofielnyj żuk, znany też jako stonka, musi zostać zgładzony, aby słońce ponownie wzeszło nad tą krainą.

- Przed wyruszeniem w pole należy zebrać drużynę! - oznajmił kierownik ds. zwalczania stonki, pan Bagiński (pseudonim: FRODo, bo pracował w Fabrycznych Rodzinnych Ogródkach Działkowych)
- Masz mój szpadel - powiedział Ara Gorn
- I moją motykę - dodał Lego z Lasu
- I moją fujarę... to znaczy... ten... opryskiwacz - dorzucił Gienek, z racji niskiego wzrostu zwany Krasnoludem


- Znakomicie! - powiedział "FRODo" Bagiński - W walce wspomoże nas również lekka drużyna z Riwen Dal oraz ciężka drużyna z Gądoru, wyposażona w opryskiwacz konny. I pamiętajcie, spłoszony wróg pada na ziemię i udaje martwego. Niech to was jednak nie zwiedzie! Nie bójcie się mroku! Nie lękajcie się stonki! Nie okazujcie litości, bo sami jej nie doświadczycie. Powstańcie, jeźdźcy-lustratorzy! Motyki pójdą w ruch! Grabie pójdą w drzazgi! Dzień szpadla! Dzień wolnej ludzkości pracującej miast i wiosek, nim wzejdzie słońce!

spisał dla potomnych: J.R.R.R.R.R. Totolotkien w księdze "Władca Szerszeni t.1: Drużyna Szerszenia")


(inspiracją dla powstania tej wariacji było dzieło realnie istniejące: "Uwaga! Stonka ziemniaczana" wydane przez PIWR w mrocznych latach PRL-u; poniżej przykładowa strona z tego poradnika)



24. lutego 2017, 00:42 CET,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego