środa, 29 grudnia 2010

podsumowanie roku 2010 (2)

Pod względem fotograficznym mijający rok był do bani, przyzwoitych zdjęć udało mi się wykonać dosłownie kilka. Z tego względu poniższy zestaw to nie jest - jak w poprzednich latach - wybór moich najlepszych fotografii z całego roku, ale zestaw tych zdjęć, które jeszcze można pokazać publicznie bez większego wstydu. Chociaż chwalić też się nie ma czym...













10. Ciepłownia
- przeszkadzają mi te druty z prawej. Ale inaczej się nie dało.














9. Porzeczki















8. Wszystkie kolory lata - to był magiczny wieczór, jedyny taki tego roku. Żeby jeszcze wystarczyło umiejętności, żeby te wszystkie kolory uchwycić...














7. Łuna - a wieczór ten sam...














6. Into the blue
- podobno minimalizm jest aktualnie modny.














5. Droga donikąd - dla takich widoków warto chwalić Pana za narząd wzroku.















4. Garden party
- w klimatach patriotyczno-brytyjskich.














3. Minor earth, major sky
















2. Wodny świat
- powódź, maj/czerwiec 2010; fala kulminacyjna na Odrze w Opolu.














1. Sen nocy letniej


29. grudnia 2010, 22:14 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

wtorek, 28 grudnia 2010

podsumowanie roku 2010 (1)

Tegoroczne podsumowanie mijających dwunastu miesięcy zafunkcjonuje w nieco innej formie niż w poprzednich latach. Na początek subiektywny wybór 10 najlepszych dowcipów roku (a było w czym wybierać!). Wszystkie można znaleźć na nieocenionym portalu JoeMonster.org (nie, twórcy tego serwisu nie płacą mi za reklamę).

10. Nasza babcia była bardzo stara. Tak stara, że gdy umarła, znaleźliśmy w jej torebce zdjęcie Matki Boskiej z dedykacją.

9. Egzamin z chemii. Profesor pyta studenta:
- Jak uzyskujemy siarkę?
- Bierzemy siarkowodór, podgrzewamy, wodór się ulatnia - zostaje siarka.
- Wyśmienicie! Daję panu piątkę, trójka się ulatnia - zostaje dwója.

8. 1. stycznia, Nowy Rok, policjant zatrzymuje auto z młodym człowiekiem za kierownicą. "Wygląda na pijanego" - myśli glina - "Ale nie mam już alkoholomierzy"
- Dmuchaj pan w balon - policjant wyciąga zwykły balonik
Gościu dmucha, gliniarz bierze balonik, wypuszcza powietrze, wącha... Nie czuć alkoholu! Wącha dalej, wypuszczając powietrze na twarz.
- Ciężka ta służba mundurowa - zagaja kierowca
- No... - mruczy policjant, wciąż wdychając powietrze z balonu
- Ja chciałem pójść do wojska, ale nie wzięli - ciągnie facet
- Czemu?
- A, bo... wykryli gruźlicę, płonicę i drożdżaki.

7. Telefon rano:
- Cześć, co robisz?
- Jem śniadanie z żoną i psem, a ty?
- A ja z serem i pomidorem.

6. W hotelu:
- Proszę pana, ten kanał porno to trochę słaby jest.
- To nie jest kanał porno, to monitoring tego hotelu.

5. W restauracji:
- Kelner, kelner!
- Słucham pana.
- Nie odpowiada mi ta zupa.
- A o co pan ją pytał?

4. - Wywieziemy pana na Syberię!
- Za co?!
- Za krąg polarny.

3. Długo się zastanawialiśmy, czego kotu brakuje w organizmie, skoro je folię. W końcu stwierdziliśmy, że rozumu.

2. Zebrał lew wszystkie zwierzaki i zapowiada:
- Dziś zjem najbardziej tchórzliwego.
Na co krzyczy zając:
- Nie pozwolę obrażać dzika!

1. Pod pałacem prezydenckim, koło krzyża, stali ludzie z transparentem: "Nie pozwolimy zapomnieć o mordzie naszego prezydenta!!!". Podchodzi do nich facet i mówi:
- Trudno będzie zapomnieć, bo przecież taka sama morda jest jeszcze w Sejmie.

28. grudnia 2010, 22:05 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

niedziela, 26 grudnia 2010

witaj, Święty Mikołaju!















rys. Marek Klukiewicz /"Angora" nr 52/2010

Po prostu boskie! :D

piątek, 24 grudnia 2010

cicha noc














Taszczymy do domów drzewa iglaste. Składamy należną ofiarę bogom konsumpcjonizmu. Przynosimy z kościoła jakieś Betlejemskie Światło Pokoju. Uznajemy za stosowne wyśmiać nową świecką tradycję, czyli doroczną emisję oficjalnego filmu Świąt Bożego Narodzenia o przygodach małego Kevina. A potem toczymy nierówną bitwę z ośćmi karpia, wręczamy sobie kolorowe paczki, co ma genezę w rzymskich Saturnaliach i przestępujemy z nogi na nogę na Pasterce marząc tylko o tym, żeby wreszcie położyć się do łóżka. I jeszcze łamiemy się niepoświęconym opłatkiem nad poświęconą świecą Caritasu w dniu prastarego pogańskiego święta upamiętniającego jedno z najważniejszych wydarzeń chrześcijaństwa, które miało zresztą miejsce w sercu państwa żydowskiego. Alleluja do potęgi trzeciej. Obrzędowość i symbolika Świąt Bożego Narodzenia to niezwykły tygiel kulturowy i tak totalnie zakręcony galimatias, na widok którego najbardziej ortodoksyjni ideolodzy postmodernizmu złapaliby się za głowy. Ale też program działania, rozpiska zajęć za którą staramy się nadążyć, tracąc siły już na starcie. A wszystko to w złudnym przekonaniu, że odhaczenie wszystkich punktów owej listy zagwarantuje cudowne i niezapomniane święta.

Tak jest. To nie media robią nam przy okazji świąt największą krzywdę, pokazując wielopokoleniowe, roześmiane rodziny, skupione wokół bajecznie kolorowej choinki tudzież piramidki błyszczących sześcianików imitujących prezenty. Największą krzywdę robimy sobie sami, próbując dogonić jeden z niedoścignionych ideałów wspaniałych świąt, który zamieszkał sobie gdzieś w naszej pamięci i ani myśli dać się eksmitować. Prawie każdy z nas ma takie wspomnienie cudownych świąt, czy to z dzieciństwa, czy trochę późniejsze. Wspomnienie, które z biegiem lat jeszcze bardziej idealizujemy i koloryzujemy. Ale nie chodzi o to, aby wręczyć mu komorniczy nakaz z klauzulą natychmiastowej wykonalności. Ważne, żeby nie starać się każdego roku odtwarzać tego ideału atom po atomie, ponieważ skończy się to spektakularną katastrofą. I ważne, żeby świadomie decydować: sianko pod obrusem? kolędy? puste nakrycie? pierwsza gwiazdka? choinka? Aniołek/Gwiazdor/Dzieciątko/Św.Mikołaj? (A może Dziadek Mróz?) Tak albo nie. I dlaczego. Bo inaczej ugrzęźniemy na zawsze w schizofrenicznej rzeczywistości, gdzie pewne obyczaje pielęgnujemy w najdrobniejszych szczegółach, a inne naginamy do granic wytrzymałości, gdyż tak nam z jakiegoś powodu pasuje. Ale tak naprawdę nie mamy pojęcia, po co to wszystko.

Czasami myślę, że chciałbym urodzić się i żyć w czasach, gdy ludzie naprawdę wierzyli, że w noc Bożego Narodzenia zwierzęta mówią ludzkim głosem i bali się wychodzić z domu w przeświadczeniu, że tej nocy duchy i demony przemierzają ziemię. W czasach gdy istniała większa spójność między zachowaniami a tym, co leżało u ich podłoża. Mam wrażenie, że znacznie bardziej pasowałbym do takiego świata.

24. grudnia 2010, 23:11 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

środa, 22 grudnia 2010

Naród Dobra Rada

W całym kraju związkowcy (tfu!) protestują przeciw temu, że hipermarkety niektórych sieci będą 24.grudnia otwarte aż do 17.00. Przed innymi hipermarketami przeróżni "zieloni" i inni młodzi ludzie demonstrują w obronie karpia i domagają się humanitarnego jego traktowania. Przedstawicielka stowarzyszenia "Empatia" idzie jeszcze dalej twierdząc, że w XXI wieku, w tak cywilizowanym kraju jak Polska, nie ma już potrzeby dokonywania rybnej hekatomby przy okazji świąt, gdyż mamy tak wielką różnorodność potraw roślinnych (zatem najlepiej, gdy wszyscy zostaniemy wegetarianami i będzie fajnie, a na końcu założymy komunę hippisowską i będziemy żyć długo i szczęśliwie). Media aż trąbią od głosów oburzenia z powodu "zamachu na demokrację" na Białorusi. A idiotyzmem miesiąca i tak jest kwestia jednego z klubów bodajże w Szczecinie. Otóż właściciel tego klubu ustalił, że będzie wpuszczał do środka kobiety od lat 20, ale mężczyzn dopiero od lat 25 wzwyż. I - uwaga! - pani minister Radziszewska (to ta od równego statusu kobiet, mężczyzn i kosmitów) postanowiła "coś w tej sprawie zrobić". Że to niby dyskryminacja młodszych facetów i trzeba wpłynąć na właściciela, aby obniżył próg.

W innych społeczeństwach też są protesty, demonstracje i setki ludzi, którzy próbują coś narzucić innym. Ale mam wrażenie, że u nas to jest wręcz nagminne. Nie mam pojęcia, co takiego jest w Polakach, że zawsze wszystko wiedzą najlepiej i - co gorsza - wiedzą lepiej od innych, co jest dla nich dobre. Mówimy właścicielom sklepów o której godzinie mają zamykać interes, a ich pracownikom, że mają teraz iść do domów przygotowywać wieczerzę (a może oni chcą pracować jak najdłużej, bo wolą zarobić, albo mają w dupie Wigilię). Mówimy ludziom, co mają jeść podczas wspomnianej wieczerzy i jaką metodą mają zabijać rybę. Mówimy ludziom, jak powinny wyglądać ich święta, co robić należy, jakie zwyczaje pielęgnować się powinno (słowo-klucz) i uświadamiamy ich, że rezygnacja z pisania tradycyjnych kartek, catering zamiast własnoręcznego gotowania tudzież wyjazd na święta na narty do Austrii to sprzeniewierzenie się patriotycznej tradycji i zamach na podstawy państwa polskiego.

I żeby nie ograniczać się tylko do świąt: wiemy lepiej, jakich ludzi powinien wpuszczać do własnego klubu ów właściciel ze Szczecina. Wiemy lepiej, jaki prezydent będzie lepszy dla Białorusinów (chociaż może oni właśnie chcą pana Łukaszenko, dobrze im się z nim żyje, a tylko marginalna grupa matołów odstawia rewolucyjne szopki, aby media na całym świecie mogły kreować obraz Białorusi jako ostatniej dyktatury w tej części świata, gdzie na każdym rogu ulicy stoi Sasza z karabinem). Wiemy lepiej, jaki ustrój polityczny będzie lepszy dla Irakijczyków czy Afgańczyków i wbrew ich woli krzewimy im d***krację ogniem i mieczem. Mówimy Koreańczykom, że nie powinni jeść psów, Japończykom - że nie powinni polować na delfiny, a Hiszpanom, że nie powinni organizować w swoim kraju corridy, bo to wszystko barbarzyńskie zwyczaje. Mówimy ludziom, że papierosy są dla nich niedobre, dopalacze złe, a narkotyki to natchnione dzieło Szatana, zapominając, że każdy dorosły ma swój rozum i potrafi decydować o własnym życiu. Mówimy ludziom jak powinni spędzać czas, jak żyć. Dlaczego? Bo wiemy lepiej od nich, jak będzie dla nich dobrze.

Jest chrześcijańska przypowieść o drzazdze w oku bliźniego i belce w oku własnym. Jest stary tekst Pudelsów: "chcesz zmienić ten świat, to zacznij od siebie". Do przedstawicieli Narodu Dobra Rada niewiele jednak trafia. Atakują uniwersalnym argumentem: "się powinno". Się powinno robić tak i tak, się powinno zabronić, się powinno nakazać. Głosy rozsądku (choćby te w postaci wypowiedzi ichtiologów, że jak karp poleży pół godziny bez wody to mu korona z głowy nie spadnie) odbijają się od nich jak od ściany.

Mam dziką ochotę ubrać koszulkę z napisem "Popieram Aleksandra Łukaszenko!", pójść do Tesco 24. grudnia późnym popołudniem, kupić tam żywą rybę i wynieść ją przed nosem obrońców karpia ze złośliwym uśmiechem i żądzą rybiego mordu wypisaną na twarzy. Ale mi się nie chce. Do wszystkich, którzy wiedzą lepiej od innych, co jest dla nich dobre, mam tylko dwa słowa. Te same, które kiedyś Agnieszka Chylińska skierowała do swoich nauczycieli.

22. grudnia 2010, 18:19 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

poniedziałek, 20 grudnia 2010

precedens

W sobotę podróżowałem TLK do Poznania. Pociąg był punktualny, wbrew zimowej aurze, która w tym roku wypowiedziała wojnę nie tylko kierowcom, ale także kolejarzom i wszystkim naiwnym korzystającym z ich usług. Natomiast w każdym przedziale drugiej klasy siedział komplet ośmiu pasażerów - ostatni raz coś takiego widziałem półtora roku temu, gdy wracałem z Heinekena w Gdyni. Przedwczesne wyjazdy na święta? Bynajmniej. Otóż skład zawierał zaledwie jeden wagon klasy pierwszej i traf chciał, że akurat w nim zepsuło się ogrzewanie, zatem panowała tam niezwykle rześka temperatura +6 stopni Celsjusza. Niezahartowani podróżni, którzy przez własną nieroztropność wykupili bilety na podróż w klasie pierwszej, pospiesznie migrowali do wagonów klasy drugiej, w których - dla odmiany - było gorąco jak w piekle. Zwolennicy sprawiedliwości społecznej (tfu!) byli pewnie zachwyceni tym widokiem: podkrawacone biznesmeny, doktorki i inne krezusy nawykłe do podróży w luksusach, muszą się gnieździć w ośmioosobowych przedziałach z pospólstwem i tłuszczą.

Konduktorzy skwapliwie wypisywali owym imigrantom z wyższych sfer adnotacje na biletach, aby mogli ubiegać się o zwrot pieniędzy z tytułu odbycia podróży w warunkach plebejskich. Przy okazji wywiązywały się ciekawe konwersacje. Byłem świadkiem rozmowy przesiedlonego [P]asażera z [K]onduktorką:
[P]: To co z tą pierwszą klasą?
[K]: Kierownik pociągu mówi, że nie da się tego naprawić.
[P]: A czy jest taka możliwość, żeby na najbliższej stacji wymienić ten wagon pierwszej klasy na inny, ale z działającym ogrzewaniem?
[K]: Wie pan, możliwość jest, ale wszystko zależy od tego, czy tam na stacji będzie stał taki wagon, dostępny i naszego przewoźnika.
[P] (ironicznie): Albo na przykład towarowy...
[K]: Niech pan nie mówi głośno, bo jeszcze tam w dyrekcji usłyszą i dopiero się będzie działo.

W sumie taki precedens nie jest całkowicie nierealny. Jedna z tanich linii lotniczych podjęła niedawno całkiem zaawansowane prace nad wprowadzeniem w samolotach miejsc stojących. Zatem w Tanich Liniach Kolejowych - znając polskie standardy - nie takich rzeczy można się spodziewać. Na dachach wagonów marnuje się przecież tyle bezcennego miejsca...

20. grudnia 2010, 23:31 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

EDIT: Jak informuje nto.pl, w tym samym pociągu TLK jadącym trzy dni później, znaleziono trupa mężczyzny. Zamarzł?

czwartek, 16 grudnia 2010

railway on you...

... czyli w swobodnym tłumaczeniu z języka ponglish: kolej na Ciebie. Akurat w tym tygodniu kolej przyszła na kolejarzy. Pracownicy PKP poczuli się winni galimatiasu, jaki miał miejsce podczas ubiegłego weekendu. Powód chaosu był jednak poważny - najbardziej skomplikowana logistycznie operacja od czasu akcji "Pustynna Burza", czyli coroczna zmiana rozkładu jazdy PKP. Mimo to kolejarze, niezależnie od kierownictwa spółki, wykupili w największych polskich dziennikach miejsca reklamowe i umieścili tam stosowne przeprosiny.

Przeprosiny te prawdopodobnie również sami układali, ponieważ tekst wieńczy gafa roku. "Wyrażamy nadzieję, że mimo ostatnich złych doświadczeń, w podróż do bliskich w nadchodzące święta Bożego Narodzenia wybierzecie się Państwo koleją, a czas spędzony w pociągu będzie chwilą wytchnienia przed spotkaniami w gronie rodziny" - piszą skruszeni kolejarze. Pogrubiony fragment świadczy jednak o tym, że autorzy tekstu uważają, iż spotkania w rodzinnym gronie to jakiś wyjątkowo nieprzyjemny obowiązek. Bo przecież z chwil wytchnienia korzysta się przed wyczerpującymi, niemiłymi zajęciami (lub po nich). Chociaż... Kolejarz to niemal tak, jak lekarz, jak ksiądz - blisko ludzi pracuje, zwierzają mu się, rozumie ich, więc kto, jak nie on, może się pokusić o trafną diagnozę polskiego społeczeństwa. Może i w tej kolejarskiej odezwie jest jakiś głębszy sens.

Wyobraźmy sobie faceta, który podróżuje na święta i ma świadomość, że czekają go trzy dni pełne sztucznego uśmiechania się, marudzenia teściowej, opowieści dziadka o hemoroidach, narzekania babci na strzykające kolano, wrzeszczących bachorów, psa szarpiącego za nogawki, konieczności chwalenia wypieków cioci Zosi, która zmysł kulinarny zamieniła na wieczysty karnet do sanatorium, słuchania kolęd a capella w nowatorskiej interpretacji stryjenki Gieni ("Śrut w nocnej ciszy..."), oraz udawania radości z prezentów, którymi są - jak co roku - skarpety "Made in China", woda po goleniu "Brutal", oraz sweterek w serek. O dwa numery za duży. Przecież dla tego męczennika nawet podróż drezyną na te święta byłaby błogą chwilą wytchnienia i synonimem niebiańskiej rozkoszy. A najlepiej, jakby znowu tory zasypało. Na amen.

16. grudnia 2010, 23:28 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Gniot-Pres-Foto

Gdy nieco ponad rok temu Kuba Wojewódzki grzmiał zza sędziowskiego stolika programu "Mam Talent!", że Polacy mają beznadziejny gust, nie było w tym na pozór bulwersującym stwierdzeniu właściwie nic odkrywczego. Że co? Że nie miał racji? Że Was obraził? Przepraszam bardzo. Mogę z miejsca obalić każdy krążący o Polakach stereotyp, czy to pozytywny, czy negatywny. Że Polacy są mądrzy po szkodzie, że potrafią latać nawet na drzwiach od stodoły (podejrzewam, że Tu-154 M jest technicznie nieco bardziej zaawansowany, a jednak spadł), że potrafią pić wódkę (jestem najbardziej spektakularnym zaprzeczeniem tej tezy), że potrafią tak w ogóle. Mogę obalić każdy, ale nie ten, że Polacy - in general - mają fatalny gust. To nie stereotyp, to niestety prawda.

Żeby nie szukać daleko. Ostatnią edycję wspomnianego "Mam Talent!" wygrywa dziewczynka śpiewająca piosenki starsze niż dąb Bartek, a w międzyczasie ze łzami w oczach zarzekająca się, że za ewentualną wygraną postawi nowy dom ubogim rodzicom. W edycji poprzedniej na podium znaleźli się: sentymentalny akordeonista, który także obficie wylewał łzy podczas występów, oraz Filipińczyk, który na każdym kroku podkreślał, że pieniądze za zwycięstwo pozwolą mu kupić bilet na podróż do Ojczyzny i spełnią marzenie jego córek, które nigdy nie spotkały dziadków. Akurat w tych przypadkach Rodacy wykazują niebezpieczną tendencję do używania emocji tam, gdzie używać ich po prostu nie wolno i może to być pewna okoliczność łagodząca, ale nadal nie usprawiedliwia grzechu głównego, jakim jest nasz koszmarny gust narodowy.

Pewien opolski felietonista opisywał, że gdy w 2009 roku Hertha Mueller otrzymała literacką Nagrodę Nobla, udał się on do pobliskiego EMPiK-u w celu zapoznania się z twórczością pisarki. Od miłego sprzedawcy usłyszał jednak, iż żadnej pozycji noblistki nie ma "na stanie", ewentualnie można sporządzić specjalne zamówienie, bo szkoda miejsca na półkach na książkę, którą kupi jedna czy dwie osoby. Ów felietonista nie omieszkał kąśliwie nadmienić, że rozmowa ze sprzedawcą prowadzona była obok regałów, które aż uginały się pod setkami egzemplarzy "Domu nad rozlewiskiem" tudzież "Zmierzchu". I podobnie jest w innych dziedzinach. Film? Ambitne produkcje często nie wchodzą w ogóle do kin w naszym kraju, gdyż operator potrzebuje mieć wolną salę, aby od świtu do nocy wyświetlana tam była sto czterdziesta siódma część "Piły", ewentualnie rodzima "komedia", w której obowiązkowo występuje ktoś z trójki: Karolak, Kot, Szyc. Muzyka? Każdego roku pojawiają się dwa lub trzy albumy, które są naprawdę warte tego, aby odżałować na nie banknot z królem, co zostawił Polskę murowaną (a teraz w grobie się przewraca), ale niestety nie da się ich w tej murowanej Polsce kupić, bo nawet specjalistyczne sklepy (czy to fizyczne, czy internetowe) nie mają interesu, aby utrzymywać w hurtowniach egzemplarze, które sprzedadzą się w ilościach bardzo detalicznych. Radio? Wystarczy posłuchać którejkolwiek z list przebojów, żeby nabawić się ostrych torsji. Telewizja? Rzut oka na to, co jest na ekranie w prime-time, najlepiej w święta lub weekendy: "megahity" przeplatane powtarzanymi po raz enty Pancernymi, Klossem i Kargulami. Seriale? Dość powiedzieć, że coś, czego jeszcze u nas nie było - ociekająca genialnym, absurdalnym humorem parodia latynoskich telenowel "Grzeszni i bogaci" ostatecznie nie została skierowana do produkcji, ponieważ cztery pilotażowe odcinki dzieliła oglądalnościowa przepaść od badziewia typu "M jak miłość na dobre i złe na Wspólnej".

Świat był bezpieczny, dopóki to kisiło się w naszym lokalnym piekiełku. Ostatnio jednak choroba, którą zdiagnozował Kuba Wojewódzki, rozprzestrzenia się niczym zmutowany wirus świńskiej grypy. Wygląda na to, że zainfekowane nią zostało jury konkursu World Press Photo. Nb. może właśnie dlatego wystawa nagrodzonych fotografii rokrocznie przyciąga w Polsce tak wielu ludzi, bo koszmarnego gustu zbudowanego na tanich emocjach jest w niej pod dostatkiem. Z tego względu oglądam każdą kolejną z coraz większym niesmakiem, a w tym roku chyba sobie zupełnie odpuszczę. W 2009 roku klęsk żywiołowych, katastrof i wojen na świecie nie brakowało, więc o zawartość tegorocznej ekspozycji jestem dziwnie spokojny. Bowiem już od lat przynajmniej 90% nagrodzonych zdjęć to fotografie z tego typu tragicznych wydarzeń. Ruiny, zawalone domy, działania wojenne, dzieci rozdzielone od rodziców, żołnierze bez ręki czy nogi, krew, pot, brud, smród i ubóstwo. Ewentualnie sportowcy, ale najlepiej niepełnosprawni. Słowem: ludzkie dramaty. Czy tylko tym żyje współczesny świat? Oczywiście, że nie i świetnych zdjęć prasowych nie brakuje, o czym przekonuje choćby cotygodniowa kolumna "Prasowe zdjęcia tygodnia" w "Angorze"(polecam!). Laureat World Press Photo 2010 to jednak wciąż sprawdzony schemat: kobiety na dachach domów w Teheranie protestujące przeciw wynikom wyborów prezydenckich. Samo zdjęcie może nawet coś w sobie ma (ale nie aż tyle, żeby zasługiwało na tytuł Fotografii Roku), jednak najbardziej razi podnoszona przy tym patetyczna ideologia: "Fotografia pokazuje początek czegoś, początek ogromnej historii (...) porusza zarówno wizualnie jak i emocjonalnie" (z wypowiedzi Przewodniczącej Jury). Bla, bla, bla. To zresztą jest rak, który trawi również nasz ledwo żywy gust narodowy - przyszywanie do dzieła lukrowanej historyjki, która ma wycisnąć z oczu łzy, szczególnie "gospodyniom domowym" zaczytanym w "gazetach" herbu "Z życia wzięte".

Może wyjaśnienie tego wszystkiego jest o wiele prostsze - może ja po prostu nie znam się na fotografii. Zawsze jednak wśród stosu tych gniotów na World Press Photo znajdę jedną, maksymalnie dwie perły przy których spędzę więcej czasu niż przy pozostałych sześćdziesięciu zdjęciach razem wziętych (chyba dwa lata temu była taka fantastyczna fotografia z chińskiego święta, gdy w powietrze wzlatują setki ogromnych, misternie zdobionych lampionów). I może też nie znam się na sztuce w ogóle. Ale wydaje mi się, iż współcześnie zarówno słowo "sztuka", jak i "znać się" zdewaluowały się do poziomu morza, na którym istnieje tylko kadzenie gustowi masowego odbiorcy kształtowanego przez media, a ów odbiorca ma tą przewagę, że jest w większości. W takiej rzeczywistości nie ma dokonań obiektywnie ambitnych i obiektywnie tandetnych. Jak śpiewał dawno temu Adam Nowak: "Miliony mają rację, reszta przeszkadza". To ja już dłużej nie przeszkadzam. Cześć!

13. grudnia 2010, 23:05 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

piątek, 10 grudnia 2010

in your face

Jeśli szary obywatel odczuwa wyjątkowy absmak (modne słowo!) wobec któregoś z polityków czy innego "powszechnie szanowanego przedstawiciela życia publicznego", może wyrazić to w sposób wizualny jedynie poprzez domalowanie czegoś na plakacie wyborczym. Ewentualnie, jeśli liznął trochę grafiki komputerowej, może pokusić się o ostry fotomontaż i powiesić go w internecie.

Btw, zawsze frapowało mnie, czy poniższe zdjęcie jest prawdziwe, czy "fotoszopowane". Niby Jacques Chirac (bo wydaje mi się, że to on stoi w pierwszym rzędzie dokładnie w środku) jest wysoki, ale żeby pan Kaczyński (którykolwiek z nich to jest) wyglądał przy nim jak mieszkaniec Szuflandii? Jeśli mimo wszystko to prawda i aż taka różnica wzrostu dzieli ich w rzeczywistości, to fotografa należałoby wysłać na ciężkie roboty za to, że ustawił ich obok siebie. W takich sytuacjach bowiem, osoba która ma metr pięćdziesiąt w kapeluszu, wędruje do ostatniego rzędu i jeszcze najlepiej na taboret. Moje wątpliwości budzi ponadto kilka innych elementów tej fotografii, na czele z panem pierwszym z prawej, który wygląda, jak gdyby należał do stałej załogi Star Treka.












Wracając do meritum - przeciętny zjadacz chleba ma cały wachlarz możliwości wyrażenia swojej niechęci do danego VIP-a. Co jednak ma zrobić poczytna opiniotwórcza gazeta lub dziennik? Jak na przykład taka pseudointelektualnie-bogoojczyźniana "Rzeczpospolita" może między wierszami wyrazić swoją pogardę dla osoby premiera Tuska czy prezydenta (not in my name) Komorowskiego? Albo jak kryptopopulistycznie-lewacka "Wyborcza" może podprogowo zmieszać z błotem biskupa, który straszy ogniem piekielnym kobiety decydujące się na zapłodnienie in vitro? Przecież nie dorysuje mu wąsów i brody na fotografii.

Ale jest i na to sposób. I stosują go wszelkie gazety, od lokalnych pisemek po ogólnopolskie periodyki. Hipotezę taką postawiła już dobre kilka lat temu pewna pani doktor, z którą miałem zajęcia na poprzednim kierunku studiów. Otóż, dobiera się wówczas wyjątkowo brzydkie zdjęcie znienawidzonej osoby i właśnie nim ilustruje się rzeczony tekst. Zdjęcie jest oczywiście prawdziwe, w żaden sposób nie retuszowane, ale mimo to wygląda się na nim jak kretyn. A "poszkodowany" przyczepić się nie ma do czego. Takie zrobili - takie wyszło. Przecież w dobie wszechobecnej fotografii każdy z nas został nieraz przypadkowo uchwycony w taki sposób, że prezentuje się na zdjęciu niczym przyjaciel samego diabła (bynajmniej nie wesołego).

Przyznaję - sam wątpiłem w tą hipotezę. Redakcje przechowują w swoich przepastnych archiwach wyjątkowo niefortunne zdjęcia różnych VIP-ów, aby "niewinnie" wykorzystać je dopiero w odpowiedniej chwili? To przecież pachnie niezwykle wysublimowaną spiskową teorią dziejów. Dziś jednak przekonałem się, że pani dr B. miała rację! Bo właśnie dziś wspomniana "Rz" publikuje tekst o Ruchu Autonomii Śląska. Po spektakularnym wyniku tego ugrupowania w wyborach samorządowych, jego lider - dr Jerzy Gorzelik - jest obecny niemal we wszystkich mediach. Jednak tylko "Rz" zamieściła akurat taką jego fotografię, na której wygląda on niczym brat Ędwarda Ąckiego. Dziwny to "przypadek" w obliczu faktu, że w redakcji "Rz" dr Gorzelik awansował ostatnio na podium "tych, których nie lubimy", jako separatysta dążący potajemnie do czwartego rozbioru Polski.

Na szczęście zbliża się karnawał w Wenecji - będzie można chodzić w maskach. A autorowi tytułowego idiomu, którego nazwisko ginie w mrokach dziejów, pozostaje jedynie gratulować daru jasnowidzenia.

10. grudnia 2010, 17:07 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

P.S. Jeśli chcecie bliżej przyjrzeć się tej fotografii z politykami, to powiększcie ją sobie (klikamy lewy przycisk myszki na zdjęciu) - w trosce o własny wzrok. Żeby potem nie było, że nie ostrzegałem.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

jeszcze zima...

Niektórzy mówią, że tegoroczna zima przyszła zbyt wcześnie...















Pokryła śniegiem świat, jaki widzimy na co dzień...















Nawet w mieście zima nie musi się jednak kojarzyć wyłącznie ze śliskimi chodnikami i spóźnionymi autobusami...















... trzeba tylko ruszyć się na działki...















"Jeszcze zima, dym się włóczy
w wielkiej biedzie żyje kot
i po cichu nuci, mruczy:
kiedy wróci trzmiela lot..."
(A.Osiecka)














6. grudnia 2010, 00:59 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

piątek, 3 grudnia 2010

tako rzecze doktor House

Bieżący tydzień to niestety tydzień 'bezhouse'owy". O swoim bezgranicznie pozytywnym uczuciu dla tego serialu pisałem już kilkukrotnie. Gruby brulion byłby potrzebny, aby spisać wszystkie cytaty i wypowiedzi głównego bohatera, które ubóstwiam i pod którymi mógłbym podpisać się rękami i nogami. Na czele z ultranarcystycznym mottem "I should never doubt myself" (1x03, Occam's Razor), w zwięzły sposób wyrażającym przekonanie o własnej wyjątkowości i przewadze intelektualnej nad resztą świata. Gdybym miał jednak wskazać numer 1 w owym zestawieniu, prawdopodobnie postawiłbym na inną wypowiedź kontrowersyjnego medyka.

W czwartym odcinku 3. sezonu ("Lines in the Sand") dr House mówi o swoim kilkunastoletnim pacjencie z zaawansowaną postacią autyzmu w następujący sposób:
"Why would you feel sorry for someone who gets to opt out of the inane courteous formalities, which are utterly meaningless, insincere and therefore degrading. This kid doesn't have to pretend to be interested in your back pain, or your excretions, or your grandma's itchy place. Can you imagne how liberating it would be to live a life free of all the mind-numbing social niceties? I don't pity this kid. I envy him..."

3. grudnia 2010, 18:52 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

poniedziałek, 29 listopada 2010

Leslie Nielsen (1926-2010)













Większość spośród filmów, w których grał, było tak głupich, że po prostu musiały śmieszyć i rozbawiać do łez. Ale - w przeciwieństwie do dzieł typu "Zabójcze Ryjówki" - właśnie o to w nich chodziło. Z tego też powodu był pewnie jednym z najlepiej rozpoznawanych aktorów. Owszem, łatwość przywołania sobie twarzy i nazwiska w masowej wyobraźni nie jest kryterium decydującym o klasie aktora. Ale nie jest nim również typ filmów, w jakich brało się udział. To kamyczek do ogródka tych, którzy uważają, że wybitnym aktorem można zostać jedynie grając wielkie role w hollywoodzkich superprodukcjach do mdłości naładowanych patosem, niczym te wszystkie "Waleczne Serca" i "Gladiatory". Gdyby faktycznie tak było, myślę, że nie tylko ja nie chciałbym mieć z takim kinem nic wspólnego.

1966 - Buster Keaton. 1977 - Charlie Chaplin. 1983 - Louis de Funes. 1992 - Benny Hill. 2010 - Leslie Nielsen - ostatni z Wielkich.

29. listopada 2010, 11:21 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

(fotografia ze strony: http://www.flickriver.com/photos/blinkofaneye/tags/blackandwhite/)

piątek, 26 listopada 2010

Szymon Hołownia - "Bóg. Życie i twórczość"

Pisarski talent Szymona Hołowni adoruję nie od dziś. Niezależnie od tego, czy przejawia się on w książkach o Matce Boskiej Elektrycznej, w wywiadach z ludźmi, których los zaprowadził na granicę życia i śmierci, czy wreszcie w działalności blogowej, gdzie autor komentuje aktualne wydarzenia i stara się na przykład dociec, co leżało u podstaw zachowania faceta, który wtargnął z bronią do biura PiS z zamiarem uwolnienia Ojczyzny od osoby Jarosława Kaczyńskiego. Tematyka książek Hołowni naprawdę nie ma tu nic do rzeczy. Czytałbym jego dzieła prawdopodobnie również wtedy, gdyby pisał o wpływie prądów oceanicznych na pogłowie bydła w Burkina Faso.

"Bóg. Życie i twórczość" to kolejna książka znakomicie kontynuująca charakterystyczny styl publicysty. I mógłbym tu produkować frazesy o poruszaniu z humorem i lekkością trudnych, egzystencjalnych tematów. Mógłbym bredzić o niebanalnych odniesieniach i błyskotliwych porównaniach. Mógłbym wreszcie narzekać, że jednak trochę lepiej czytało mi się poprzednie książki Szymona Hołowni. Jednak w równym stopniu może być to rezultat tego, że najnowsza pozycja porusza bardziej filozoficzno-teologiczne i mniej przyziemne tematy, jak również tego, że schemat narracji oparty na tekście głównym, Poradniku i (Do)Czytaniach nie przypadł mi do gustu tak bardzo, jak choćby konwencja gry planszowej z quizem w "Monopolu na zbawienie". Te moje subiektywne odczucia są jednak bez znaczenia. W istocie bowiem, jedyna opinia na temat tej książki (jak i poprzednich dzieł Autora) na jaką mnie stać, to stwierdzenie, że jest w niej coś, co sprawia, że chce się w pierwszej chwili krzyknąć "Alleluja!!!", obwołać się Wyznawcą, zostawić barkę na brzegu i ruszyć na kolanach w kierunku najbliższego sanktuarium.

Dlaczego "w pierwszej chwili"? Ano dlatego, że największym atutem Szymona Hołowni jest umiejętność subtelnej, ale stanowczej i nieprzejednanej obrony swojego stanowiska i poglądów stanowiących fundament Kościoła Katolickiego, czy - szerzej - chrześcijaństwa. A są one - jak wiadomo - niełatwe, chociaż Autor z pewnością by się ze mną nie zgodził, bo w jego ocenie zależy to od przyjętego punktu widzenia. Trzeba jednak mu oddać, że w jego argumentacji nie ma kompromisów i post-modernistycznego relatywizmu. A to ogromny plus.

I właśnie z tego powodu, książka ta (podobnie jak poprzednie) była dla mnie pasjonującym przedzieraniem się przez gąszcz stwierdzeń, pośród których z jednymi zgadzam się w stu procentach, a co do innych mam wątpliwości, czy w ogóle kiedykolwiek mógłbym uznać je za własne przekonania. Bo prędzej czy później lektura dzieł Hołowni musi postawić przed nami niełatwe pytanie o nasz stosunek do dogmatów i założeń wiary katolickiej. Ja - jak wynika z powyższego - pozostaję pod tym względem w olbrzymim rozkroku, a jest to pozycja cokolwiek niewygodna i narażająca na bardzo bolesny szpagat, gdy obydwa brzegi za bardzo się rozjadą. Stąd też moje odczucia wobec dzieł pana Szymona są wyraźnie ambiwalentne, co nie przeszkadza mi przyznawać, że jest to kawał fantastycznej literackiej i intelektualnej roboty.

I stąd również moje odwieczne obawy, że przy końcu Czasu, jeśli każą mi zająć w tej fundamentalnej kwestii ostateczne stanowisko, to opowiedzenie się po stronie Tego, kogo biografię popełnił właśnie Szymon Hołownia, będzie tylko rezultatem pierwotnego, adaptacyjnego lęku. Niech więc najlepszą recenzją tej książki będzie moje rosnące w trakcie jej lektury przekonanie, że może jednak nie tylko.

Szymon Hołownia "Bóg. Życie i twórczość"
Kraków, 2010
wydawnictwo Znak
stron: 264
moja ocena: 7/10

26. listopada 2010, 22:05 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

piątek, 19 listopada 2010

d***kracja w działaniu

Wybory samorządowe nie bez kozery można nazwać najdobitniejszą egzemplifikacją demokracji... przepraszam - d***kracji (zapomniałem, że wyjątkowo ordynarne wyrazy się wykropkowuje). Gdy bowiem słówko to tłumaczymy dosłownie z greki ("władza ludu" - jeśli ktoś nie pamięta ze szkoły), właśnie przy okazji wyborów samorządowych wszelkie absurdy kompromitujące tą formę ustroju politycznego wyłażą na wierzch niczym robactwo po deszczu.

Otóż to - władza ludu. W tych dniach przekonujemy się, że to nie jest tylko slogan, którym faszeruje się mózgowia uczniów na lekcjach historii i wiedzy o społeczeństwie. Przeglądając już tylko pobieżnie listy kandydatów, których będziemy - tfu! - wybierać pojutrze, okazuje się, że rządzić nami może praktycznie każdy. Tylko w moim rodzinnym mieście - oprócz zawsze najliczniej reprezentowanych środowisk nauczycieli i lekarzy - do rady miejskiej tudzież powiatowej kandydują m.in.: cukiernik, rolnik, trener piłkarski, muzyk metalowy, kobieta-ochroniarz, guru lokalnej sekty religijnej, dziennikarz miejskiej gazety, strażak, czy "Lider Zespołu w Tesco" (cokolwiek to znaczy).

A w Opolu to dopiero są jaja. Jest na przykład taki szerzej nieznany pan, który kandyduje na prezydenta miasta jako kandydat niezależny. Wyróżnia go to, że ma identyczne imię i nazwisko jak powszechnie szanowany poseł Mniejszości Niemieckiej. Myślicie, że robi wszystko, żeby się od owego posła zdystansować? Bynajmniej! On właśnie liczy na to, że przy urnach (wyborczych) sporo osób go z tym posłem pomyli. Szczególnie oczekuje tego od wyborców, którzy na co dzień z polityką nie mają nic wspólnego, co najwyżej słyszeli, że w niedzielę są jakieś wybory, pójdą na nie z przyzwyczajenia, na karcie zobaczą znane nazwisko i zadziała u nich reakcja bezwarunkowa. Dlatego ten sprytny pan wychodzi ze skóry, żeby ludzie nie połapali się, iż na prezydenta Opola kandyduje nie znany poseł, ale szary, nikomu nieznany urzędas. Nie ma własnych plakatów wyborczych (poważnie!), nie organizuje konferencji i spotkań z wyborcami, właściwie nikt nie wie nawet, jak on wygląda. Gdy raz dziennikarze lokalnej gazety chcieli mu zrobić zdjęcie na ulicy, to zasłaniając się aktówką uciekał przed nimi jak w dobrym filmie akcji, aż skrył się w swoim biurze. To prawdopodobnie jedyny taki przypadek na świecie, gdy polityk kandydujący w wyborach unika rozgłosu i chowa się przed elektoratem. Na miejscu tego całego Peryklesa - jeśli on to widzi z zaświatów - ze wstydu utopiłbym się w Styksie.

Poprzeczka jest zatem zawieszona dość wysoko, ale wyzwanie podjął aktualny (i ubiegający się o reelekcję) Prezydent Opola z ramienia jedynie słusznej partii. Otóż zadeklarował on, że w razie zwycięstwa w wyborach, na bazie powstającego Narodowego Centrum Polskiej Piosenki w Opolu utworzona zostanie także Akademia Piosenki. I - uwaga, bo rzadko można oglądać tak spektakularny strzał we własną stopę - pan prezydent chce doprowadzić do tego, że w owej Akademii "zaliczenie ze śpiewu będzie musiał zdobyć każdy młody człowiek studiujący w Opolu". Naprawdę, trudno mi wyobrazić sobie większy akt desperacji niż ogłoszenie czegoś takiego na pięć dni przed wyborami. Cóż, jedyna pociecha w tym, że nie będę już człowiekiem studiującym w momencie następnych lokalnych wyborów, kiedy to zestaw obowiązkowych umiejętności studenta rozszerzy się o klejenie kotylionów w narodowych barwach, rzut jajkiem w narodowca oraz recytowanie z pamięci życiorysu "profesora" Bartoszewskiego.

A moje orędzie na te trudne dla naszego narodu dni jest następujące: jeśli już pójdziecie głosować, zastanówcie się, czy chcecie oddać prawo decydowania o Was ludziom, których często można oskarżyć o wszystko, poza nadmiarem inteligencji...

Howgh!

19. listopada 2010, 22:01 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

czwartek, 11 listopada 2010

patrio(idio)tyzm

Jan Józef Lipski pisał swego czasu, iż istnieją dwa różne patriotyzmy. Te słowa przywołują dziś różni publicyści, dla poparcia tworzonego przez siebie podziału na ludzi, którzy prezentują patriotyzm "otwarty" i ludzi, którzy prezentują patriotyzm "wojujący" (narodowcy, Młodzież Wszechpolska etc.). Bzdura do sześcianu. Nie ma żadnych dwóch patriotyzmów. Jest kontinuum jednej cechy - przywiązania do własnego narodu i ojczyzny, która na tym kontinuum przybiera różne wartości. A to skutkuje różnymi manifestacjami tzw. patriotyzmu.

W szkołach naucza się pięknej regułki, że patriotyzm to postawa cechująca się poszanowaniem dla innych narodów i ich praw, kompletne przeciwieństwo szowinizmu. Idea może ładna, szlachetna, ale nie biorąca pod uwagę ludzkiej natury. Nie od dziś - zaryzykuję stwierdzenie - tzw. patriotyzm ma bliżej do szowinizmu niż do czegokolwiek innego. Ponad sto lat temu Oscar Wilde napisał, że "patriotyzm jest cechą ludzi chorych na nienawiść". Trafił w sedno.

Nieco później, w latach 50. XX wieku, cwany psycholog Muzafer Sherif przeprowadził jeden z najsłynniejszych eksperymentów w dziejach psychologii społecznej. Wybrał się na obóz skautów i podzielił - w przypadkowy sposób - jego uczestników (niewiele różniących się od siebie 12-letnich chłopców) na dwie grupy. Następne kilka dni obydwie grupy spędziły we własnym gronie. W tym czasie wybrały sobie nazwę (Orły i Grzechotniki), ustaliły wewnątrzgrupowe zasady, sporządziły symbole. Później grupy powróciły do obozu, a psycholog oczekiwał, co się wydarzy. Spodziewał się niechęci i rywalizacji, ale pomiędzy uczestnikami wystąpiły tak daleko idące przejawy wrogości, złośliwości i nienawiści, że eksperyment zakończono przed czasem. Podstawowym podłożem tych konfliktów było myślenie, że ci drudzy to są "oni", "tamci", "obcy", czyli "gorsi". Taka jest ludzka natura. Identyfikujemy się z własną grupą, choćby była ona stworzona w oparciu o najbardziej banalne kryterium (np. kolor włosów, preferencje muzyczne etc.). I zwróćcie uwagę, jak wielka wrogość wykształciła się u nastolatków po zaledwie kilku dniach przynależności do stworzonych na poczekaniu grup. Co zatem może wykształcić się na poczuciu odrębności narodowej, do której przywiązane są przecież wielowiekowe zaszłości historyczne, uprzedzenia, różnice kulturowe, religijne, gospodarcze?

Współcześnie młotkiem z napisem "patriotyzm" można przyłożyć każdemu. Pod każdym pozorem. Jestem przeciwnikiem, ba, wrogiem tzw. patriotyzmu, bo dla mnie słowo to nic nie oznacza. Mądrość ludowa głosi, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. Jak można poważnie traktować pojęcie, w którym mieszczą się zarówno bohaterskie oddanie życia na polu bitwy za własny kraj, jak i wykonywanie z kolorowej bibuły koszmarnych biało-czerwonych "kotylionów" zgodnie z zaleceniem WCzc. Pana Prezydenta.

Jedną sprawą jest to, że nie bardzo wiemy, jak obchodzić święta narodowe i łapiemy się każdego, choćby najbardziej absurdalnego, pomysłu. Sporządzić "kotylion", obejrzeć film o "zawikłanej historii Polski" i posłuchać "patriotycznej" (a co to w ogóle znaczy?) muzyki tylko dlatego, że dziś przypada święto narodowe. Można, pewnie, ale ja serdecznie dziękuję, to nie dla mnie. Poważniejszym problemem jest jednak, jak pogodzić przywiązanie do własnego narodu z ułomnością ludzkiej natury, która lubi dzielić świat społeczny na "nas" i "ich". "Ich" czyli tych gorszych. A skoro gorszych, to można ich wygwizdać, wyzwać od neo-faszystów i powiedzieć o sobie z dumą: "Ja jestem większym patriotą od nich".

11. listopada 2010, 18:34 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

P.S. Wyjątkowo proszę, aby w komentarzach pamiętać o prawie Godwina.

wtorek, 9 listopada 2010

27

Brian Jones, Jimi Hendrix, Janis Joplin, Jim Morrison, Kurt Cobain. Co łączy owe persony poza faktem, że wszyscy byli ponadczasowymi artystami? Nie żyją - zgoda, ale najistotniejsze jest to, iż wszyscy opuścili ten ziemski padół mając właśnie 27 lat.

Broń Boże, nie porównuję się tutaj do wyżej wymienionych, bo byłoby to bluźnierstwo wręcz niebywałe, coś na miarę tej anegdotki, w której Janko Muzykant siedzi nad brzegiem rzeki, odrywa liście z gałązki akacji i myśli: "Chopin nie żyje, Mozart nie żyje... Cholera, ja też ostatnio coś kiepsko się czuję...". Zresztą w dziedzinie muzyki i tak mam dębowe ucho. Ba, z jakkolwiek rozumianą sztuką przez troszkę większe "Sz" mam tyle wspólnego, co z sułtanem Brunei. I mam tu na myśli zarówno mój żałosny mariaż z fotografią, jak i próbę napisania "dzieła" literackiego z gatunku "powieść". Na marginesie: chyba tą właśnie próbę w jakiś niezbadany sposób przewidział Tadeusz Konwicki, przyrównując swego czasu działalność pisarską do piłowania trupa.

Niemniej jednak, nawet nie aspirując do Klubu 27, okres mojego życia, który potrwa jeszcze 364 dni, będzie z pewnością należał do wyróżniających się.

Żeby nie być gołosłownym - 8. listopada 2010 był to dziwny dzień, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia: w Białymstoku wpadły na siebie dwa pociągi-cysterny, a kulę ognia widać było podobno nawet na Ukrainie, w Wielkopolsce zderzyło się kilka samochodów, pod Warszawą doszło do strzelaniny na stacji benzynowej, w Gorzowie Wielkopolskim spadł śnieg, a Bronisław Komorowski zalecił Narodowi (w ramach prac ręcznych) wykonywanie na 11. listopada szkaradnych biało-czerwonych "kotylionów" według instrukcji zamieszczonej na prezydenckiej stronie internetowej.

Sporo tych katastrof jak na dzień urodzin przeciętnego kosmity... Anyway, wniosek sprowadza się do stwierdzenia: byle przeżyć ten rok. Potem będzie już z tak zwanej górki. W końcu do emerytury coraz bliżej.

9. listopada 2010, 17:30 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

wtorek, 2 listopada 2010

2 XI















"Hear these words, awake:
Make the most out of your day
For brief is the time, so brief is the time
that we're allowed to stay"



2. listopada 2010, 21:48 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

poniedziałek, 1 listopada 2010

1 XI














"We have all seen the start, and we will all see the end. But what happens in between is all that matters..."



1. listopada 2010, 21:37 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

sobota, 30 października 2010

... eine Kultur!

"W lokalu rozstawiono trzydzieści spreparowanych dyń. Były też konkursy: w rżnięciu dyni oraz na najstraszniejszy strój. Na prawdziwym fotelu dentystycznym siedział kościotrup. Przed wejściem gości witał sarkofag trupa, a wkrótce po rozpoczęciu imprezy wniesiono w trumnie Księcia Ciemności!". To oczywiście prasowa relacja z halloweenowej zabawy. Jednak nie - jak mogłoby się wydawać - gdzieś z serca Stanów Zjednoczonych. Tak bawiono się w Polsce, i to już 9 lat temu, podczas Halloween 2001. Podkreślam lekkie zaskoczenie, bo działo się tak przy całym niesprzyjającym dla tego obrzędu klimacie w naszym umiłowanym kraju.

Zgoda, można uznawać Halloween za apoteozę komercyjnego kiczu i tandety, przejaw dekadencji współczesnej kultury czy nawet obyczaj stricte pogański. Panuje pluralizm opinii i wolność słowa. Paradoksalnie jednak, pluralizm ten często ginie w obliczu jednego z najpopularniejszych argumentów podnoszonych przeciw Halloween w publicznych i prywatnych rozmowach. Na pewno nieraz go słyszeliście; słowa w stylu: "Mamy tyle pięknych polskich tradycji i świąt, nie potrzebujemy przejmować obcych zwyczajów".

Gdyby argumentacji tego rodzaju przyjrzeć się bliżej, okazuje się, że mamy do czynienia z bzdurą piramidalną. Przecież nikt nie ma zamiaru ustanawiać w Polsce Halloween świętem państwowym czy wpisywać tej daty do kalendarza liturgicznego, tym bardziej w miejsce święta Wszystkich Świętych. Ba, przecież nawet Halloween się nie nakłada "datowo" z polskimi Zaduszkami, bo przypada - uwaga, ignoranci! - 31. października, a nie 1. listopada. Czyli nawet logistycznie to nie stanowi problemu. Młody człowiek 31. października przed południem posprząta grób dziadków, potem wskoczy w strój Freddiego Kruegera i pójdzie potańczyć do lokalu obficie udekorowanego dyniami, a 1.listopada znów zamelduje się na cmentarzu w zgodzie z tradycją. Gdzie tu kolizja? Całe to "ohydne, pogańskie święto" sprowadza się ostatecznie do dekoracji w oknach wystawowych czy szkołach, zwiększonej liczby tematycznych imprez w klubach i kinach, oraz nielicznych grupek dzieci próbujących naśladować amerykański "trick or treat". No, chyba, że ktoś uważa, iż te drobiazgi są w stanie wskrzesić na szeroką skalę kult pogański i wykrzewić w narodzie wielowiekową tradycję Zaduszek. Wówczas jednak doradzałbym mu pilną konsultację u specjalisty z zakresu psychiatrii.

Mam jednak wrażenie, że ogromna większość osób posługujących się tym uzasadnieniem, które próbuję rozstrzelać ("Mamy tyle pięknych polskich tradycji...") doskonale zdaje sobie z tego wszystkiego sprawę. A używają tego typu argumentów w zupełnie innym celu. Mając świadomość faktu, że obrzędy "zagraniczne" w żadnym stopniu nie wchodzą w konflikt z rodzimymi uroczystościami, argument taki znakomicie się nadaje do zagłuszenia tego faktu. I podkreślania, że nasza kultura jest jedyną słuszną i wspaniałą, a wszystko, co przychodzi z innych kręgów kulturowych jest niemoralne, złe, pogańskie i świadczy tylko o obyczajowym upadku tego "zgniłego Zachodu". Jak to ma się do tolerancji i wielokulturowości, z którymi na sztandarach szliśmy kilka lat temu w ramiona "jednoczącej się Europy" - nie mam pojęcia. Ale wiem, że już byli w niezbyt odległej historii tacy, co głosili "Ein Reich, ein Volk..."

Aha, jeszcze do wycierających sobie gębę argumentem chrześcijańskim. Zgoda, nikt nie przeczy, że Halloween ma pogańskie korzenie, że wywodzi się z celtyckiej nekrolatrii. Co nie zmienia faktu, że w ultrakatolickiej Irlandii dzień ten jest aktualnie wolnym od pracy świętem państwowym. Amen.

30. października 2010, 17:32 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

poniedziałek, 25 października 2010

ostatni bastion

Stronę główną ONET-u zdobi dziś reportaż o ludziach (płci obojga), którzy dobrowolnie poddali się zabiegowi podwiązania nasieniowodów, aby stracić zdolność płodzenia potomstwa. Jak to zwykle bywa, wypowiadają się lekarze, etycy, prawnicy, ale tekst ilustrowany jest głównie przykładami "zwykłych" ludzi. Np. 23-letni student opowiada o tym, że nie znosi dzieci, wydają mu się wstrętne i jest pewny, że nie chce nigdy w życiu zostać ojcem. A przypadkowa "wpadka" byłaby największą krzywdą, jaką mógłby takiemu dziecku wyrządzić: zniszczone dzieciństwo, brak miłości etc. - stąd zabieg. Wydawało mi się, że to godna uznania, rozważna, odpowiedzialna (także w kontekście tego ewentualnego dziecka) postawa dorosłego przecież faceta. Tymczasem na forum pod tekstem (wiem, że to zlew, ale zawsze o czymś świadczy) jakieś 90% opinii jest dla takiej decyzji krytycznych. I choć nie wszystkie oczywiście brzmią w stylu: "Mózg sobie też podwiąż", "Głowę sobie usuń, bo tak samo ci jest niepotrzebna" czy "Dowalić takim dwa razy większy podatek, to się zastanowią, jak żyć", to faktem jest, iż opisywane zjawisko nie spotyka się raczej w społeczeństwie z uznaniem.

Dlaczego? Nie wiem, nie chcę się teraz nad tym zastanawiać. Może dlatego, że panuje w społeczeństwie niepisana zasada "świętości" dziecka. Można przyznawać się do nie lubienia psów, kotów, emerytów, brazylijskich seriali czy "Teleekspresu", ale powiedzieć, że nie lubi się dzieci wciąż przekracza jakieś społeczne tabu. To chyba jeszcze większa "zbrodnia" niż powiedzieć coś krytycznego o Janie Pawle II.

Jednak to w tej chwili nieistotne. Bardziej mnie martwi, że głosy rozsądku w tej kwestii ("przecież to jest prywatna sprawa tych ludzi") toną w morzu niepochlebnych opinii. A to właśnie jest ich prywatna sprawa! Jedyną wątpliwość, jaką mógłbym skierować do tego przykładowego studenta, to pytanie, czy za jakiś czas (10, 15 lat) nie rozmyśli się. Czy jego spojrzenie na tą sprawę nie zmieni się o 180 stopni? A zabieg wazektomii jest praktycznie nieodwracalny. Ale to jest kompletnie nieistotne. Facet jest dorosły, zdrowy psychicznie, więc - mając świadomość wszelkich konsekwencji - po rozważeniu wszystkich za i przeciw ma prawo podjąć taką decyzję, jaka mu się żywnie podoba. A państwo i społeczeństwo ma obowiązek decyzje dorosłych, odpowiedzialnych ludzi respektować. Tymczasem wciąż pokutuje przeświadczenie, że państwo jest od tego, aby zakazywać robienia różnych rzeczy tylko dlatego, że mogą one być szkodliwe (vide dopalacze) lub dlatego, że za jakiś czas się może komuś "odwidzieć". I jeszcze szantażować "długiem wobec rodziców", "zaciągniętą pożyczką dzieciństwa" czy "powinnością wobec ogółu"...

Na marginesie: nieco inaczej, ale w gruncie rzeczy podobnie postępują instytucje religijne, które przeróżnymi sankcjami ograniczają człowiekowi możliwość zrobienia ze sobą, swoim ciałem, swoim życiem tego, co się mu podoba (i nie krzywdzi innych jednocześnie). Trudno mi zrozumieć, dlaczego już w tym doczesnym życiu mamy tak wielką ochotę do ferowania wyroków, ogłaszania ekskomunik itp. Jeśli świadomy konsekwencji, dorosły człowiek podejmuje taką a nie inną decyzję, to z punktu widzenia moralności, zgodności z fundamentem danej religii, niech tą decyzję osądzi dopiero Bóg po "tamtej stronie".

OK, ale dopóki pozostaje to na poziomie światopoglądu, nie jest jeszcze najgorzej - ostatecznie należeć do tej czy innej wspólnoty religijnej nie jest na razie obowiązkowe. Obowiązkowe natomiast może stać się już niedługo posiadanie dzieci. I to jest prawdziwy problem. Platforma Obywatelska (mieniąca się dumnie partią - uwaga! - liberalną i centroprawicową) oraz PSL wspólnie pracowały (pracują nadal?) nad projektem wprowadzenia czegoś na kształt "bykowego". To taki ekstra podatek, który w podobnej formie obowiązywał już zresztą za socjalizmu. Dotykałby on ludzi (mężczyzn), którzy po przekroczeniu pewnego wieku (np. po 40-tce) nadal pozostają bezdzietni (z własnego wyboru, nie na skutek choroby czy defektów genetycznych).

Gdy po raz pierwszy usłyszałem, że ugrupowania, które mają większość w parlamencie pracują nad taką piramidalną bzdurą, postanowiłem sobie, że w dniu w którym coś takiego wejdzie w życie, rozpocznę procedurę zrzeczenia się obywatelstwa polskiego (uwaga, wojujący narodowcy, zanim zaczniecie mierzyć do mnie z patriotycznego karabinu - obywatelstwo jest formalnym poświadczeniem przynależności do państwa, a nie do narodu). Bo posłowie mogą sobie uchwalać rozmaite idiotyczne przepisy, ale w momencie gdy spróbują regulować najbardziej prywatne sprawy ludzi, ja się z czegoś takiego wypisuję. I nie mam zamiaru identyfikować się z państwem, które wie lepiej od swoich obywateli jak mają żyć i ten swój ideał próbuje im siłą narzucać. Nie chodzi nawet o to, czy podatek taki - gdyby został wprowadzony - dotykałby mnie osobiście (chociaż pewnie dotykałby). To nieistotne, chodzi o zasadę (podobnie jak walczę o prawa palaczy, chociaż w życiu nie zapaliłem papierosa). W tym przypadku - jedną z fundamentalnych. Ostatni bastion wolności.

Zawsze myślałem jednak, że ten pomysł z obywatelstwem to skrajna ostateczność. Że gdyby nawet współcześnie jakaś partia osiągnęła ten kosmiczny poziom kretyństwa, aby próbować wprowadzić podatek od nieposiadania dzieci, to natychmiast spotkałoby się to z silną i zdecydowaną reakcją społeczeństwa. Że ludzie wyszliby na ulice, może nie tak tłumnie jak za pierwszej "Solidarności", ale jasno daliby wybrańcom narodu znak, co o takim czymś myślą. Zdaję sobie sprawę, że gros wpisów na forach internetowych to dzieła trolli i plujących jadem frustratów, ale mimo wszystko po porannej lekturze tego forum na ONET-cie, straciłem nadzieję na ów odzew społeczny.

Cóż, dobrze, że mam kilku znajomych prawników...

25. października 2010, 13:33 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

sobota, 23 października 2010

infamia

Degrengolada tzw. państwa polskiego trwa już od dłuższego czasu, ale to, co dzieje się w ostatnich dniach zwiastuje znaczne przyspieszenie tego procesu. Jeden paranoik zabija szeregowego pracownika (z całym szacunkiem dla śp. Marka Rosiaka) biura poselskiego i cały kraj staje na głowie. A najwięcej zamieszania narobił znaleziony przy owym szaleńcu świstek papieru, na którym - podobno - wypisane były nazwiska osób publicznych. Media huczą, politycy trzęsą się ze strachu, a dowódca BOR-u osobiście proponuje ochronę rzekomo zagrożonym. Zrozumiałbym jeszcze tą panikę, gdyby chodziło o morderstwo ministra albo kogoś tej skali. I gdyby istniały wiarygodne dowody, że zdarzenie to miało faktycznie polityczne podłoże. A tak? Pół świata się z nas po raz kolejny nie śmieje tylko dlatego, że mają tam ciekawsze rzeczy do roboty.

Może jednak przy całej tej okazji nasi politycy wyciągną jakieś wnioski. Może dlatego co niektórzy mają pełne spodnie ze strachu, bo zrozumieli, że nie są już nietykalni. Że za obnoszenie się po mediach ze słowami bez pokrycia, za ignorowanie wyborców, za udawanie wielce zatroskanych o los kraju, trzeba będzie w końcu zapłacić cenę. Że skończą się czasy, gdy społeczeństwo sobie gdzieś tam szemrało, burzyło się po cichu, klęło na politykę u cioci na imieninach, ale do kolejnych wyborów potulnie szło i dopuszczało do koryta te same mordy. Gdy nawet za największe przekręty ich "bohaterom" nic nie groziło, bo obowiązywało przekonanie, że ludzie się pobuntują i im przejdzie, co najwyżej dopiszą wulgaryzmy na plakacie wyborczym, poszczekają w "Szkle kontaktowym" albo ułożą jakiś protest-song. Aż tu nagle, w jesienne, wtorkowe przedpołudnie ten cały piękny, wygodny i przewidywalny świat legł w gruzach. Uciśniony i doprowadzony do skrajności lud podnosi głowę. Przychodzi osobiście, z rewolwerem, aby wystawić rachunek i domaga się płatności natychmiast.

Marzy mi się, aby nasi rozpieszczeni latami dostatku i nieróbstwa politycy poczuli teraz, że wisi nad nimi sporych rozmiarów miecz. Że nie są już bezkarni, że ta przysłowiowa taczka, na której wywoziło się wójta, może mieć znacznie bardziej dotkliwy charakter. Marzy mi się, żeby sprawa tej idiotycznej kartki znalezionej przy Ryszardzie C. została rozdmuchana do granic jakiejś nieprawdopodobnej afery. Żeby posłowie uwierzyli, że jakaś grupa sfrustrowanych obywateli zawiązała tajną organizację i faktycznie wytypowała listę "przedstawicieli narodu", którym w pierwszej kolejności trzeba odstrzelić dupy. Wiem, że to brutalne, ale skoro już mamy tą nieszczęsną d***krację, to może jeszcze kilka trupów otrzeźwiłoby polityków i sprawiłoby, że przypomnieliby sobie, iż bycie posłem, senatorem czy radnym to nie śmianie się ciemnemu narodowi w twarz, ale służba publiczna. Służba, która w przeszłości (odległej) miała taki prestiż, że za wpadki natychmiast podawano się do dymisji, albo wręcz strzelano sobie w łeb. Zresztą, nawet współcześnie bycie politykiem niesie ze sobą znaczne ryzyko - np. w państwach takich jak Rosja czy Włochy, gdzie dla mafii nie ma żadnych granic i jak będzie trzeba, to nawet premiera się "kropnie". Pod tym względem w Polsce, gdzie co najwyżej raz do roku przyjadą pod Sejm górnicy, pokrzyczą i spalą kilka opon, politycy mają się naprawdę jak w raju.

Niestety, nic nie wskazuje na to, by to podnosił głowę wyklęty lud ziemi. Cała panika, jaka ma obecnie miejsce w naszym kraju, jest śmiechu warta i bardzo wiele mówi o poziomie naszej klasy politycznej (fuj!). Ostatecznie, jak ktoś właściwie działał dla Polski, to nie ma się czego bać, prawda? A zdarzenie w Łodzi to zaledwie jednorazowy wybryk szaleńca. I - jeśli już - jego podłoża należałoby raczej szukać w brutalizacji naszej codzienności, a nie we frustracji polityką. Jak napisał na swoim blogu Szymon Hołownia, prawdziwą przyczyną jest wzrastający wokół nas poziom agresji. Agresji skierowanej do każdego napotkanego: oponenta na forum internetowym, zwłaszcza pod wątkiem politycznym ("Ty Żydzie!!!", "Ty ubeku!!!"), innego kierowcy na drodze ("Jak jedziesz, kretynie?!!!"), pasażera w zatłoczonym autobusie ("Co się rozpychasz, pajacu?!!), gościa, który się wbija bez kolejki w urzędzie czy sklepie etc. A współcześnie spiralę przemocy nakręciliśmy tak bardzo, że w pewnym momencie przychodzi do głowy myśl, żeby takiemu oponentowi nie tylko przestawić pięścią nos, ale też przy pomocy rewolweru czy innej broni wysłać go od razu do Krainy Wiecznych Łowów. I tu należy szukać podłoża łódzkiego zabójstwa, a nie z pełnymi ze strachu gaciami wycierać sobie w telewizji gębę "mordem na tle politycznym".

Ale nie zapominaj, polityku. Nie jesteś bezpieczny, wyborca pamięta. Spisane są czyny i rozmowy...

23. października 2010, 17:25 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

czwartek, 21 października 2010

Cain's Offering - "Gather The Faithful"

Kolejny odcinek cyklu "Z mojej płytoteki" rozpocznę ogólną refleksją o ludzkiej naturze. Otóż człowiek ma to do siebie, że lubi tworzyć domysły w stylu "co by było, gdyby...". Na przykład co by było, gdyby połączyły siły dwa najwybitniejsze na skandynawskiej scenie muzycznej zespoły z gatunku progresywnego rocka/power metalu. Czyli oczywiście Stratovarius i Sonata Arctica. Hmm... Voila! Otrzymujemy Cain's Offering.

Projekt ten o dziwnej nazwie jest dziełem jednego z najwybitniejszych gitarzystów młodego pokolenia, twórcy i byłego już niestety lidera Sonaty Arctica - Janiego Liimatainena. Do współpracy zaprosił on samego Timo Kotipelto (dla niezorientowanych - wokalistę legendarnej formacji Stratovarius). Powstałe w ten sposób "supercombo" dodatkowo wspierają basista metalowej kapeli Norther oraz były klawiszowiec - a jakże! - Sonaty Arctica. Tylko gość za perkusją jest w tym towarzystwie mniej rozpoznawalny. Album "Gather The Faithful" ukazał się jesienią ubiegłego roku, w zaledwie kilka miesięcy po ukonstytuowaniu się (uwielbiam to słowo!) formacji.

Łatwo się pisze o takich płytach. Gdyż po prostu nie ma się do czego przyczepić. Liimatainen stworzył dzieło bliskie perfekcji. A Kotpielto zaśpiewał jeszcze lepiej niż na ostatnim stratovariusowym albumie "Polaris". Słucha się tego tak zwanym jednym tchem. Płyta jest dynamiczna, energetyczna, do bólu melodyjna. Aczkolwiek w żadnym stopniu nie można zarzucić jej przesadnej słodkości. Nawet jeden z zaledwie dwóch kawałków, które można by nazwać "balladami" ("Into The Blue"), mimo nostalgicznego początku absolutnie nie grozi cukrzycą. Stylistycznie - co warte podkreślenia - "Gather The Faithful" nieco różni się zarówno od dokonań Stratovariusa jak i Sonaty (może poza "Dawn Of Solace", który z powodzeniem mógłby trafić na którąś z płyt ekipy Kotipelto). Oczywiście, nie może być mowy o jakichś fundamentalnych różnicach w brzmieniu, to są bardzo bliskie sobie rejony, ale trzeba przyznać, że twórcom udało się wykreować trochę inną jakość.

I wreszcie - jak na mój gust - album jest zaskakująco różnorodny. Pierwsze trzy ścieżki wgniatają w ziemię - "More Than Friends" to murowany hit do radia, a w "Oceans Of Regret" po prostu się zakochałem. Potem jest instrumentalny "Gather The Faithful", który momentami przypomina... ścieżkę dźwiękową do filmu "Kevin sam w domu". W "Thorn in my Side" skalą swojego głosu popisuje się Kotipelto, ale fantastycznie wręcz brzmi dopiero rozbudowany "Morpheus in a Masquerade" z wieloma zmianami tempa i melodii. Potem typowym powermetalowym wykopem porywa "Tale Untold". I wreszcie, na pożegnanie, urzekający "Elegantly Broken". Taka balladka z przymrużeniem oka na koniec to z kolei zagrywka w stylu ostatnich płyt Stratovariusa.

"Osierocona" przez Janiego Sonata Arctica mniej więcej w tym samym okresie, gdy ukazało się debiutanckie dzieło Cain's Offering, wydała też swoją płytę ("The Days Of Grays"). Niestety, mimo iż Tony Kakko za mikrofonem stara się jak może, porównanie tych dwóch albumów wypada miażdżąco na niekorzyść Sonaty. Pewnie jestem nieobiektywny, ale uważam "Gather The Faithful" za jedną z najlepszych płyt ostatnich kilkunastu miesięcy. Zanim się ze mną nie zgodzicie, posłuchajcie przynajmniej "Oceans Of Regret". Najlepiej na pełny regulator ;)

Cain's Offering - "Gather The Faithful"
2009, Frontiers Records
ocena: 9,5/10

21. października 2010, 23:10 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

piątek, 15 października 2010

beautifully confined

Olśnienie jest zjawiskiem złośliwym. Archimedesa dopadło w wannie, Marqueza w drodze na urlop, a mnie w środku 17-godzinnego dnia dzielonego pomiędzy pracę i zajęcia. Zatem zamiast wklepywać do Worda kolejny rozdział mojej książki, który dziś mi się pięknie "wyświetlił" w zwojach mózgowych, siedzę bezcelowo przed komputerem, słucham Entwine i sączę popularny napój energetyzujący (ten z czerwonym bykiem). Piję to pierwszy raz w życiu (tak, są jeszcze na świecie tacy ludzie, ale podejrzewam, że to gatunek ginący) i zastanawiam się, jak na mnie zadziała. Spodziewanego pobudzenia na razie niet, za to skutkiem ubocznym wydają się być bezsensowne przemyślenia i idiotyczne dywagacje.

Przykład? Pamiętacie pewnie pierwsze tygodnie po śmierci Jana Pawła II, gdy na cyfrach z daty 2.04.2005 i godziny 21:37 wykonywano rozmaite, skomplikowane operacje matematyczne, dzięki którym w wynikach otrzymywano a to same trzynastki, a to liczbę Bestii, a to jeszcze coś innego. A wszystko to miało służyć udowodnieniu, że "odejście Papieża do domu Ojca" właśnie w tym dniu miało swój głębszy sens i nie było bynajmniej przypadkowe. Ludzie mają niezwykłą predylekcję do takiego żonglowania cyferkami i dopatrywania się metafizyki tam, gdzie jej zwyczajnie nie ma (vide Katyń 1940-2010). Dlatego zdziwiło mnie, że po wtorkowej katastrofie busa pod Nowym Miastem jakiś "Fuck-t" czy "Hiper Ekspress" nie zaszokował opinii publicznej sensacyjną informacją "numerologiczną". Otóż trzy najtragiczniejsze kraksy drogowe w historii Polski są oddzielone od siebie okresami dokładnie szesnastoletnimi!!! Najpierw 1978 rok, gdy dwa autobusy runęły z potężnego mostu w Wilczym Jarze (ależ adekwatna nazwa...) koło Żywca (30 zabitych), potem 1994 rok i wypadek autobusu PKS pod Gdańskiem (32 ofiary), wreszcie 2010 i katastrofa przepełnionego busa (18 zabitych).

Jeden z moich wykładowców zwykł mawiać, że psychologia jest taką nauką, w której każdą pierdołę da się udowodnić. Zmyślnym żonglowaniem cyferkami można jednak udowodnić znacznie więcej. Chociażby to, że w 2026 roku powinno się zachować szczególną ostrożność na drogach. Zwłaszcza w pierwszej dekadzie kwietnia.

Czerwonoskóry Byk nie działa. Zresztą, i tak już bym dzisiaj nic nie napisał. A do jutra natchnienie diabli wezmą...

15. października 2010, 22:23 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

P.S. Studenci! Opłaca się chodzić na wykłady kończące się o barbarzyńskich porach, np. o 20.30. Jest wówczas szansa, że przed budynkiem uczelni zostanie Wam wręczona w nagrodę buteleczka właśnie tego napoju, który w tej chwili na mnie nie działa (a przynajmniej nie tak, jak powinien).

niedziela, 10 października 2010

o jeden most za daleko

Dziś w Polsce obchodzony jest tzw. Dzień Papieski. Dla niezorientowanych - nie oznacza to, że należy masowo spożywać kremówki (tak, jak w "tłusty czwartek" konsumuje się pączki). Przed kościołami zbierane są za to pieniądze na całkiem szczytny cel, ale przy okazji przez media (i wiele kościołów) przetacza się fala wspomnień o Janie Pawle II. A wspomnienia te niestety bardzo często przypominają laurkę obficie inkrustowaną złotem, lukrem i patosem.

Istotnie, był to człowiek nieprzeciętny, niezwykły pod wieloma względami. Więc dlaczego "niestety"? Ano dlatego, że równocześnie z tymi napompowanymi wspomnieniami podkreśla się, że ten człowiek jest wzorem do naśladowania, a każdy chrześcijanin (i nie tylko) powinien starać się kroczyć jego drogą. Dlatego - paradoksalnie - to źle, że polskiego papieża opisuje się jako niedoścignione wcielenie zalet i cnót wszelakich.

Spójrzcie bowiem na wzorzec, według którego jest dziś Jan Paweł II opisywany. Modlił się przez długie godziny każdego dnia, kochał dzieci, kochał starszych, chorych i niepełnosprawnych, niezłomnie stał na straży nawet najsurowszych nakazów religijnych, podziwiał góry, po maturze poszedł na kremówki, a nie się schlać, z godnością przyjmował cierpienie, wpływał na bieg historii, znał 46 języków, jeździł na nartach, czynił cuda... I co się stanie, gdy teraz postawimy tak doszlifowany wzór jakiemuś przeciętnemu panu Zdzichowi Kowalskiemu. Panu Zdzichowi, któremu gmach kościoła jest jakoś nie bardzo po drodze, bachory go denerwują, starsi i niepełnosprawni przeszkadzają, w jakimkolwiek postanowieniu nie wytrwał dłużej niż Michał Wiśniewski w związku małżeńskim, nie potrafi zrozumieć po jaką cholerę ludzie się męczą i włażą na te góry, do świętowania wódeczką okazję znajduje nawet kilka razy w tygodniu, w młodości miał w łóżku więcej dziewczyn niż gwiazda rocka, z języków obcych to najwyżej kilka słów po rusku, byle grypa sprawia, że jest wściekły jak osa, a jedynym cudem, jakiego dokonał jest fakt, że od lat jakoś utrzymuje rodzinę za najniższą krajową. Zatem gdy takiemu panu Zdzichowi postawimy Jana Pawła II za wzór do naśladowania, to nawet jeżeli on ma ochotę coś zmienić w swoim życiu, coś poprawić, to świadomość tego ogromnego dystansu jaki go od papieża dzieli, spadnie mu z hukiem na głowę, zniszczy cały jego zapał, zgasi tą iskierkę pragnienia bycia lepszym. Skończy się na klasycznym "Nie, ja nie dam rady, to za trudne, to niemożliwe". Bo to mniej więcej tak, jak gdyby kursantowi na prawo jazdy na pierwszej lekcji postawić jako wzór Michaela Schumachera.

Cele, jakie wyznaczamy sobie i innym, powinny być skrojone tak, żeby wydawały się możliwe do osiągnięcia w skończonym okresie czasu. Dlatego znacznie lepiej byłoby, gdyby Jana Pawła II nie lukrowano bez opamiętania, ale szukano w jego postaci punktów stycznych z szarym człowiekiem. Gdyby pokazywano też jego słabości (bo z pewnością nie był od nich wolny), kryzysy, upadki. I podkreślano, że mimo to potrafił przezwyciężyć przeszkody, szanować świat i każdego człowieka i osiągnąć tak wiele. Ale nie - usilnie przekształcamy postać papieża w złotego cielca, moralnego supermana, świętość bez skazy. Dlaczego tak się dzieje? Wiem, że to zabrzmi brutalnie, ale może dlatego, iż dla wielu rodaków Karola Wojtyły już nawet sama myśl o zmianie swojego życia, o podjęciu trudności popracowania nad sobą, jest zbyt wielkim wyzwaniem. A tak wyniesie się papieża na ołtarze, będzie się go okadzać, modlić się do niego, przypisywać mu wszelkie atrybuty doskonałości i może dzięki temu się jakąś łaskę w niebiosach wyprosi. A nawet jeśli nie, to przynajmniej samoocena pozostanie na niezłym poziomie.

W kościołach wierni modlą się dziś, "abyśmy potrafili naśladować cnoty Jana Pawła II". Ale jak to robić, jak z każdym kolejnym rokiem eksportujemy (my - Polacy) przykład Karola Wojtyły coraz dalej od rzeczywistości (niedługo okaże się, że nie tylko uzdrawiał na odległość, ale też potrafił lewitować i chodzić po wodzie). Jednym z kilkunastu tytułów papieży jest Pontifex Maximus (Wielki Budowniczy Mostów). Niestety, uporem z jakim próbujemy uczynić z Jana Pawła II nadczłowieka, wszystkie mosty, które on przez dziesięciolecia zbudował, konsekwentnie wysadzamy w powietrze.

10. października 2010, 13:00 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

wtorek, 5 października 2010

papierowy kot

Obiecałem sobie kiedyś nie pisać w tym miejscu o tzw. aktualnych problemach społecznych, politycznych etc., gdyż - jak uczy doświadczenie - ogromna większość z nich to tematy tworzone sztucznie i celowo rozdmuchiwane, aby ukryć przed wzrokiem opinii publicznej coś znacznie poważniejszego. Dla przykładu: w listopadzie ub. roku wszyscy egzaltowali się "epidemią" świńskiej grypy, gdy tymczasem niemalże potajemnie utworzyła się - ze wszystkimi tego konsekwencjami prawnymi - Unia Europejska jako organizm państwowy.

Aktualnie funkcjonują dwa bardzo medialne tematy: "wojna z dopalaczami" oraz partia Janusza Palikota. Moja - jako zdeklarowanego libertarianina - opinia względem dopalaczy jest pewnie oczywista, natomiast do polityki wciąż mam jeszcze trochę zapału. Dlatego postanowiłem zbadać, czy nowa formacja kontrowersyjnego posła to - w założeniach - faktycznie ożywczy powiew na polskiej scenie politycznej. Lubelski poseł na założycielskim kongresie (w Kongresowej - a jakże!) wyszczególnił 15 fundamentalnych dla swojego ugrupowania postulatów. Fundamentalnych? No, to - jak mawiał pewien profesor - przelecimy się po kolei.

1. Zapis wymuszający kadencyjność stanowisk wewnątrzpartyjnych i ograniczenie subwencjonowania partii politycznych. O tym drugim Janusz Korwin-Mikke i prawdziwa prawica mówią już od niemal 20 lat. Co do pierwszego - nie sądzę, żeby wymagało to regulacji. Jak młody polityk wie, że w partii X "leśne dziadki" okupują stołki przez -dziesiąt lat z rzędu, po prostu do takiej partii nie idzie, tylko zapisuje się do ugrupowania, gdzie ma szanse piąć się po szczeblach awansu.

2. Jednomandatowe okręgi wyborcze. Brawo! To jest właściwy cel. Z tym, że Janusz Korwin-Mikke postuluje to już od lat...

3. Likwidacja Senatu, ograniczenie liczby posłów, zniesienie immunitetu poselskiego. Janusz Korwin-Mikke postuluje to już od lat...

4. Rozdział państwa i Kościoła. Janusz Korwin-Mikke... A zresztą rozdział państwa i Kościoła jest zapisany w naszej Konstytucji. Jeśli przyznamy, że ten stan jest naszym postulatem, celem, to automatycznie przyznajemy, że do tej pory rozdział ten nie istniał. Ergo: należałoby postawić dotychczasowe Rządy przed Trybunałem Stanu za nieprzestrzeganie Konstytucji.

5. Środki antykoncepcyjne za darmo. Nie, nie i jeszcze raz nie! Państwo nie jest od tego, żeby cokolwiek dawać komukolwiek "za darmo". Państwo ma się zajmować policją, wojskiem, sądami i ewentualnie drogami publicznymi, a nie zapewniać obywatelom darmowego hamburgera, szklankę mleka w szkołach czy środki antykoncepcyjne.

6. Powrót religii do sfery sacrum, wycofanie religii ze szkół. Postulat słuszny, tylko w obecnych warunkach prawnych praktycznie nie do zrealizowania. Zresztą przypomina podróż z Krakowa do Warszawy przez Honolulu. Bo w tzw. "debacie publicznej" problem sprowadzono do alternatywy: albo jest religia w szkołach albo jej nie ma. A najprostsze rozwiązanie brzmi przecież: sprywatyzować szkolnictwo i problem rozwiąże się sam (szkoła będzie sama decydować, czy w jej murach naucza się religii, czy nie, a wówczas rodzic decyduje, do jakiej szkoły posłać swoje dziecko).

7. Koniec z subwencjonowaniem Kościoła. Kolejny postulat z cyklu: fajne, ale już dawno powinno być zrobione.

8. Zlikwidować fundusz emerytalny Kościoła. Poseł Palikot nie precyzuje, ale mam nadzieję, że z zachowaniem zasady lex retro non agit (prawo nie działa wstecz), czyli: księża, którzy do momentu owej likwidacji wejdą prawnie w stan kapłański, mają wypłacane emerytury na dotychczasowych zasadach. Wówczas jestem za.

9. Oświadczenia (np. o niebyciu karanym, niezaleganiu w podatkach etc.) zamiast zaświadczeń. Słuszne. Ale w naszej krainie radosnej biurokracji należałoby zacząć od zmiany mentalności ludzi. Po obu stronach biurka.

10. Zasada milczącej zgody w decyzjach administracyjnych. A nie lepiej byłoby zlikwidować 90% obecnych przepisów, regulacji i dyrektyw? Wtedy odciążone urzędy pracowałyby szybko i sprawnie. A zgodnie z tym, co proponuje Palikot (jeśli w terminie 90 dni nie ma decyzji administracyjnej, to mogę działać) paradoksalnie czas oczekiwania petenta na decyzję się wydłuży. Bo skoro brak decyzji oznacza automatycznie to samo, co decyzja pozytywna (ma taką samą moc prawną), to z punktu widzenia urzędnika sprawa wygląda następująco: po co wydawać pozytywną decyzję (po tygodniu czy dwóch)? Wystarczy poczekać trzy miesiące i decyzja "wystawi się" sama.

11. Jawność wszystkich dokumentów urzędowych. Za mało konkretów. Co to znaczy "wszystkich"? Z przetargów dla armii, z zakupów dla tajnych służb, dla policji też? Z adresami i danymi kontaktowymi?

12. Równouprawnienie. Taaa, wyrównywanie statusu, wyrównywanie szans... Socjalizm w czystej postaci.

13. Prawa podatkowe, majątkowe etc. dla związków partnerskich. A po diabła? Skoro Kowalski z Iksińską nie chcą wstępować w związek małżeński (albo nie mogą, jeśli rzecz dotyczy Kowalskiego i Iksińskiego), to niech sobie założą spółkę cywilną pod nazwą "małżeństwo Kowalskiego z Iksińską" i już się mogą wspólnie rozliczać, dziedziczyć i co tylko im się podoba.

14. Powszechny dostęp do internetu za darmo. Znowu: nie tędy droga. Zlikwidować idiotyczne przepisy, które utrudniają rozwój przedsiębiorczości, zlikwidować (koniecznie!!!) podatek dochodowy - a dostawcy taniego internetu będą wyrastać jak grzyby po deszczu. I jeszcze będą nam płacić, żebyśmy akurat z ich usług korzystali.

15. Jeden procent budżetu na kulturę. Fikcja. Praktyka pokazuje, że multum osób w kulturze chce działać i chce w nią inwestować. Tylko utrudniają im to rozmaite regulacje prawne. Recepta? Patrz pkt.14 - zlikwidować idiotyczne przepisy.

Media krzyczą z pierwszych stron: "Rewolucja Palikotowa", "Przełom!". Żaden przełom, a jeśli rewolucja, to co najwyżej papierowa. Generalnie trudno to oceniać na tak wczesnym etapie (to tylko postulaty, a nie szczegółowy program wyborczy). Ale nic wielkiego z tego raczej nie będzie. Postulaty Palikota to totalny misz-masz. Większość z tych celów już od lat funkcjonuje w programach partii politycznych (głównie z nurtu konserwatywno-liberalnego, chociaż niektóre - vide pkt.12 - to czysty socjalizm). Niektóre zbyt ogólne, niektóre bardzo konkretne, niektóre pachną demagogią (rozdział Kościoła i państwa). Wniosek? To nie jest żadna spójna organizacja, zbudowana wokół określonej wizji państwa, modelu gospodarki czy stosunków społecznych. Zamiast niej mamy jedynie zbiór chwytliwych dla mas postulatów i grupkę ludzi, którzy na plecach charyzmatycznego lidera chcą się dorwać do władzy.

5. października 2010, 18:04 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

P.S. Jeśli wśród P.T. Czytelników znalazł się jakimś cudem specjalista od prawa cywilnego, proszę o merytoryczne uwagi w zakresie tego tekstu.

piątek, 1 października 2010

przygody lisa Witalisa

Siatkarze - miast z Mistrzostw Świata przywieźć medal koloru dowolnego, ale nie innego niż złoty - wracają z włoskiego turnieju do domu błyskawicznie. Jeszcze długo z wielu gardeł słyszane będą zapewne głosy oburzenia na okropny system rozgrywek, który - po pierwsze - już w drugiej rundzie wrzucił nas do grupy z Brazylią i Bułgarią, a po drugie sprzyjał kombinowaniu i cwaniactwu.

Istotnie - system, który Włosi ułożyli "pod siebie" był (a raczej jest, bo Mistrzostwa nadal trwają) wyjątkowo idiotyczny i jak rzadko dotąd umożliwiał "wybieranie" sobie rywali w kolejnych rundach. Ale system był znany już od miesięcy i - co ważniejsze - jednakowy dla wszystkich. Opłacało się kombinować? To trzeba było kombinować. Serbowie wyszli na mecz z nami, żeby przegrać (bo skutkowało to łatwiejszym rywalem w kolejnej rundzie)? To trzeba było im tym samym odpłacić. A to oszczędzić paru kluczowych graczy, uderzyć kilka razy po autach, "niechcący" raz czy dwa nadepnąć na linię... Wiem, że to nienormalne, żeby jechać na ważne zawody i nie dążyć za wszelką cenę do zwycięstwa. Ale próba ustawienia sobie drabinki, aby była jak najłatwiejsza, wcale nie musi być nagannym moralnie kunktatorstwem, ale przejawem trzeźwości i zdrowego rozsądku. Taki mamy system, to robimy wszystko, żeby jak najlepiej dla nas wykorzystać zastane warunki. Historia zapamięta medalistów, a nie fakt, że ktoś próbował grać czysto i fair, ale przegrał przez niedociągnięcia systemu. Zresztą - nie oszukujmy się - kombinują w sporcie niemal wszyscy i zwykle jest tak, że ci, którzy decydują się trochę pomóc szczęściu, na końcu wygrywają to, co najważniejsze. Tak już niestety jest - nie twierdzę, że to dobrze! - ale próba zmiany tego stanu rzeczy, to jak zawracanie Wisły kijem. Sielski obrazek, gdzie los nagradza tych grających moralnie, nadaje się jedynie do mega-kiczowatego amerykańskiego filmu sportowego. Na pewno to znacie: główny bohater, wcielenie zalet i cnót wszelakich, jest do bólu uczciwy. Za rywali ma odrażające typy, które w dodatku kombinują ile wlezie. I wygrywają, aż w ostatnich sekundach, przy dźwiękach patetycznej muzyki, nasz bohater wykonuje jakąś heroiczną, spektakularną akcję, która zapewnia mu zwycięstwo, a telewidzów przyprawia o łzy wzruszenia. W prawdziwym życiu, które - jak wiemy od czasu jednego z hitów Lady Pank - jest brutalne, za pozbawiony głowy heroizm i kryształową uczciwość zaszczytów i nagród nie przyznają. Niezależnie od tego, czy chodzi o Powstanie Warszawskie, czy Mistrzostwa Świata w siatkówce.

Bo właśnie - w tym, co zaprezentowali nasi siatkarze, było wiele z tej obrzydliwej polskiej mentalności. Mentalności, która w historii i lingwistyce przejawia się na setki sposobów. Machanie szabelką, latanie na drzwiach od stodoły, rzucanie się z bronią białą na czołgi, pozbawione perspektyw na zwycięstwo stawianie się wielokrotnie liczniejszemu przeciwnikowi, wszelkie heroiczne (czytaj: przegrane) czyny powstańcze, propagowany w mediach i przez pewne środowiska martyrologiczny wizerunek Polski jako "Chrystusa narodów" etc. Tak samo było na tych mistrzostwach, które właśnie dla przeciętnego polskiego kibica się zakończyły. Napinanie się, że będziemy ponad manipulowaniem wynikami, że nikogo się nie boimy, że jak wygramy wszystkie mecze, to żaden okropny system rozgrywek nam niestraszny. Jeśli w ogóle można tak rozgłaszać, to jedynie wówczas, gdy ma się znakomity zespół i ogromną pewność siebie. Zatem zamiast w pierwszej rundzie roznieść wszystkich rywali i z pieca na łeb skoczyć do grupy z dwiema bodaj najlepszymi drużynami świata, trzeba się było zastanowić, pomyśleć, jak sobie życie ułatwić, skoro można. Gdyby siatkarze przywieźli medal, nikt z kibiców by o tym "pomaganiu szczęściu" nie pamiętał. A tak przez lata wspominać będziemy to spektakularne samobójstwo (podczas gdy Serbowie, którzy się nam podłożyli w "meczu o złote majtki", pewnie znajdą się w półfinale). Czym ono się różni od tego lekkomyślnego heroizmu powstańców warszawskich czy styczniowych...?

Owszem, uczciwość i moralna doskonałość to cechy piękne i w życiu niewątpliwie jedne z najważniejszych. Ale właśnie w takich sytuacjach - gdy nie towarzyszy im zdrowy rozsądek i trzeźwość myślenia - najłatwiej te ideały ośmieszyć.

Zresztą nawet w buntowaniu się przeciwko temu kretyńskiemu systemowi nie jesteśmy specjalnie kreatywni. Była kiedyś anegdotka o tym, jak leśne zwierzęta zbuntowały się przeciwko myśliwym. Postanowiły zrobić im na złość - zebrały się wszystkie razem na polanie i... zdechły. W polskiej wersji, zwierzątka te wszystkie naraz opadłyby jednego - przypuszczalnie tego najbardziej wątłego - myśliwego i zrobiłyby mu z dupy jesień średniowiecza. W międzyczasie pozostali myśliwi okrążyliby je i powystrzelali do nogi.

1. października 2010, 18:27 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

poniedziałek, 27 września 2010

chropowatość niejedno ma imię

"To najlepsza płyta w dziejach De Mono", "Nagraliśmy świetną płytę (...) są powody do dumy i radości", "O to chodziło - by połączyć stare, chropowate jeszcze De Mono z nowoczesnym brzmieniem" etc. Takimi sloganami lider zespołu De Mono - Andrzej Krzywy - promuje w mediach najnowszy album swojej formacji. Te okrągłe zdania zaskakiwać nie powinny - wszak na potrzeby marketingu artyści wspinają się na Himalaje pustosłowia. Natomiast zdziwiła mnie niezmiernie ta wzmianka o "chropowatości". Owszem, nie będę w pełni obiektywny, gdyż najnowszej płyty De Mono nie przesłuchałem w całości (nie mam aż tyle odwagi). Nie udało mi się jednakże uciec od promującego ją singla pt. "Póki na to czas", którym stacje radiowe od miesięcy torturują słuchaczy, gwałcąc wszelkie międzynarodowe konwencje dotyczące humanitarnego traktowania jeńców.

O owym singlu muzycy De Mono wypowiadają się w samych superlatywach (trudne słowo), zatem można go chyba uznać za w miarę reprezentatywny dla całości najnowszego dzieła grupy. I tu pojawia się problem. Gdzie ta "chropowatość", gdzie to "rockowe brzmienie"? Przecież tam nawet nie słychać jakiejkolwiek gitary! Instrumenty dęte to i owszem, ale gitarę trudno byłoby dostrzec nawet przez mikroskop elektronowy. Owszem, jest w tym wyrobie muzycznopodobnym coś, co przy oceanie dobrej woli i po pięciu piwach można by było nazwać "solówką", ale mi to bardziej przypomina tandetny dżingiel z reklamy proszku do prania. Cały ten "wspaniały hit" jest słodki jak ziemniaki z "Biedronki" i wzbudza jedynie odruchy wymiotne. W kompozycjach zespołu "Fasolki" jest więcej chropowatości...

Nie mam nic do De Mono. Wręcz przeciwnie - 15-20 lat temu był to jeden z jaśniejszych punktów na jałowej ziemi polskiej muzyki rozrywkowej. A "Statki na niebie" ubóstwiam po dziś dzień. I dlatego z zażenowaniem obserwuję, jak Andrzej Krzywy wygaduje takie rzeczy (o tej chropowatości) po gazetach, a jego kapela stacza się po równi pochyłej. Pewnie, jak mawiał genialny ekonomista Vilfredo Pareto: "Nikt nie może nikomu zabronić nazywania tuńczyka słoniem, a słonia - tuńczykiem". Dlatego lider De Mono, w celu promocji nowej płyty, może nawet rozgłaszać, że album ten nawiązuje do najlepszych tradycji trash-metalu. Gorzej, jeśli Andrzej Krzywy naprawdę wierzy w to, o czym mówi (a na to wygląda). Bo oznaczałoby to niechybnie, że nadepnął mu na ucho nie słoń, ale coś znacznie większego i cięższego. A to z kolei byłby wystarczający argument na rzecz tego, aby nowe dokonania zespołu De Mono omijać szerokim łukiem.

27. września 2010, 21:21 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

Cytaty w pierwszym akapicie pochodzą z wywiadu z Andrzejem Krzywym, opublikowanego pod tytułem "Kolbą w twarz" w NTO nr 226 (5313) z 25-26 IX 2010