poniedziałek, 26 grudnia 2011

śrut w nocnej ciszy

W internecie tak zwaną furorę robią ostatnio kompilacje, w których autorzy doszukują się polskich słów i zwrotów w tekstach zagranicznych przebojów, dzięki czemu dowiadujemy się na przykład, iż niejaka Vanessa Paradis zasłynęła swego czasu kompozycją pod tytułem "Żule w taxi". I o ile nie dziwi jeszcze, że w obcych językach można usłyszeć swojsko brzmiące wyrażenia, tak niezmiernie zdumiewający jest fakt, że niektórzy rodacy z własnej mowy potrafią zrobić takie jaja, że klękajcie narody. Dzieci - które poznają dopiero język i jego meandry - zgoda. Osobisty sekretarz Wisławy Szymborskiej (którego gorąco przepraszam za zapomnienie personaliów) wydał kiedyś nawet całą książkę, w której zebrał takie dziecięce, językowe "przekręty". Słuchając jednak naszych interpretacji niektórych pieśni, a zwłaszcza kolęd (na czele z nieśmiertelnym "żeby do Betlejem czem prendzej pobiegli") mam wrażenie, że nie wszystkie dzieci z tego przekręcania wyrosły.

I nie chcę zarzucać tu nikomu językowego niechlujstwa, czy czegoś w tym rodzaju, broń Boże. W końcu każdy orze jak może, a mówi jak umi (a skoro potrafi jak Kaddafi, to już jego zmartwienie...). Trochę to tylko smutne, że w języku polskim egzystuje - jak dziś poinformowały "Wiadomości" - ponad 200 kolęd i 400 pastorałek, a w przeciętnym kościele parafialnym wykorzystuje się na okrągło ten sam zestaw może dziesięciu. I nawet jednej zwrotki z każdej z tych dziesięciu niektórzy nie potrafią zadeklamować poprawnie...

Wbrew rydzykowo-natankowo-biskupim przykładom, Kościół od humoru stronić nie powinien, dlatego przy Święcie wybrałem najlepsze w mojej opinii religijne "przekręty", zarówno dziecięce (cytaty z pamięci z książki sekretarza Wisławy Szymborskiej), jak i "dorosłe" (z własnych obserwacji).

Można je znaleźć przede wszystkim w kolędach:
- "Śrut w nocnej ciszy"
- "... bo uboga była, rondel z głowy zdjęła"
- "Anieli grają, kurę witają"
- "Ogień krzepnie, blask ciemnieje, Pan Niebiosów obrażony"
- "Mówią do pasterzy, którzy stóp swych strzegli"
- "Powitajmy Maleńkiego i Maryję, Matkę lego"

... w modlitwach:
- "Anioł Pański zmajstrował Pannie Maryi"
- "Panie, nie jestem w wodzie, abyś przyszedł do mnie"
- "pod Poncjuszem Piratem"
- "Jezus z Lazaretu"
- "Aniele Boży, tchórzu mój"

... a także w "świeckich" piosenkach religijnych:
- "Niebo je się, gdy ciemno jest, Ojciec za rękę prowadzi mnie"

26. grudnia 2011, 20:44 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

niedziela, 18 grudnia 2011

Adveniat Regnum Tuum

Oczekiwanie leży w ludzkiej naturze. Ludzie zwykle lubią na coś czekać. A właściwie wyczekiwać, oczekiwać, bo czekać to można na pociąg. Oczekujemy natomiast na weekend, święta, wakacje, emeryturę, nową książkę Stasiuka, EURO 2012, koniec świata...

Adwent to też okres oczekiwania. I nie ukrywam, że bardzo lubię Adwent, chyba najbardziej ze wszystkich okresów roku liturgicznego. Nie dlatego, że jest preludium do świąt Bożego Narodzenia, bynajmniej. Adwent jest piękny, gdyż oczekiwanie bywa czasami wartością samą w sobie. Chociaż oczekiwanie bez następującego po nim oczekiwanego wydarzenia wydaje się być absurdem w rodzaju czekania na Godota, to jednak uważniej warto się przyjrzeć samemu oczekiwaniu.

Adwent jest perfekcyjnie skrojonym czasem oczekiwania. W przeciwieństwie do nieco rozwlekłego i rozmytego czasowo Wielkiego Postu, jest spójną i dającą się łatwo ogarnąć perspektywą czasową. Z czterema niedzielami, symbolizowanymi przez cztery świece, z widocznym na horyzoncie jasnym i wyraźnym celem, daje wręcz fantastyczne możliwości duchowe. Jeśli oczywiście mamy ochotę z nich skorzystać, co obowiązkowe nie jest. Wychodzę z założenia, że o własny rozwój duchowy dbamy według własnych preferencji, w razie potrzeby konsultując się z kapłanem lub terapeutą. Dlatego nie opisuję tu zmagania się z własnymi postanowieniami duchowymi na okres Adwentu, znacznie lepiej w tej stylistyce czują się ode mnie literacko uzdolnieni miłośnicy twórczości Paulo Coelho.

Adwent jest jednak dla mnie fascynujący również poprzez swój entourage. Obok Triduum Paschalnego to najbardziej magiczny czas w Kościele. Skromniejsze oświetlenie, tajemnicza atmosfera, za oknami już ciemno. Wieczorne nabożeństwa "roratnie" z lampionami. Fantastyczna gra świateł i cieni, zwłaszcza w starych świątyniach. Fioletowe szaty liturgiczne. I najpiękniejsze pieśni w roku. Ascetyczne w treści, mało pompatyczne w formie. W pewien sposób pięknie ponure, takie trochę średniowieczne. Ale zawsze niosące w sobie tą nutkę nadziei, która jest esencją oczekiwania.

Poprzednie pokolenia przywykły do mszy "roratnich" o poranku. Ja w czasach szkolnych trafiłem już na wieczorne roraty. Takie właściwie dla dzieci, przez cztery dni w tygodniu o 18.00. I to była magia w czystej postaci. Te obrzędy skupiały wszystko, co wyszczególniłem w powyższym akapicie. Światłocienie, klimat, pieśni. A tradycją było, przynajmniej w mojej parafii, że w trakcie pieśni na wyjście gaszono wszystkie lampy; w kościele nagle stawało się kompletnie ciemno, jedynym źródłem światła były płomyki świec... Mrówki po ciarce przebiegały.

Tak, wiem, że w oczekiwaniu ostatecznie najważniejszy jest zwykle ten cel, to do czego się zbliżamy. A cel - święta Bożego Narodzenia - coraz bliżej. Ich oprawa (bo o aspekcie duchowym - jak zaznaczyłem - silencio) też ma swoje uroki (szopki!), chociaż nie wszystko bywa tak, jakbym sobie wyidealizował. I właśnie dzisiaj, podczas mszy, pomyślałem sobie, że już za kilka dni w tym miejscu nie zabrzmią pieśni adwentowe. Zamiast tego poleci zestaw kilku tych samych, ogranych kolęd (w mojej parafii nawet Sanctus zamieniają na kolędę...), których interpretacje ("śrut w nocnej ciszy", "czem prendzej sie wybierajcie", "bo uboga była, rondel z głowy zdjęła") przyprawiają o ból zębów. I tak mi się trochę smutno zrobiło, że to już ostatnia niedziela Adwentu...

18. grudnia 2011, 22:15 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Drugi Książę

Pewien Argentyńczyk o imieniu Alejandro spłodził książkę p.t. "Powrót Młodego Księcia" (skojarzenia z dziełem francuskiego lotnika uprawnione), która z miejsca stała się bestsellerem, a recenzenci się rozpływają. I chociaż autor odżegnuje się od nazywania swojej pracy kontynuacją "Małego Księcia", to uwierzyłby w tą gadkę chyba tylko wyjątkowy naiwniak.

Wbrew tezie Kapuścińskiego uważam, że w literaturze wciąż jest sporo do odkrycia, dlatego pozbawione własnej inwencji wypociny pana Alejandro traktuję jako "skok na kasę" i ordynarną "zrzynkę" pomysłu z czegoś, co jest absolutną literacką klasyką. W filmie i muzyce tak już jest od dawna (odkąd jacyś niewarci wymienienia z nazwiska kretyni nagrali w wersji rap klasyk mojego dzieciństwa - "Forever Young" Alphaville, praktycznie przestałem słuchać radia). Jednak literatura jeszcze się dotąd broniła. Ale jak tak dalej pójdzie, niedługo napiszą nam drugą część "Hamleta", "Zbrodni i kary" albo "Portretu Doriana Graya"...

12. grudnia 2011, 21:38 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

czwartek, 8 grudnia 2011

black sunday

Media uwielbiają ludzi przygotowywać do jakiegoś wydarzenia i w napięciu odliczać pozostałe do niego dni i godziny. Aktualnie przygotowują pasażerów do mającej nastąpić w najbliższą niedzielę zmiany rozkładu kolejowego. Gdyby na naszą planetę zawitał gość z Kosmosu i włączył polską telewizję, niechybnie doszedłby do wniosku, że w naszym kraju zmiana rozkładu na kolei to jakieś gigantyczne przedsięwzięcie stawiające rokrocznie na nogi wszelkie możliwe służby, a mimo to ilość ofiar śmiertelnych każdorazowo osiąga wielkości opisywane liczbami trzycyfrowymi. Bo spójrzcie, co się dzieje w środkach masowego przekazu: pasażerowie się boją, kolejarze się zbroją, "PKP szykuje się na najgorsze" (NTO.pl), minister organizuje jakieś konferencje, gdzie z surowym obliczem grozi najcięższymi konsekwencjami... A tymczasem najgorszą robotę wykonują niestety właśnie media, nie tylko strasząc ludzi i podgrzewając niezdrowe emocje, ale przede wszystkim podając NIEPRAWDZIWE informacje i manipulując.

W tych wszystkich materiałach, którymi do niedzieli będziemy karmieni w serwisach informacyjnych, powtarzają się znane wszystkim sekwencje z ubiegłego roku, gdy dworce w całym kraju okupowane były przez nieprzeliczone rzesze pasażerów, a do opóźnionych pociągów ludzie wsiadali przez okna. I to jest pierwsza obrzydliwa MANIPULACJA, bo te sceny nie mają nic wspólnego z zeszłoroczną zmianą rozkładu jazdy, gdyż nic takiego się wówczas nie wydarzyło! Owszem, miało to miejsce, ale trzy tygodnie później, w okresie świąteczno-noworocznym, gdy ruch pasażerski co roku wzrasta znacznie, podróżują naprawdę nieprzebrane tłumy (zwłaszcza studenci z nieodłącznymi walizami na kółkach), a pociągów nie wyposażono wtedy w dodatkowe wagony, co jest oczywistą winą kolejowych decydentów.

Natomiast 12. grudnia 2010, gdy miała miejsce zmiana rozkładu jazdy, nie było żadnego wsiadania do wagonów przez okno, ani bardziej niż zwykle przepełnionych pociągów. Były one natomiast bardzo spóźnione, bo akurat wtedy sypnęło śniegiem, a nocami temperatura spadała do -20 stopni C. Ale - powtórzę po raz sześćdziesiąty ósmy - nie było to winą zmiany rozkładu jazdy. Taka operacja bowiem ze swojej natury nie generuje żadnych opóźnień. Spóźnienia generują - co zrozumiałe - kraksy na torach, obfite opady śniegu, czy remonty torowisk. Natomiast po zmianie rozkładu po prostu pociągi wyjeżdżają o innych godzinach niż dotychczas. Winnym opóźnień - jeśli pogoda jest sprzyjająca - jest wówczas jedynie PASAŻER. Pasażer-kretyn, któremu nie chciało się sprawdzić przed podróżą, czy jego pociąg odjeżdża nadal o tej samej godzinie. Pasażer roszczeniowy, narzekający, który przychodzi na dworzec i z wielkim zdziwieniem dowiaduje się, że jego pociąg odjeżdża jednak 40 minut później (albo wcześniej), w związku z czym nie zdąży on na przesiadkę. I teraz z pretensjami do całego świata, PKP i rządu ("bo przecież ten pociąg ZAWSZE jeździł o 13.20") blokuje kolejkę do informacji, próbując ustalić nowe połączenia, potem stoi w kolejce do kasy po bilet, a pociąg już czeka gotowy do odjazdu. Potem wstrzymuje odjazd pociągu ("panie konduktorze, jeszcze szwagier tylko kupi bilet, jedna osoba tylko jest przed nim w kolejce"), a już w trasie - poprzez konduktora - wstrzymuje odjazd pociągu następnego, tego na który ma się przesiąść. Jak takich pasażerów w ową niedzielę znajdzie się choćby tylko kilkuset, nic dziwnego że sparaliżują oni cały ruch kolejowy. Tylko dlatego, że nie chciało im się sprawdzić wcześniej, wygodnie, we własnym domu, zmian w rozkładzie. A nie jest to operacja szczególnie wymagająca i nawet średnio tresowany orangutan poradziłby z tym sobie w kilka minut. Jest internet, są informacje telefoniczne, kolejowe infolinie, informacje prasowe...

Zgoda, w ubiegłym roku z tą informacją na dworcach było kiepsko, był chaos, brak było ogłoszeń w widocznym miejscu, a panie kasjerki przedkładały konsumpcję drugiego śniadania nad rzetelne wykonywanie swoich obowiązków. Zgoda, na polskiej kolei jest multum rzeczy działających źle, nieprawidłowo i wymagających natychmiastowej poprawy. Ale nawet jeśli media mają kompulsywną potrzebę, aby bić w PKP jak w afrykański bęben, każdą zmianę rozkładu relacjonować jak działania wojenne i ironizować, że mamy gorszą kolej niż w Bangladeszu, to nie uprawnia ich to jeszcze do podawania NIEPRAWDZIWYCH informacji i pogłębiania tego chaosu. Chyba, że to celowa dywersja z ich strony: niech dojdzie w tą niedzielę do prawdziwej apokalipsy - ale będzie oglądalność, a najlepiej niech kogoś pociąg przejedzie. Będzie można krzyczeć, relacjonować, robić specjalne wydania, pytać "gdzie jest premier", "co zamierza minister" etc.

Produkuję się na ten temat w takiej obfitości, bo zwyczajnie bulwersuje mnie, że o dramatycznym stanie kolei wypowiadają się ludzie, którzy ostatni raz podróżowali pociągiem w ubiegłym stuleciu, natomiast niedouczeni dziennikarze wymagają od PKP perfekcjonizmu, podczas gdy sami na temat kolei plotą bzdury. Mam wrażenie, że obowiązuje współcześnie jakiś dziwny wzorzec, że o PKP nie trzeba podawać rzetelnych informacji, wystarczy krytykować i jeździć jak po łysej kobyle.

Garść przykładów tylko z ostatnich dni? Proszę bardzo. Szczytem niekompetencji była informacja w "Faktach" TVN o tym, że od 19. grudnia PKP Intercity wprowadza obowiązkową rezerwację miejsc w pociągach TLK także w 2. klasie, na najbardziej uczęszczanych liniach, aby nie było wchodzenia przez okno i każdy miał gwarancję wolnego siedzenia. I jest piękna grafika, z mapką Polski i zaznaczonymi tymi najbardziej obciążonymi liniami: Przemyśl-Szczecin, Zakopane-Gdynia itd. Zabrakło jednak informacji najważniejszej i za tą niekompetencję powinni wysłać pana Redaktora na ciężkie roboty. Otóż ta obowiązkowa rezerwacja miejsc to faktycznie wydarzenie bez precedensu (od 20 lat czegoś takiego nie było w pociągach tej klasy cenowej i tego standardu), ale na razie to jedynie eksperyment i dotyczy zaledwie kilku pociągów (dziesięciu jeśli dobrze pamiętam), a nie wszystkich składów TLK kursujących po wymienionych liniach. Dla przykładu: z Przemyśla do Szczecina jeżdżą trzy pary pociągów TLK na dobę, ale tylko w jednym z nich (sławetny TLK38100) będzie obowiązywać całkowita rezerwacja miejsc. W TVP mieli z kolei pretensje do władz kolejowych, że właśnie w tak newralgicznym, przedświątecznym okresie decydują się na coroczną zmianę rozkładu jazdy. I znowu - gdyby dziennikarze przygotowali się do materiału wiedzieliby, że w tym dniu odbywa się zmiana kolejowych rozkładów jazdy w całej Europie i nasza kolej dostosowuje się jedynie do tego, gdyż przez Polskę przejeżdżają pociągi międzypaństwowe, a są one skomunikowane z połączeniami krajowymi. A o takich kwiatkach jak "pociągi spółki TLK", czy rozszyfrowywanie skrótu TLK jako "Tanie Linie Kolejowe" już nawet nie wspominam...

I stawiam - jak z lubością powtarzał dr K. - dolary do orzechów, że o ile nie sypnie śniegiem, to w niedzielę nie będzie jakiegoś nadzwyczajnego chaosu na kolei. Media będą naturalnie zawiedzione. O ile fajniej pokazuje się bowiem w telewizji, jak zbulwersowani ludzie wygrażają pięściami, płaczą matki z dziećmi, a facet ładuje się do wagonu przez okno...

8. grudnia 2011, 15:10 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

wtorek, 6 grudnia 2011

Nightwish - "Imaginaerum"

Tuomasa Holopainena - lidera Nightwish - zawsze podziwiałem za fakt, że trzymał swój zespół żelazną ręką i nie bał się podejmowania trudnych decyzji, ocierających się niemal o szaleństwo. Gdy gdzieś tak około płyty "Century Child" Nightwish zaczął zjadać własny ogon - bo przecież jak długo można karmić słuchaczy gotycko-symfonicznymi hymnami typu "Wishmaster" - Holopainen postanowił, że dość już orkiestrowych dźwięków "z klawisza". Zaangażował do współpracy prawdziwą orkiestrę nagrywając z nią album "Once", czym prawdopodobnie uratował swój zespół od pogrążenia się w przeciętności. Jakiś czas później nie zawahał się wywalić na zbity pysk niekwestionowanej twarzy Nightwish - wokalistki Tarji Turunen, gdy ta zaczęła lekceważyć markę, którą ją wypromowała.

Sporo zaryzykował również teraz. Przede wszystkim utrzymał koncepcję współpracy z orkiestrą, chcąc pokazać, że nie jest to pomysł na jedną-dwie płyty. Na nowy album kazał czekać ponad cztery lata. Mając do dyspozycji już nie operową, a jedynie popową wokalistkę, przygotował najbardziej symfoniczny materiał w karierze. Nie zawahał się przed bardzo wyraźnym nawiązaniem do folkowych korzeni Nightwish, z czasów pierwszych dwóch płyt. Zaangażował nawet dziecięcy chórek, co w muzyce rozrywkowej ostatnim razem przyniosło pożądane efekty chyba w "Toy Soldiers" Martiki, ale to było ponad 20 lat temu (a od tego czasu pomysł pod nazwą "wykorzystać chór dziecięcy" niektórzy traktowali zbyt dosłownie, na czele z pewnym dyrygentem od "Poznańskich Słowików"). Ale przede wszystkim musiał zmierzyć się Tuomas H. z poprzeczką o nazwie "Dark Passion Play", którą cztery lata temu sam zawiesił sobie na niebotycznej wysokości.

I po raz kolejny mu się udało. Na "Imaginaerum" wszystko gra! Londyńska Orkiestra Filharmoniczna pod batutą Pipa Williamsa zrobiła fantastyczną robotę, ale trzeba przyznać, że Holopainen napisał im taki materiał, że klękajcie narody. Tak potężnych i podniosłych melodii jeszcze u Nightwish nie było. A produkcja jest perfekcyjna, więc orkiestrowe pasaże wprost unoszą w powietrze. Problem braku klasycznego wykształcenia wokalistki T.H. rozwiązał w prosty sposób - przykrywając jej niedostatki długimi instrumentalnymi fragmentami, ewentualnie zastępując ją chórkami albo... głosem basisty - Marco Hietali, który z albumu na album rozwija się wokalnie w tempie ponaddźwiękowym. "Imaginaerum" ma wiele z filmowego soundtracku, co jest zresztą kolejną pokerową zagrywką Holopainena, który wielokrotnie podkreślał, że inspiruje się muzyką filmową i chciałby taki concept album stworzyć. Z pewnością zdawał sobie sprawę, że taka deklaracja może odstraszyć potencjalnych słuchaczy przerażonych wizją mało zróżnicowanego materiału...

... tymczasem właśnie różnorodność jest kolejnym atutem "Imaginaerum". Nowa wokalistka po raz kolejny udowadnia, że wnosi do Nightwish mnóstwo energii i pasji - już na początek mamy dwa kilery: singlowy "Storytime" i "Ghost River" (jaki tu jest power!). Jednak nie oznacza to bynajmniej, że nie ma na płycie tak zwanego liryzmu - wręcz przeciwnie, ot choćby "Slow, Love, Slow", czy cudowny, urzekający "Turn Loose The Mermaids". Z kolei "Scaretale" zaczyna się taką sekcją symfoniczną, że "Ghost Love Score" niech się schowa głęboko pod ziemię. Podobnie miażdży początek "Song Of Myself", w którego drugiej części, przez ponad 6 minut ludzie... recytują poezję Walta Whitmana. Ale co wówczas leci w tle... - też poezja. A i tak mi najbardziej spodobał się "I Want My Tears Back". Wyobraźcie sobie mix "Last Of The Wilds" z "Moondance", przyprawiony przeplatającymi się wokalami Anette i Marco.

Żeby nie przedłużać - na "Imaginaerum" Holopainen po prostu przeszedł sam siebie. Doprowadził do perfekcji dopieszczany przez lata autorski pomysł na własny styl muzyczny. Zostawił daleko za sobą szeroko rozumiany mariaż metalu z muzyką klasyczną, otwierając jakąś zupełnie nieznaną dotąd furtkę. Może jestem profanem, ale coś takiego słyszałem dotąd może tylko w niektórych albumach Lacrimosy, a i to też nie w takim wymiarze. Takiej gamy emocji, a przede wszystkim takiej dawki pasji i energii nie było bowiem nawet w płytach sygnowanych przez Tilo Wolffa, które odbieram jednak jako bardziej "liryczne" (cokolwiek to znaczy).

Natomiast "Imaginaerum" słucha się naprawdę jak filmowej ścieżki dźwiękowej, która posługuje się całym wachlarzem muzycznych środków, by w zależności od potrzeb, albo wgniatać w ziemię, albo wzruszać, potem znów podrywać do walki, a po dwóch minutach już układać do snu. Właściwie nie było potrzeby dzielić "Imaginaerum" na te 13 ścieżek. To jest jedno, wielkie dzieło. Muzyczne dziedzictwo starego kompozytora, o którym opowiada warstwa tekstowa. Spełnione marzenie chłopaka, który wiele lat później będzie na koncertach ozdabiać swój instrument figurką pirata Jacka Sparrowa, w hołdzie Hansowi Zimmerowi.

I owszem, ostatecznie może nie przypaść do gustu, ale wobec czegoś takiego nie sposób przejść obojętnie.

Nightwish - "Imaginaerum"
2011, Nuclear Blast
ocena: 9,5/10

6. grudnia 2011, 00:20 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

piątek, 25 listopada 2011

sobowtór No. 18

Redaktorzy tygodnika "Uważam Rze" wyjątkowo kompleksowo zabrali się ostatnio za osobę Adolfa Hitlera. W numerze 41/2011 postać wodza III Rzeszy przewija się w wielu miejscach, poświęcono jej monumentalny jak na standardy "URz" tekst historyczny, ba, urozmaica nawet naukowy artykuł o hormonach. Gdyby to jeszcze był Putin, to należałoby to zrozumieć, albowiem rosyjski władca zna się na wszystkim, ale Hitler? Na neurotransmiterach?

Wzmianka w tym tekście dotyczy faktu, że ponoć w czasie II wojny światowej brytyjski wywiad wpadł na chytry plan dosypywania Adolfowi H. estrogenów (żeńskich hormonów) do jedzenia, aby zmienić jego charakter, sprawić by stał się bardziej spolegliwy i mniej agresywny w działaniu. Cóż za błyskotliwa intryga! Tylko, niestety, nie wypaliła. Nie wiadomo do końca dlaczego, ale mam taką prywatną hipotezę, że jeśli naukowców mieli Anglicy takich jak wygląda stereotypowy Brytyjczyk w komediach typu "Allo, Allo", czy "Jak rozpętałem II wojnę światową", to może zamiast estrogenu dosypywali Hitlerowi estragon. I zamiast aliantów skorzystał na tym jedynie osobisty kucharz Wodza, bo nagle jedzenie w Wilczym Szańcu wszystkim zaczęło smakować.

Danie główne - jeśli już przy kulinarnej terminologii pozostać - wysmażone przez "Uważam Rze" przywołuje jednak inną historię. Otóż - według autorów - Hitler wraz z żoną nie popełnił samobójstwa 30. kwietnia A.D. 1945 w Berlinie, ale zwiał z nią via Wyspy Kanaryjskie do Argentyny, gdzie doczekał szczęśliwej emerytury. W berlińskim bunkrze pozostało natomiast ciało sobowtóra wodza III Rzeszy, które na tyle zmyliło Ruskich, że odtrąbili sukces przed wnikliwym zbadaniem denata. Dopiero kilka lat temu wyszło na jaw, gdy do pracy przystąpili profesorowie ze Stanów, że przechowywana przez naszych wschodnich przyjaciół w archiwach KGB czaszka Hitlera ma wszelkie cechy czaszki kobiecej.

Ale może to i jest jakiś trop! Tylko trzeba sprawę powiązać z tym spiskiem estrogenowym. Przyjmując ryzykowne założenie, że brytyjscy naukowcy jednak nie pomylili żeńskich hormonów z przyprawą i faktycznie dosypywali Hitlerowi estrogeny, należy zarazem dopuścić ewentualność, iż skoro Hitler miał sobowtóra, to Angole nafaszerowali nie tego Adolfa co trzeba. Sobowtór łykał estrogeny, uwydatniły mu się piersi, coś innego zanikło, to gdy wkroczyli Rosjanie, którzy gwałcili gdzie tylko się dało, z przerażenia popełnił samobójstwo. Ponieważ ciało rzekomego Hitlera esesmani oblali benzyną i podpalili, Ruscy nie kapnęli się i wzięli co znaleźli. A że i czaszka zdążyła mu pod wpływem angielskiej kuchni "zniewieścieć", to też pół wieku później amerykańscy antropologowie mogli ogłosić sensacyjną wiadomość. Hitler była kobietą! Bo, że Kopernik i Einstein też, to już w tym czasie było wiadome.

Tymczasem, gdy sobowtór wodza Rzeszy strzelał sobie w głowę, prawdziwy Hitler prysnął do Argentyny. To również ma sens. Kraj wydaje się wymarzony na spokojną emeryturkę. Budują tam piramidy z pieniędzy, dobrze grają w gałę, ciepło, morze blisko. I władca o kolejowym nazwisku był przychylny imigrantom z Niemiec. A miał on też piękną żonę, która umilała ludowi wolne chwile, śpiewając piosenki Madonny. Żyć nie umierać! A że ktoś może zobaczyć i rozpoznać? Co z tego?! Elvis żyje, Hendrix żyje, Lennon żyje, a idee Lenina są żywe wiecznie. Żyje także Michael Jackson (w przyszłym roku ma ukazać się jego nowa płyta, którą właśnie "Jacko" nagrywa wraz z Freddiem Mercury - poważnie!), żyje Bin Laden, Kaddafi, żyje też - podobno - kryzys. To jeden Hitler w tę czy w tamtą stronę nie powinien nikomu robić różnicy.

Spiskowych teorii dziejów jest ostatecznie na pęczki. Najczęściej - oprócz tego, że żyje ktoś, kto powinien być dead and buried - dotyczą one odmiennej orientacji delikwenta. Homoseksualistami obwołano już niemal każdego, kogo ta ziemia nosiła. Co chwilę ktoś wyskakuje z rewelacją, że gejem jest - powołując się na Google - a to Will Smith, a to Piasek, czy też mąż Hanki Mostowiak, Justin Bieber, John Travolta, Cristiano Ronaldo, Jarosław Kaczyński, a ostatnio Benedykt XVI. A jak zaczniemy jeszcze kopać w historii, to się okaże że gejem był sam biblijny Adam. Co niechybnie postawi przed rodzajem ludzkim pytanie fundamentalne ("skąd więc my się wzięliśmy?"), a i tytuł "Księga Wyjścia" (po angielsku coming out) nabierze nowego znaczenia. Mnie natomiast zastanawia właściwie tylko jedno. Dlaczego tak wiele owych spiskowych teorii jest nieodłącznie związanych z ludzką seksualnością? Bo tu jak nie geje dookoła, to Hitler zażywający estragon... pardon... estrogen. I chyba wiem. Spiskowe teorie dziejów to w skrócie STD. Ten akronim w języku Szekspira oznacza jednak zupełnie coś innego...

25. listopada 2011, 22:12 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

czwartek, 10 listopada 2011

kuchnia polska

Święto narodowe. W mediach flagi, godła, orły i barwy biało-czerwone. "Polskość" i "naród" wylewa się z każdego zakątka naszego umiłowanego kraju i skapuje z sumiastych wąsów Marszałka. Nawet doktor House w odcinku przedostatnim dowodził, dlaczego patriotyzm - może i słusznie - należałoby rozpatrywać wyłącznie z perspektywy materialnej. Chociaż ja i tak skłaniałbym się raczej ku wyjaśnieniom ewolucyjnym. Anyway, nie zamierzam się na ten temat produkować, bo zrobi się nudziarsko i ludzie zmienią kanał, pójdą przeglądać demotywatory albo zaczną grać na smarkfonie we wkurzone ptaszyska.

Skoro jednak wszędzie jest tak patriotycznie i narodowo, to ja przy tej okazji uroczystej również o polskości. A konkretnie o jednej naszej narodowej przypadłości. Zaryzykuję, że właśnie naszej, bo chociaż globetrotterem nie jestem, to bardziej ode mnie obeznani w tej materii zdają się potwierdzać, że raczej nigdzie na świecie z czymś takim się nie spotkali. Zjawisko to ma miejsce w każdym środku komunikacji zbiorowej - autokarze wycieczkowym, pociągu, nawet w głupim PKS-ie, gdy podróż ma potrwać dłużej niż jakieś 45 minut.

Gdy tylko dany pojazd ruszy w drogę, Polacy otwierają torby, plecaki, reklamówki z "Biedronki" i co tam kto jeszcze ma, i zaczynają jeść. Jeść naturalnie nie te torby i plecaki, tylko to, co mają w środku, a co uprzednio i zapobiegliwie przygotowali na podróż. Autobus czy pociąg nie przejedzie jeszcze kilometra, a Polacy już mają przed sobą pieczywo wszelakie, bułki z których aż wylewają się grube plastry szynki, kromki chleba, poprzekładane płatami jakiejś mielonki. Otwierają jakieś serki Danona, które jedzą potem plastikową łyżeczką, jakieś actimele, plastikowym nożem kroją w powietrzu wiktuały, nawet Gorący Kubek przyrządzą, gdy tylko są warunki ku temu. Są też rzecz jasna słodycze, batony, wafelki, andruty, ciasto domowej roboty (!). Są napoje w termosach, na czele z kawą-siekierą i herbatą o smaku i zapachu termoizolacyjnych ścianek termosu. Nie brakuje serów, pasztetów, owoców i warzyw, zwłaszcza ogórków, pomidorków i sałaty. Surówkę z plastikowego pojemniczka też zjedzą, gdy trzeba. Aż wreszcie nadchodzi gwóźdź (do trumny) wieczoru, creme de la creme de la creme, czyli kiełbasa. Każda, bez żadnych ograniczeń. Śląska, zbójnicka, krakowska sucha, podwawelska, grillowa, biała, lisiecka. Podróżny savoir-vivre nakazuje jeść kiełbasę surową, odrywając po jednym kawałku z pęta i pochłaniać, mlaskając głośno, aby wśród współpasażerów widziano, że nas stać na takie frykasy.

Nie wiem, skąd u Polaków bierze się taki kult jedzenia w podróży. Jedno jest pewne, jest wszczepiany nam od najmłodszych lat. Gdy podróżują dzieci, ledwo autobus ruszy, a już któryś troskliwy dorosły zapyta: "a może byś coś zjadł?". Ludzie, błagam... Głód jest popędem naturalnym, jednym z najpierwotniejszych u człowieka od tysięcy lat. Jak dziecko będzie chciało jeść, to się samo upomni! A tak wyrabiamy w młodym mózgu przeświadczenie, że w podróży jeść po prostu należy. Albo wręcz - o zgrozo! - wypada.

Odwołanie się do wczesnodziecięcych doświadczeń to tylko jedno z możliwych wyjaśnień. I chyba wcale nie najbardziej zdroworozsądkowe. Bardziej oczywiste wydaje się, że ludzie w podróży jedzą z nudów. Pociąg się wlecze, spać się nie chce, gadać nie ma z kim, a ręce czymś trzeba zająć. W kraju, w którym 56% obywateli nie miało w ciągu ostatniego roku żadnego kontaktu z książką, jedzenie jest dla wielu faktycznie jedyną możliwością zabicia czasu. Bo gdyby mieli nałożyć słuchawki, z których i tak na cały przedział słychać byłoby jakieś reggae albo polski hip-hop, to już lepiej niech spożywają te salcesony...

Oczywiście, nie mam nic przeciwko temu, aby konsumować coś w trakcie jazdy. Podróże pociągiem choćby ze Szczecina do Przemyśla bez racjonowania sobie żywności zwiększałyby śmiertelne statystyki polskich kolei o kilkaset procent. Sam jeżdżę pociągami relatywnie sporo i zawsze mam ze sobą bułkę albo dwie, jakiś baton i coś do picia. To przecież normalne. I na tak zwanym Zachodzie na pewno też tak jest. Tylko mam wrażenie, że tam konsumpcja przebiega jakoś bardziej dyskretnie, jak u tego greckiego filozofa, który czynność jedzenia uważał za wstydliwą i chował się z nią przed wszelkim wzrokiem. A z nas wyłazi ta obrzydliwa sarmacka mentalność, tych jaśnie-panów, co to siadali przed suto zastawionymi stołami, popuszczali pasa i zajadali się jeden przez drugiego. W swoim domu - OK. Ale w przedziale drugiej klasy wagonu TLK, gdzie i tak jest ciasno, a jeszcze siedzi kilka zupełnie obcych osób, które nie mają chwilowo ochoty na delektowanie się zapachem naszej szynki? W autobusie, gdzie współpasażer na siedzeniu obok nie kupował w cenie biletu mlaskania i oblizywania się?

Za przykładami naprawdę nie trzeba się długo rozglądać. Kilka dni temu podróżowałem pociągiem TLK. W przedziale oprócz mnie była pani ok. pięćdziesiątki, oraz kobieta z dzieckiem "na oko" ośmioletnim. Pani przez ponad 100 kilometrów jadła. Najpierw kanapki, potem - a jakże! - kiełbasę. Myśliwskiej na surowo pochłonęła od razu dwie spore paczki! Mlaskając donośnie. Następnie wyjęła z torby kiść winogron... W tak zwanym międzyczasie matka próbowała dać dziecku pić, tak udolnie obsługując termos, że opryskała słodką cieczą pół przedziału, pozostawiając w ten sposób kolejnym pasażerom cenną pamiątkę w postaci lepkiej podłogi pod stopami. Gdyby na wzór przedziałów dla "niepalących" funkcjonowały w pociągach przedziały dla "niejedzących", kupowałbym tam bilety, choćby i były w cenie pierwszej klasy.

Nie wiem, czy szacunek dla komfortu podróżowania innych pasażerów też kwalifikuje się pod taki codzienny "patriotyzm", o którym wszyscy mówią przy narodowym święcie. Ale jeśli tak, to może warto byłoby zainicjować jakąś medialną dyskusję na ten temat, może kogoś by oświeciło. Niestety, zamiast praktycznego zastosowania uroczystej okazji, ludzie wolą się przemieszczać w jakichś marszach niepodległości, a Miłościwie Panujący Nam Pan Prezydent preferuje sklejać w swoim pałacu tandetne biało-czerwone kotyliony w towarzystwie dzieci i kapitana Wrony. [rym niezamierzony]

Uwielbiam kolej i uwielbiam jeździć pociągami. I do PKP nie zniechęciła mnie dotąd ani czarująca punktualność składów, ani wyjątkowy na skalę europejską stan kolejowej infrastruktury, ani nawet plastikowe siedzenia w "ezetkach" EN57. A wystarczy, że wsiądzie taka pani nazbyt głośno zajadająca się kiełbasą...

10. listopada 2011, 23:47 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

czwartek, 27 października 2011

Mariusz Szczygieł - "Zrób sobie raj"

Czesi to naród zamieszkujący państwo graniczące z Polską od południa (dla Czechów - od północy). Mimo geograficznej bliskości wiemy o nich niewiele i generalnie nie wykraczamy poza brodate stereotypy. Śmieszny język, knedliki, Vaclav Havel, Praga, Vondrackova i Karel Gott (dla starszych), Jożin z Bażin (dla młodszych). Dobrze grają w hokeja, mają piwo Złoty Bażant (co z tego, że to słowackie, a nie czeskie), kiedyś się jeździło do nich po wódkę, teraz się jeździ na narty. Od siebie dodałbym do tych skojarzeń jeszcze kapitalną komedię o Adeli, co nie jadła kolacji. I Pavla Nedveda strzelającego dla Juventusu Turyn cudowną bramkę w półfinale Ligi Mistrzów z Realem.

A zatem aż się prosi, by książkę o Czechach zareklamować, że jest to wspaniała okazja, aby wiedzę o naszych sąsiadach pogłębić, aby poznać ich kulturę i sposób bycia, aby spojrzeć na świat przez czeskie okulary, stać się na jeden dzień Czechem/Czeszką i tak dalej. Nie zrobię tego jednak, bo strasznie byłoby to banalne i w stylu licealnego kółka literackiego, wypełnionego osobnikami, którym wydaje się, że umieją pisać z polotem. To zazwyczaj błędne przekonanie zwykle przechodzi z wiekiem (chociaż niektórych, jak niżej podpisany, trzyma się głęboko wbitymi pazurami).

Nie zrobię tego jednak również dlatego, że nie wiem, czy o tym właśnie jest ta książka. Bo że jest o Czechach? Zgoda. Jest reportażem? Właściwie też. Ale co dalej? Talent Autora adoruję nie od dziś, wszystko co stworzy Mariusz Szczygieł nie schodzi poniżej pierwszej jakości, a słynny tekst "Zabierz nas do diamentu" (opowieść o tym, jak to AmWay zawłaszczał umysły swoich klientów niczym pierwszorzędna sekta) traktuję niemalże jako etalon reportażu. I dlatego bardzo brakuje mi czegoś w stwierdzeniu, że "Zrób sobie raj" jest książką o Czechach współczesnych. Przybliżyć nam kulturę i styl życia mieszkańców Czech (czy jakiegokolwiek innego narodu) może - z całym szacunkiem - Martyna Wojciechowska. Która gdy napisze o tym książkę, to jest to właściwie gotowy scenariusz na 40-minutowy zapychacz do National Geographic.

A w reportażach takich jak właśnie te Mariusza Szczygła, jakiś - choćby subiektywny - obraz kultury, obyczajów, jest sprawą drugorzędną. Jedyne, czego Autor chce nakreślić jakiś w miarę spójny obraz, to czeska mentalność. Ten niesamowity pragmatyzm, "życiowość" i prostota wszystkiego. Ale też nie przesadza z odmalowywaniem tej mentalności, bo zdaje sobie sprawę, że społeczeństwo czeskie jest - jak każde - bardzo zróżnicowane. I gdyby ktoś o Polakach się produkował, że jest to naród wąsatych katolików, pieczołowicie utrzymujących przy życiu romantyczną martyrologię, to podniósłby się słuszny wrzask, a autora spalono by na lewackim stosie, obficie podsycając płomienie "Gazetą Wybiórczą".

"Zrób sobie raj" jest książką napisaną przez kogoś, kto się w Czechach zakochał (co już samo w sobie jest niezwykłe, bo pozornie zakochać się łatwiej w jakiejś egzotyce, w bezkresnej Rosji, w tajemniczej Azji, czy w tropikalnej Amazonii). A teraz zdradza nam powody swojego uczucia. Nie szkicuje żadnego reprezentatywnego portretu rodaków Vaclava Havla; ze swoich wieloletnich kontaktów z Czechami wybiera niczym warzywa z rosołu najciekawsze i najbardziej pamiętne momenty i epizody. A może też te, które go najbardziej zaskoczyły. Albo rozczarowały.

Ludzi, miejsca, historie, spotkania.

I jak to w życiu, jedne są bardziej, inne mniej frapujące dla kogoś z zewnątrz, kogoś, kto nie był uczestnikiem ani chociaż świadkiem, tylko rozsiadł się w wygodnym fotelu i za 36,90 PLN oczekuje cudów na kiju. Nie przypadły mi do tak zwanego gustu choćby rozdziały o Egonie Bondym i o Saudku, ale mniej więcej od strony 80. książka nabiera rozmachu. Opowieści o religijności (a właściwie jej braku) u Czechów, o pielgrzymce papieża, o spotkaniu z Davidem Cernym (to jest gość!) to mistrzostwo świata. Podobnie zresztą, jak wiele innych, choćby ta o radzieckim czołgu, który armia malowała na różowo. I nie brakuje nawet tego, co w stylu Autora ubóstwiam bodaj najbardziej. Tych krótkich, pojedynczych zdań (jak owo cudowne "No nie, modlą się do tych proszków!" ze wspomnianego "Diamentu"), które trafniej oddają ideę tekstu niż dziesiątki stron maszynopisu.

I na zakończenie powinienem napisać coś w rodzaju autorefleksji, że na przykład po lekturze odkryłem w sobie coś z Czecha, że mnie naród zafascynował, że to mogłoby być moje miejsce na Ziemi. Ale nie napiszę, bo to nieprawda. Niektóre z zarysowanych cech naszych południowych sąsiadów szalenie mi się podobają, inne - przeciwnie. Chociaż książka jest znakomita, ale to - zdaje się - nie ma nic do rzeczy. Natomiast dzięki niej chyba trochę lepiej zrozumiałem, dlaczego Kartsy - lider zwariowanej grupy Waltari - Czechy uznaje niemal za swoją drugą ojczyznę i bywa tam (z koncertami) jak najczęściej, a Polskę, mimo że miałby po drodze, poznaje jedynie przez samolotowe okienko. I tego Czechom cholernie zazdroszczę...

Mariusz Szczygieł "Zrób sobie raj"
Wołowiec, 2010
wydawnictwo Czarne
stron: 292
moja ocena: 8,5/10

27. października 2011, 22:28 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

poniedziałek, 17 października 2011

piękna nasza Polska cała...

Czyli o nielicznych korzyściach z posiadania w telefonie komórkowym namiastki aparatu fotograficznego.













Filharmonia ostoją kultury wysokiej













Na pochyłe drzewo kozy skaczą




















Jakby to zaśpiewali "Faceci w Robocie": I come from a land down under
















"Nie kursuje w piątek po Ciele". Ciekawe po czyim...?















Ależ oczywiścię














Posiłkowano się "Słownikiem Nowej Ortografii" pod redakcją Bronisława Bul-Komorowskiego















Znak czasu: dla czarownic retro są sabaty, dla nowoczesnych wiccan są wiccendy














Wątpię, żeby ktoś zwrócił ptaszka dobrowolnie...




















Tylko dla orłów





















Wszystko w stanie idealnym. Sprzedawca zaręcza siłom i godnościom osobistom















Przyjeżdżają, załatwiają...















A karczmę "Rzym" diabli wzięli...






















"Eden" - tam życzenie klienta jest rozkazem
























Czasami dobre chęci to jednak za mało


17. października 2011, 22:45 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

P.S. Wszelkie prawa do wszystkich zamieszczonych fotografii pozostają w moim niezbywalnym posiadaniu.

czwartek, 13 października 2011

lisie konszachty

Pewnych zjawisk chyba nigdy nie zrozumiem. Nowy tygodnik opinii "Wręcz Przeciwnie", którego ukazały się dotąd trzy numery, przeżywa podobno ogromne problemy (w tym finansowe) i czwarty numer prawdopodobnie się w kioskach już nie pojawi. Dla niezorientowanych - "Wręcz Przeciwnie" powstał na truchle dawnego "Wprost". Po zmianie naczelnego, grupa dziennikarzy "Wprost" odeszła i stworzyła właśnie to pismo, które pierwotnie miało się zresztą nazywać "Wprost Przeciwnie". Na marginesie, "Wprost" nadal żyje, a właściwie jest sztucznie utrzymywany przy życiu przez Tomasza Lisa, ale to egzystencja przypominająca raczej lovecraftowego Reanimatora (jak można poważnie traktować pismo, w którym felietony płodzą Skiba, Hołdys, Marcin Meller czy Magda Gessler...).

Krótko po debiucie "Wręcz..." czytałem gdzieś, że pismo świetnie się sprzedaje. Nawet pozytywnie się zaskoczyłem, chociaż nie powinienem. Naprawdę fajny, nowoczesny layout, kapitalne teksty o gospodarce, spory dział o kulturze, trochę nauki i mało tego, czego w tygodnikach opinii nie lubię, czyli historii. Interesujący zestaw felietonistów (m.in. Gwiazdowski, Korwin-Mikke i wyciągnięty z zaświatów Tadeusz Drozda), a do tego dobry papier, mało reklam, wszystko przejrzyście, w przeciwieństwie do przyciężkiego "Najwyższego Czasu". Pomyślałem, że nareszcie jest na rynku porządne, prawdziwie prawicowe pismo, z libertariańskim spojrzeniem na ekonomię.


















A potem było już tylko gorzej. Powyższa okładka - z niewiadomych dla mnie powodów - wzbudziła ostre kontrowersje (dziwne, bo gdy "Newsweek" pokazał na pierwszej stronie roznegliżowanego, ukrzyżowanego Palikota, to protestował chyba tylko Szymon Hołownia). A nawet stała się powodem zerwania współpracy z "Wręcz..." przez red. Tomasza Terlikowskiego. Co akurat było pozytywną okolicznością, bo to jest człowiek nieobliczalny. Wygląda jednak na to, że radykalny publicysta wykazał się szczurzym instynktem i w porę uciekł z tonącego okrętu. Być może ten okręt został zresztą trafiony jakąś podwodną torpedą zanim doszło do abordażu, ale dowodów nie mam. Oczywiste jest jednak, że nie wszystkim w tym kraju taki Latający Holender był na rękę. No trudno, przynajmniej zaoszczędzę 4 złote tygodniowo.

Natomiast nie mogę pojąć, dlaczego całkiem profesjonalnie - jak na debiut i chałupnicze warunki produkcji - zrobione pismo wyzionęło ducha, podczas gdy inny niedawny debiutant - "Uważam Rze" - jest na drugim miejscu w rankingu sprzedaży tygodników. To jest absolutny fenomen. Lekko połowa tekstów to przedruki z PlusaMinusa "Rzeczpospolitej", linia ideologiczna jest ciężka jak słoń w samolocie, niektórzy autorzy sprawiają wrażenie nawiedzonych przez nieczyste siły, a szata graficzna każe podejrzewać, że odpowiedni specjalista pracuje tam jedynie na umowę-zlecenie. Ale przez pół roku istnienia wyprzedzili w ilości sprzedanych egzemplarzy takie tuzy jak "Newsweek Polska" czy "Polityka". Dla mnie jest to nieodgadniona zagadka dziejów. I nie obroniłaby się nawet teza, że "Uważam..." odpowiada na ideologiczne potrzeby większości społeczeństwa, bo gdyby tak było, to niedawne wybory wygrałoby Prawo i Sprawiedliwość i to bez konieczności szukania koalicjantów.

A'propos wyborów. W niedzielę, gdy jeszcze obowiązywała cisza wyborcza, na Fejsbuku i Ćwierkaczu mimo to pojawiały się przecieki z sondażowni, zaszyfrowane tak, że nie powstydziłby się tego sam Mossad. Najbardziej spodobał mi się tajny kod w postaci restauracyjnego menu. Pisano w stylu: "Podaję ceny w restauracji na godz. 18.00: Pory - 32 zł., Kaczka na kwaśno - 26 zł., Buraczki - 9 zł., Chłopskie jadło - 8,50 zł., Kocia karma - 7 zł." A gdy ktoś miał inne preferencje kulinarne i podał cenę marchewki, zaraz zgromiła go słynna Kataryna: "Panie, pan się kodu nie trzymasz i się ludziom miesza".

Nikt jednak nie wpadł na to, że można było zaszyfrować przecieki w formie nakładu realnie istniejących tygodników. PO to byłby "Wprost", PiS - "Uważam Rze", SLD - "Polityka", Palikot - "Przekrój", PJN - "Newsweek", KNP - "Wręcz Przeciwnie", PPP - "NIE!", a PSL... hmm, zostaje chyba tylko "Tygodnik Rolniczy"... Z tym, że przełożenie wyników wyborów w takiej formie na rzeczywistość zatrzęsłoby rynkiem prasy w naszym kraju. Bo owszem, lisy trzymają się mocno (naczelni "Wprost" i "Uważam Rze" to - odpowiednio - Lis i Lisicki), w "Przekroju" też mogą otwierać szampany, ale "Newsweek" i "Polityka" powinny zwijać interes. Wydaje się zatem, że o wyniku wyborów zadecydował inny czynnik. Elektorat, który ma w dupie partyjne programy, ideologie, podziały na prawice i lewice, i głosuje jak mu krew gorąca podpowiada. I jest ktoś taki na rynku prasowym. Szara eminencja na kioskowych regałach i niedościgniony lider w rankingu sprzedaży tygodników.


















13. października 2011, 16:00 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

poniedziałek, 10 października 2011

face-Bóg

Po wczorajszym głosowaniu jeszcze długo nie będę mógł spojrzeć w lustro. Pierwszy raz odkąd uczestniczę w wyborach, zagłosowałem wbrew swoim poglądom i libertariańskim ideałom. Co więcej, zagłosowałem na Ruch Palikota. Na lewicę! Ja! Jeszcze kilka tygodni temu prędzej spodziewałbym się, że żołnierz hełm założy na lewą stronę, a na placu Defilad w Warszawie wylądują kosmici. A teraz wydaje mi się, że nawet nie najgorzej zrobiłem. Z tych wszystkich partii, które dopchały się do Parlamentu, Ruch Palikota będzie chyba najbardziej liberalny gospodarczo i proponuje najwięcej konkretów na odchudzenie administracji i odbiurokratyzowanie państwa.

Z tym, że mało kogo to interesuje. Współcześnie ogromna większość wyborców głosuje nie na programy, poglądy, tylko na TWARZE. Wybory parlamentarne nie są już poparciem którejkolwiek spośród propozycji kształtu państwa: idei lewicowych, prawicowych, interwencjonizmu państwowego, liberalizmu gospodarczego, bezpieczeństwa socjalnego etc. Są głosowaniem na TWARZE. Stały się czymś pomiędzy konkursem Miss Universum a sms-owym głosowaniem w telewizyjnym show. Polityka to współcześnie nie idee, to osoby. Kaczyński, Tusk, Palikot, Pawlak, Kalisz i tak dalej. A co oni mówią, jaki mają pomysł na Polskę - to nie ma znaczenia. Głosuje się na mniejsze zło, komuś na złość, aby nie wygrał X, aby nie przeszedł Y, aby osłabić Z, aby P nie wszedł w koalicję z D...

Tygodnik "NIE" zrobił niedawno analizę, z której wynikało, że nawet "twardy" elektorat poszczególnych ugrupowań kompletnie nie zgadza się z ideowymi założeniami partii, którą popiera. Nie zgadza się nieświadomie oczywiście, bo te założenia niewiele go obchodzą, więc nie zadaje sobie trudu, aby je poznać. I tak na przykład: popierający PiS byli proeuropejscy, a miłośnicy PO (partii podobno liberalnej gospodarczo) opowiadali się za wydatnym interwencjonizmem państwa w gospodarkę. Jeśli cokolwiek interesuje większość wyborców w partyjnej ideologii, to ewentualnie stosunek do Kościoła, do gejów, do legalizacji marihuany, ewentualnie do "komuny". Dlatego przed wyborami partie nie zawracają już sobie głowy opracowywaniem jakiegokolwiek programu - w tej kampanii PiS nie miało go w ogóle (to, co zaprezentowali jako "program", to był stek sloganów), a PO coś tam na szybko skleciła. Dlatego biorą na listy wyborcze "celebrytów": aktorów, sportowców, ludzi o znanych nazwiskach. I nikogo nie obchodzi, o czym oni się wypowiadają. Wyborcy i tak zagłosują na TWARZ. Dlatego te TWARZE nie mówią nic istotnego, tylko faszerują elektorat frazesami w stylu: "będzie lepiej", "utworzymy nowe miejsca pracy", "załatwimy pieniądze z Unii". A gdzie konkrety? Skąd wziąć pieniądze na to, czy na tamto? Jaki cel ma likwidacja tego, czy utworzenie tego?

Uprzedzając salwę z patriotycznej armaty - to nie jest wyłącznie polska przypadłość. Tak jest współcześnie na całym świecie. Czy ktoś pamięta jaki program miał Barack Obama? A po co, przecież głosowano na niego głównie dlatego, że jest czarny, a czegoś takiego jeszcze nie było. Ale program? A, miał program - "Yes, we can!". Fantastyczny. A jaki szczegółowy. (koniec ironii). I jeszcze obiecywał wycofanie wojsk amerykańskich z Iraku. Jak wiadomo - siedzą tam do dziś...

Dlaczego w ogóle się na ten temat produkuję? A dlatego, że mamy trudne czasy, idą - być może - jeszcze trudniejsze. Będziecie narzekać na brak pracy, wysokie ceny, kryzys. Ale TWARZE Wam wtedy nie pomogą, pani aktorka z "Plebanii" nic nie poradzi, Pierwszy Strażak Rzeczpospolitej nie ugasi pożaru. Aby rozwiązać te problemy trzeba bowiem mieć program. A oni go nie mają.

10. października 2011, 12:11 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

piątek, 7 października 2011

bulterier Platona

W ostatnim przedwyborczym spocie telewizyjnym Platforma Obywatelska straszy naród kilkoma charakterystycznymi urywkami filmowymi, opatrując je komentarzem "Oni pójdą na wybory - a Ty?". Poczuwając się do odpowiedzi, stwierdziłem, że ja owszem, pójdę, ale nie postąpię zgodnie z intencjami autorów klipu, gdyż na PO nie zagłosuję za chińskiego papieża. Jednak nie w tym rzecz.

Największym zagrożeniem dla Polski nie są bowiem P.T. "kibole", "mohery" czy "obrońcy krzyża". Największym zagrożeniem dla Polski są sami wyborcy. Niezależnie od preferowanej opcji partyjnej. Od lat doprowadzam do ściany twierdzenie Platona, jakoby demokracja była zdegenerowaną formą ustroju politycznego. Zapożyczam bez pisemnego pozwolenia przykład Janusza Korwin-Mikke o samolocie (na pokładzie samolotu ważkie decyzje podejmuje wyszkolona załoga, a nie ogół pasażerów większością głosów). Że co? To nie to samo? Oczywiście, że nie to samo. Państwo jest czymś o wiele ważniejszym, bo dotyczy milionów obywateli, a nie tylko kilkudziesięciu pasażerów statku powietrznego. A tak beztrosko powierzamy stery państwa w ręce milionów kompletnie nieodpowiedzialnych "pasażerów" tego państwa, zamiast w ręce ludzi, którzy się na tym znają.

Ja sam, chociaż pasjonuję się polityką, jestem jakoś tam wykształcony i tak dalej, nie czuję się w pełni kompetentny, aby podejmować (w dowolny sposób, a więc przy urnie również) decyzje o losach państwa. Dla mnie to ogromna odpowiedzialność. Dlatego staram się być na bieżąco z tak zwanym życiem publicznym, doczytywać coś, czego nie wiem, sprawdzać coś, czego nie do końca rozumiem. Ale przecież głosują nie tylko tacy jak ja. Znacznie więcej jest tych, którzy o polityce, prawie, historii czy ekonomii nie mają nawet cienia bladego pojęcia. Którzy mylą Sejm z Rządem, którzy twierdzą, że Polska graniczy z Austrią, którzy nie wiedzą, dlaczego - skoro jest bieda - państwo nie może po prostu wydrukować więcej pieniędzy i rozdać ludziom. Których jedyną formą intelektualnej aktywności jest udzielenie odpowiedzi na pytanie audiotele ("Rycerz japoński to: a/Pigmej, b/Mintaj, c/Samuraj?), czytelnictwo ogranicza się do instrukcji obsługi odkurzacza, a racjonalne podejmowanie decyzji do rozstrzygnięcia dylematu, gdzie się dzisiaj "naje**ć" (na dyskotece, czy na "domówce").

Naprawdę Wam to nie przeszkadza, że miliony takich ludzi decydują o losach państwa, w którym żyjecie? Tak, wiem, to nie jest "realna" władza, tylko "wybieranie swoich przedstawicieli do struktur ustawodawczych", ale na jakiej podstawie większość populacji tych swoich przedstawicieli wybiera? Na podstawie przeanalizowania programów kandydatów, czy na podstawie tego, kto więcej naobiecuje, kto ma najładniejszą żonę, skoczną piosenkę, albo najbardziej zapadający w pamięć klip wyborczy (pani, która robi striptease vs. pani, która ściga się z krasnoludkami)?

Widocznie Wam nie przeszkadza, skoro ilekroć napomknę w dowolnej formie, że demokracja jako taka jest do dupy, to otrzymuję kontrę (zawsze niemal identycznej treści): "A co, wolałbyś żyć w dyktaturze?". Po czym następuje klasyczne rozwadnianie sprawy, że owszem, demokracja swoje wady ma, ale nic lepszego nie wynaleziono, kwa, kwa, kwa... Przejawem owej intelektualnej mierności jest fakt, że w społeczeństwie pokutuje przeświadczenie, iż musimy się z tą demokracją męczyć do siódmej nieskończoności, bo jedyną dla niej alternatywą jest tyrania. Dwa systemy polityczne tylko wynaleziono! Demokracja albo upiorny totalitaryzm. Pomiędzy nimi nic nie ma! No, paszport się w kieszeni otwiera...

Oczywiście, nie ma mowy o społeczeństwie w pełni obywatelskim, złożonym niemal w całości ze świadomych, wykształconych jednostek, jednakowo zatroskanych o los państwa. Demokracja jednak uszczęśliwia ludzi na siłę, daje im do ręki zbyt dużą władzę, przekonuje, że są wystarczająco kompetentni, by podejmować decyzje o tak ważnych sprawach. A to jest jak wręczenie drogocennej zabawki nawet nie małpie, ale jakiemuś organizmowi, który w ogóle nie wykształcił kory mózgowej. I dlatego potem ta demokracja u nas wygląda tak, jak za oknami. Głosuje się albo komuś na złość, albo na mniejsze zło. Nawołuje się do udziału w wyborach takimi hasłami, że tylko strzelać. "Jedynie ten kto głosuje, ma potem prawo narzekać" - to jest cudne, zawiera w sobie niemal pewność, że będzie na co narzekać. "Głosujcie, żeby mieć wpływ" - błagam, ja bym wiele oddał, żeby niektórzy ludzie nie mieli wpływu nawet na losy swojego psa, a co dopiero na kształt całego państwa. Zresztą, piszę o tym niemal od początku istnienia tego bloga, a wciąż jest to ów słynny głos wołającego na tak zwanej puszczy....

Jestem - tak! - wrogiem demokracji. Jednak już ją mamy i wygląda na to, że tak prędko się jej nie pozbędziemy. Dlatego od dziewięciu lat chodzę na wszystkie wybory (poza tymi do PE, ponieważ personalnie nie uznaję tego tworu, jakim jest Unia Europejska), nawet, gdy nie ma na kogo głosować (vide II tura ubiegłorocznych prezydenckich - wtedy wrzucam głos nieważny). Was też do tego namawiam. Nawet jeśli faktycznie nie ma na kogo głosować. Upraszczając regułę Pareto, jedynie ok. 20% populacji to ludzie "mądrzy" (cokolwiek to znaczy), a pozostałe 80%... no, na pewno nie powinno chodzić na wybory. Idźcie zatem zagłosować nie dlatego, żeby udowodnić swoją przynależność do tej pierwszej kategorii (ostatecznie, skoro doczytaliście do tego miejsca, to z dużym prawdopodobieństwem się do niej zaliczacie), ale dlatego, że ta druga i tak zagłosować pójdzie.

7. października 2011, 23:05 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

wtorek, 4 października 2011

transportowe marzenia

Bodaj największy szok związany z komunikacją publiczną przeżyłem 1.lutego bieżącego roku, gdy podróżowałem pociągiem do Ostrzeszowa. Na dworcu w Kluczborku oczekiwałem na pociąg InterREGIO relacji Kraków Pł. - Świnoujście i nauczony doświadczeniem spodziewałem się, że na peron wtoczy się popularna "ezetka" EN57, jaką każdy pasażer polskich kolei zna aż zanadto dobrze. Tymczasem przyjechało coś, co bardziej przypominało tabor cygański. Pociąg składał się bowiem chyba ze wszystkich rodzajów wagonów pasażerskich, jakie można spotkać na naszych torach, a każdy wagon był inny. Był tam więc wagon bezprzedziałowy (ale ten starego typu, ze skrzydłowymi drzwiami), był wagon piętrowy, była przedziałowa zielona "dwójka" i była wreszcie czerwona "jedynka", ale zdegradowana na "dwójkę", bo InterREGIO nie prowadzą pierwszej klasy. A ciągnął to wszystko elektrowóz towarowy! Widok był tak groteskowy, że chciałem zrobić zdjęcie, ale skład był opóźniony i nie było czasu.

Natomiast jeśli chodzi o transportowe marzenia, to mam ich trochę. Podróż pierwszą klasą EIC czy przejażdżka trolejbusem (gdzie one jeszcze w Polsce są?) ze zrozumiałych względów należą do zamierzeń mglistych. Ale czasami warto mieć takie marzenia. Jedno z nich spełniło się bowiem w miniony piątek. Przejechałem się wagonem piętrowym. I to nie byle jakim, bo tą słynną "Bipą". Tych wagonów było mnóstwo za socjalizmu, wszystkie w identycznym oliwkowym kolorze (choć w praktyce to i tak był czarny), z siedzeniami twardymi jak chleb z "Biedronki" i z drzwiami, których nie byłby w stanie otworzyć sam Herkules.














Już kiedyś czymś takim podróżowałem, ale to było tak dawno temu, że niewiele z tego pamiętam. Prezydentem Polski był wówczas Lech Wałęsa, płaca minimalna wynosiła jakieś 3 miliony złotych, komputer osobisty miało najwyżej kilka osób na osiedlu i nikt nie słyszał o czymś takim jak Windows, a Lech Kaczyński nosił wąsy. Nic dziwnego zatem, że straciłem już nadzieję, że jeszcze kiedyś taki wagon w ogóle zobaczę na żywo. Sądziłem, że wszystkie zezłomowano, a jak coś się jeszcze ostało, to zmodernizowano i przemalowano na te niebiesko-żółte barwy Przewozów Regionalnych, podobnie jak następną generację "piętrówek" (przez kolejarzy zwaną pieszczotliwie "bohunami"). A tu niespodzianka - na dworzec w Krzyżu wtoczył się jeden zestaw ("Bipy" nie były samodzielnymi wagonami, musiały być łączone w zestawy, jak na zdjęciu powyżej), w oryginalnym, czarnym kolorze! W środku też nic się nie zmieniło - wszystko wyglądało niemal dokładnie tak, jak 16 lat temu, gdy jechałem nim po raz ostatni. I niespodzianka nr 2 - skład ciągnął spalinowóz SP32.













Piękny jest, prawda? W Polsce zostało już ich tak niewiele, że wybierając na chybił trafił jakiekolwiek połączenie kolejowe na terenie całego kraju, prawdopodobieństwo, że spotka się właśnie tą lokomotywę jest pewnie mniejsze niż prawdopodobieństwo wygrania siedmiocyfrowej sumy w LOTTO. I niestety, znowu nie udało się zrobić zdjęcia. Tym razem z najbardziej prozaicznej przyczyny - nie miałem przy sobie aparatu.

Skoro zatem możliwe są takie cuda, nie tracę tym samym nadziei, że uda mi się jeszcze spełnić marzenie nr 1 na mojej transportowej bucket list. A jest nim przegubowy autobus Ikarus-Zemun IK-160P.














Nie uwierzycie, jaki to był dziwoląg! Mimo, że w nazwie występuje "Ikarus", to nie miał on nic wspólnego ze słynną węgierską fabryką autobusów. Montowano go... w Polsce, na licencji jugosłowiańskiej. Silnik chodził głośniej niż trąby jerychońskie, podłoga była tak wysoko, że trzeba się było wspinać jak na Giewont, a siedzenia miał przełożone z najsłynniejszego polskiego Jelcza, czyli PR-ki 110. I przede wszystkim "genialny" układ drzwi 2-2-0-2. Nie mam pojęcia - to pytanie do znawców i MKM-ów - czy jeszcze w jakimkolwiek innym "przegubie" zastosowano takie rozwiązanie. W każdym razie z tego właśnie powodu - mimo, że był to model projektowany z przeznaczeniem dla komunikacji miejskiej - trafiał głównie do PKS-ów.

Ale miał ten autobus niesamowity klimat. Uwielbiam go. Z dzieciństwa mgliście pamiętam, jak kursował w barwach opolskiego PKS m.in. na trasie Opole - Krapkowice przez Rogów Opolski. PKS Kędzierzyn-Koźle również miał ten model na wyposażeniu. Potem zaczęły dość szybko znikać. Ostatnie egzemplarze widziałem na własne oczy dobrych kilka lat temu w barwach PPKS Ostrów Wielkopolski, na dworcach w Kępnie i Ostrzeszowie, ale podobno już też się ich stamtąd pozbyto. Strony miłośników komunikacji co jakiś czas aktualizują swoje zestawienia, wykreślając ten model ze stanu posiadania kolejnych przewoźników. Wygląda na to, że nie ma go już dziś w żadnym PKS-ie w Polsce, a jakieś niedobitki ostały się tylko w prywatnych rękach i w jakichś zakładach pracy. A może jednak można go gdzieś jeszcze "dorwać"? Może ktoś z Was widział go w swoim mieście? Jeśli przypadkiem trafił tu ktoś, kto posiada jakikolwiek trop, proszę o cynk.

4. października 2011, 22:32 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

środa, 28 września 2011

nic nikomu

W jednym z najnowszych spotów wyborczych Platformy Obywatelskiej, posłanka Joanna Mucha przekonuje: "Pomożemy młodym, tworząc nowe miejsca pracy". Jeśli ktoś jeszcze miał jakiekolwiek wątpliwości co do lewicowości PO, to po tej wypowiedzi powinien już ich się wyzbyć. I absolutnie nie marnować głosu na tych socjalistów w przyszłą niedzielę.

Praktycznie każdy polityk (z chlubnym wyjątkiem Korwina-Mikke i przedstawicieli środowisk prawdziwie prawicowych; z PiS jest taka prawica jak z koziej trąby walec drogowy) obiecuje przed wyborami TWORZENIE NOWYCH MIEJSC PRACY. Gdy jednak włączyć trochę myślenia, natychmiast dojdziemy do wniosku, że hasło to jest brednią niebywałą.

W Polakach tkwi wciąż nostalgia za szczęśliwie minionym ustrojem, w którym "państwo dbało, aby wszyscy mieli pracę". I owszem, każdy młody człowiek wchodzący wówczas na rynek pracy miał stuprocentową pewność, że zatrudnienie dostanie. Ile jednak w tym celu państwo stworzyło niepotrzebnych stanowisk pracy (jak ta przysłowiowa pani-urzędniczka, do której obowiązków należało jedynie przewracanie kartek w kalendarzu albo parzenie kawy)? A pensje dla nich nie spadały z księżyca, ale były finansowane z podatków. Dlaczego zatem nikt nie krzyczał, że to marnowanie publicznych pieniędzy?

Rewolucja technologiczna i informatyczna sprawia, że rynek pracy dynamicznie się zmienia. Wiele czynności, które kiedyś wykonywali ludzie, dziś wykonują maszyny, automaty i przede wszystkim komputery. Dlatego struktura zatrudnienia musi ewoluować, ludzie powinni "migrować" w te dziedziny aktywności, w których nie potrafią człowieka zastępować komputery - w tworzenie wiedzy, innowacyjność, w sektor usług etc. Populistyczny postulat "tworzenia nowych miejsc pracy" tkwi jednak w poprzedniej epoce. I trafia do ludzi, którzy oczekują, że obiecująca to partia otworzy na powrót gigantyczne socjalistyczne kombinaty, że zmartwychwstaną przemysłowe molochy, w których przy produkcji nie będą pracować samodzielne automaty, a przy każdej maszynie zatrudnieni będą ludzie. I dzięki temu wszyscy będą mieć pracę.

No bo w jaki inny sposób państwo miałoby "tworzyć nowe miejsca pracy"? Przywrócić instytucję "pani od przewracania kartek w kalendarzu"? Przykładać prywatnym przedsiębiorcom flintę do głowy i nakazywać im zwiększyć zatrudnienie o 200% ? Powiększać armię urzędników (no, to akurat państwo robi...) ? Tworzenie przez państwo miejsc pracy jest fikcją, sloganem, socjalistycznym reliktem. Jedyne, co państwo powinno zrobić dla rynku pracy, to się od niego całkowicie odczepić. Dlaczego bowiem "prywaciarzom" nie opłaca się zatrudniać nowych pracowników? Ano dlatego, że od każdego zatrudnionego muszą płacić multum składek, ubezpieczenia społeczne, wypełniać stosy papierów, formalności... Oczywiste zatem jest, że taniej męczyć się w jak najmniejszym składzie osobowym, albo zatrudnić Ukraińca czy Wietnamczyka "na czarno" i obydwie strony będą zadowolone. A wielkim przedsiębiorcom bardziej opłaca się przenieść produkcję do Chin, a siedzibę na Kajmany, bo w Rzeczpospolitej Obojga Kaczorów im większy dochód uzyska, tym większy mu podatek przyłożą. W myśl socjalistycznej zasady sprawiedliwości społecznej, która głosi, że bogaty ma się tym, co uczciwie zarobił, podzielić z biednym tylko dlatego, że ma więcej niż ten biedny.

Dlatego państwo w ramach "tworzenia miejsc pracy" powinno jedynie: zlikwidować podatki dochodowe (PIT i CIT), zlikwidować przymusowe składki emerytalne i przymus jakichkolwiek ubezpieczeń, oraz - już przy okazji - sprywatyzować służbę zdrowia. I w ten sposób pozwolić działać wolnemu rynkowi. Jak prywatnym przedsiębiorcom państwo nie będzie kazało wypełniać stosów formularzy i płacić tysięcy składek od każdego pracownika, to zaczną zatrudniać na potęgę i nikt ich nie będzie musiał do tego zachęcać. Dlaczego? Bo im się to będzie OPŁACAĆ.

Dlatego gdy któraś partia stanie do wyborów z hasłem: "nie będziemy wam niczego dawać, a już zwłaszcza nie będziemy tworzyć nowych miejsc pracy", to ja pobiegnę na nią zagłosować ze śpiewem na ustach (Nowa Prawica ma podobne postulaty, ale nie startują w moim okręgu...). Oraz z nadzieją, że pójdzie za ciosem i sprawi, że państwo odczepi się nie tylko od rynku pracy, ale też od edukacji, wspomnianej służby zdrowia, pomocy społecznej, polityki prorodzinnej, związków partnerskich, "wyrównywania szans" i tak dalej. I zajmie się tym (owo państwo), czym powinno, czyli gwarantowaniem nienaruszalności fundamentalnych praw jednostki - wolności, własności i sprawiedliwości. I niczym więcej. No, w ostateczności jeszcze niech buduje drogi publiczne.

Wiecie, gdzie w Europie najwięcej ludzi w młodym wieku (absolwentów szkół i uczelni) ma pracę? W Szwajcarii. Gdzie nie ma tej "wspaniałej" Unii Europejskiej, nie ma waluty euro, nie ma nawet Ministerstwa Edukacji (!), a o tym gdzie, czego i jak długo uczą się dzieci i młodzież nie decyduje państwo, ale rodzice danego osobnika. Amen.

28. września 2011, 18:57 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

czwartek, 22 września 2011

oj dana dana, nie ma szatana

Znajomy zalinkował na Fejsbuku coś takiego. W sumie nie wiem, co o tym sądzić. Już od najdawniejszych czasów ludzie, którzy za bardzo się nudzili, doszukiwali się w przeróżnych tekstach (zarówno forward, jak i puszczonych od tyłu) ukrytych przesłań samego Szatana. Dlatego skłonny byłbym nawet uwierzyć, że ktoś tą "listę zespołów satanistycznych" ułożył będąc w pełni władz umysłowych i ze stuprocentowym przekonaniem o prawdziwości tego, o czym pisze. No, może poza obecnością w zestawieniu kamandy Trubadurzy. Krzysztof Krawczyk w satanistycznym entourage'u, czczący imię Lucyfera, w czarnych szatach nabijanych ćwiekami znacznie przekracza możliwości mojej wyobraźni.

Wszystko wskazuje więc na to, że owa próbka twórczości jest po prostu domowej roboty satyrą na wszechobecny w Polsce hype wokół satanizmu. Temat ten wyłazi teraz już niemal z każdej lodówki i każdej mysiej dziury. Z jednej strony Adam Darski (ksywa: "Nergal") i jego adherenci, a naprzeciw ich zbulwersowani adwersarze, podzieleni na rozmaite stronnictwa: radiomaryjno-gazetopolskie, inteligencko-biskupie oraz księdzo-natankowe. Gdyby nie to, że wybory za pasem, media nie mówiłyby o niczym innym. A jakby tak jeszcze zechcieli przejść od słów do czynów i zaczęli się naparzać...

I taką zbitką jest też ten podlinkowany fragment z internetowego forum (?). Trochę w stylu "moherowych" krucjat przeciw zepsuciu (niczym przypisywane ojcu Rydzykowi słowa, że "Teletubisie są dziełem Szatana i prowadzą wprost ku zatraceniu"), trochę w duchu retoryki księdza-egzorcysty od żelu na głowie i telekinezji ("szatanizm", "okultycyzm"). Autor (autorzy?) raczej wciąż korzystają z wątpliwych dobrodziejstw przymusu państwowej edukacji, o czym świadczy obfitość błędów ortograficznych. Chociaż to może być celowy zabieg artystyczny, jako kamyczek do ogródka oponentów Adama Darskiego (ksywa: "Nergal"), którzy też czasami plotą jak potłuczeni i wydaje się, że tak naprawdę nie mają pojęcia o czym. Wówczas takie "kwiatki" jak płyn rdzeniowo-kręgowy (nie ma czegoś takiego, a stwierdzenie, że w dodatku odpowiada on za wydzielanie hormonów jest medyczną herezją) czy powoływanie się na "cenionych amerykańskich naukowców J.Bagginsa i M.Burtona" (wątpię w ich istnienie) jest niezłą szyderą ze stylu argumentacji zbulwersowanych obecnością apologety Piekieł w publicznej telewizji.

Są jednak w tym tekście rzeczy naprawdę kapitalne. Mówię o tych fragmentach, gdzie do jednego worka wrzucono funkcjonujące od wieków w kulturze skojarzenia dotyczące a to Szatana, a to jakiejś mało wyszukanej demonologii, czy wreszcie motywy z najtandetniejszych horrorów. Satanistyczny sąsiad, który tylko "czyha, żeby zwiększyć swoją listę ofiar", zalecenie żeby spalić satanistyczną biblię z dala od miasta (no, ale resztki powinno się chyba głęboko zakopać i zabetonować dla pewności...), a najcudowniejsza jest i tak instrukcja, jak rozpoznać muzykę metalową. Otóż są to te dźwięki, które podczas ich słuchania, przy jednoczesnym odkurzaniu (!), wywołują halucynacje.

Są tam wreszcie niezwykle interesujące implikacje naukowe. Szczególnie zainteresował mnie wątek o tym, że słuchanie satanistycznej muzyki powoduje - w szczególnych warunkach - utratę kontroli nad układem wydalniczym. Ja już dawno temu zaproponowałem niebanalny temat na cały interdyscyplinarny grant badawczy: "Wpływ słuchania muzyki metalowej na przebieg procesów trawienia w okresie adolescencji". I okazuje się, że coś jednak jest na rzeczy! Zresztą amerykańska armia już wiele lat temu prowadziła tajne badania naukowe nad dźwiękami o niskiej częstotliwości, które podobno miały wprawiać w wibracje ludzkie jelita, powodując mimowolne wypróżnienie. Te dźwięki, które nazwano roboczo "brown notes" (proszę, nie pytajcie o bliższe wyjaśnienia...), miały służyć jako szczególny rodzaj broni biologicznej (a właściwie fizjologicznej). A na jaw wyszło to całkiem niedawno, dopiero kilkanaście lat temu, co skrzętnie wykorzystali twórcy serialu "South Park" - w jednym z odcinków któryś z bohaterów przypadkowo nadał taki dźwięk przez radio, powodując jednoczesne wypróżnienie całego narodu.

O, to może oponenci Adama Darskiego (ksywa: "Nergal") poeksperymentowaliby z takimi dźwiękami. I z wzajemnością ze strony "szatanistów". Najlepiej na wizji. Powstałby cykl interaktywnych programów "Gwiazdy ... ekhm... na lodzie", albo "Jak oni... no właśnie...". Nie od dziś się mówi, że mainstreamowa prasa to szlam, a telewizja to szambo. No, to pora słowa wcielić w czyn.

22. września 2011, 22:23 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

piątek, 9 września 2011

ring bardzo wolny

Wygląda na to, że jestem jedną z niewielu osób w tym kraju, których kompletnie nie obchodzi, czy jutro w godzinach wieczornych bokser Adamek pokona boksera Kłyczko, czy odwrotnie. Chciałem natomiast zwrócić uwagę na ponury zbieg okoliczności, którym jest fakt, że owo "wydarzenie" odbędzie się na zakończenie Europejskiego Kongresu Kultury, który również organizowany jest we Wrocławiu. Być może koincydencja ta ma znaczenie prorocze - już za kilka lat jedynie do obejrzenia walki bokserskiej może się sprowadzać uczestnictwo przeciętnego Polaka w kulturze.

Nie mam kolorowego pojęcia o zawodowym boksie, ale to musi być sport niezwykły. Mistrzów świata jest chyba ze trzech równocześnie i każdy tak samo ważny, bo jest ileś równoważnych "organizacji", które się dodatkowo tak fajnie nazywają (WBA, USB, HBO). Nie istnieją jakiekolwiek rozgrywki, a pojedynki się umawia między zainteresowanymi menedżerami. I praktycznie co roku jest jakaś walka stulecia! Kondensacja czasu zadziwiająca. Chociaż już Einstein odkrył, że wszelkie wielkości fizyczne (zatem czas również) są względne i zależą od przyjętego układu odniesienia, ale chyba w całym Wszechświecie nie znalazłoby się takiego układu odniesienia, zgodnie z którym reguły boksu nosiłyby jakiekolwiek znamiona sensowności.

No nie potrafię się zmusić do fascynacji dyscypliną, która polega na tym, aby przeciwnikowi przyładować (w wersji polit.popr. - "wyrządzić krzywdę"). Na tym stanowisku jestem w wyraźnej mniejszości, bo pokutuje przekonanie, że facet powinien jednak interesować się boksem (podobnie jak powinien pić wódkę, oglądać "męskie kino akcji" i jeszcze parę innych rzeczy). Nie powiem, nawet próbowałem. Obejrzałem w życiu jedną walkę bokserską (zgadnijcie czyją z polskiej strony...), ale to było tak bezdennie nudne, że tłumaczenie instrukcji obsługi frezarki obwiedniowej do stożkowych kół zębatych z aramejskiego na hindu wydaje się być przy tym fascynującym zajęciem.

Potrafię natomiast zrozumieć powszechne urzeczenie boksem we współczesnym społeczeństwie. Już średnio rozgarnięty uczeń Freuda dopatrzy się tu sublimacji popędu wojennego, który przez tysiąclecia popychał przedstawicieli płci brzydkiej do interakcji, podczas których ręcznie tłumaczyło się oponentowi, aby oddał nam swoją squaw, terytorium i pozostałe dobra doczesne. Dzisiaj sami nie możemy zdefasonować twarzy adwersarzowi (chyba, że w wyjątkowych przypadkach i jak prokurator nie widzi), więc chociaż sobie popatrzymy, jak ktoś robi to w naszym imieniu. Ale do diabła z psychoanalizą. Ja lubię podejście ewolucyjne. A boks zawsze mi przypomina, że należy zrewidować koncepcję o brakującym ogniwie w teorii Darwina. I docenić fakt, że na własne oczy, tuż obok nas możemy podziwiać spektakl obrazujący korzenie gatunku homo (i to bardzo głębokie, bo małpy człekokształne chyba jednak się po mordach nie piorą).

Nauka już dawno dowiodła, że człowiek nie powstałby, gdyby pierwsze naczelne w pewnym momencie dziejów nie zeszły z drzew. W tym kontekście chyba bardziej zrozumiały jest fakt, że bokser Adamek wychodzi na ring przy dźwiękach przeboju: "Nie zapomnij, skąd tutaj przybyłem". Nie mam wątpliwości, że nie zapomnimy.

9. września 2011, 23:23 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

debatologia

W dniu mijającym osiągnięto (uwaga, będzie mądre słowo) konsensus w kwestii przedwyborczych debat. Prawo i Sprawiedliwość konsekwentnie obstawało przy swoim, czyli przy wzywaniu członków rządu na "zdawanie sprawy" w swojej kwaterze głównej. Dlatego pozostałe towarzystwo zabrało zabawki i przeniosło się do innej piaskownicy. Będą sobie debatować we własnym gronie (PO, SLD, PSL, PJN), według ustalonej dziś rozpiski.

Narzekaniem, że do medialnych debat nie dopuszcza się członków mniejszych partii (Ruch Palikota, Nowa Prawica Korwin-Mikkego etc.) psuję Wam humor na Fejsbuku, więc tu już nie będę się powtarzać. Zastanawiało mnie natomiast, dlaczego PiS tak bardzo obstaje przy debatowaniu jedynie z Platformą, a nie chce telewizyjnych starć w szerszym gronie, unikając SLD. Na chłopski rozum wydaje się, że ludzie Kaczora zdają sobie sprawę, że ugrupowanie Donalda jest jedynym, które będzie im zagrażać w wyborczej walce, dlatego w debatach chcą się przede wszystkim odróżnić od głównego konkurenta. W ten sposób mógłby jednak rzecz wyjaśnić już średnio douczony politolog. Moim zdaniem PiS nie pali się do bezpośredniej debaty z SLD, gdyż w bezpośredniej konfrontacji widzowie mogliby zauważyć, że PiS i SLD tak naprawdę ideowo dzieli bardzo niewiele. I tego obawia się prezes Kaczyński - że ktoś to dostrzeże i zamiast na jego listy, zagłosuje na partię Napieralskiego, Kalisza i (przepraszam, nie mogłem się powstrzymać) Łukasza Naczasa. A uwypuklanie wspólnych cech PiS i SLD będzie na rękę kaczystom dopiero po wyborach, gdy będą z Sojuszem zawiązywać koalicję.

Wydaje się Wam, że to niemożliwe? A niby dlaczego? Aha, bo PiS to prawica, a SLD lewica. No, tak... I tu niestety wracamy do tego, o czym pisałem już setki razy i wygląda na to, że będę pisać do siódmej nieskończoności. Rozumienie pojęć "prawica" i "lewica" jest w Polsce beznadziejnie mizerne. Nie trzeba być do tego politologiem, wystarczyłoby samemu trochę poczytać, bo na lekcjach wiedzy o społeczeństwie chyba tego teraz nie uczą, tylko indoktrynują unioeuropejsko. W rezultacie otrzymujemy dorosłych ludzi, wykształconych, z dyplomami, którzy się "interesują życiem publicznym", "świadomie uczestniczą w wyborach", ale gdy zapytać, czym różni się w zasadniczych założeniach partia lewicowa od prawicowej, pojawia się tak zwany problem. I w najlepszym przypadku można liczyć na dukanie oparte na prostych skojarzeniach: prawica to starzy, wąsaci, albo fanatycy, co blisko z kościołem są, bronią krzyża i religii w szkole, wszystkiego chcieliby zabraniać i rozprawiają tylko o tym, jak to drzewiej bywało. A lewica to młodzi, na luzie, popierają jaranie blantów i lubią gejów. Skojarzenia w większości niewiele mające wspólnego z prawdą, ale w niewiadomym celu podtrzymywane przez masowe media.

Celem wyjaśnienia - Prawo i Sprawiedliwość nie jest partią prawicową. Jest partią lewicową, państwowo-socjalistyczną (no już nie róbcie takich wielkich oczu). W kwestiach gospodarczych "program" PiS-u jest bardziej lewicowy niż program SLD. Oczywiście w kwestiach światopoglądowych (czy - jak wolicie - obyczajowych) SLD jest bardziej "liberalne", ale to jeszcze za mało, żeby partię pana Jarosława nazywać prawicową.

I nie chcę już ciągnąć tego wątku, bo piszę bloga, a nie podręcznik podstaw doktryn politycznych. Kto chce, poczyta sobie (choćby na Wikipedii), jak odróżnić partię lewicową od prawicowej. A kto nie chce, to nie musi - nie ma powszechnego obowiązku, aby się znać na polityce. Ale - do diabła - przestańcie potem pie***ć dookoła, że prawica to najchętniej chciałaby państwa kościelnego, a lewica promuje wolność!

29. sierpnia 2011, 23:28 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

czwartek, 18 sierpnia 2011

keep on pretending

Nie tak dawno temu, podczas uroczystości na Jasnej Górze, pewien ksiądz solennie zapewnił, że "nigdy nie będziem z ku*wami w aliansach". Słuchając tych słów, przykładowy dresiarz mógłby pomyśleć o autorze coś w stylu: "spoko ziomal", za to przykładowy literaturoznawca pochwaliłby duchownego za nieprzeciętną znajomość klasyki. Dla każdego coś miłego. Wydaje się jednak, że akurat w tym przypadku ksiądz nie miał na celu przypodobać się jakiejkolwiek z kategorii społecznych, a ta wypowiedź była po prostu przykładem charakterystycznego dla niego sposobu werbalizacji emocji.

Niemniej jednak, pretensjonalność nadal trzyma się mocno. Tak jest zresztą od wieków, może nawet od chwili, gdy człowiek zszedł z drzewa. A sfera językowa, to co i jak mówimy, zawsze było idealną płaszczyzną, aby w oczach innych malować swoje doskonalsze "ja". Kiedyś dobrze było wygłosić coś z francuska lub z włoska, innym razem odpowiedniejsza była łacina (klasyczna, nie kuchenna). Współcześnie języki romańskie bynajmniej nie straciły na znaczeniu, zwłaszcza włoski (ach te "ekspresso" i "ciał!"), a i znajomość łaciny może dać w rezultacie +50 do ogólnego podziwu i uwielbienia, z tym, że nie klasycznej, a elitarnej - czyli świńskiej.

Generalnie jednak na tak zwanym topie jest angielski (w czym celuje zwłaszcza niżej podpisany), ale jedynie w grupie wiekowej - powiedzmy - 25-35 lat. Przy czym częstotliwość nadużywania jest odwrotnie proporcjonalna do znajomości języka Szekspira, Królowej i Pippy Middleton. Młodsi (-20) zaznaczają swój status raczej nadużywaniem słów powszechnie uważanych za nieparlamentarne (podobno wszystko da się wyrazić za pomocą tylko czterech spośród nich), natomiast starsi (50+) zanadto obficie posługują się słownictwem, które uważają za "młodzieżowe". I chociaż w rzeczywistości "młodzieżowe" przestało być wieki temu, nie przeszkadza to okrasić wypowiedzi iście jadowitą formułą "Jak to się teraz mówi...", po czym następuje np. "cool", "wypasiony" tudzież "trendi".

Portretowanie pretensjonalności w taki sposób nie ma jednak najmniejszego sensu. Już choćby dlatego, że społeczeństwo nam się zatomizowało jak nigdy dotąd i nie istnieje coś takiego jak moda rozumiana per se. Ludzie stają na uszach, robią tysiące mniej lub bardziej sensownych rzeczy, a nawet - tu kłania się teoria Veblena - nabywają dobra, które nie są im absolutnie do niczego potrzebne, nie po to, aby "być modnym" albo "być na czasie", bo to jest pustosłowie jakich mało. Podejmując te wszystkie czasochłonne i finansochłonne zabiegi człowiek nie chce uzyskać jakiejś ogólnej i niewiele mówiącej łatki "jestem nowoczesny" czy "jestem modny". Wkładając tyle wysiłków i kosztów dąży do czegoś konkretnego - do przyodziania się w czytelny komunikat, który będzie wysyłany współplemieńcom w postaci sygnału potwierdzającego jasne i określone aspiracje: "Jestem X a nie jestem Y".

A ponieważ grupy potencjalnych aspiracji mnożą się jak króliki po Viagrze, nawet unikanie tak zwanego obciachu nie jest proste. Dawniej wystarczyło kreować się na inteligentniejszego niż się jest w rzeczywistości, co świetnie portretuje słynna anegdotka o obywatelu zachodzącym do księgarni i proszącego sprzedawcę o jakąś wymagającą lekturę. Gdy księgarz proponuje Kafkę, delikwent odpowiada: "Dziękuję, już dzisiaj piłem". Obecnie można opowiadać, że na wystawnym przyjęciu jadło się krykiety posypane estradiolem i bastylią, ale i tak prędzej wyśmieją gościa, który pomyli Alexandra McQueena ze Stevem McQueenem, albo - co gorsza - hippisa z hipsterem.

Świadomość owych pułapek i wynikających z nich tragicznych konsekwencji natchnęły mnie do stworzenia czegoś w rodzaju skryptu wtajemniczającego w arkana postmodernistycznej pretensjonalności. Zakładałem, że znajdą się w nim - w formie przystępnej pigułki - wskazówki i rady, jak odnaleźć się w rzeczywistości, w której właściwie nie wiadomo nawet, czy lepiej być w mainstreamie czy poza nim. Na szczęście jest kilka uniwersalnych trików.

Z pewnością warto posiadać smarkfona spod znaku jeżyny. Aktywnie korzystamy również z Google+ i ćwierkamy na Tweeterze. Konto na Fejsbuku na razie nie zaszkodzi (ale na NaszejKlasie - wykluczone!), chociaż wypada nadmienić w towarzystwie, że nie jest się zwolennikiem zmieniania świata przy pomocy przycisku "Lubię to!" (nie używamy terminu "lajkowanie", bo to wczesne liceum). Polityką się zanadto nie interesujemy, ale gdy ktoś zapyta, to odpowiadamy, że popieramy integrację europejską, rozwój demokracji oraz sprawiedliwy podział dochodu narodowego. W kwestiach ekonomicznych jesteśmy anti-trust i opowiadamy się za zrównoważonym rozwojem, a w sprawach społecznych wspieramy uciśnione mniejszości (Polaków na Litwie, ateistów w Polsce, środowiska LGBT). O religii lepiej się nie wypowiadać, ale jak już przyciśnie, to najlepiej zadeklarować się jako buddysta, ewentualnie wyznawca czegoś, co się dziwnie nazywa i nikt nie wie, z czym to się je (ale obowiązkowo musi być uduchowione; parodie w stylu pastafarianizmu są dobre dla geeków).

Odrębną działką jest kultura. Obowiązkowo czytamy. Dużo i na pokaz. A co? Przede wszystkim Murakamiego, Larssona (tego od kryminałów) i Cobena (nie Cohena, bo ten śpiewał). Pratchett jeszcze ujdzie, ale King już nie zawsze. Polskich autorów jedynie tych, którzy piszą o gejach albo sami nimi są; ale jeśli dostali NIKE to nie (wiadomo przecież kto przyznaje NIKE...). Czytamy także tygodniki opiniotwórcze. Ale tu również wybór jest ograniczony. "Newsweek" odpada, bo przereklamowany, "Polityka" się źle kojarzy, a "Uważam Rze" już za sam tytuł (za content zresztą też). Więc co czytamy? Oczywiście "Przekrój" (bo tęczowy) i "Wprost". A dlaczego "Wprost"? No, co za pytanie?! Przecież tam pisze felietonistyczna śmietanka: Skiba, Hołdys, Meller (Marcin) i Magda Gessler.

Słuchamy muzyki z białych słuchawek nawet wtedy, gdy nie słuchamy. Czego słuchamy? To mniej istotne, dopóki nie zaczniemy o tym mówić. Ale najlepiej indie rocka ("indie" nie oznacza, że to muzyka z ojczyzny Bollywood, tylko skrót od "independent") i wszystkiego, co ma w nazwie "alternatywny"; chill-out i reggae nie powinny zaszkodzić, ale trzeba uważać. Pokazujemy się na letnich festiwalach, ale nic poniżej OFF-a i Heinekena... - przepraszam - "Henia", nie wchodzi w grę. Może być Roskilde czy Glastonbury, chociaż węgierski Sziget aktualnie nabije nam więcej punktów. Oglądamy również filmy, chociaż kina odwiedzamy rzadko, ale gdy już, to z fasonem. Z polecanych reżyserów warto wyróżnić Tima Burtona (kiedyś) i braci Coen (teraz), a z naszego podwórka - Koterskiego (kiedyś) i Smarzowskiego (teraz). Warto mieć też na podorędziu garść cytatów z aktualnych animacji Pixara, Disney'a czy DreamWorks.

Co jeszcze? Ubieramy się w outletach (nie mylić z lumpeksami), a jeśli markowo to np. Bershka (gimnazjum), Smith's (liceum), Stradivarius (studia) czy New Yorker (później). Powyższa klasyfikacja nie dotyczy skejtów, dresów, ziomali oraz kryptoziomali - dla nich stworzono enklawy w postaci Croppa, House'a etc. Dobre rezultaty powinno przynieść, gdy delikatnie skrzywi nas na widok sweterka w serek, białych kozaczków i skarpetek do sandałów. Jemy egzotycznie i najlepiej bezmięsnie, chyba że mamy dobry reason (np. jesteśmy na diecie NewMayo Clinic). Pijemy piwo (z sokiem), Whisky (potajemnie), wódkę (tylko na weselu), oraz drinki które nazywają się jeszcze dziwniej niż smakują (Cuba Libre i Mojito to borderline dobrego gustu). Z nie-alkoholu: wodę mineralną niegazowaną średnionasyconą dwutlenkiem węgla oraz sok pomidorowy.

Jak tańczymy to nie szkodzi, jak nie uprawiamy sportu to niedobrze. Najlepiej połączyć te dwie aktywności i wybrać coś, co się nazywa dziwnie (Muay Thai) lub śmiesznie (Krabi Krabong) - gwarantuję, że nikt się śmiać nie odważy. Może być jeszcze WenDo (dla kobiet), oraz Capoeira (bez ograniczeń fizjologicznych). A ze sportu sensu stricto: squash, siłownia, pływanie, snowboard. Telewizji nie oglądamy, chyba że akurat oglądamy. Wspieramy działania na rzecz pokoju na świecie. Lubimy fotografować ludzi i zwierzęta (poważniejsze tematy zostawiamy tym, którym się wydaje, że umieją obsługiwać lustrzankę). Jesteśmy ekologiczni jak jasna cholera (atom jest be, Al Gore jest cacy), segregujemy śmieci, ale jeśli już lubimy się brudzić w ogródku, to nie przyznajemy się do tego za chińskiego boga. Otwarcie krytykujemy powszechne zainteresowanie prywatnym życiem celebrytów oraz naukę Kościoła w kwestiach rodziny i seksu. Uwielbiamy drobiazgi w stylu vintage. Na wakacje jeździmy w nurcie backpacking albo couchsurfing (by the way - warto spojrzeć na Wschód i kraje byłego ZSRR). Kończymy kursy wszelakie (tańca brzucha, tkania gobelinów) i zdobywamy różnorodne sprawności (instruktora karaoke dla słuchaczy Uniwersytetów Trzeciego Wieku). W wolnych chwilach spotykamy się ze znajomymi (a jeśli nie, to i tak mówimy, że się spotykamy), oraz uprawiamy clubbing, churching i jogging.

Po namyśle sądzę jednak, że praca nad takim manualem byłaby pointless. Żyjemy przecież w takich czasach, że każdy, kto chce być on the top, sam musi wyznaczyć sobie target i sam być sobie trendsetterem, żeglarzem i okrętem. A poza tym to przecież niemożliwe, aby człowieka poważnie zajmującego się trudną sztuką pretensjonalności, dało się opisać w kilkunastu zaledwie zdaniach. Nieprawdaż...?

18. sierpnia 2011, 23:05 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

sobota, 13 sierpnia 2011

w proch się obrócisz

Od października wejdą w - nomen omen - życie nowe wytyczne Kościoła w kwestii pogrzebów. Jeśli ktoś ma zamiar się pogrzebać tradycyjnie, to nie ma się czego obawiać - wszystko zostaje po staremu. Natomiast problem ma ktoś, kto chciałby poddać się kremacji. Pozostawi bowiem swoim bliskim spore wyzwanie logistyczne.

Ksiądz nie będzie już miał prawa odprawić mszy pogrzebowej, gdy w kościele zamiast trumny z ciałem będzie się znajdować urna z prochami. Prawo kościelne stanowi, że mszę takową można odprawić tylko w obecności ciała zmarłego. Dopiero potem odeśle się ciało do krematorium, a gdy się odbierze prochy, będzie można przeprowadzić drugą część uroczystości żałobnych - na cmentarzu. Rzecz w tym, że krematoria nie załatwiają tej sprawy "od ręki", to trochę trwa i prochy można odebrać zwykle najwcześniej następnego dnia. A zatem całość pogrzebu rozciągnie się - jak dobre wesele - na dwa dni.

Już widzę te pomstujące tłumy, tych podburzanych przez media rozgoryczonych ludzi, utyskujących, że się znowu księżom w dupach poprzewracało, bo co to dla nich za różnica, czy podczas mszy jest ciało czy prochy, podczas gdy dla rodziny to jest ogromny kłopot finansowy i organizacyjny, bo przecież trzeba zakwaterować żałobników, którzy przybyli z daleka, skoro zostają na dwa dni, wyżywić ich etc.

Nie jestem teologiem, nie wiem jaką różnicę Kościołowi czyni, jeżeli podczas mszy jest urna a nie trumna, ale mimo to uważam - jako prosty człowiek - że nam nic do tego. Kościół stanowi prawo kanoniczne i naszym zadaniem - jeśli chcemy w tym Kościele być, bo to przecież nie obowiązek - jest się dostosować, a nie naciągać kościelne regulacje pod nasze widzimisię. I już. A nawet więcej - sądzę, że księża powinni być bardziej asertywni i odmawiać katolickiego pogrzebu ludziom, o których wiadomo, że kościelny przybytek omijali za życia łukiem jak najszerszym. Pogrzeb katolicki nie należy do katalogu fundamentalnych praw człowieka, więc gdy słyszę, że ktoś mówi, iż księdza psim obowiązkiem jest pogrzeb odprawić absolutnie każdemu (o ile nie podpisał aktu apostazji), to mam szczerą ochotę kopnąć go w sempiternę (tego, kto tak mówi, nie księdza). Cmentarze są "komunalne", więc nikt nikomu miejsca nie może tam odmówić, ale żeby przy zakopywaniu obecny był ksiądz - na to moim zdaniem trzeba sobie za życia zasłużyć. Jestem zacofanym Ciemnogrodzianinem, wiem.

I uważam też, że dobrze się stanie, iż niektóre z pogrzebów przeciągną się na dwa dni. Obecnie często wygląda to tak, że rodzina - choćby i najbliższa - przybywa w ostatniej chwili, nawet już po rozpoczęciu mszy, potem na cmentarz, sypnąć ziemią, złożyć kondolencje, potem na konsolację, opić "skórkę" i w nogi. Oficjalnie dlatego, że droga do domu daleka. A tak naprawdę z obawy przed tym, że jeszcze komuś coś strzeli do głowy i każe nam z wdową porozmawiać, sieroty pocieszyć, jeszcze się zapomnimy i zastanowimy się dłużej nad istotą śmierci, spychanej w naszej kulturze na margines. A może nawet zagalopujemy się i dojdziemy do wniosku, że też kiedyś będziemy musieli umrzeć. I święty spokój diabli wezmą.

I wszystko byłoby w porządku w kwestii nowych regulacji, gdyby nie jedno zdanie, które zbulwersowani zmianą pogrzebowych przepisów mogli nawet przeoczyć. Gdzieś tam na marginesie jest napomknięte, że "same uroczystości na cmentarzu powinny odbywać się już tylko z udziałem najbliższych"...

Jestem nawet w stanie zrozumieć, o co księżom w tym... ekhm... ustępie chodzi. Zdają sobie sprawę, że wielu krewnych nie będzie sobie mogło pozwolić na dwudniowe uczestnictwo w uroczystościach pogrzebowych, dlatego dają dyskretną wskazówkę, który dzień celebracji powinni wybrać - pierwszy, czyli mszę świętą. Niestety, wykazują się kompletnym niezrozumieniem realiów. Polscy wierni mają wyjątkowe problemy z wiarą w byty i pojęcia abstrakcyjne. Potrzebują często czegoś namacalnego - relikwii, cudu widomego, płaczącego obrazu, gorejącego krzewu, figury papieża w ogrodzie... Dla nich ważniejsza wydaje się cmentarna część pogrzebu: wodą pokropią, ziemią można sypnąć, trumnę/urnę zamyka się na wieki wieków przy dźwiękach żałobnych tonów. To potężnie oddziałuje na emocje, utrwala się w pamięci. A msza święta to jest tylko sztampowy teatrzyk, odgrywany za każdym razem w identycznej formie, w którym się uczestniczy bo trzeba, ale o co w tym chodzi, czemu to takie długie, po co te wszystkie czytania, litanie i pieśni - nie bardzo wiadomo.

Mam nadzieję, że do tego typu wiernych się nie kwalifikuję, ale i tak protestuję przeciw tej sugestii o uczestnictwie tylko najbliższych członków rodziny w cmentarnej części pogrzebu. Bo dlaczego ktoś decyduje, że nie powinienem się pojawić na cmentarzu, gdy żegna się kogoś z dalszej rodziny, albo wręcz zupełnie niespokrewnionego, nawet jeśli był mi bliższy niż niejeden krewny? Ktoś bardziej krewki ode mnie zacząłby się teraz pewnie rozwodzić nad tym, że "niech klechy jeszcze ustawią szlaban w cmentarnej bramie i legitymują gości celem ustalenia stopnia pokrewieństwa".

Mam wciąż nadzieję, że to kościelne zalecenie jest tylko niefortunnym nieporozumieniem albo właśnie sugestią dla dalszej rodziny, którą z części pogrzebu powinni wybrać, jeśli nie mogą sobie pozwolić na przyjazd z noclegiem. Znając życie, w naszym społeczeństwie skończy się jednak jak zwykle. Czyli konstatacją, że chodzi o pieniądze - bo podczas mszy zbiera się "tacę", a na cmentarzu nie, więc księża dbają o to, żeby więcej osób było w kościele. A resztę już znamy - "czarnym zależy tylko na kasie"...

13. sierpnia 2011, 16:05 DST, 52.435 °N, 15.142 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego