środa, 24 grudnia 2014

nowy kanon lektur (część 1.)

Temat edukacji jest ostatnio częściej niż zwykle podnoszony. A to pani Minister poinstruuje nauczycieli, co mają robić, narażając się tym samym, że rozjuszeni pedagodzy wezmą przykład z górników, przyjadą do stolicy i obrzucą budynek MinEdu kredą albo Kartą Nauczyciela. A to znowu pani Minister z dumą zaprezentuje kolejną odsłonę "darmowego" podręcznika dla najmłodszych adeptów państwowego szkolnictwa. A to wreszcie media mainstreamowe zainicjują dyskusję o konieczności zmian w kanonie lektur szkolnych, bo dzieci podobno wolą teraz czytać (a najlepiej oglądać) "Harry'ego Pottera" i "Igrzyska Śmierci", zamiast "Pana Tadeusza" i "Quo Vadis".

Wydaje się jednak, że również tą ostatnią kwestią urzędnicy w Ministerstwie Edukacji poważnie się przejęli. Z przecieków oraz strzępków nieoficjalnych danych wynika, że w kazamatach Resortu spoczywa już projekt zupełnie nowego kanonu lektur szkolnych. I jak się nam udało dowiedzieć ze źródeł bliskich do samego wiceministra, zmiany są naprawdę rewolucyjne. Specjalnie dla Czytelników, jako pierwsi prezentujemy najważniejsze elementy nowego kanonu.

Wiekopomna zmiana ma kryptonim "666" i opiera się na założeniu, że trzon literatury obowiązkowej na każdym poziomie edukacji (szkoła podstawowa, gimnazjum, liceum) stanowić będzie 6 tytułów. W sumie daje to 18 książek, które każdy uczeń w ciągu swojej szkolnej przygody poznać będzie musiał piekielnie dobrze. A szczegółowa lista tytułów przedstawia się następująco:


SZKOŁA PODSTAWOWA
  • Na samym początku szkolnej edukacji, dzieci zapoznają się z unowocześnioną wersją klasycznego wiersza "Murzynek Bambo", znanego każdemu z nas. Zreformowana postać wiersza, która nosi tytuł "Afroamerykanin Bambo", została opracowana ściśle według wytycznych Komisji Europejskiej i uzgodniona z Pełnomocnikiem ds. Równego Statusu Kobiet, Mężczyzn i Kosmitów. A sam wiersz rozpoczyna się teraz słowami: "Afroamerykanin Bambo w Afryce mieszka, alternatywny kolor skóry ma ten nasz koleżka..."
  • Pierwszym poważnym spotkaniem z prozą będzie dla uczniów podstawówki opowiadanie rosyjskiego pisarza Michaiła Chlebakowa pod tytułem "Miś i Małgorzata". Pogodne przygody dziewczynki mieszkającej z rodzicami na skraju surowej syberyjskiej tundry, oraz jej ukochanego pluszaka, z pewnością zachęcą dzieci do dalszego sięgania po książki.
  • W trzeciej klasie jako lekturę obowiązkową zaplanowano utwór "Małpa w kąpieli" autorstwa pisarza ukrywającego się pod pseudonimem A.Fr, który publikuje anonimowo, wyłącznie w internecie. Utrzymane w wesołym tonie, krótkie dzieło "Małpa w kąpieli", w humorystyczny, a jednocześnie pouczający sposób przestrzeże najmłodszych przed niebezpieczeństwami wynikającymi z korzystania z poczty elektronicznej podczas zażywania kąpieli w wannie lub pod prysznicem.
  •  
  • Na starsze dzieci czeka pierwsze poważniejsze spotkanie z powieścią. Dla nich Ministerstwo proponuje znane od pokoleń i bardzo dobrze oceniane książki Alfreda Szklarsko-Porębskiego. Z dziewięciu tomów o przygodach Romka, które wyszły spod jego pióra, czwartoklasiści powinni przeczytać tom pierwszy - "Romek w krainie praszczurów", który z lekkością i pasją wprowadzi dzieci w tematykę genealogii i przybliży im, dlaczego warto - podobnie jak to czynił główny bohater - poznawać przeszłość własnej rodziny i zgłębiać tajemnice swoich przodków.
  • W piątej klasie szkoły podstawowej również zaplanowano spotkanie z dziełem wielotomowym. "Opowieści z psiarni" autorstwa C.S.I. Lewisa to już znacznie dłuższe objętościowo książki. Dlatego również w tym przypadku zalecany do przeczytania jest tylko jeden tom. I ponownie proponuje się książkę rozpoczynającą serię, a noszącą tytuł "Opowieści z psiarni - zew do księżyca i stara szarfa". Jak pewnie doskonale pamiętamy, akcja powieści toczy się w schronisku dla bezdomnych zwierząt, do którego pewnego razu trafia na wpół dziki mieszaniec, potomek wilczycy i domowego jamnika.
  • Ostatnia klasa podstawówki przeznaczona jest na zapoznanie dzieci z literaturą operującą przenośnią, aluzjami i światem przedstawionym w konwencji z pogranicza fantazji i rzeczywistości. Metaforyczne dzieło Henryka Serkiewicza pod tytułem "W budyni i w tłuszczy" nie powinno jednak znużyć nastolatków. Tym bardziej, że fabuła powieści, czerpiącej obficie inspiracje z klasycznej "Alicji w krainie garów", koncentruje się wokół miejsca znanego im codzienności - najzwyklejszej domowej kuchni. W niej to, jak wiedzą ci, którzy rzecz czytali, dochodzi do tajemniczych i niesamowitych wydarzeń, których uczestniczką jest główna bohaterka - jedenastoletnia Magda Gęśler. Pewnego dnia, pomagająca mamie w gotowaniu Magda, pada ofiarą trujących oparów wydobywających się z nadpsutego sera gorgonzola, przechowywanego w nieodpowiednich warunkach. Halucynogenne wyziewy sprawiają, że dziewczynka przenosi się w swej wyobraźni do świata, w którym potrawy nie tylko ożywają i rozmawiają z bohaterką, ale mają też swoje królestwo, z władzą, prawem i stosunkami społecznymi. Niestety, Magda trafia do ich świata akurat w przededniu wybuchu wielkiej, kuchennej rewolucji...

GIMNAZJUM
  • Na początek bardzo przyjemna lektura - "Szatyn z siódmej klasy"  Marcela Korneszyńskiego. Książka opisuje perypetie dwóch koleżanek z jednej ławki, które w tym samym czasie zakochują się w przystojnym koledze z klasy równoległej. Akcja powieści rozgrywa się w niezwykłym okresie Polski międzywojennej (co sprawia, że realia książki można omówić również na lekcjach historii), a sam kawaler będący obiektem westchnień, nie zwraca niestety uwagi na uczucia koleżanek. Jest bowiem żywo zainteresowany zagadką, w którą wciąga go nauczyciel matematyki. Intryga wiedzie do tajemniczej posiadłości na przygranicznej wsi. Nasz bohater wraz z profesorem wyruszają tam na poszukiwania wspólnego mianownika i zaginionej całki. Ich śladem potajemnie ruszają dwie zakochane w szatynie siódmoklasistki...
  • W pierwszej klasie gimnazjum uczniowie zetkną się również z poezją romantyczną, w wykonaniu - rzecz jasna - naszego wieszcza narodowego. Urzędnicy proponują utwór pt. "Alladyna", którego treść jest zaskakująco wielowątkowa. Młoda dziewczyna imieniem Grażyna znajduje w jeziorze Zmierzcheź tajemniczą lampę z wygrawerowanymi arabskimi napisami. Jednocześnie Grażyna i jej siostra Alina rywalizują o względy przystojnego dziedzica z nieodległego dworu - pana Tadeusza. Zakładają się, która z nich zbierze w ciągu jednej nocy więcej kwiatów lilii. I mimo, że Alina podstępem zamyka Grażynę w domu, nad ranem ta znajduje pod swoim łóżkiem całe naręcza lilii. Podejrzewa, że cud ten może mieć związek z tajemniczą lampą. O lampie nie ma za to pojęcia Alina, która knuje coraz to nowe intrygi przeciw siostrze, a to wykorzystując zagadkowe szkiełko i oko, a to znowu prosząc o pomoc wędrowne dziady. Tymczasem wydaje się, że sekret intrygującej lampy zna jedynie nie mniej tajemniczy zakonnik, ksiądz Robal...
  • Gimnazjum to trudny okres w życiu młodzieży. Ministerstwo proponuje zatem, aby do kanonu lektur włączyć pozycje poruszające tematy szczególnie ważne na tym etapie dorastania. Jednym z nich jest problem uzależnień, zwłaszcza uzależnień od narkotyków. W bardzo obrazowy sposób kwestie te opisuje kanadyjska pisarka Lucy Inthesky Diamonds, która - co nie jest tajemnicą - w życiu prywatnym z niejednego pieca crack brała. Fabuła jej najsłynniejszej książki pod tytułem "Ania z zielonego wzgórza", koncentruje się - jak już tytuł sugeruje - wokół walki głównej bohaterki z uzależnieniem od marihuany. Widać tu wyraźne nawiązania do innej słynnej powieści o dzieciach wciągniętych w narkotykowy koszmar ("My, dzieci z dworca Zło" autorstwa W.Berlin). Ponieważ jednak lektura "Ani z zielonego wzgórza" powinna mieć również walory pedagogiczne i umoralniające, zaleca się, aby nauczyciele omówili na lekcjach języka polskiego także kontynuację powieści Lucy I. Diamonds, czyli nie mniej znaną książkę "Ania z Avon-lea". W tym tomie główna bohaterka po przezwyciężeniu nałogu wraca do szkoły, a po lekcjach udziela się jako konsultantka dużej sieci wyrobów kosmetycznych, sprzedającej swoje produkty w sieci sprzedaży bezpośredniej.

Ciąg dalszy wkrótce nastąpi!

24. grudnia 2014, 01:05 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego 

środa, 3 grudnia 2014

wydanie dwunaste, przeobrażone

Nowy miesiąc, nowy tekst i nowy, nieco czytelniejszy, wygląd. Rzeczywistość wciąż jednak ta sama.

  • Donald Tusk objął przewodnictwo w Radzie Europejskiej. Czy to ważna funkcja, czy nie - kwestia dyskusyjna. Na pewno nie tak wyjątkowa, jak by się wydawało. W Unii Europejskiej, oprócz Rady Europejskiej, istnieje również Rada Europy, oraz Rada Unii Europejskiej (a także Rada Ogólna i Rada Branżowa). A powiadają, że Kraj Rad przeszedł już do historii...
  • Tego jeszcze nie było! W wyborczą niedzielę, w programie "Dzień dobry TVN" pojawił się wróżbita Maciej we własnej osobie. I bynajmniej nie po to, aby postawić kabałę, albo okadzić studio kompozycją z cukru, kawy i cynamonu. Wróż tam gotował! Dania niczym z "MasterChefa", w dodatku na żywo i w kolorze. Czego to brak polityki nie robi z telewizją... I z widzem. Człowiek zaczyna w końcu dostrzegać, że istnieją okoliczności, w których nawet Joachim Brudziński czy Adam Szejnfeld dają się lubić.
  • Właśnie - jeszcze a'propos wyborów. Ich plagą była - oprócz awarii systemu informatycznego - ogromna liczba nieważnych głosów. Przy czym okazało się, że najmniej nieważnych głosów oddano na Podlasiu i na Mazurach, gdzie podobno zacofanie, Rosja i białe niedźwiedzie na ulicach. Za to najwięcej nieważnych głosów odnotowano w województwach wielkopolskim i lubuskim, gdzie blisko do zachodniej granicy, a ludzie ponoć tacy światli i europejscy. I bądź tu mądry i pisz gazety...
  • Rozsypywanie prochów zmarłych na przykład nad morzem albo w górach jest wbrew prawu i można za to oberwać grzywną, co się ostatnio nawet komuś przytrafiło, jak poinformowały media. Dlatego wielu ludzi prochy rozsypuje potajemnie, pod osłoną nocy, a potem - dla niepoznaki - urządzają na cmentarzu fikcyjne "pogrzeby", gdzie urna zamiast popiołów zmarłego zawiera na przykład drobno zmielony koci żwirek (autentycznie!). Ryzykowne to, trzeba przyznać. "W proch się obrócisz" - brzmi bowiem podniośle, ale "W koci żwirek..." już niekoniecznie... Vanitas vanitatum et omnes whiskas?
  • Uprowadzony kilka miesięcy temu w Republice Środkowej Afryki ksiądz Mateusz został uwolniony z rąk porywaczy. Chodzi rzecz jasna o księdza Mateusza - misjonarza, a nie księdza Mateusza z serialu. Ile jednak było z tego powodu zawałów wśród miłośniczek Artura Żmijewskiego, to wiedzą tylko lekarze z Leśnej Góry.
  • Telewizja POLSAT zdradziła swoje plany ramówkowe na nadchodzące Święta. Nie zabraknie oczywiście filmu "Kevin sam w domu". Wprawdzie porą roku, klimatem i ogólnym osadzeniem fabuły dzieło idealnie wpisuje się w święta Bożego Narodzenia, ale już pewnymi elementami akcji, zwłaszcza tym co ośmiolatek wyprawia z włamywaczami, bardziej pasuje do świąt Wielkanocnych. Gdy w roli głównej są śmierć i zmartwychwstanie.
  • Stacje telewizyjne już bodaj trzeci świąteczny sezon z rzędu katują widzów reklamą jednej z instytucji finansowych, gdzie bankierzy w melonikach wykręcają piruety, śpiewając: "Śnieg sypie i ciągle mu mało...". Interesujące, że odkąd reklamówka ta pojawiła się na wizji dwa lata temu, w Polsce praktycznie przestał padać śnieg. To jest ta słynna magia świąt?
  • Niezmiernie zdziwili się pracownicy jednej z fabryk na Dolnym Śląsku, gdy - jak doniosły media - z paczki zawierającej części zamówione we Włoszech wyskoczyły nagle trzy skorpiony. Nie wiadomo komu naraziło się szefostwo firmy, ale trzeba przyznać, że mafia zaczęła działać nieco subtelniej, chociaż bez szkody dla skuteczności.
  • Polscy projektanci mody najwyższego sznytu - Paprocki i Brzozowski, zaprezentowali nową kolekcję pod lapidarną nazwą "sex". Gdyby czynność, do której odnosi się tytuł kolekcji, była w naszym kraju równie popularna jak ciuchy panów P. i B., to przyrost naturalny nie tylko nie byłby u nas ujemny, ale nie istniałby w ogóle.
  • Z podobnej tematyki. "Rewolucji na rynku płatnej miłości prostytutki mają już po dziurki w nosie" - donosi "Newsweek". Klienci domagają się bowiem coraz częściej - zamiast seksu - pieszczot, pocałunków i psychoterapii! Świat się przewraca. Kiedyś mówiło się, że psycholog jest przyjacielem za pieniądze. Teraz prostytutka jest psychologiem za nieco mniejsze pieniądze... A może być jeszcze gorzej. Kilka stron wcześniej ten sam tygodnik informuje, że w Polsce dramatycznie zaczyna brakować wolnych łóżek na oddziałach psychiatrycznych.
  • Spółka PKP Intercity ujawniła wysokość kary, jaka czekać będzie na pasażerów nowego pociągu ExpressInterCity Premium (znanego bardziej pod ksywą "pendolino"), którzy ośmielą się wejść na pokład bez biletu. Wysokość opłaty karnej wynosić będzie równowartość najtańszego krawatu ex-ministra premium Sławomira Nowaka, czyli 650 złotych polskich. Dotarliśmy również do innych kar, przewidzianych za pomniejsze występki we flagowym pociągu polskiego rządu. Za zaśmiecanie wnętrza składu zostanie nałożony na delikwenta nakaz prac społecznych, w postaci haratania w gałę (z dzieciakami z domu dziecka). Za spożywanie na pokładzie produktów żywnościowych nie zakupionych w Warsie - nakaz zjedzenia na miejscu minimum dwóch kilogramów jabłek od polskich sadowników, a jeśli ktoś jedzie z Gdańska do Krakowa, to trzech. Wreszcie, każdy kto będzie wychylał się przez okno podczas jazdy, zostanie skrócony o głowę.
  • Głośno było niedawno o bojkocie sieci EMPiK, do jakiego nawołują niektórzy internauci, wspomagani niektórymi mediami ("Gościem Niedzielnym" czy "Frondą"), ponieważ EMPiK promują: "satanista" Adam Darski (ksywa "Nergal") i satyryk Maria Czubaszek - kobieta o nazbyt frywolnym stosunku do życia. Teraz "Fronda" wzięła się za sklepy LIDL. W ich przedświątecznych reklamach podobno zbyt wiele jest bowiem świątecznej symboliki świeckiej (choinka, prezenty, żarcie), a zbyt mało religijnej. Argumenty "Frondy" są ze wszech miar sensowne. W świątecznych reklamach TESCO Robert Makłowicz nieustannie piastuje przecież Dziecię Boże, w Carrefourze króle witają, z kolei Biedronka fruwa w aureoli i wyśpiewuje "Gloria in excelsis"...
  
3. grudnia 2014, 22:43 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

środa, 26 listopada 2014

duża czerwona książeczka

Nad "Wiadomościami" TVP pastwiłem się tutaj wielokrotnie. Trzeba jednak przyznać, że powodów do takiej czynności dostarczają one aż nadto. Dla pokolenia moich rodziców i dziadków - jedyny serwis informacyjny, dla wielu - rzecz niemal sentymentalna, ostatnio zmienia się w program iście rozrywkowy, staczając się z prędkością, której nie przewidzieli najwięksi teoretycy równi pochyłej. Z pretensjonalnych grafik, które przyprawiały o płacz i zgrzytanie zębów jeszcze kilkanaście miesięcy temu, na szczęście w pewnym stopniu zrezygnowano. Ale w przyrodzie nic nie ginie! Klasyczną czołówkę zastąpiono krótkim materiałem filmowym, zapowiadającym jedną z wiadomości. Dopiero potem jest sygnał główny, prowadzący wita się z telewidzami i... zapowiada pozostałe newsy. Czemu służyć ma ten zabieg, wie pewnie wyłącznie sam jego pomysłodawca. Dalsza zawartość "Wiadomości" jest równie przewidywalna jak scenariusz polskiej komedii romantycznej. Trochę o polityce, coś z Polski jeśli akurat się dnia tego coś ważnego nad Wisłą zadziało, obowiązkowo coś zgryźliwego o Rosji albo pochlebnego o Ukrainie (z egzaltowanym komentarzem redaktor Marii Stepan) i równie obowiązkowo (niemal w każdym wydaniu!) "wyciskacz łez", czyli minireportaż o jakiejś życiowej tragedii, najczęściej rozbitej rodziny, ubogich ludzi, tudzież ciężko chorych dzieci. A potem już tylko "michałek" (pomysł zerżnięty żywcem z "Faktów" TVN, gdzie wprowadził to swego czasu Tomasz Sianecki, a obecnie znakomicie kontynuuje Maciej Mazur). "Michałek" to news błahy, z przymrużeniem oka, na zakończenie programu. W "Wiadomościach" robi to redaktor Adam Feder, i robi to z taką swadą, że człowiek zaczyna doceniać żarty Karola Strasburgera. Bo więcej powodów do śmiechu znalazłoby się w dowolnie wybranej książce telefonicznej. Warto zauważyć wreszcie, że szef tego całego przedsięwzięcia, czyli Piotr Kraśko, ociera się już o granice autoparodii. Wiernie sekunduje mu w tym najnowszy transfer TVP - Beata Tadla. A całość okrasza muzyka polskiego króla kiczu i patosu, czyli Piotra Rubika. Po prostu cyrk na kółkach.

Cyrku jednak nigdy za wiele. Oto jest bowiem sobie pani Magdalena Wolińska-Riedi, znana również jako jedyna Polka z obywatelstwem Watykanu (przez fakt posiadania za męża członka Gwardii Szwajcarskiej). Nie mam wiedzy, czy to tej pani zamarzyło się zostać dziennikarką, czy odnalazła ją wesoła trupa Piotra Kraśko. Pewne jest natomiast, że etat w TVP pani Wolińska-Riedi otrzymała. W związku z czym od jakiegoś czasu mamy w "Wiadomościach" newsy zza murów Watykanu. Poważnie! W 20-minutowym serwisie informacyjnym co kilka dni znajduje się miejsce na fakty z życia najmniejszego państwa świata. I materiały te nie dotyczą spotkań na najwyższym szczeblu, decydujących o losach świata, które papież Franciszek z kimś być może odbywa. Bynajmniej. One zwykle przedstawiają Watykan "kulinarnie". Czyli Gwardię Szwajcarską od kuchni, letnią rezydencję w Castel Gandolfo od kuchni, papieską kuchnię od kuchni etc. No telewizja dla pensjonarek jak się patrzy!

Owszem, może to i są interesujące reportaże, ale nie powinny pojawiać się w głównym wydaniu klasycznego polskiego serwisu informacyjnego, tylko w "National Geographic TV". Podobnie jak niewątpliwie potrzebne społecznie materiały o ludzkich dramatach - miejsce większości z nich jest w "Sprawie dla Reportera" i tym podobnych audycjach, których jest na pęczki, a nie w programie, który w skondensowanej formie ma objaśniać ludziom świat.

Bo że tego nie robi, widzimy choćby po wynikach ostatnich wyborów samorządowych. Prawie 20% nieważnych głosów to nie jest raczej - jak tłumaczą "gadające głowy" - wyraz buntu elektoratu wobec klasy politycznej. Mamy uwierzyć, że wyborcom tak bardzo nie spodobali się kandydaci, że jedna piąta z nich jak jeden mąż postanowiła oddać nieważne głosy, najczęściej poprzez zakreślenie krzyżyka na każdej stronie osławionej "książeczki" wyborczej?

Bzdura. Choćby nie wiem jak niepoprawne politycznie to było, wydaje się, że przyczyną tak wielkiej ilości nieważnych głosów jest po prostu ignorancja (po polsku: niewiedza) tych 20% głosujących. Z alfabetyzmem funkcjonalnym (czyli rozumieniem tego, co się czyta) nigdy nie było u nas kolorowo, co potwierdzają rozliczne badania OECD. Poza tym wiedza na temat struktur państwowych i samorządowych również nie jest w naszym społeczeństwie kosmiczna. Nawet studenci wyższych uczelni nie odróżniają często Sejmu od Rządu, nie potrafią rozgraniczyć kompetencji Premiera i Prezydenta, o wymienieniu fundamentalnych różnic pomiędzy lewicą a prawicą już nie wspominając. W tej sytuacji 20% nieważnych głosów nie jest wynikiem wprowadzenia w błąd wyborców za pomocą podstępnej książeczki do głosowania, zamiast której powinna być rzekomo płachta wielkości prześcieradła. Te 20% nieważnych głosów jest całkiem trafną diagnozą wiedzy naszego społeczeństwa o strukturach państwa, a może również i diagnozą tego społeczeństwa inteligencji.

Bo z całym szacunkiem - jeśli ktoś w lokalu wyborczym wziął do ręki tę nieszczęsną książeczkę, na przykład do Rady Powiatu, jeśli przeczytał na górze każdej stronicy nazwę innego komitetu (czyli de facto partii politycznej), jeśli wydedukował z tego, że ma postawić krzyżyk na każdej stronie (bo w TV powiedzieli: "jeden krzyżyk na każdej karcie"), i jeśli wreszcie nie zauważył niczego dziwnego w tym, że każe mu się w ten oto sposób poprzeć jednocześnie jakiegoś kandydata z Platformy, i również jakiegoś z PiS, i zarazem z SLD, i z PSL, i kogoś od Korwina, i od Palikota, i z Nowej Lewicy, i co tam jeszcze w tej książeczce było, to całe szczęście że jego głos jest uznany za nieważny. Bo komuś takiemu strach powierzyć odpowiedzialność za dokonanie wyborów w piaskownicy, a co dopiero w gminie, powiecie czy województwie...

Ale może ktoś taki dowiedziałby się o głosowaniu, o samorządzie lokalnym, o strukturach państwa czegoś więcej. Może gdyby mówili mu to na okrągło, tłukli do głowy i nawijali na uszy, to by coś zrozumiał, zapamiętał i oddał ważny głos. Nie ma złudzeń - większość osób nie kupuje książek, nie czyta "Polityki" (a nawet jeśli czyta, to niewiele rozumie), lecz co najwyżej "Tele Tydzień", a w internecie nie przegląda stron PKW ani Fundacji Civitas, tylko "Pudelka" i "Fejsbuk". Za to mnóstwo ludzi ogląda "Wiadomości". Telewizja! Świetne medium, znakomita okazja, aby dotrzeć do milionów widzów i jak krowie na pastwisku wyłożyć na czym polega głosowanie w wyborach samorządowych. Okazja - jak dziś już wiemy - zmarnowana, bo zamiast materiału o niuansach głosowania, o tym po co właściwie te wybory, albo o tym czym się różni Rada Gminy od Rady Powiatu, owe 20% wyborców obejrzało w "Wiadomościach" "wyciskacz łez" o kolejnym ciężko chorym dziecku, oraz reportaż ukazujący, jak funkcjonuje papieska pralnia. Od kuchni.

25. listopada 2014, 01:14 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

piątek, 21 listopada 2014

wydanie jedenaste, nieprzyzwoite

Świat pędzi naprzód tak prędko, że nie nadążają za nim zarówno komputery jak i najtęższe głowy. Przyjrzyjmy się zatem, co zadziało się w ostatnich dniach.
  • Niedziela 16.listopada czarnymi zgłoskami zapisze się w historii polskiej informatyki. Tego dnia, niemal w jednej chwili, padł system sprzedaży biletów na pociągi spółki PKP Intercity (w tym na słynne ExpressInterCity Premium, znane szerzej pod ksywą "pendolino") oraz system Państwowej Komisji Wyborczej, mający w mgnieniu oka podliczyć głosy oddane w samorządowej elekcji. Całe nieszczęście miało swoją przyczynę w tym, iż chmura danych w wirtualnej przestrzeni jest już tak gęsta, że dochodzi do ich niekontrolowanego zderzania się i mieszania. Z nieoficjalnych informacji wiemy, że wszyscy którzy w wyborach oddali głos na Platformę Obywatelską, w wyniku tych niekontrolowanych wymieszań otrzymają bilet na "pendolino" do Trójmiasta. Ci, którzy oddali głos na SLD dostaną bilet do Katowic, a głosujący na Prawo i Sprawiedliwość - do stacji Włoszczowa Północ. Natomiast wszyscy, którzy faktycznie zakupili bilet na "pendolino", jednocześnie nieświadomie oddali głos na pe-es-el. I oto rozwiązała się zagadka wyborczego sukcesu ludowców.
  • W Państwową Komisję Wyborczą biją zresztą ostatnio wszystkie nieszczęścia - a to system komputerowy się zawiesi, a to drukarka złośliwie odmawia współpracy, a to wreszcie hakerzy atakują stronę internetową PKW, a rozwścieczone tłumy szturmują podwoje siedziby Komisji. Skojarzenie z plagami egipskimi jest tym bardziej uprawnione, że niektórzy jej członkowie wydają się owe plagi pamiętać ze swojej młodości.
  • Szkoda, że wydarzeń tych nie doczekała już Maria Rodziewiczówna. Pisarka ta wydała swego czasu powieść pod tytułem "Lato leśnych ludzi". Kontynuacje są w modzie, więc gdyby żyła, mogłaby pomyśleć o napisaniu "Jesieni". Jesieni trochę starszych leśnych ludzi.
  • Wprawdzie w wyborach samorządowych czeka nas jeszcze druga tura, jednak większość wyborczej gorączki mamy już za sobą. I całe szczęście. Gdzie nie spojrzeć, wszyscy owładnięci byli obsesją na punkcie diety. Socjologowie zaczęli już nawet mówić o "efekcie Chodakowskiej". 
  • Polityka jednak zupełnie nie da o sobie zapomnieć. Podobnie jak tygodnik "Polityka". Aby pismo nie popadło w prasową szarzyznę, tuż przed wyborami opublikowało badania znanego seksuologa - profesora Izdebskiego, na temat seksualnych zwyczajów wyborców Platformy, PiS-u i SLD. Nie zabrakło najpikantniejszych szczegółów, z wymiarami kluczowych części ciała włącznie. Od czasu "Życia seksualnego dzikich" - klasycznej książki Bronisława Malinowskiego, żadna publikacja o seksie nie wzbudziła w Polsce takiego zainteresowania. Chociaż z pewnością da się to wytłumaczyć. Już na pierwszy rzut oka grupy badane przez Malinowskiego i Izdebskiego właściwie się nie różnią.
  • A w dniu wyborów samorządowych - z powodu ciszy wyborczej - odwołano wszystkie krajowe zawody szachowe. Słusznie obawiano się, że dialogi graczy ("teraz twój ruch!") zostaną odebrane jako niedozwolona agitacja polityczna. Po wyborach rozgrywek nie wznowiono, a światowa federacja szachowa rozważa usunięcie Polski ze swoich struktur. Powód? Poważne naruszenie zasad klasycznej gry. Ponieważ tylko w Polsce Twój Ruch dostał szach-mat.
  • Z kolei w Opolu, jeden z kandydatów na prezydenta opracował strategię rozwoju miasta, która zakłada między innymi "utworzenie tramwaju wodnego kursującego wzdłuż Odry". Co tam druga linia metra! Co tam "pendolino"! Co tam jakieś napowietrzne koleje gondolowe! Jak facet wygra wybory, to Opole będzie pierwszym miastem na świecie, gdzie tramwaj wodny będzie poruszał się po lądzie! Na to jeszcze nawet Japończycy nie wpadli.
  • Natomiast we wrocławskim ogrodzie zoologicznym z pompą i fasonem otwarto oceanarium "Afrykarium". W okresie tzw. "długiego weekendu" do wejścia ustawiło się kilkanaście tysięcy ludzi, co oznaczało około cztery godziny oczekiwania w kolejce, na oczach zdumionych żyraf, zebr i strusi. Nowatorską linię obrało wrocławskie ZOO. Za czasów państwa Gucwińskich ludzie w ZOO oglądali zwierzęta, za obecnej dyrekcji jest odwrotnie. 
    • Po raz kolejny okazało się, że wszystko już było. Zwłaszcza w sztuce. Ostatnio było o tym, że kinowy hit "Spódnice w górę!" ma swój polski pierwowzór ("Zadzieram kiecę i lecę!"), ale na tym przecież nie koniec. Niedawny przebój sal kinowych: "Pokaż kotku, co masz w środku", również istnieje w wersji swojskiej i nosi tytuł: "Pokaż, kici, co masz w rzyci".
    • Uczestnicy kulinarnego show "Master Chef" finałowe konkurencje turnieju rozegrają na Sycylii. Pierwszą potrawą, którą tam przyrządzą, będzie koza nostra.
    • Szybkimi krokami zbliżają się Święta. W tym roku jednym z najpopularniejszych prezentów, obok - rzecz jasna - skarpetek, będzie podobno mikser planetarny. Wbrew nazwie, która sugeruje, że to element wyposażenia statku kosmicznego "Enterprise", jest to po prostu narzędzie kuchenne. Jak tak dalej pójdzie, w przyszłym roku pod choinką będzie można znaleźć miniaturowy zderzacz hadronów.
    • Pozostaje jeszcze kwestia, kto te prezenty pod choinkę dostarczy. Jedna z reklam telewizyjnych głosi, że w tym roku, w świątecznym okresie, fioletowa krowa spełnia najskrytsze marzenia. Dlaboga, święty Mikołaju! Święty Mikołaju Lapoński! Larum grają! Potwarz i kalumnia! Nieprzyjaciel w granicach! Fioletowa krowa u bram! A ty się nie zrywasz? Worka nie chwytasz? Sań nie zaprzęgasz? Na renifer nie wsiadasz? Z butelki coli nie pociągasz? Jakże to, święty Mikołaju? Co się z tobą stało...?
    21. listopada 2014, 00:41 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

    sobota, 8 listopada 2014

    wydanie dziesiąte, wyborcze

    Samorządowa elekcja zbliża się wielkimi krokami, co - niestety - znajduje swoje odzwierciedlenie w przeglądzie wydarzeń.
    • Kandydaci lokalni, których przeważnie nie stać na usługi agencji PR-owych, wyróżniają się zwykle najbardziej pomysłowymi plakatami i hasłami wyborczymi. Palmę pierwszeństwa w tej konkurencji dzierży chwilowo Wódka z PiS-u. A ściślej: Zofia Wódka z komitetu: Praca i Solidarność. Pani Zofia promuje się hasłem: "Wódka - najlepszy wybór!". Ale skoro to kobieta, to chyba wyborowa...
    • Pani Zofia startuje z nieco innego PiS-u, co nie oznacza jednak, że w tym właściwym PiS-ie nie ma wódki. Bynajmniej! Wódka była obecna na pokładzie samolotu, którym trzech posłów tej partii udało się wraz z małżonkami do Madrytu. Co więcej, okazało się, że posłowie ci pobrali z Sejmu pieniądze na podróż samochodem, a polecieli statkiem powietrznym. Arthurowi Rimbaud, który swego czasu napisał "Statek pijany", należy pogratulować zdolności profetycznych ("(...) do pstrych słupów przybiły ich Skóry Czerwone, i obnażonych wzięły na cel, wśród okrzyków").
    • Te okrzyki to między innymi głosy polityków opozycyjnych, domagających się pociągnięcia tych posłów za konsekwencje. Biorąc pod uwagę nie tak dawne przechwałki jednego z owych posłów - Adama Hofmana - na temat długości pewnych części swojego ciała, z pewnością akurat jego będzie za co pociągnąć.
    • Pozostając w temacie alkoholowym. Inny poseł, z nieco innej partii - Przemysław Wipler - rok temu z tak zwanym hakiem nadużył wody ognistej wyraźnie, po czym zaczął wygłupiać się na ulicy o czwartej nad ranem, aż wzięli się za niego policjanci. Kilka dni temu wypłynęło nagranie z kamer ulicznych, na którym widać było, że wzięli się za niego zbyt ochoczo. Komentując sprawę, ex-poseł i ex-anty-terrorysta Jerzy Dziewulski stwierdził, iż "Wipler był pijany jak stodoła". Pewnie i był, ale jeśli pan Jerzy widział kiedyś pijaną stodołę, to musiał kosztować czegoś znacznie mocniejszego niż to, czym sponiewierał się poseł Wipler.
    • Promują się nie tylko lokalni kandydaci, w rodzaju pani Wódki, ale i politycy pierwszej wody. Oto pani premier Kopacz wypuściła spot, na którym aktorzy przebrani za wybrańców narodu kłócą się przy stole. A sam stół, obfitością tego co się na nim znajduje, zawstydziłby niejedno cygańskie wesele. Góry pączków, stosy jabłek, słodkości przeróżne. I to ma być ta słynna kiełbasa wyborcza?! Wegetariańska...?
    • Jeszcze inny poseł, znany wyłącznie za sprawą swojej orientacji, czyli Robert Biedroń, kandyduje na stanowisko prezydenta Słupska. Całkiem słusznie i trafnie, bo przecież urodził się i wychował na Podkarpaciu, w Krośnie. Słupsk to również odpowiednie miejsce z tej przyczyny, że żyją tam ludzie przepełnieni tolerancją. Wszak słupski zespół koszykarski, jeden z najlepszych w kraju zresztą, nazywa się Czarni.
    • Wyborcze echa docierają nawet do kręgów kultury, i to poza granicami kraju. Właśnie opublikowano zwiastun filmu "Hobbit - Bitwa Pięciu Armii". Film do kin trafi w grudniu, ale w Polsce bitwa pięciu armii odbędzie się już w przyszłą niedzielę, 16.listopada. Wiadomo nawet, co będzie potem. Zdradził nam to ów poseł, co ma długie konsekwencje. Otóż jeśli zwycięży jedna z tych armii (ta, która od siedmiu lat jest władcą pierścienia) wtedy przyjdzie Mordor i nas zje. I bez znaczenia jest fakt, że Sauron niedawno opuścił kraj, bo został przewodniczącym Białej Rady.
    • Na szczęście nie samymi wyborami żyje człowiek. Oto nasz kraj zyskał nowy film promocyjny. Ośmiolatek opowiada w nim koledze wrażenia z wizyty w Polsce, a wrażenia te niebezpiecznie przypominają skutki przedawkowania tego, co chciałaby zalegalizować partia Janusza Palikota. Stadiony budują półnadzy mocarze, na ulicach stolicy tłuką się hordy uzbrojonych po zęby wojowników, turyści wchodzą w klapkach na Giewont, a prezesem dużej firmy jest odrażający stwór. Właściwie, bardzo się to z prawdą o naszym kraju nie mija. Więcej - można by nawet rzec, iż dokładnie tak widzą nas obcokrajowcy, gdyby nie jeden istotny szczegół: zabrakło białych niedźwiedzi.
    • W omawianym spocie jeszcze jedna kwestia zasługuje na uwagę. Na wspomnianym Giewoncie nie ma charakterystycznego krzyża! Wzbudziło to zrozumiałe emocje, zaprotestował nawet sam Leszek Miller. Tak właśnie - Leszek Miller staje w obronie krzyża. Będzie koniec świata...
    • Koniec świata grozi nam również z powodu efektu cieplarnianego i innych globalnych katastrof. Pół świata zastanawia się z tej przyczyny, jak zmniejszyć emisję dwutlenku węgla do atmosfery. Starania te zakwestionował uznany ekspert w dziedzinie - były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Który stwierdził, że dwutlenek węgla - ten rzekomo straszny i szkodliwy gaz - w istocie nie może być szkodliwy, skoro spożywamy go codziennie w pepsi czy wodzie mineralnej, więc cała walka z nim to pic na wodę mineralną i pospolite złodziejstwo. Ktoś nie tak dawno temu domagał się, żeby najważniejsi politycy przedstawiali społeczeństwu aktualne badania lekarskie. Ex-minister Ziobro dostarczył właśnie poważnych argumentów, aby oprócz tych badań politycy przedstawiali również świadectwo ukończenia podstawówki oraz zaświadczenie z poradni zdrowia psychicznego.
    • Sieć EMPiK promują nowe spoty reklamowe, w których występuje między innymi Adam Darski, ksywa: "Nergal". Ponieważ naczelnym hasłem EMPiK-u jest "Pełna kultura", należy zauważyć, że takiego rzutu kulą w płot nie było w naszym kraju od czasu, gdy Daniel Olbrychski reklamował CIF.
    • A skoro ponownie o kulturze mowa, nasza kinematografia wzbogaciła się o podbijające właśnie sale kinowe dzieło filmowe pod tytułem: "Dzień dobry, Kocham Cię". Gdyby ilość polskich filmów ze słowami "miłość" i "kocham" w tytule odzwierciedlała rzeczywistość, to już od dawna mielibyśmy nad Wisłą królestwo niebieskie...
    • Stacja telewizyjna o wdzięcznej nazwie EZO TV zyskała wschodzącą gwiazdę rodzimej astrologii. Wróżbita Zefir występuje na razie w charakterze ucznia czarnoksiężnika (czyli wróża Macieja), ale wkrótce to on może zacząć świecić najjaśniejszym blaskiem. Gdy tylko włączyłem jego program, polecił on okadzić mieszkanie miksturą złożoną z przysmażonych na patelni: cukru, kawy i cynamonu. Zabieg ten magiczny ma przyciągnąć do domu pieniądze. Niestety, wróż nie sprecyzował do czyjego domu...
    8. listopada 2014, 00:14 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

    niedziela, 2 listopada 2014

    bal wszystkich świętych

    Krąży sobie po przestworze internetu (ponoć od dawna, chociaż ja odkopałem ją ze dwa tygodnie temu) taka anegdota, że Paolo Coelho niech się schowa! Dramatis personae to pewny siebie profesor filozofii, a przy tym zatwardziały ateista, oraz natchniony student, usiłujący udowodnić istnienie Boga. W ich wymianie poglądów, która jest treścią owej anegdotki, mnóstwo jest logiki dla gospodyń domowych, a w finale profesor rażony siłą argumentów studenta, osuwa się bezwładnie na krzesło, natomiast narrator zdradza - w sposób rodem z najtańszych suspensów - iż owym studentem był pewien Bardzo Znany Naukowiec. (nazwiska nie zdradzę, żeby nie psuć niespodzianki)

    Anegdotka jest niemal na pewno fałszywa. Prawdziwy jest za to żar, z jakim co niektórzy starają się na każdym możliwym kroku wstawić element religijny tam, gdzie wcale nie jest niezbędny, a bywa, że i jest niepożądany. W dobrze nastrojonym umyśle możliwe jest (chociaż - rzecz jasna - nie wymagane!) współzamieszkiwanie nauki ścisłej i wiary w byty nadnaturalne, możliwe jest sprawienie, żeby one się tam za bardzo nie pogryzły i nie wymaga to - wbrew pozorom - żadnych wielkich operacji intelektualnych. Nie ma więc najmniejszej potrzeby, aby wybitnemu fizykowi szyć buty gorliwej wiary, a tym bardziej - przypisywać mu książki, których nie popełnił (bo i do tego się posunięto, a jak mawiał nieświętej pamięci Goebbels - "kłamstwo tysiąckroć powtórzone, staje się prawdą).

    Cała sprawa wydaje się szczególnie bliska w ostatnich dniach, gdy członkowie Episkopatu Polski wykopali topór wojenny przeciw importowanemu z celtyckiej tradycji via USA celebrowaniu "Halloween". Strategia walki, jaką przyjęli hierarchowie, bardzo bowiem przypomina sposób, w jaki owego słynnego naukowca próbowano ożenić z religijnością. Oto bowiem Episkopat zalecał, aby świętowanie Halloween zastąpić pochodem, korowodem, tudzież balem Wszystkich Świętych.

    Nic w tym oczywiście nie ma jeszcze złego, mamy pluralizm i wolny kraj, niech sobie korowodzi i baluje każdy, komu się podoba. Hipokryzją himalajską ze strony hierarchów kościelnych jest jednak fakt, że dopóki o Halloween w Polsce mało kto słyszał, a jeszcze mniej osób miało ochotę "święto duchów" obchodzić, to i Episkopat nie spieszył się z namawianiem do jakichkolwiek pochodów w tym dniu.

    Wpakowanie się z własną celebrą w już istniejące święto wiary przeciwnej nie jest niczym nowym. Przy czym zastępowanie świąt pogańskich chrześcijańskimi (ot, choćby Chrystus narodził się przecież wiosną, a nie pod koniec grudnia) realizowało się przez całe stulecia, a nie zanim upłynęło pół dekady. I miało również pewne uzasadnienie antropologiczne. Owe święta pogańskie wypadały w dniach przesileń pór roku, a te były przez średnio oświecone ludy średniowieczne uznawane za dni magiczne. I choćby w tej perspektywie pomysł tych pochodów wszystkich świętych, który jest - nie oszukujmy się - li tylko reakcją na ekspansję Halloween (też mi to zresztą ekspansja...; gdyby to usłyszał wódz Hunów Attyla, pękłby ze śmiechu), wygląda wyjątkowo mizernie. I mało przekonująco - gdyby bowiem Halloween nie przepłynęło oceanu, bal wszystkich świętych zobaczylibyśmy wyłącznie po odtworzeniu sobie nagrania koncertu Budki Suflera.

    Chociaż dzięki tym balom jest i strasznie, i śmiesznie zarazem. W wielu szkołach dzieci uczęszczające na lekcje religii dostały polecenie, aby na miniony piątek przebrać się za "ulubionego świętego". Powstał jednak problem, bo na lekcjach angielskiego zaplanowano z kolei Halloween party, zatem przygotować trzeba było dwa przebrania - jedno "święte", a drugie - upiorne. Już to pierwsze przekroczyło zresztą możliwości twórcze wielu rodziców. Bo też jak przebrać dziecko za świętego? Na freskach, malowidłach i rzeźbach przedstawiano ich zwykle z aureolą, księgą, lub dzikimi zwierzętami, które ów dostojnik miał rzekomo poskramiać. Z aureolą i księgą to jeszcze pół tak zwanej biedy, ale co z dzikim zwierzęciem? Lew, gepard czy inna pantera z oczywistych względów odpadają, domowy kiciuś raczej pasowałby do przebrania Kleopatry niż świętego, a z pluszowym tygrysem to tym bardziej głupio... W związku z tym, rodzice wybierali najczęściej tzw. "łatwiznę", czyli przyodziali dziecię w koc lub coś podobnego, co udawać miało starożytną szatę z rejonu basenu Morza Śródziemnego. Natomiast ci bardziej ambitni przeobrazili szkoły w zlot miniaturek Jana Pawła II i Ojca Pio - święci to dość współcześni, nietrudno ich "zrobić" (Karol, twoja twarz brzmi znajomo!), a gdyby ktoś przesadził z czerwoną farbą imitującą stygmaty włoskiego zakonnika, to miałby z głowy kłopot nr 2, czyli przebranie na Halloween. Krwawy Mnich wywołałby zrozumiałą furorę, a może i zainspirował jakiegoś reżysera do nakręcenia kasowego przeboju rodem z Hollywood (uwaga, scenarzyści, piszemy: grupa studentów udaje się na piknik w okolice opuszczonego klasztoru; zaskoczeni ulewnym deszczem postanawiają schronić się w starych murach opactwa; gdy mosiężna brama zatrzaskuje się za nimi z hukiem, nie wiedzą jeszcze, że czeka ich nierówna walka o życie w miejscu, które wieki temu zostało przeklęte po wsze czasy ...).

    "Ta niedziela jest jak film, tani, klasy B..."

    2. listopada 2014, 00:02 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

    środa, 29 października 2014

    megafon Charona

    Gdy na tamten świat odchodzi znana i medialna osoba, życzenie "ciszej nad tą trumną" staje się marzeniem ściętej - nomen omen - głowy. Pudelek (z całym szacunkiem dla jednej z najbardziej inteligentnych psich ras) wyrusza wtedy na żer. A sama trumna, choć drewniana i mało sprężysta, staje się znakomitą trampoliną dla tych, którzy usilnie chcieliby przypomnieć o swoim istnieniu szerszym masom kontemplującym telewizyjny ekran. Wiele w tym jest zresztą winy samych odbiorców, bo gdyby nas pogrzeby "znanych i lubianych" tak magnetycznie nie przyciągały, to i media nie robiłyby z nich pozycji wystrzeliwujących oglądalność niczym rakieta Ariane 5.

    Najpierw walkę z rakiem przegrała aktorka Anna Przybylska. Jej trumna jeszcze dobrze nie osiadła sześć stóp pod ziemią, gdy Kuba Wojewódzki na tę okoliczność przyłożył w "Gazecie Wyborczej" paru osobom. I księdzu, że na kazaniu podczas mszy pożegnalnej przemawiał z głębią czytającego fakty z "Wikipedii" (poniekąd słusznie, wielu kaznodziejom należałoby tych pogrzebowych mów po prostu zabronić), i szeroko pojętym wiernym, i wreszcie samemu Bogu, który zdaniem pana Kuby powinien przeprosić rodzinę aktorki, że tak wcześnie zabrał ją do siebie. Ile w tym wszystkim tromtadracji, ile troski o pamięć Anny Przybylskiej, a ile tak zwanego "lansu"- nie mnie oceniać. Chociaż, o ile wiem, Kuba Wojewódzki deklaruje się jako zatwardziały ateista. W tej sytuacji wypominanie i wygrażanie Bogu, czyli komuś, kto w pana Kuby opinii przecież nie istnieje, wygląda co najmniej dziwnie. I wymagałoby raczej pilnej konsultacji u specjalisty z dziedziny zjawisk, które dzieją się u człowieka pod czaszką. Chyba, że panu Kubie nie o to jednak chodziło, a o rozjuszenie przeciwnego ideologicznie obozu. Wtedy zgoda, w domu wszyscy zdrowi. Tylko czemu na trumnie przyjaciółki?

    Wykorzystywanie tego akurat przedmiotu, żeby przyładować adwersarzowi na oczach milionów nie jest niczym nowym; truizm to brodaty i wiemy o tym przynajmniej od czasów katastrofy smoleńskiej. A pochylanie się nad tym faktem jest zajęciem niegodnym jego bohaterów, którzy na słowo jakiegokolwiek wspomnienia zwyczajnie nie zasługują. Mało odkrywcze jest również, że skłonności do wchodzenia z megafonem na Styks ludzie mają zakodowane chyba w genach. Przypadłość ta dotyczy przedstawicieli wszelkich obozów politycznych, ideologicznych i jakich tam jeszcze sobie pomyślicie. Kilka dni temu, w katastrofie spowodowanej wybuchem gazu w katowickiej kamienicy, zginęła para młodych, znanych dziennikarzy. I niestety, jeszcze przed pogrzebem, panu Prezydentowi umyśliło się, aby nadać im pośmiertnie odznaczenia państwowe. Co uruchomiło spodziewaną lawinę, na którą internetowy pudel ślini się bardziej niż pies Pawłowa.

    Dyskutują, co oczywiste, internauci na forach wszelkich (i to naprawdę wszelkich, nawet na "gry-online.pl"). Dyskutują telewizyjni goście masowej i nieco mniej masowej wyobraźni (np. w studiu Superstacji pogadali sobie: wytatuowany pan dziennikarz z irokezem na głowie, bardziej przypominający zresztą basistę garażowego zespołu punkowego z Pcimia Dolnego, wraz z panią politolog o głosie posłanki Senyszyn; pospołu doszli do wniosku, że odznaczenie dla małżeństwa Kmiecików to musi być element kampanii wyborczej, bo Waldemar Milewicz, który zginął "na służbie", orderu żadnego nie otrzymał, a tu "przeciętnemu reporterowi spadła na głowę kamienica" i order jest). Przypomniał o sobie "pierwszy po b(l)ogu", czyli pan Rafał A.Ziemkiewicz - człowiek u którego od jego sznytu pisarskiego większa jest tylko niczym nieskalana pewność swoich racji. On z kolei dostrzegł w całej sprawie "lans" ze strony Prezydenta, oraz "pudelkizację" najwyższych odznaczeń. Wreszcie reżyser i scenarzysta Andrzej Saramonowicz (gdyby przyjąć zasadę, że za twórcę powinny przemawiać jego dzieła, ten pan powinien zamilknąć na wieczność) oburzył się nie mniej zdecydowanie, ironizując przy tym, że skoro ofiary wybuchu gazu otrzymały Złote Krzyże Zasługi, to rannym powinny przypaść Srebrne, a tym którym tylko wyleciały szyby w oknach - Brązowe.

    I tylko o samych zainteresowanych jakoś szybko zapomniano. Chwilowo ważniejsza jest możliwość przyładowania komuś trumną, w tym przypadku Prezydentowi, albo absurdalne licytacje na poziomie przedszkola, komu bardziej order przysługuje (prosze pani, a Darek dostał medal, a Waldek nie, a jemu sie bardziej należało...). Ale o co właściwie w tym wszystkim chodziło... Aha, katastrofa, dziennikarze. Tak, faktycznie, chyba dzisiaj był pogrzeb, nie? Wytatuowany pan dziennikarz zdobył się nawet na chwilową refleksję, iż właśnie ciszej powinno być nad tą trumną, nie uświadamiając sobie prawdopodobnie - a szkoda! - że sam nad tą trumną dmie w trąby jerychońskie.

    A pogrzeb był chyba piękny. Wnoszę - bez ironii - po relacjach medialnych. Kamil Durczok wygłosił chwytający za serce monolog, bez patosu tłoczonego zwykle przy takich okazjach hektolitrami, bez ckliwości i łzawego sentymentalizmu rodem z tabloidów i telenowel. Nie wiem jak kto, ale ja życzyłbym sobie, żeby właśnie w ten sposób pożegnano mnie kiedyś w przyszłości, przy końcu mojego czasu, miast wymieniać od myślników wszystkie te niby-moje przymioty, które na zasadzie efektu Barnuma i tak pasują niemal do każdego.

    Żeby jeszcze było jasne. Pośmiertne odznaczenia wydają mi się wynalazkiem koszmarnym. W powszechnym odbiorze wygląda to bowiem tak, że wystarczy przenieść się do Krainy Wiecznych Łowów, najlepiej tragicznie i niespodziewanie (ale to nie warunek), żeby zasłużyć na order orła jasnego koloru czy inny złoty krzyż. Bo jak inaczej rozumieć uzasadnienie odznaczenia: "za osiągnięcia w działalności dziennikarskiej i wyjątkową wrażliwość społeczną w pracy reporterskiej". Tydzień temu te osiągnięcia były pewnie nie mniejsze, ale o medalu nikt nawet nie pomyślał. A tragiczna śmierć sprawiła, że już na medal zasługują? To powszechny paradoks, znany też pod postacią chałupniczego aforyzmu - śmierć unieśmiertelnia. Pisarz umiera a jego książki zapełniają centralne półki w księgarni. Na pocieszenie niech mu pozostanie świadomość - jeśli ją jeszcze ma, gdziekolwiek jest - że takiego Van Gogha też doceniono dopiero po śmierci.

    Więcej jest raczej w tym pośmiertnym orderowaniu braku inwencji niż złej woli. Więcej rozumowania w rodzaju: "nie mamy pomysłu jak go upamiętnić to dajmy mu medal", niż chęci wykorzystania okazji (tu: medialnej śmierci) dla własnych korzyści. Wyrywanie Charonowi mikrofonu (on i tak zbyt wiele nie mówi), by przypomnieć o sobie lub komuś przyłożyć już znacznie trudniej mi zaakceptować niż pójście po linii najmniejszego oporu w kwestii uhonorowania czyjejś pamięci. Nie każdego stać na takie epitafium, jakie wygłosił Kamil Durczok (ba, chyba stać mało kogo), ale ostatecznie to przecież jeszcze nie grzech.

    Zresztą - na drugą stronę, jeśli cokolwiek tam jest, tych orderów i tak nikt ze sobą nie zabierze.

    29. października 2014, 01:31 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

    sobota, 25 października 2014

    wydanie dziewiąte, nieautoryzowane

    Wiele wody w Jeniseju upłynęło od momentu publikacji poprzedniego wydania. Świat tymczasem nie stoi w miejscu. Przez ten czas mnóstwo się bowiem wydarzyło w kraju i za granicą.
    • Ot, choćby władze Ukrainy zwróciły się do Polski z prośbą o sprzedaż broni, aby dozbroić swoją armię w walce z zielonym najeźdźcą. Było to jakoś w okolicy Święta Wojska Polskiego i dzielni Ukraińcy otrzymali niestety odpowiedź negatywną. Okazało się bowiem, że wszystkie trzy czołgi są nam potrzebne do zorganizowania defilady ulicami Warszawy.
    • Zbliżają się wybory. Chętnych do sięgnięcia po władzę jest - jak zwykle - niezliczona rzesza. Niektórzy są wręcz przekonani, że o sukces będzie tym razem bardzo łatwo. Przewodniczący SLD - Leszek Miller stwierdził na przykład, że "władza leży na ulicy". I ma rację. Władza leży na ulicy. A ściślej - w rynsztoku.
    • Wczesna jesień to tradycyjnie okres przyznawania Nagród Nobla. Ktoś kiedyś wykazał, posługując się zależnościami korelacyjnymi, że najwięcej laureatów Nobla pochodzi z krajów, w których jest najwyższe spożycie czekolady. U nas z czekoladą różnie, ale za to jabłek mamy od pewnego czasu pod dostatkiem. Spożycie owoców na razie nie przekłada się jednak na nagrody naukowe. A co najwyżej na Złote Maliny.
    • Elżbieta Bieńkowska została unijnym komisarzem od czegoś-tam, a w pakiecie otrzymała również kompetencje dotyczące przestrzeni kosmicznej, podboju Wszechświata oraz opracowania długofalowej strategii walki przeciw motomyszom z Marsa. A gdy następna zmiana Międzynarodowej Stacji Kosmicznej będzie powracać na Ziemię i wywiążą się jakieś kłopoty, rejestratory dźwięku nagrają taki oto dialog: - "Houston, we have a problem here", - "Sorry! Taką mamy atmosferę..."
    • Minister Dziwnych Słów - Radosław Sikorski, ksywa: "Radek" ujawnił, że swego czasu w Moskwie Władimir Putin zaproponował Donaldowi Tuskowi rozbiór Ukrainy i oddanie Polsce Lwowa. Potem zaczął się z tych słów wycofywać gorącym rakiem, aż cała sprawa zaczęła wyglądać jak w słynnym dowcipie o radiu Erewań. Że rozmowa nie miała miejsca w Moskwie, tylko w Bukareszcie, że to nie był Putin a jego sobowtór, i że nie chodziło o oddanie Polsce Lwowa, tylko o odebranie Przemyśla i Opola Lubelskiego.
    • Rewelacje Radka wydają się w tym świetle rodem z przedszkola. Tymczasem ja już dawno temu, bo w lutym, w trakcie trwania igrzysk w Soczi, ujawniłem publicznie (zainteresowanym podeślę link) jak cała transakcja pomiędzy Rosją a Polską naprawdę ma wyglądać. Cytuję: "Na mocy tego porozumienia, Rosja odda Polsce obwód kaliningradzki, Polska odda Ukrainie Przemyśl, Ukraina Białorusi Czarnobyl, a Białoruś Mołdawii kij hokejowy Aleksandra Łukaszenki z autografem. Wówczas Mołdawia otworzy w Polsce rafinerię oleju do transformatorów wielofazowych, Polska wydeleguje do Kijowa Radosława Majdana, a wtedy Ukraina zrezygnuje ze swojego Majdanu i z dążeń unioeuropejskich. W ten sposób niedźwiedź będzie syty i Europa cała."
    • Wydarzeniem numer jeden ostatnich tygodni była jednak afera w poznańskim Starym ZOO, gdzie oburzeni rodzice i radni doprowadzili do rozdzielenia pary osłów, które wcześniej bezecnie kopulowały na wybiegu, na oczach starców, kobiet i dzieci. Zaprawdę, dziwne nadeszły czasy. Kiedyś z osła ściągało się skórę, potem - seriale, a teraz z osła ściąga się drugiego osła.
    • Nasze kina podbija francuski przebój filmowy pod tytułem "Spódnice w górę". Dziwić to może trochę, bo Polacy coś podobnego znają już od wieków. Z tym, że u nas nazywa się to: "Zadzieram kiecę i lecę".
    • Pozostając jeszcze w kręgu kulturalnym, mamy również nowy hit muzyczny. Znany wcześniej z piosenki o mieszkańcach Mysłowic duet Donatan & Cleo szturmuje listy przebojów z utworem "Brać". I tak to już jest w naszym kraju, że wszyscy by tylko chcieli brać, a dawać to nie ma komu...
    • Pudelek donosi: "Małgorzata Kożuchowska urodziła". Dziecko, rzecz jasna. Cóż, jaki kraj, takie royal baby.
    • Sieć EMPiK wypuściła kolekcję gadżetów inspirowaną klasycznym komiksem pt. "Tytus, Romek i A'Tomek". Tymczasem na świecie szaleją epidemie, klęski żywiołowe i coraz więcej obaw przed energią atomową. W związku z tym, kolejna kolekcja EMPiK-u będzie nosiła nieco zmieniony tytuł, a mianowicie: "Tyfus, Gromek i Atomek". A potem będzie trzecia wojna światowa. Oczywiście na maczugi.
    • Biskupi polscy skrytykowali nowy, darmowy podręcznik dla pierwszoklasistów. Książce pod redakcją naukową Donalda T. i Joanny Kluzik-R. dostało się za to, że wyrabia u siedmiolatków fałszywy obraz świata. Bo na kartach podręcznika można zobaczyć m.in. wróżki, magię i smoki oraz to jak dziadek podlewa kwiaty na parapecie. I mają rację purpuraci! Chociaż wróżki i smoki to może jednak gdzieś tam istnieją (pan Giertych senior nawet widział swego czasu kilka sztuk smoka), ale dziadek podlewający kwiaty? Jak można niewinnym dzieciom tak mącić w głowach?! Od najmłodszych lat powinny przecież wiedzieć, że przy obecnym poziomie opieki zdrowotnej i świadczeń emerytalnych, dziadek albo stoi w kolejce do przychodni, aby zapisać się do specjalisty na grudzień przyszłego roku, albo w kolejce do "Biedronki", aby załapać się na promocję mięsa mielonego z parówki. A kwiaty to co najwyżej może podziwiać od spodu, a nie podlewać...
    • A na koniec żywy dowód, że magię i przepowiadanie przyszłości też należy traktować poważnie. "Wiadomości" TVP jest to taki program informacyjny, w którym wydanie specjalne wydarza się częściej niż wydanie zwykłe. Jutro wybory parlamentarne na Ukrainie. Można zatem iść o tak zwany zakład, że jutro o 19:30 przywita nas z Kijowa Piotr Kraśko.
    25. października 2014, 22:40 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

    poniedziałek, 20 października 2014

    powrót na Northwest Passage

    Wydarzeniem ostatnich tygodni nie był, wbrew obiegowej opinii, sukces polskich piłkarzy, którym udało się - po raz pierwszy w historii wzajemnych potyczek - przyskrzynić piłkarzy niemieckich. Znacznie szerszym echem odbiła się wiadomość, zapowiadająca powrót - po ćwierćwieczu! - serialu "Twin Peaks". Wiadomość parafowana przez jego oryginalnych twórców - Davida Lyncha i Marka Frosta - co każe przyjąć, iż rzecz jest pewna i przesądzona.

    A to z kolei wywołało burzę kontrowersji i powątpiewań. Słusznych oczywiście, bo na szali kładzie się wygodnie cała reputacja najwybitniejszego serialu, jaki kiedykolwiek na tej planecie nakręcono. Pierwsza myśl jest więc wtedy oczywista: to nie ma prawa się udać. Nie ma prawa się udać ze względu na wysoce oryginalny sposób zakończenia serialu, co zaryzykowali twórcy, gdy zdecydowali się ukatrupić "Twin Peaks" dwadzieścia pięć lat temu. Nie ma prawa się udać ze względu na osobę głównego reżysera, który pływa ostatnio w nurtach duchowych niedostępnych zwykłym zjadaczom pieczywa; niedostępnych być może nawet dosłownie, jeśli wierzyć pogłoskom, że oprócz medytacji transcendentalnej poświęca się Lynch także sztuce lewitacji. Nie ma prawa udać się wreszcie z tysiąca pomniejszych powodów, na czele z tą uniwersalną zasadą, iż takich rzeczy po prostu się nie robi. Bo nie, i już.

    Historia ludzkości inkrustowana jest próbami nieudanych powrotów. Dlatego regułę wprost tego zabraniającą, można przyjąć za zasadę powszechną, gdyż odnosi się do każdej niemal branży. Bez względu na to, kogo rzecz dotyczy - polityków, sportowców, naukowców, twórców wszelkiego autoramentu. A liczba tych, którym wbrew regule jednak się udało, jest w ogólnej liczbie tych którzy próbowali, wielkością niemalże homeopatyczną. Być może jest to zatem nawet najbardziej globalna przestroga, jakiej dopracowała się nasza cywilizacja. Zza grobu się nie wraca. Do tej samej rzeki dwa razy się nie wchodzi. Trupa się nie wskrzesza, niezależnie od tego, czy poległ na polu chwały, czy opuszczał ten padół w niekończących się męczarniach.

    Pamiętając o tym wszystkim, pojawić się jednak musi tyle naiwne, co oczywiste w takich sytuacjach pytanie: a może tym razem jednak mogłoby się udać? Argumenty można przecież ustokrotniać. Po pierwsze, za całą sprawę biorą się ci sami ludzie, którzy serial powołali do życia trzy dekady temu, a nie osoby z tak zwanego zewnątrz, którzy na ludzkiej potrzebie kontynuacji zmiksowanej z nieuleczalną przypadłością inżyniera Mamonia, zwietrzyli okazję do zrobienia łatwego pieniądza. Po drugie, wciąż żyją i mają się nieźle chyba wszyscy (jeśli się mylę, to fani serialu - poprawcie!) aktorzy nie tylko z pierwszego i drugiego planu, ale i najważniejsi aktorzy epizodyczni (żyje nawet Gigant, bez którego nie wyobrażam sobie kontynuacji, a nie ma już wśród nas chyba tylko odtwórcy roli Boba, oraz dziadka z obsługi hotelowej). W porównaniu do - przykładowo - sławetnego horroru z tamtego okresu pt. "Duch", gdzie ząb czasu wybił już chyba połowę obsady, jest to sytuacja niemal komfortowa.

    Po trzecie wreszcie i najważniejsze, nieuleczalna miłość do serialu połączona z bezkresnym uwielbieniem ogranicza trzeźwe spojrzenie na sprawę. Każąc raczej twierdzić, że nawet jeśli nie powiodło się milionom, to właśnie w tym przypadku udać się musi. Co więcej, doszukiwać się jeszcze w całej przypadkowości - dokładnie zaplanowanej i gruntownie przemyślanej reżyserskiej wizji. Karzeł powiedział, że guma, którą tak lubi agent Cooper znowu będzie modna? I właśnie tymi słowy Lynch i Frost zapowiedzieli na Twitterze powrót serialu. Laura zdradziła w Czarnej Chacie, że powróci po 25 latach? I właśnie teraz mija 25 lat, a serial ma zostać wznowiony. Zbieg okoliczności? Wykorzystanie przypadkowych cytatów i faktów? Skądże! To z całą pewnością geniusz twórców, którzy niczym najwytrawniejsi szachiści przewidzieli siedemset szesnaście ruchów naprzód i już w latach 80-tych zaplanowali ten powrót po ćwierćwieczu, ba, już wtedy stworzyli całą fabułę trzeciego sezonu, którą przez dekady skrzętnie ukrywali i nie pisnęli nikomu ani słowa. Zadbali nawet o to, mocą chyba piekielną, by aktorzy za bardzo się nie postarzeli i mogli wrócić do swoich ról życia raz jeszcze, po tak długiej przerwie (no bo, na Boga, Ray Wise - odtwórca roli Lelanda Palmera nie zmienił się przecież ani na jotę!)

    I cóż poradzić na to, że bez tego typu dziecięcej naiwności, życie nie miałoby tego smaku. Że tak bardzo brakowałoby tego dreszczu związanego z kibicowaniem twórcom z całych sił, aby jednak dokonali niemożliwego. Można przejść do historii odchodząc z pola bitwy niepokonanym, ale czy nie większa jest pokusa, by spróbować powrócić, dowodząc tym samym swojej - właściwie - nieśmiertelności?

    Ryzykując tylko to, że w proch obróci się legenda, jaką obrosło najwybitniejsze dla wielu - w tym niżej podpisanego - ekranowe dzieło wszech czasów. Tak mało, i tak wiele zarazem.

    20. października 2014, 22:00 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

    wtorek, 26 sierpnia 2014

    Windows 9 - tło pulpitu już jest!

    Poniższe zdjęcie kojarzy chyba każdy, kto chociaż raz w życiu korzystał z komputera:

    Standardowe tło pulpitu systemu Windows XP, znane też pod nazwą "Idylla". Widok powszechnie znany.

    Trzy dni temu, w kórnickim arboretum, miałem przyjemność wykonać taką z kolei fotografię:


    Od razu nasunęło mi się jej podobieństwo do "tapety" z Windows XP. Nie mam pojęcia dlaczego, bo ani pejzaż nie jest jakoś szczególnie zbliżony, ani kadr podobny. A że w obydwu przypadkach białe obłoczki na lazurowym nieboskłonie i zieleń soczysta do bólu niczym jabłko z "Biedronki"...?

    W każdym razie, wrzuciłem to dla tak zwanych jaj, na tak zwaną tablicę na tak zwanym Fejsbuku. Z komentarzem głoszącym, że gdy będzie konkurs na tło pulpitu do systemu Windows 9, to wezmę udział, z tą właśnie fotografią.

    I stała się rzecz przedziwna. Notkę tę, z dołączonym zdjęciem (oczywiście, jak powyżej, w zmniejszonej rozdzielczości i z podpisem-sygnaturką, ażeby ktoś sprytny acz nieżyczliwy sobie nie przywłaszczył) polubiło aż 16 % osób z mojej listy znajomych na Fejsbuku. Naprawdę te krajobrazy są aż tak podobne?

    Bo 16% to chyba jest dużo. Zwłaszcza w analizie statystycznej. Może jedynie w Poznaniu to jest mało. Jednak wszędzie indziej na kuli ziemskiej, przy takiej wartości procentowej, puszczają zawory SPSS-a, korelacje wariują, wariancje korelują, a wskaźniki alfa Cronbacha, r Pearsona i tau Kendalla tańczą dookoła anovy, trzymając się za łapki i śpiewając donośnie. Podejrzewam też, że gdy taki odsetek "polubia" czyjąś notkę na Fejsbuku, włącza się alarm w Departamencie Bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych, indeksy giełdowe pikują w dół, a asystenci zrywają z łóżka Marka Zuckerberga, aby ten wcisnął czerwony guzik. W tym czasie konkurentów Fejsbuka, zwłaszcza tego Ćwierkającego oraz tego, co instaluje Gramy, skręca ze złości, niczym Władimira Putina na widok Polaków obżerających się jabłkami.

    I tylko Bill Gates śpi sobie spokojnie. Zatem, panie Gates, gdy już pan się obudzi i zacznie się zastanawiać jaki landszaft tym razem podrzucić podwładnym z działu projektowego, informuję, że tło pulpitu do Windows 9 już istnieje. I jest w moim posiadaniu. Aha, pan po polsku chyba nieszczególnie biegle...

    So, Mr Gates, recently I've taken a photo which you may use as a wallpaper for Windows 9, just like you did with "Bliss" for Windows XP. My e-mail address is in the column on the right. I'm sure we will make a deal.

    26. sierpnia 2014, 01:39 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

    wtorek, 12 sierpnia 2014

    "My work is done. Why wait...?"

    Tymi słowy zakończył swój pożegnalny list George Eastman, twórca fotograficznego imperium Kodak, który zastrzelił się ponad 80 lat temu.

    Dzisiaj powiesił się Robin Williams. Aktor i znany, i znakomity, co współcześnie nieczęsto chodzi w parze. Kinowym profanem już pewnie pozostanę, ale jestem przekonany, że w swojej twórczości nie przekroczył on pewnej granicy brawury, co niestety stało się udziałem kilku innych, też świetnych komików (Jim Carrey to tylko jeden z przykładów). A to, co Williams wyprawiał choćby w "Pani Doubtfire", prosiło się o najgłośniejsze oklaski.

    Czy aktor uznał, że jego robota na tym łez padole również jest zakończona, jak ocenił to Eastman, czy może jego desperacki krok to efekt choroby psychicznej lub skutek uzależnień - nigdy się raczej nie dowiemy. Nie w tym rzecz zresztą. Zrozumieć i pojąć wszystkiego się nie da, chociaż niektórzy niezmiernie by chcieli. Suicydologia (nauka o samobójstwach) zna pojęcie efektu Wertera. Można jednak pokusić się o opisanie innego efektu - nazwijmy go roboczo "efektem Leppera". Bo po śmierci szefa Samoobrony okazało się, że w Polsce mamy tysiące speców od samobójstw. Domorosłych rzecz jasna, bo dywagacjom w tym zakresie nie było końca, a wszystkie można było potłuc o kant kuli, taka była ich wartość merytoryczna. Dowodzono nieudolnie acz gromko, że samobójca zawsze zostawia list (jeśli nie zostawił, to niechybnie oznacza, że ktoś mu pomógł przenieść się na łono Abrahama), a w liście zawsze wyjaśnia powód (Edwin Shneidman w grobie się przewraca). Że zawsze (ach, te wielkie kwantyfikatory) zdradza wcześniej swoje zamiary, wysyła sygnały ostrzegawcze. A nawet, że ludzie wieszają się tylko w nocy (nazwisko autorki tej tezy pominę miłosiernym milczeniem).

    Po śmierci Robina Williamsa ponownie rozgorzało to, co wcześniej pojawiło się już przy okazji wyznania Justyny Kowalczyk. Tysiące domorosłych klinicystów roztrząsają depresji aspekty wszelakie. Kwestia, czy wśród komediowych aktorów depresja poczyna sobie śmielej i częściej, może i nadawałaby się jeszcze do poważniejszych analiz (aczkolwiek podejrzewam, że więcej jest w tym heurystyki dostępności; a istotność statystyczna takiej korelacji jest żadna). Gdy jednak w poważnym programie publicystycznym, poważny redaktor tonem naiwnego dziecięcia pyta poważnego naukowca: "... ale jak może zachorować na depresję ktoś, kto ma chyba wszystko?" (w domyśle: sukces, karierę, uznanie, pieniądze), wówczas zastanawiam się, jakie są granice głupstw plecionych w mediach i nie tylko (Einstein twierdził ponoć, że granic takich nie ma). Jeśli to zdanie wymyślił sam Kamil Durczok, to - pamiętając o niektórych faktach z jego życiorysu (i nie chodzi tu o nieposprzątany stół) - aż dziw bierze, że tak szybko zapomniał, iż aspektem materialnym i osiągnięciami nie sposób mierzyć życiowego szczęścia. A jeśli napisali mu to tzw. współpracownicy, to pogratulować. Na gorąco po tym "wydarzeniu" przywołałem na Fejsbuku słynną teorię mówiącą, że nieskończona liczba małp, posadzona przed maszynami do pisania, wciskając losowo klawisze, w końcu - w nieskończonej ilości czasu - napisze dzieła zebrane Szekspira. Trawestując pewien dowcip: Szekspir Szekspirem, ale teksty do "Faktów po Faktach" - trzy małpy, dziesięć minut.

    W każdym razie nie tylko to jedno zdanko wyrwane z kontekstu, ale większość rozmowy z Jackiem Santorskim utrzymana była w podobnym, tabloidowym tonie, stawiając "Faktowi" i "Super Ekspresowi" poważne wyzwanie. Podziwiam psychologa, że usiedział na miejscu słuchając tego. Bo dalej pozostały już chyba tylko nie zasługujące na jakikolwiek komentarz teksty spod intelektualnej budki z piwem lub z forum Onetu, w rodzaju tych, że bogaczom się w dupach poprzewracało, mają wszystko, a jeszcze im źle, lub że celebryci chorują sobie na depresję bo to teraz modne. Redaktorze Durczok, nie idź tą drogą...

    A wracając do Robina Williamsa, wśród wszystkich wielkich słów, jakie dziś padły, wyróżniają się pożegnania najbardziej w słowa ubogie. Amerykańską Akademię Filmową uznawałem zawsze za stowarzyszenie stetryczałych krytyków. Którzy podczas przyznawania tzw. Oscarów kierują się wszystkim, tylko nie tym, czym powinni. Kto by zatem pomyślał, że stać ich na tak wzruszający i ciepły obrazek, jaki umieścili dziś na swoim Twitterze, zamiast oficjalnego elaboratu zaczynającego się na przykład od słów: "Z ubolewaniem żegnamy dziś nieodżałowanego...". Pomysłowy (Robin Williams podkładał głos w disnejowskim filmie "Alladyn"), nie wpadający w banał ani w nadmierny patos, a jeśli trochę nawet przesłodzony, to co w tym złego? Ostatecznie, kiedy zjeść tabliczkę czekolady jeśli nie wtedy, gdy jest nam smutno...?


    12. sierpnia 2014, 23:19 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

    sobota, 28 czerwca 2014

    wydanie ósme, nieokiełznane

    Sezon ogórkowy czas zacząć. A co dziś w menu?
    • To zmiana, która dotknie miliony Polaków. Od sierpnia będziemy płacić nie za metr sześcienny gazu, ale za jego kaloryczność. Do tej pory ludzie spożywali wyłącznie hel, aby uzyskiwać w ten sposób komiczne efekty głosowe. Jak się jednak okazuje, można spożywać też inne gazy (w tym błotne, bojowe i szlachetne). Niejaki Sknerus McKwacz próbował kiedyś opatentować powietrze, aby pobierać od społeczeństwa opłaty za oddychanie. W tym względzie niewiele się zmieniło, zatem okaże się zapewne, że najbardziej kaloryczny z gazów jest tlen. Ku rozpaczy Ewy Chodakowskiej.
    • Za przykładem lekarzy, kolejna grupa zawodowa chce móc odwoływać się do Boga podczas pracy. Projekt własnej deklaracji wiary przygotowują podobno prawnicy. Polski system sądownictwa powszechnego zyska więc wkrótce nową, trzecią instancję odwoławczą - po Sądzie Apelacyjnym i Sądzie Najwyższym będzie jeszcze Sąd Ostateczny.
    • Blady strach padł na sklepikarzy. W miejscowościach turystycznych powstają tymczasowe "Biedronki". W taki oto sposób sieć podąża za swoimi klientami w sposób dosłowny. Do tej pory za najbardziej inwazyjny gatunek biedronki uważano odmianę azjatycką. Wszystko wskazuje jednak na to, że wkrótce trzeba będzie zrewidować ten pogląd.
    • Niecodzienne widowisko odbyło się w tarnobrzeskim kościele. Z okazji nadania miejscowej szkole imienia Jana Pawła II, zgromadzonym uczniom i pedagogicznemu ciału zaprezentowano inscenizację fragmentów życia Karola Wojtyły. A konkretnie jednego fragmentu - zamachu na życie. Jak relacjonuje lokalna prasa, "papieża zagrał proboszcz parafii (...). W scenie zamachu, w asyście ochroniarzy, wjechał na plac św. Piotra tekturowym papamobilem". Gazeta nie precyzuje, co działo się potem. Czy strzelano do "papieża" z tekturowego pistoletu, czy użyto keczupu zamiast krwi i czy w powietrze wzbił się - spłoszony hukiem wystrzału - gołąb pocztowy. Jedno jest pewne - po całym zdarzeniu papierowy księżyc z nieba spadł.
    • Na piłkarskich Mistrzostwach Świata w Brazylii, reprezentant Urugwaju Luis Suarez ugryzł przeciwnika z reprezentacji Włoch. Opłacało się, bo Urugwajczycy wgryźli się do dalszych gier, chociaż turniej zaczęli od porażki. Mniej szczęścia miał sam zawodnik, został bowiem zdyskwalifikowany na cztery miesiące, gdyż to nie pierwszy taki incydent z jego udziałem. Ale dzięki temu, za dziesięć, piętnaście lat, będzie mógł spokojnie powiedzieć, że na futbolu zjadł zęby.
    • W Polsce ważni ludzie podgryzają się nie dosłownie, a taśmami. Ktoś przytomnie zauważył, że być może za całą aferą podsłuchową stoi Donald Tusk, bo jest on jedyną osobą, której nie ma na słynnych nagraniach. I nie ma się co dziwić premierowi. Na fali sentymentów do lat dziewięćdziesiątych reaktywowane są kultowe produkty z tamtych czasów, to i on postanowił wskrzesić "Tuskawkowe Studio".
    • A skoro już o polityce, właśnie rozpadła się tak zwana "Partia Go-Go", czyli współpraca Jarosława Gowina i Johna Godsona, zwana Polską Razem (czy jakoś tak). Rozpadła się, ponieważ poseł Godson nieoczekiwanie postanowił wykazać lojalność wobec dawnego chlebodawcy i zagłosować w obronie rządu Donalda Tuska. Jak sam stwierdził, zapytał siebie co by zrobił na jego miejscu Chrystus i sam sobie odpowiedział, że ten Chrystus ulitował się nawet nad jawnogrzesznicą. Cóż, akurat ktoś o takim nazwisku ma pełne prawo stawiać się w położeniu Jezusa. Tylko co na to premier, że Godson porównuje go do kobiety nie najcięższych obyczajów...?
    • Sporo dziś o gryzieniu. Nie lada zgryz mają aktualnie studenci Uniwersytetu Wrocławskiego. Władze uczelni postanowiły, że każdy wydział będzie mieć przypisany odrębny kolor oprawy prac dyplomowych. Problem dotknął zwłaszcza Wydziału Filologicznego, któremu wyznaczono kolor jasnoniebieski. Ale nie może być zbyt błękitny, bo to już domena innego wydziału, zatem studenci biorą przyspieszone kursy plastyki i barwoznawstwa. Zmartwień nie mają jedynie abiturienci prawa, którym przyporządkowano kolor czarny. Wydaje się jednak, że władze uczelni niezbyt zdroworozsądkowo zabrały się do rozdziału kolorów. Na chłopski rozum, czarny powinien być przecież przypisany Wydziałowi Teologicznemu. Idąc dalej tym tropem, kolor biały należałby do medyków, zielony - do biologów, a różowy to gender studies.
    • Dla wszystkich znudzonych "aferą taśmową" zajaśniała iskierka nadziei. Któraś z gazet poinformowała, że "w poniedziałek zamykają Sienkiewicza w łodzi". Lepiej wprawdzie, gdyby go zamknęli w areszcie, a nie w łodzi, ale na bezrybiu i rak ryba. Dopiero po jakimś czasie okazało się, że chodzi o ulicę Sienkiewicza w Łodzi, którą zamykają na czas remontu. A miało być tak pięknie...
    • Łódź to w ogóle jest przedziwne miasto. Nie ma Rynku, nie ma rzeki, nie ma głównego dworca kolejowego, a średnią wieku miejskich tramwajów Łódź zawstydza wszystkie muzea komunikacji miejskiej na terenie kraju. Miasto słynie za to z Manufaktury (czyli dawnej fabryki Izraela... Poznańskiego), komisarza Aleksa i ulicy Smutnej, przy której mieszczą się: cmentarz, więzienie, oraz Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego. Do tego wszystkiego doszła teraz afera ze świadectwami maturalnymi, które w jednym z łódzkich liceów podstemplowano pieczątką z orłem bez korony. Złośliwi zauważą pewnie, że orzeł stracił koronę z przerażenia, gdy zobaczył wyniki tegorocznej matury (której nie zaliczyła niemal jedna trzecia zdających). Być może w niejednym domu rodzice mobilizowali licealistę słowami: "Jak się trochę pouczysz, to ci korona z głowy nie spadnie". I chociaż w tym aspekcie mieli rację - maturzystom korona nie spadła. Spadła orłu.
    28. czerwca 2014, 16:06 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

    poniedziałek, 16 czerwca 2014

    wydanie siódme, nieskończone

    Nie samą piłką w czerwcu żyje człowiek, chociaż ponoć powinien. A czym żyje świat, chociaż nie powinien?
    • Lady Gaga ma podobno dać koncert w Kosmosie. Justin Bieber już dawno temu zarezerwował sobie miejsce w wahadłowcu Richarda Bransona. A papież Franciszek ma zamiar chrzcić Marsjan (gdy tylko się ujawnią i będą mieć na to ochotę). Stanley Kubrick nie żyje już drugą dekadę, ale "Odyseję Kosmiczną 2014" można kręcić choćby jutro.
    • W Krakowie nie będzie zimowych Igrzysk Olimpijskich. Nie będzie ich też w Sztokholmie, w Oslo, ani - prawdopodobnie - we Lwowie. Sądząc po tempie wycofywania się miast-kandydatów, przed końcem roku na placu boju nie będzie już nikogo. Mówi się, że w niektórych amerykańskich serialach reżyserem odcinka zostaje ktoś, kto akurat przechodził korytarzem. Podobnie stanie się niedługo z wyborem gospodarza igrzysk. Prezydent Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego wychyli szklankę wódki, okręci się trzy razy dookoła własnej osi i rzuci strzałką od darta w kierunku zawieszonej na ścianie mapy naszego globu. Entliczek, pentliczek, zielony stoliczek, na kogo wypadnie, na tego bęc... (jak powiedzieli wariaci, wyrzucając przez okno stół bilardowy)
    • W trakcie przedostatnich upałów, w Głogowie roztopił się spory fragment asfaltowej (przynajmniej teoretycznie) ulicy. Samochody ugrzęzły, a telewizje pokazały znamienny widok załamanego człowieka (być może był to któryś z drogowców, a może raczej właściciel przyklejonego auta), siedzącego na krawężniku i skrywającego twarz w dłoniach. Scena tyle symboliczna, co od dawna znana. Już wieszcz Paulo Coelho napisał o tym książkę. Jej tytuł: "Na brzegu rzeki Smoły usiadłem i płakałem".
    • Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu zaprasza studentów na staże w Monarze. Następne w kolejności będą: praktyki z matematyki, posady za układy, stanowiska z wysypiska i stołki jak kołki.
    • Białe szczury biegają po krakowskich Plantach - doniósł jeden z internetowych portali. Głośna wieść po świecie niesie, że w Polsce za Wisłą mówi się już wyłącznie po rosyjsku, a ulicami chodzą białe niedźwiedzie. To kolejny dowód, jaka skala dzieli nas w rzeczywistości od ojczyzny Tołstoja i Dostojewskiego. Bo takie rzeczy to może są za Wołgą. Natomiast u nas zamiast białych niedźwiedzi biegają - jak widać - tylko białe szczury, a po rosyjsku to w Krakowie jedynie pierogi robią.
    • Zakończył się krótki, acz burzliwy okres studenckich juwenaliów. Przeglądając programy poszczególnych koncertów w całej Polsce, można dojść do wniosku, że studencka kultura - tak podobno bogata i zróżnicowana - to właściwie tylko trzy zespoły: Kult, Coma i Strachy na Lachy. Oczywiście, odbyły się w naszym kraju juwenalia, na których nie zagrała ani jedna z wymienionych kapel. Z tym, że było to za Kazimierza Wielkiego...
    • Czy to podczas wizyty Prezydenta USA, czy podczas piłkarskich Mistrzostw Świata, rozpoczyna się usilne poszukiwanie jakichkolwiek związków Ważnej Osoby lub Ważnego Wydarzenia z Polską. Zwrócono na przykład uwagę, że Barack Obama jest silnie związany z Chicago (a Chicago - wiadomo: Jackowo, "Dżonu" Pawlak i Polska). I tak dobrze, że nie przypomniano iż prababcia Sekretarza Stanu Johna Kerry'ego urodziła się w Głogówku. Akcentowano też szeroko, że Japończyk sędziujący mecz otwarcia Mistrzostw Świata w Brazylii, swego czasu "gwizdał" w naszej ekstraklasie, a jeden z zawodników kadry Hondurasu ma na drugie imię "Boniek". Próby władowania się tam, gdzie nas nie trzeba, stają się coraz bardziej groteskowe. Jeszcze trochę i usłyszymy, że awangardowy amerykański zespół muzyczny Anthony and The Johnsons w prostej linii wywodzi się z polskiej, ludowej kapeli "Antoni i synowie Jana".
    • A skoro już o piłkarskich mistrzostwach. Rozpoczęły się z wielką pompą, było trochę sensacji i trochę - jak zwykle - sędziowskich błędów. Słabiutko rozpoczęły zwłaszcza ekipy wielkich faworytów z Ameryki Południowej. Argentyna zagrała koszmarnie, ale jej rywale sami strzelili sobie bramkę. Brazylia nie lepiej, ale wydatnie pomógł jej arbiter. Nie ma nic nowego w tym, że gospodarzy turnieju sędziowie ciągną za uszy jak się da. Przynajmniej nikt nie wspomniał tym razem o ręce Boga, albo czymś podobnym... Chociaż, jeśli Brazylijczycy nadal będą się prezentować na boisku tak kiepsko, to latynoskiemu bogowi futbolu może wyrosnąć więcej rąk niż hinduskiej bogini Kali.
    • Jeszcze o piłkarskich sędziach. Kiedyś byli to osobnicy w czarnych strojach, wyposażeni jedynie w gwizdek i dwie kartki. Obecnie arbiter tego typu posiada dodatkowo: słuchawkę w uchu z sobie tylko znanym przekazem, inteligentny zegarek informujący właściciela gdy padnie gol, oraz tubę pianki do golenia, którą to pianką sędzia oznacza na boisku skąd wykonać rzut wolny. Kwestią czasu jest tylko, gdy sędzia piłkarski będzie biegał po murawie mając na nogach interaktywne buty (zliczające przebiegnięty przez piłkarzy dystans, poziom decybeli na stadionie oraz nasycenie trawy chlorofilem), na plecach multimedialny plecak, na nosie Google Glass, a w kieszeni tłumacza kontekstowego, aby wiedzieć o co ma do niego pretensje Algierczyk czy inny Honduranin.
    • Sienkiewicz kiedyś ręcznie pisał powieści, ale poszedł z duchem czasu i teraz pozwala się nagrywać. Zbyt wcześnie przesądzać, czy będzie z tego większa polityczna burza, aczkolwiek okrągła, dwunasta rocznica Afery Rywina jednak do czegoś zobowiązuje.
    16. czerwca 2014, 23:25 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

    sobota, 14 czerwca 2014

    pomarańczowa rewolucja

    Była druga połowa 1994 roku. Szerzej nieznany trener, nazwiskiem Louis van Gaal, zebrał w Ajaksie Amsterdam grupę bardzo młodych i również nieznanych holenderskich piłkarzy. Uzupełniona Finem Litmanenem i Nigeryjczykiem Kanu ekipa już kilka miesięcy później wygrała wszystko, co na świecie było do wygrania w klubowej piłce nożnej, z prestiżową Ligą Mistrzów włącznie. Rok później awans do finału tych rozgrywek Ajax powtórzył. Młodzi zawodnicy błyskawicznie zostali gwiazdami, większość z nich (Kluivert, Davids, Seedorf, van der Sar, bracia de Boer) na długie lata stała się podporą najsłynniejszych zespołów, z FC Barceloną na czele. Sam Louis van Gaal miał potem szereg wzlotów i upadków, jednak ten Ajax z lat 1994-1997 uważany jest do dziś za jego najdonioślejsze dzieło. Podkreśla się nie tylko piłkarski technokratyzm van Gaala, zamiłowanie do schematów, rozrysowywanie akcji w najdrobniejszych szczegółach, ale również fakt, że prowadząc zespół, był dla młodych piłkarzy niemal jak ojciec, przekazywał im co mają robić nie tylko na boisku, ale również poza nim. Być może właśnie dlatego nie powtórzył już nigdy sukcesów porównywalnych z tymi ajaxowymi. Metoda taka nie mogła się bowiem sprawdzić, gdy wchodził we współpracę z piłkarzami o uznanej renomie, dojrzalszymi, których nie trzeba było wszędzie "prowadzić za rączkę".

    Piłkarska reprezentacja Holandii to z kolei zespół, o którym można by napisać sporej grubości książkę. Przez ostatnie dwie dekady drużyna ta zapisała wszelkie karty światowego futbolu, ze szczególnym wskazaniem na te tragiczno-komiczne. Gdy grali pięknie - przegrywali. Gdy grali paskudnie - wygrywali. Kłócili się o wszystko, włazili trenerom na głowę, konflikty rasowe były na porządku dziennym. Z czterech kolejnych wielkich turniejów (sic!) odpadali po rzutach karnych (słynny półfinał Euro 2000 z Włochami, gdy w jednym meczu nie trafili sześciu karnych już zajął okazałe miejsce w historii piłki nożnej), na kolejne mistrzostwa (świata, w Korei i Japonii) w ogóle nie pojechali. Mistrzostwa Europy w 2008 roku rozpoczęli z najwyższego możliwego pułapu: w grupie roznieśli najpierw ówczesnych Mistrzów Świata Włochów 3-0, a kilka dni później - ówczesnych wicemistrzów Francję 4-1. Gdy już wkładano im na głowę europejskie korony, przejechali się w ćwierćfinale na co najmniej przeciętnych Rosjanach, przegrywając z nimi zdecydowanie. Dwa lata później dotarli Holendrzy aż do finału Mistrzostw Świata w RPA, by na kolejnych Mistrzostwach Europy - w 2012 roku - zająć ostatnie miejsce w grupie.

    Te dwie ścieżki splatają się właśnie na naszych oczach. Oto w Brazylii rozpoczęły się XX Mistrzostwa Świata, a trenerem reprezentacji Holandii jest właśnie Louis Van Gaal. I jego zespół przypomina nieco ten Ajax sprzed niemal dwudziestu lat (nie tylko dlatego, że w sztabie trenerskim zasiadają również Patrick Kluivert i Danny Blind). Mniej jest gwiazd europejskich potęg, a znacznie więcej bardzo młodych, perspektywicznych zawodników z holenderskich klubów (no, przyznać się, kto kojarzył wcześniej któregokolwiek z obrońców tej kadry? a są nimi: Vlaar, de Vrij, Martins, Janmaat, Verhaegh, Veltman, Kongolo).

    Co z tego wyniknie, nie wie nikt. Piszę jednak te słowa godzinę po zakończeniu meczu Holandii z Hiszpanią, w którym "Pomarańczowi" rozjechali aktualnych Mistrzów Świata i Europy 5-1. A ich gra w drugiej połowie długimi momentami przypominała ten dominujący w Europie Ajax z połowy lat dziewięćdziesiątych. Oczywiście, nie da się uniknąć historycznych analogii. Przypomina się choćby, że poprzednie Mistrzostwa Świata Hiszpanie również rozpoczęli od porażki, a w efekcie i tak sięgnęli po tytuł. Zapomina się jednak przy tym, jak zupełnie inne było to spotkanie. Hiszpanie grali wówczas ze Szwajcarami, przypadkowo stracili bramkę, po czym rywale "zamurowali" własną i mimo huraganowych ataków graczy trenera del Bosque, skończyło się wynikiem 0-1. W dzisiejszym (wczorajszym już właściwie) meczu z Holandią, Hiszpanie zaprezentowali się koszmarnie. Obrona nie istniała, gdy w drugiej połowie ataki Holendrów sunęły na bramkę Casillasa, Mistrzowie Świata mieli ze strachu nogi jak z waty. Zawodnicy z Niderlandów mogli strzelić nie pięć, a dwa razy tyle bramek i z przebiegu gry nie mogłoby to nikogo dziwić.

    Jeśli ktoś jednak już dziś typuje Holandię do finału tych mistrzostw, należałoby mu jednak przywołać analogię do Euro 2008. Chociaż wtedy "Pomarańczowych" prowadził niedoświadczony Marco van Basten, który potknął się na pierwszym wirażu. Teraz wszystko w swoich rękach ma van Gaal, który już z niejednego boiska chleb jadł. Jeśli utrzyma w drużynie dobrą atmosferę... Jeśli odpowiednio wyważy proporcje pomiędzy zdolną młodzieżą, a gwiazdami pokroju Robbena, Sneijdera i van Persiego... Jeśli okaże się równie dobrym psychologiem jak strategiem... Jeśli...

    14. czerwca 2014, 00:55 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

    środa, 4 czerwca 2014

    trzynaście mgnień wiosny

    Czyli wizyta Prezydenta USA Baracka Obamy w Polsce od kuchni...

    08:43 Zulu, Płyta lotniska im. Chopina w Warszawie
    Air Force One z Prezydentem Stanów Zjednoczonych na pokładzie miękko przyziemia na płycie lotniska. Po kilkuminutowym oczekiwaniu, w otwartych drzwiach samolotu pojawia się sylwetka Baracka Obamy. Pozdrawia zebranych, po czym rusza schodkami w dół, podziwiając jednocześnie rozbudowany terminal warszawskiego lotniska. Naprzeciw wychodzi mu Prezydent RP, Bronisław Komorowski. Spotykają się, Obama ściska dłoń polskiego prezydenta, mierzy wzrokiem jego sylwetkę, ułamek sekundy dłużej zatrzymuje się na tułowiu, po czym mówi:
    - Bronek! I guess the airport isn't the only place that has expanded.
    Obaj prezydenci wybuchają śmiechem.

    09:17 Zulu, Hangar na lotnisku im. Chopina w Warszawie
    Barack Obama wita się z amerykańskimi żołnierzami stacjonującymi w polskich bazach. Chwilę potem rozpoczyna się briefing z udziałem obydwóch prezydentów. Barack Obama zabiera głos:
    - Dzię dobły! I'm really glad to be here. But let me speak your language for a change - prezydent uśmiecha się i poprawia posturę - Well, twenty five years ago, tu w Polsce, wszysko sie zacieło...
    Wtem nieoczekiwanie mikrofon odmawia posłuszeństwa.
    - I nic się pod tym względem nie zmieniło - szepcze jeden z agentów zabezpieczających lotnisko do drugiego, gdy służby techniczne mocują się z felernym mikrofonem.

    09:58 Zulu, wnętrze samochodu Prezydenta USA
    Cadillac One rusza spod lotniska im. Chopina w kierunku Belwederu. Barack Obama prosi swojego asystenta, aby opowiadał mu o Warszawie, o miejscach, które mijają.
    - Well - asystent rzuca okiem na nawigację satelitarną - this is Żwirki i Wigury Street.
    - Szwir... Dżwir... OK, forget that... - rzuca poirytowany Obama

    11:05 Zulu, Belweder, Warszawa
    - We don't have a better friend anywhere in the world than Poland - pompatycznie podkreśla Barack Obama podczas konferencji prasowej w Belwederze - Except Israel. And France. And Italy. And United Kingdom. And Germany. And Japan. And Sweden. And The Netherlands. And Switzerland. And St. Kitts & Nevis. And Botofago... What? It's not a country? A soccer team?!... Whatever... They're our friends too!

    12:12 Zulu, Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, Warszawa
    Poczęstunek dla Prezydenta USA i jego delegacji, z udziałem Premiera Donalda Tuska. Barack Obama zachwyca się podanymi owocami:
    - Wow, these strawberries are delicious! How do you call them in Polish?
    - Truskawki - odpowiada tłumacz
    - TUSKAFKI? - dziwi się Obama, po czym zwraca się do polskiego Premiera - Is it just your own line of strawberries or did you change the whole name?

    12:23 Zulu, plac przed Belwederem, Warszawa
    Prezydent Bronisław Komorowski rozmawia z dziennikarzami.
    - Panie Prezydencie, czy w tej krótkiej rozmowie z Prezydentem Obamą poruszył pan sprawę zniesienia wiz dla Polaków?
    - Proszę państwa, nie ma powodów do obaw - zapewnia Prezydent Komorowski - Oczywiście, poruszyłem ten temat i pan Prezydent Obama zapewnił mnie, że sprawa została już załatwiona! Wizy dla obywateli Polski zostały zniesione w ubiegłym miesiącu. Wcześniej znajdowały się w gabinecie na trzecim piętrze, a teraz są na parterze.

    12:47 Zulu, gabinet w budynku Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Warszawa
    Dwóch Bardzo Ważnych Urzędników Kancelarii rozmawia na temat planu wizyty Baracka Obamy.
    - Ty, a co Obama właściwie robi popołudniu? - pyta jeden z nich, wyraźnie "wczorajszy"
    - Po obiedzie ma drugie spotkanie z Komorowskim, nieco dłuższe - wylicza drugi - A w międzyczasie jedzie obejrzeć malarstwo barokowe.
    - Barakowe? Nie obrazi się..?
    - BAROKOWE, idioto! To taki styl w sztuce. Caravaggio, Esteban Murillo, nie słyszałeś?
    - Aaa, jasne, że słyszałem! Czekaj, czekaj... Ten pierwszy to chyba Inter Mediolan, a ten drugi to... eee... już wiem! Reprezentacja Brazylii w siatkówce! Albo Argentyny... Ale na pewno nie gra w Europie! Chyba, że w jakiejś drugiej lidze...

    13:01 Zulu, Hotel "Marriott", Warszawa
    Craig, szef ochrony Baracka Obamy, przygładza lśniące od potu i brylantyny włosy, po czym poprawia tkwiącą w uchu słuchawkę. W tej samej sekundzie rozlega się w niej głos:
    - Boss, we have a situation here! Come to the lobby, now.
    Craig zbiega trzynaście pięter po schodach. Pięć lat służby w Blackwater sprawiło, że ma się jednak tę kondycję. Na dole zastaje przedziwny widok. Polscy ochroniarze hotelu nie chcą przepuścić wysokiego mężczyzny w białym stroju, który jest wyraźnie wyprowadzony z równowagi.
    - OK, people, calm down! - uspokaja nastroje Craig, po czym zwraca się do faceta w bieli - Excuse me sir, who are you?
    - Wojciech Modest Amaro - odpowiada perfekcyjną angielszczyzną zapytany - Chef, restaurateur, television personality. I'm responsible for the dinner for President Obama.
    - So where is the problem? - pyta Craig
    - They didn't let me in - poirytowany Amaro wskazuje na ochroniarzy
    - Why?
    - Because of this - kucharz podnosi do góry worek pełen białego proszku
    - To jest wąglik! Zaraz wybuchnie! - wrzeszczy jeden z ochroniarzy, a drugi chowa się pod biurko i przykrywa dłońmi głowę
    - Żaden wąglik do ku**y nędzy!!! - piekli się Amaro - To jest mąka orkiszowa. Potrzebuję jej do przygotowania obiadu dla Prezydenta.
    - To wąglik - spod biurka słychać głos ochroniarza - Widziałem w telewizji taki sam!
    - Paul, what the hell they are talking about?! - wkurzony Craig zagaduje swojego polskiego asystenta - Pawła, który przed chwilą również pojawił się na miejscu
    - The security guard claims it's anthrax - Paweł wskazuje na torbę z mąką
    - Noł, noł anthrax! - protestuje pierwszy z ochroniarzy - Anthrax to jest taka kapela metalowa, mój syn ich słucha. A to jest wąglik! WĄ-GLIK!
    - God damn it... - mruczy pod nosem Craig, bierze worek od Amaro, zanurza w niej ośliniony palec i próbuje. - Flour - orzeka po chwili
    Sytuacja opanowana, wszyscy się rozchodzą.
    - A po mojemu to i tak jest wąglik - mówi pierwszy z ochroniarzy, po czym krzyczy za odchodzącymi agentami - Żeby nie było, że nie ostrzegaliśmy! Zobaczycie, to będzie piekielna kuchnia!

    14:28 Zulu, Hotel "Marriott", Warszawa
    Prezydent USA oblizuje się po obiedzie, sięga po serwetkę, po czym gestem przywołuje swojego asystenta.
    - Jim, remind me my schedule for tomorrow.
    - Yes, Mr President - prostuje się Jim i zaczyna wyliczać - First, there is an appointment with Petro Poroszenko, President of the Ukraine, King of Chocolate...
    - King of Chocolate?! - przerywa mu Obama - Are you trying to insult me?
    - Of course not, Mr President. This man is the owner of chocolate factory.
    - Hmmm, you know what, Jim? - zastanawia się Obama - Those Polish and Russian names are so difficult... Poroshenko, Tymoshenko, Komorovski, Putin...
    - What?
    - What "what"?!
    - You said "Put in", Mr President... So I asked what are you expecting me to put in...
    - Jim, for God sake! Are you out of your mind?! There are wires, microphones everywhere... Do you want another sex scandal?!
    - No, of course not!
    - OK then... So I was wondering if this King of Chocolate guy wouldn't mind when I'll call him "Willy Wonka"? You know, because of the factory...
    - Who knows, Mr President... Those people from Eastern Europe have bizarre sense of humor... Do you remember the previous President of Ukraine? Janukovych? He was trying to call you as "The Dark Lord"...
    - And that's why he must gone... - uśmiechnął się złowieszczo Barack Obama

    18:12 Zulu, Zamek Królewski, Warszawa
    Uroczysta kolacja z udziałem Prezydenta USA i wielu znamienitych gości ze świata polityki. Barack Obama trąca się kieliszkami szampana z Lechem Wąłesą.
    - Mr Wałęsa, what about your moustache? - zagaja Obama - It's so old fashioned, especially these days. Look at President Komorovski.
    Lech Wałęsa prosi asystenta o przetłumaczenie, po czym wyraźnie wzburzony odpowiada:
    - O nie, ja się ogolić nie pozwolę! Noszę wąsy od przedwojny...

    20:41 Zulu, Hotel "Marriott", Warszawa
    Prezydent Obama z ciężkim westchnieniem opada na łóżko w swoim apartamencie. Zdejmuje buty, rozmasowuje stopy i przywołuje swojego asystenta.
    - What a day, Jim, what a day... - wzdycha - So, tell me, what they have planned for us for the evening? I'm hoping for a great fun.
    - Well, Mr President, there is a Light and Sound Show. Then the fireworks...
    - Fireworks? Come on... It's boring... - krzywi się Obama - I'd rather watch a basketball game. What have you got?
    - Hmmm, there are men's finals currently...
    - Fantastic! Which teams are playing?
    - Emmm... Stelmet Zielona Góra and PGE Turów Zgorzelec - Jim recytuje z podręcznego tabletu - Third game between them starts right now.
    - Żelona... what? Zgoszelec...?
    - Zielona Góra. It means "Green Mountain" - wyjaśnia asystent
    - Green Mountain?! - dziwi się Barack Obama - No, sounds like narcotics... And the other team?
    - Turów. From "tur", such animal, similar to bull...
    - Bull? Awesome! Like Chicago Bulls, my favourite team. I like this... Tooruff! - uśmiecha się Prezydent - Do they have a TV here?
    - Yes, Mr President.
    - Great. Bring it on!

    21:30 Zulu, Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, Warszawa
    Na korytarzach budynku wielkie poruszenie. Wszyscy biegają bez celu, a atmosfera jest nerwowa i napięta. Do budynku wchodzi Radek Sikorski, Minister Spraw Zagranicznych.
    - A co tu u was tak gwarno o tej porze? - zaczepia pierwszego z brzegu urzędnika
    - Panie ministrze, niedobrze - zeznaje krawaciarz, trzęsąc się jak osika - Prezydent Obama obiecał nam dzisiaj miliard dolarów na zbrojenia, prawda?
    - No tak, i co z tego? - dziwi się Sikorski
    - Ale przecież Amerykanie nie mają takiej liczby jak miliard! U nich jest milion, a potem od razu bilion... Więc jak będzie mógł dać nam coś, czego nie ma...?
    - Cholera... faktycznie - zasępia się minister, który oczami wyobraźni jeszcze przed chwilą widział siebie podpisującego jako przedstawiciel Rządu kontrakt z firmą Sikorsky na dostawę śmigłowców bojowych - Czyli Amerykanie znowu nas wycyckali?
    - Na to wygląda... A co będzie jak się premier dowie? O Boże... - urzędnik niemal płacze
    - Nie, spokojnie, Donalda biorę na siebie... - myśli głośno Sikorski - Ale nie mówcie Kaczyńskiemu! Te jego dwa miliardy złotych na inwestycje zupełnie zbledły przy miliardzie dolarów od Obamy. Więc ten miliard musi się znaleźć. Hmm... Wiem! Podniesiemy wiek emerytalny do 89 lat. Ta liczba się ostatnio tak dobrze kojarzy, wolne wybory 1989 roku... Powiemy ludziom, że to w nagrodę za wywalczoną wolność ćwierć wieku temu i takie tam... Łykną to jak gęś kluski! No, to cześć pracy.

    22:21 Zulu, ostatnie piętro Hotelu Marriott, Warszawa
    Prezydent Obama krząta się w swoim apartamencie. Przy okazji, korzystając z pomocy asystenta i polskiego tłumacza, próbuje napisać przemówienie na jutro. Nagle do pokoju wchodzi, w asyście szefa ochrony, hotelowa pokojówka (P). Zadaje pytanie, które tłumacz (T) natychmiast przekłada Prezydentowi (O).
    (T): - Mr President, she wants to know if you have your evening slippers or not.
    (O): - I've got.
    (T): - Mówi, że ma.
    (P): - Jeden czy dwa?
    (T): - One or both?
    (O): - Both
    (T): - Oba ma.


    4. czerwca 2014, 01:11 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

    PS. 
    22:31 DST, Hala MOSiR, Zielona Góra  
    Turów Zgorzelec przegrywa po dogrywce ze Stelmetem Zielona Góra 92:93. W rywalizacji do czterech zwycięstw, Turów prowadzi jednak 2-1.

    http://blogroku.pl/2014/kategorie/trzynal-cie-mgniel-wiosny,axh,tekst.html 

    czwartek, 29 maja 2014

    wydanie szóste, skorygowane

    Kiedyś mówiło się, że w Polsce mafia skończy się wówczas, gdy zabraknie nazw mięs na ksywki dla bossów. Niniejszy cykl działa na podobnej zasadzie - będzie się ukazywał, dopóki wystarczy przymiotników na tytuły. Bo liczebników raczej nie zabraknie nigdy. Podobnie jak tematów.
    • Licealistka z Gorzowa Wielkopolskiego nawrzucała premierowi Tuskowi od zdrajców Polski. Jej rodzinne miasto, które zresztą z szefami Rządu ma wiele wspólnego (stamtąd pochodził przecież premier Marcinkiewicz, znany szerzej jako "Atrakcyjny Kazimierz"), promuje się hasłem "Gorzów. Przystań". Nie sądziłem jednak, że czasem sugestia ta dotyczy również rozumu.
    • Pozostając w kręgu polityki, nieoczekiwanie obserwujemy ostatnio powrót do instytucji monarchii. W niedawnych wyborach do Parlamentu Europejskiego, spory sukces odniósł Janusz Korwin-Mikke, rojalista (czyli zwolennik władzy królewskiej). Z kolei wybory na Ukrainie obsadziły w roli głowy państwa niejakiego Króla Czekolady. Na fali tych przemian Król Julian obejmie tron na Madagaskarze, Król Edyp w Grecji, Król Olch w Niemczech, a Król Lew w Kenii. Wtedy pozostanie już tylko znaleźć jakąś państwowość dla Króla Ubu, ale nie powinno to być trudnością. Skoro Makbet mógł zostać królem Ekwadoru (jak dowodził jeden z błyskotliwszych maturzystów), to naprawdę wszystko się może zdarzyć.
    • A'propos wyborów - były, minęły, a politycy nie dają o sobie zapomnieć. Raz na ekranie pojawia się nawiązanie do kobiety z brodą (która w dodatku ma oczy Donalda Tuska; kobieta, nie broda na szczęście), innym razem - tłuste nóżki rzecznika prasowego Prawa i Sprawiedliwości (tego samego zresztą, który chwalił się kiedyś wielkością innej swojej części ciała, i nie były to bynajmniej nogi, ani - tym bardziej - mózg). I jak tu bez torsji zjeść kolację...
    • Z wielką pompą ukończono wreszcie sztandarową inwestycję autostradową, czyli potężny most w Mszanie Dolnej, przerzucony nad niewielkim potokiem, który można przeskoczyć bez większego wysiłku. Budowa futurystycznej konstrukcji z efektownymi pylonami, trwała siedem lat. Było to siedem lat tłustych (dla inwestorów) i chudych (dla kierowców) jednocześnie. Dla porównania - Most nad Sundem, jedną z najdłuższych tego typu konstrukcji na świecie, łączącą ponad morską cieśniną Danię ze Szwecją, budowano lat pięć. Gdyby Polscy inwestorzy byli odpowiedzialni za budowę mostów nad morzami, prędzej te morza by wyschły, niż mosty by powstały. I to w dobie globalnego ocieplenia.
    • Zimowych igrzysk olimpijskich w Krakowie nie będzie. Mieszkańcy spod Wawelu odrzucili ten pomysł w referendum. W zamian za to opowiedzieli się za budową metra. Dziwne te Krakusy... Zamiast chodzić z księżycem w butonierce, zachciewa się im warszawskich wynalazków. Poza tym igrzyska to parę lat budowy, potem trzy tygodnie zamieszania i po sprawie. A metro to zapadające się ulice, pękające budynki, Wisła płynąca pod ziemią... I do tego wysokie prawdopodobieństwo, że mieszkańcy Krakowa w ogóle tego metra nie doczekają. Nie, wcale nie ci najstarsi. Ale ci, którzy jeszcze się w ogóle nie narodzili.
    • Nie wyjeżdżamy jeszcze z Galicji. Niedawno media doniosły, że jeden z szefów Małopolskiego Ośrodka Ruchu Drogowego (w skrócie: MORD) załatwiał prawo jazdy w zamian za łapówki. Cóż, przykre to, nieuczciwe i nielegalne. Ale biorąc pod uwagę skrót nazwy instytucji, ów dyrektor mógł się przecież dopuścić znacznie gorszego przestępstwa.
    • Telewizja Polska anonsuje zupełnie nowy show na swojej antenie. Show będzie nosił tytuł: "Rolnik szuka żony", a Pudelek donosi, że będzie to hit niesłychany. Co w tym jednak nowatorskiego? Już przedszkolaki śpiewają, że "Rolnik sam w dolinie". Nic zatem dziwnego, że szuka żony. Chyba, że na fali wszechobecnego dżender, szukałby męża. Słowa, że każdy orze jak może, nabrałyby zupełnie nowego znaczenia.
    • W czekoladkach firmy Cadbury odnaleziono ponoć DNA świni. Nie tylko termin "żywność modyfikowana genetycznie" zmienia swoje oblicze. Spełnia się również czarny sen amatorów słodyczy, przeciwników GMO oraz muzułmanów. Kiedyś mówiono, że "czekolada Terravita to trucizna znakomita". Może więc i nazwa Cadbury ma też swoje drugie dno? Gdyby pisano ją jako "Cat Bury" - nie byłoby już żadnych wątpliwości.
    • Pod Poznaniem działa Klub Sportów Walki "Czerwony Smok". Czekamy teraz na Restaurację "Hannibal" albo Zakład Krawiecki "Milczenie owiec".
    • W minionym tygodniu niektóre z polskich mediów napisały - cytuję - "Behemoth deportowany z Rosji". Wiedziałem, że prezydent Putin wiele może, a Rosjanie żadnych duchów ani spirytusów się nie boją, ale żeby posiedli władzę nawet nad mrocznymi demonami? Dopiero potem okazało się, że chodzi o zespół muzyczny...
    (rysunek: "Angora", nr 22/2014)

    29. maja 2014, 19:21 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego