Matematyka jest wszędzie - powiadają popularyzatorzy nauki i co bardziej pomysłowi nauczyciele tej dziedziny wiedzy. To prawda, a w dodatku ta prawidłowość wykazuje pewne cechy sezonowości. Dla przykładu, w styczniu w Polsce najwięcej matematyki jest... na drzwiach. Co rusz można na nich dostrzec tajemnicze równanie z trzema niewiadomymi.
wtorek, 13 stycznia 2026
wyższa matematyka
Nie zamierzam tutaj odkurzać odwiecznej dyskusji o tym, czy powinno się pisać literki C, M i B, czy K, M i B, bo ta dyskusja jest bezcelowa i dawno rozstrzygnięta. Oczywiście, że poprawna jest pierwsza wersja, bo to nie są pierwsze litery imion trzech królów (dla twórcy upiornej fleksji objawiającej się pod postacią "trzech króli" jest już przygotowane odrębne miejsce na samym dnie piekieł) tylko akronim od łacińskiej frazy (Christus Mansionem Benedicat, czyli coś w stylu: "niech Chrystus pobłogosławi to domostwo"). I tajemnicą nie mniejszą niż trzecia fatimska pozostaje, dlaczego od kilkudziesięciu lat wciąż gremialnie pisze się to nieszczęsne "K", chociaż na każdym Wydziale Teologicznym z pewnością jest ktoś, kto wie jak powinno być poprawnie.
Historia z królami/mędrcami jest zresztą o tyle durna, że pierwszy z władców miał nosić imię Gaspar, a nie żaden Kasper czy Casper (to są późniejsze wersje jego imienia, powstałe z tłumaczenia łaciny na języki germańskie). Przyjmując zatem wersję z królami trzeba by pisać GMB, a że często w "handwritingu" literka M niepokojąco przypomina literkę H, wówczas na połowie drzwi w kraju reklamowano by niesławny kwas gamma-hydroksy-masłowy (co to takiego ten kwas wie każdy, kto miał jakiekolwiek zajęcia z profilaktyki narkomanii, mniejsza o to w jakiej roli, lub był kiedykolwiek w Monarze, jak niżej podpisany; a pozostali sobie "wygooglują").
Najciekawsze jest jednak coś jeszcze innego. Ten zagadkowy znak równości pomiędzy literkami a datą roczną. To już jest tak zwany wielbłąd, jeszcze głupszy niż to "K" na początku. Albowiem powinien być tam kolejny krzyżyk, bo (teraz trzymajcie się mocno tego, na czymkolwiek siedzicie, ministranci, diakoni i młodzi klerycy) te znaki są właśnie krzyżykami, a nie znakami "plus" znanymi nam z lekcji arytmetyki.
Przystępność nauczania matematyki jest współcześnie na tak depresyjnym poziomie, że uczniowie kończą szkołę z umiejętnościami ograniczonymi do reakcji warunkowych. Niczym pies Pawłowa, gdy widzą znak "+", automatycznie zakładają, że zaraz potem powinno gdzieś nastąpić "=". I nikt, absolutnie nikt, nie zastanowi się dlaczego działanie w postaci dodania do siebie trzech liter (kij z tym, czy te litery pochodzą od łacińskiego pozdrowienia, czy od imion przedwiecznych władców) miałoby jako wynik dać aktualnie nam panujący rok...
A dla badacza społecznego jeszcze bardziej fascynującym tematem byłoby zagadnienie z pogranicza psychologii poznawczej (jakie cudne heurystyki by tu można odnaleźć!) i teorii dokonywania skojarzeń. Wszędzie, na całym świecie, o każdej porze dnia i nocy, z kościołem, księdzem i religią znak "+" kojarzymy jako krzyż, krzyżyk, krucyfiks... Ale gdy błogosławieństwo od tego samego księdza trzeba napisać kredą na drzwiach to nagle "+" staje się w niepojęty sposób "plusem". Cuda, cuda ogłaszają.
13. stycznia 2023, 11:50 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
piątek, 2 stycznia 2026
Happy New Fear!
Jest taka stara, głupkowata anegdotka jak to jakiś luksusowy wycieczkowiec zaczął tonąć na którymś oceanie i zaczęto się zastanawiać na mostku, jakby tu skłonić ludzi do wsiadania do szalup ratunkowych, aby nie wywołać paniki. Ostatecznie kapitan doradził, aby załoga rozgłosiła jak następuje: Amerykanom - że w szalupach będą rozdawane darmowe hamburgery, Francuzom - że będzie tam po kieliszku Chardonnaya, Niemcom - po prostu należy powiedzieć "Raus!",
Durne to jest już z tego powodu, że coś takiego jak "stereotypy narodowościowe" nie istnieje i to tylko nasz ułomny, wynikający z deficytów umysłu jako "skąpca poznawczego", sposób porządkowania sobie rzeczywistości na skróty. Ostatecznie jednak od dowcipów i skeczy nie oczekujemy rzetelności i wartości naukowej. A przypisywana w powyższym Polakom przekora, jest charakterystyczna dla całego gatunku homo sapiens sapiens.
Przywołuję tę anegdotkę, bo czasami mam wrażenie, że im więcej się mówi o szkodliwości fajerwerkowego huku pod koniec grudnia, tym... gorzej. Ponieważ ludzie (nie wszyscy, ale wielu) mają właśnie to do siebie, że im częściej im się coś nawija na uszy, tym właśnie z przekory zrobią odwrotnie. Cóż, lepszego sposobu jeszcze nie wynaleziono (poza absolutnym zakazem petard, co jest praktycznie nie do wyegzekwowania; narkotyki też są od dawna całkowicie zakazane, a mimo to ponad 30% (!) społeczeństwa w wieku 15-34 lat miało z nimi choćby jednorazowy kontakt). Naprawdę wydaje mi się jednak, że przesada w nakłanianiu do rezygnacji z wystrzałów to trochę niedźwiedzia przysługa dla zwierząt. Do kogo miało dotrzeć to już dotarło, kto ma swój rozum - również od lat nie strzela, a pozostali i tak będą realizować swoje "prawo do hucznej zabawy". Gorzej jednak z tymi, którzy normalnie by się nad tym przynajmniej zastanowili (czy warto wysłać w niebo kilka stów w zamian za pięć sekund wizualnych efektów?), a pod wpływem medialnego szumu jednak wystrzelą, w przekonaniu, że robią na złość tym wszystkim "mądrym głowom z telewizji", lewactwu, Unii Europejskiej (i Tuskowi rzecz jasna) oraz nowemu światowemu ładowi.
Dość podobnie działało to podczas epidemii COViD-19, gdy kampanie przekonujące do szczepień nie dawały takich efektów jak oczekiwano i w końcu, w pewnych kręgach, osoby uchylające się zaczęto nazywać publicznie nieukami, oszołomami, fanatykami, szurami i "średniowieczem". Czy to wynikało z desperacji i frustracji - nieistotne, ale strategia była to cokolwiek naiwna i samobójcza, bo przecież chyba nikt jeszcze w historii gatunku ludzkiego nie zmienił swoich przekonań tylko dlatego, że ktoś inny powiedział mu wprost: "ale ty jesteś głupi/niedouczony!". Mamy bowiem to do siebie, że w takich sytuacjach raczej okopiemy się na swoich pozycjach i jeszcze bardziej będziemy robić tamtym "na złość". A jakakolwiek refleksja przyjdzie później (fakt, do niektórych nie przyjdzie jednakże nigdy...), gdy emocje już opadną. Czasami jest już wtedy za późno, czasami jeszcze nie.
Trzydzieści kilka lat demokracji, wolnych wyborów i zatrzęsienia sondaży opinii publicznej miały wyrobić w nas przekonanie, że każdy głos i opinia każdego z nas jest ważna. Ale jako efekt uboczny wdrukowały dodatkowo w wielu przekonanie, że ich głos jest nie tyle ważny, co najważniejszy, że są nieomylni i najmądrzejsi na świecie. Internet i jego wszechobecne sondy, systemy oceniania cyferkami prawie wszystkiego (od książek i filmów, przez salony fryzjerskie, restauracje, obsługę w Empiku, przez konduktora, w hotelu, po... sam już nie wiem co, ale tutaj skaj is the limit...), oraz tweety, anonimowe komentarze i szereg innych wynalazków tylko ten efekt wzmocniły. Każdy może teraz dojść do przekonania, że ma rację w dowolnym temacie i znaleźć na to "dowody" w odmętach internetu oraz ludzi (lub "ludzi", czyli boty) myślące tak samo jak on, popierające go i utwierdzające w tym stanowisku. Stąd już tylko krok do podjęcia przekonania, że wszystko co się robi jest słuszne (bo przecież podejmowane z pozycji "obiektywnej" racji), a przeciwne argumenty (choćby i najbardziej racjonalne) są czyimś wymysłem, propagowanym z chęci osiągnięcia przez tego kogoś jakiegoś własnego interesu. Czytaj: bo to moje prawo, bo ja mam rację, bo skoro chcę to mogę, a ci co mi chcą tego zakazać to robią to, żeby nas zniewolić i czerpać z tego własne zyski.
Rok 2026 pod tym względem nie będzie wcale lepszy.
Dobrze (w tej materii) już było.
31. grudnia 2025, 18:47 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
