poniedziałek, 20 lipca 2026

pajdopatologia

Odważną tezę iż społeczeństwo głupieje udowodnić byłoby niezwykle trudno. Niby można studiować malownicze tabele ze statystykami obrazującymi zatrzymanie się sławetnego efektu Flynna. Niby można analizować ogłaszane corocznie w lipcu wyniki matury (zwanej wciąż z niewiadomego powodu „egzaminem dojrzałości”). Niby można jeszcze coś innego... Jak to jednak w dużych zbiorach danych bywa, łatwo nimi manipulować i dobrać je tak, aby potwierdzały założoną hipotezę.

Znacznie natomiast łatwiej, od ręki wręcz, udowodnić można, iż społeczeństwo (nie tylko polskie, czy jakiekolwiek inne, ale globalnie, czyli literalnie każde) dziecinnieje i to w postępie geometrycznym. A przykładów wcale nie trzeba szukać w strzelistych aktach tej czy innej opcji politycznej, które perorują, że młodzi ludzie nie chcą dorastać, bo nie chcą przyjmować obowiązków wynikających z założenia rodziny i wolą mieszkać z rodzicami, gdzie mają wszystko podane pod przysłowiowy nos.
 
Znacznie banalniejszych, a przez to bardziej dobitnych, przykładów dostarcza samo życie na każdym kroku i na każdym rogu ulicy. 
 
Oto oficjalna kampania Ministerstwa Klimatu i Środowiska tuż przed wprowadzeniem systemu kaucyjnego. Troje skądinąd niezłych aktorów poprzebieranych za butelki i puszki (sic!) biega, tańczy i śpiewa o korzyściach wynikających z oddania niezgniecionej plastikowej butli po coli do automatu przy Biedrze czy innym Oszą.
 
 
Oto Państwowa Inspekcja Pracy wyjaśnia różnice pomiędzy rodzajami umów zawieranych na linii pracodawca – pracownik posługując się animowanym filmem z kotkami (sic!), retoryką jak do niepełnosprawnych umysłowo i jeszcze dodatkowo – jako tępy gwóźdź do tej wizerunkowej trumny – czcionką jako żywo przypominającą Comic Sans…
 
 
Oto w corocznej, wakacyjnej akcji LOTTO pod ksywą „Loteriada” nie tylko trzeba wpisać na stronie internetowej otrzymany w kolekturze kod, aby niczego nie wygrać, ale w tym roku należy jeszcze dodatkowo wirtualnie „zakręcić” pstrokatym „kołem fortuny”, aby uzyskać ten sam rezultat (jeśli ktoś wierzy, że nie jest z góry, jeszcze przed naciśnięciem przycisku „Zakręć kołem”, przesądzone na czym zatrzyma się strzałka, powinien pilnie udać się na konsultacje psychiatryczne do Szpitala Południowego w Warszawie).
 

 
Oto największy polski przewoźnik kolejowy, gdy zakupimy przez jego system sprzedaży internetowej bilet na przejazd, wyśle nam maila zaczynającego się od słów: „Cześć (nasze imię), tutaj Twój pociąg. Przyjadę po Ciebie na stację (…) i razem pojedziemy do stacji (…)”.
 
 
Oto reklamy, które są wręcz osobną kategorią omawianego zjawiska. Po topornych latach 90-tych XX wieku próbowano wprowadzić trochę nieoczywistej jakości (vide słynne mini-skecze kabaretu Mumio w spotach Plusa), ale aktualnie wahadło odbiło tak bardzo, że nawet te lata 90-te wydają się teraz synonimem jakości i dobrego gustu. Nadmiar bodźców wzrokowych, tańce i pląsy niczym z teledysku jakiejś Bijąs w reklamie dowolnego żarcia, infantylnie przerabiane evergreeny muzyczne („Jak sobota to tylko do Lidla, do Lidla…”, „Świeżo tutaj jest, tanio tutaj jest, Stokrooootka!”, „On przynosi sianooooo!” – to ostatnie rzecz jasna o bocianie), słodkie dialogi przy których na glukometrze kończy się skala („Ach, Bożenko, to ja też kupię ten lek na wątrobę!”).
 
 
Oto wreszcie serwisy streamingowe, w których jako awatar można wybrać tylko jakiś infantylny obrazek, bo nie można zostawić nawet pustego okienka, oto gry na smartfony, tak głupie, że to głośne swego czasu łapanie Pokemonów wyrastało przy nich na szczyt intelektualnego wyzwania. Oto coraz powszechniejszy zabieg pitch shiftingu w wokalu wielu hitów muzyki pop (przykładem choćby to koszmarne „In My Mind” duetu Dynoro & Gigi D’Agostino), który sprawia, że całość brzmi jakby śpiewała Żaba Monika (to ta od Kulfona, ale pokolenie Z i tak musiałoby sprawdzić kto zacz...). Oto wreszcie popularność i dochodowość filmów spod znaku Marvela, z fabułą wprost wziętą z dziecięcych kreskówek i z głębią blatu stołu do ping-ponga.
 
 
Nie ma jednak sensu pastwienie się nad zjawiskiem przez mnożenie kolejnych przykładów, tylko próba podjęcia odpowiedzi na pytanie „Dlaczego?”. Nie przekona mnie argument, że nie można być poważnym przez całe życie i to wszystko jest jedynie próbą wprowadzenia odrobiny humoru czy dystansu do codzienności i do ważnych tematów. Być może nie mam odpowiedniego, a może nawet żadnego poczucia humoru, ale nie pojmuję dlaczego miałoby skuteczniej przekonać kogokolwiek do systemu kaucyjnego poprzebieranie aktorów za puszki i butelki. Może jedynie dzieci, ale tylko takie w wieku przedszkolnym, bo już te zaczynające podstawówkę z miejsca uznają ów spot za ostry „cringe”. I podobnie do dzieci na etapie Kici Koci mogłyby chyba trafić scenki, w których kotki pracują na umowach cywilnoprawnych, a pociągi pospieszne piszą do nas maile. Ale jeśli przekaz taki kierujemy do dorosłych, to coś ewidentnie poszło nie tak…
 
I tu chyba, niezbyt płytko, pogrzebany jest ten nieszczęsny pies. Fakt, wiele z takich działań jest obliczonych na zysk (skoczna, chwytliwa muzyka w reklamie przyciągnie uwagę, a to zaowocuje wyższą sprzedażą). Filmy Marvela ściągną do kin więcej ludzi niż dzieła o ciężarze Antonioniego czy Felliniego, to nie ulega kwestii. Mam jednak wrażenie, że jest coś jeszcze. Coś, co z daleka i niezbyt wyraźnie wygląda jak przekonanie twórców, że jeśli tę czy inną kampanię informacyjną zrobi się "jak dla dorosłych", a nie "jak dla dzieci", czyli bez obrazków, animacji i werbalnej łopatologii, to do większości odbiorców ona po prostu nie dotrze.
 
W tym ujęciu popularność animowanych filmików instruktażowych i przekazów, w których butelki śpiewają o kaucji, a kotek wyjaśnia różnicę pomiędzy umową o pracę a umową zlecenia (nb. tak jest właśnie poprawnie, zbitka „umowa zlecenie” to powszechny błąd), wyrasta z tego samego pnia, z którego wyrosły obrazkowe instrukcje obsługi do sprzętu AGD czy mebli (bo jeśli miały zredukować ilość papieru na ich drukowanie, to nic takiego się nie wydarzyło). Z przekonania graniczącego z pewnością, że jeśli o warunkach kaucji będzie napisane litym tekstem albo nawet od myślników, a o umowach opowie podkrawacony urzędnik z PUP-u, to coraz mniej odbiorców zrozumie przekaz.
 
I dopiero w tym momencie można zaproponować istnienie ścisłej korelacji pomiędzy dziecinnieniem społeczeństwa a tą tezą nie do udowodnienia z pierwszego zdania parę akapitów wyżej. Zgoda, to nadal jest trudne do operacjonalizacji, ale stawiam grube dolary (po kursie sprzed ery tego jełopa, który siedzi aktualnie w Białym Domu) do zeszłorocznych orzechów, że związek jest, i to mocny. 
 
A jeśli tak, to możliwe reperkusje są wyłącznie pesymistyczne. Bo przede wszystkim może to oznaczać, że istnienia naszej cywilizacji nie zakończy fanaberia jakiegoś szurniętego satrapy z Moskwy czy Phenianu, dysponującego swobodnie guzikiem atomowym, nie zakończy jej też globalna zmiana klimatu, bunt „sztucznej inteligencji” (która z inteligencją ma tyle wspólnego, co niżej podpisany z zapaśnikiem sumo) czy śmiertelny wirus z serca Afryki. Nasza cywilizacja złoży się jak domek z kart pod ciężarem naszego własnego skąpstwa poznawczego i naszego własnego intelektualnego lenistwa.
 
I ten dzień jest już bliski. Jesteśmy jak starożytni Rzymianie w 476 roku, już widać hordy barbarzyńców na horyzoncie. Dorośli, wykształceni ponoć ludzie, funkcjonujący w zdziecinniałym społeczeństwie, nabierają się współcześnie na tak prymitywne komunikaty czy manipulacje, na które kiedyś nie złapałby się przeciętny uczeń podstawówki. 
 
Ale chyba wciąż jest jeszcze szansa…
 
18. lipca 2026, 17:54 CEST,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego 

sobota, 6 czerwca 2026

ice truck dealer

Właścicielka lodziarni w Pszczynie od ćwierć wieku rozdawała lody za darmo uczniom, którzy po zakończeniu roku szkolnego pokazali świadectwo z czerwonym paskiem. Teraz pani Rzecznik Praw Dziecka domaga się ukrócenia tego niecnego procederu, gdyż dzieci uczące się gorzej mogłyby się poczuć skrzywdzone i pominięte. Od paru dni to jest w Polsce najważniejszy temat publicznej debaty (może oprócz tej tenisistki, o której istnieniu jeszcze dwa tygodnie temu nikt, poza zagorzałymi fanami tenisa, nie miał pojęcia, a teraz media pieją o niej, jakby od co najmniej dekady wspierały jej karierę ze wszystkich sił i całą zawartością swojego portfela…).

Interwencja RPD jest oczywiście idiotyczna i nie podlega dyskusji fakt, że stanowi modelowy przykład parodii polityki równościowej, która zamiast wspierać tych, którzy nie ze swojej winy mają niższe szanse w jakiejś dziedzinie, wylewa – nomen omen – dziecko z kąpielą. Bardziej jednak mnie zastanawia, że nikogo nie oburza inny aspekt całej sprawy. Ten, gdzie urzędnik państwowy próbuje wpływać na działania prywatnego przedsiębiorcy, który nie robi niczego, co wykraczałoby poza granice prawa, a wszystkich i tak bardziej dziwi tamten pierwszy debilizm, a ten drugi już nie.

Pisałem o tej przedziwnej niekonsekwencji już kilka razy, chociażby przy okazji dyskusji nad tzw. „stałą ceną książki”. Jeśli ktoś prowadzi prywatny biznes - np. właśnie sklep z książkami, to ma prawo te książki sprzedawać komu chce i za ile chce. Za pół ceny "okładkowej", za ćwierć ceny, a nawet za czapkę śliwek, gdy ma taką fantazję. Podobnie jeśli sprzedaje pomarańcze, ołówki albo wapno gaszone. A jeśli państwo mu narzuca, komu albo za ile może te książki czy pomarańcze sprzedawać, jakie rabaty stosować i kiedy, to już nie jest jego prywatny biznes, tylko w połowie państwowy, czyli jakiś wykoślawiony, pełzający socjalizm.

I to się tyczy każdej dziedziny i branży. Jeśli ktoś ma restaurację, to ma prawo w określone dni nie wpuszczać do niej np. rodziców z małymi dziećmi (był taki przypadek niedawno, bodaj w Poznaniu, i ogromna burza w soszalmidjach) albo ludzi, którzy noszą skarpetki do sandałów. Tak jak gdy ktoś prowadzi drukarnię, piekarnię, albo studio tatuażu i ma zachciankę, aby we wtorki nie obsługiwać gejów, a w piątki katolików, sympatyków PSL-u albo ludzi o innym kolorze włosów niż czerwony. I nikomu nic do tego! Bo to jest jego prywatny biznes, on jest panem swojego losu, ryzykuje własnymi pieniędzmi i jeśli się powszechnie nie spodobają takie zachcianki właściciela, to po prostu zbankrutuje, w dodatku owiany infamią we wspomnianych soszalmidjach.

Podobnie zatem z lodziarnią. Pani z Pszczyny może swoje lody rozdawać za darmo dzieciom z czerwonym paskiem, ze szczególnymi osiągnięciami w sporcie, albo tym, którzy mają na świadectwie trójkę z plusem wyłącznie z geografii. Może rozdawać je za jeden grosz we wtorki tym, które mają plecak z Topolino (znanym u nas lepiej pod ksywą „Myszka Miki”), w środy - opaskę z logo Kociego Domku Gabi, w czwartki - zeszyt z Pettersonem i Findusem, a w dni parzyste - buty z licencją Psiego Patrolu.

I pani Rzecznik Praw Dziecka ma się od tego odfasolić, bo to nie jest jej interes. Dzieci są różne. Jedne zawsze będą zazdrościć innym i źle znosić porażki, inne wszczynają histerię, gdy rodzeństwo dostaje prezenty i im też trzeba coś na szybko skombinować. Jedne uważają tych dobrze uczących się za szkolny "gorszy sort", "kujonów" i "fizoli", a jeszcze inne mają to wszystko w sempiternie. Żadnym z nich jednak nie pomoże, gdy takie niedźwiedzie przysługi będzie im robić kobita, która powinna stać na straży ich praw, a nie emocji. I która powinna się wcześniej zastanowić, policzyć do dziesięciu i wypić szklankę zimnej kranówy, zanim pojedzie pogadać z właścicielką takiej lodziarni jak ta w Pszczynie.

Bo w przeciwnym razie, to prywatni przedsiębiorcy zaczną się zastanawiać, czy jest sens prowadzić prywatną działalność w państwie, gdzie urzędnicy kręcą takie lody.

5. czerwca 2026, 15:21 CEST,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego 

niedziela, 31 maja 2026

"Jedna bitwa po drugiej"

Prawdopodobnie nie pojmuję kunsztu reżysera Paula Thomasa Andersona (podobnie jak nie rozumiem fenomenu niejakich braci Coen), ponieważ w nagrodzonym niedawno Oscarem filmie "Jedna bitwa po drugiej" czegoś wyraźnie mi brakuje.

Jeśli to ma być czarna komedia, to nie śmieszy tak jak powinna (zwłaszcza owe elementy, które wręcz musiały, jak te dziwaczne nazwy, te wszystkie ChickenLickenFrozenFoodFactory i Siostry od Bitnego Bobra). Jeśli dramat, to fabuła zbyt płaska i jednowymiarowa. Jeśli dzieło miało (chociaż zakładam, że nie, wnosząc po inspiracjach scenarzystów) obśmiewać rewolucyjne zacięcie i górnolotne hasła tych ruchów, to wyszło za mało dobitnie, a jeśli miało je gloryfikować, to nie wyszło tym bardziej. 
 
Najciekawiej zapowiadał się spiskowy wątek tajnego stowarzyszenia pod wezwaniem "świętego Mikołaja", ale nie wypalił, bo dostał za mało czasu (zwłaszcza ledwo trzymający się na nogach Kevin Tighe - "kultowy" Man from Tallahassee z trzeciego sezonu serialu "Lost"). Już pomijam paradoksalny w tym kontekście fakt, że dzieło jest koszmarnie rozciągnięte, co - gdy wreszcie trafi do bezpłatnej telewizji - pozwoli Polsatowi pobić rekord Guinessa w liczbie okienek reklamowych podczas jednej produkcji.
 
 
Leonardo DiCaprio już w kolejnym filmie, po "Don't Look Up", gra fajtłapę, chociaż on akurat zagra dobrze cokolwiek, co mu przydzielą. Nie po drodze mi natomiast z zachwytami nad Seanem Pennem. Jego postać pułkownika jest przerysowana zardzewiałym gwoździem i aż dziwne, że się z tego tytułu nie odkleja od ekranu, a sam aktor przez cały film gra jednym wyrazem twarzy - takim, jakby wciąż miał pod nosem potrawę znaną jako stuletnie jajko. Najlepszą scenką jest króciutka perełka z rozwijającym się dywanikiem, która wygląda jakby napisał ją inny reżyser o nazwisku Anderson. A najlepszą postać Sensei kreuje ulubiony (obok Owena Wilsona i Billa Murraya) aktor tego innego Andersona - Benicio Del Toro. 
 
Nie wiem, na jakich zasadach przyznaje się teraz Oscary za najlepszy film. Być może członkowie Amerykańskiej Akademii Filmowej mieszają wódkę na myszach z piwem FOX Mocne i czekają aż im zacznie wirować pod czaszką, a potem rzucają strzałkami od darta w tablicę z nazwami nominowanych dzieł. A może obliczają statystyczny współczynnik ilości czarnego pigmentu na centymetr kwadratowy celuloidu. Jak by nie było - krzyżyk i klaps im na drogę. A "Jedna bitwa po drugiej" to nie jest zły film, ale co najwyżej przyzwoity. Ale być może właśnie tyle teraz (na Oscara) wystarczy.
 
"One Battle After Another"
USA, 2025
reż. Paul Thomas Anderson
moja ocena: 6/10

piątek, 8 maja 2026

och, Karol...

Wydawało mi się, że żyję już wystarczająco długo, aby jakikolwiek poziom głupoty czy populizmu w polityce mógł mnie zadziwić, nawet jeśli obecny lokator pałacu przy Krakowskim Przedmieściu wyznacza w tej materii zupełnie nowe horyzonty, a każdy jego poprzednik urasta przy nim do miana męża stanu. Gdy jednak zobaczyłem tę łamiącą wiadomość, naprawdę pomyślałem w pierwszej chwili, że to jest żart albo coś parodystycznego typu AszDziennik. Bo przecież nie można być aż takim ignorantem...


Pytanie sugerujące jest jedną z najpoważniejszych zbrodni jaką można popełnić w niemal każdej nauce, która wykorzystuje i opracowuje materiał zebrany od ludzi. Od socjologii, przez psychologię, prawo, kryminologię, ekonomię, marketing, po historię, w zakresie której pan prezydent jest podobno doktorem... Podstawowe prawo ogólnej metodologii nauk (wszelkich!) głosi, że garbage in = garbage out, czyli jeśli niechlujnie zbudujesz kwestionariusz albo nieudolnie przeprowadzisz badanie, to dostaniesz śmieciowe wyniki, bo tak to po prostu działa. I za takie coś się wylatuje z sali już na pierwszym roku studiów dowolnej z tych nauk, po czym od razu biegnie się na trawnik przed uczelnią szukać tam indeksu, który w międzyczasie wyleciał oknem. Nawet jeśli owo pytanie sugerujące jest opakowane w jakiś leksykalny kombinezonik, który większości respondentów wyda się niewinny (np. konstrukcja typu: "Jak bardzo jesteś zadowolony z działania naszego serwisu?"), a mimo to jest wybitnie sugestywny.

Natomiast tutaj nikt nie próbuje nawet ukrywać, że to ordynarne pytanie jest z wbudowaną tezą. I to jest jak cios pięścią w ryj dla każdego, komu zostanie zadane. Głupota level Trump do potęgi fąfnastej. Dno Rowu Mariańskiego i jeszcze kilometr cuchnącego mułu. Socjalistyczna anegdotka z tematem wypracowania szkolnego dla uczniów ("Napisz dwie strony o tym, kto jest twoim największym autorytetem i dlaczego Lenin") przynajmniej była zabawna...

Niech sobie pan prezydent organizuje referendum, jego święte prawo. Ale niech zada w nim normalne, obiektywne pytanie (np. "Czy jest Pan/i za realizacją unijnej polityki klimatycznej?"), a nie takie koszmarki dla ćwierćinteligentów, którym trzeba w treści pytania przypomnieć, co mają myśleć w kwestii postawionego zagadnienia. I jeśli ktoś w ogóle rozważał to wszystko na poważnie, a nie tylko jako podpałkę do politycznego okładania się gumowymi młotkami w studiach telewizyjnych, to takie referendum oznaczać będzie olbrzymią stratę publicznych środków, bo jego wyników nawet nie trzeba liczyć - z góry wiadomo jaki będzie wynik (i będzie to tak zwany w statystyce "efekt podłogi"). Równie dobrze można zapytać ludzi: "Czy chcesz być brzydki, chory i ubogi?", a potem naiwnie zastanawiać się, jak wielki będzie odsetek przeczących odpowiedzi...

7. maja 2026, 15:08 CEST,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego 

wtorek, 28 kwietnia 2026

unholy proliferance

Fizyka jest nieubłagana. Samochód poruszający się z prędkością 70 kilometrów na godzinę w ciągu sekundy pokonuje około 19 metrów drogi. Z czego nietrudno wyciągnąć wniosek, że gdyby kierowca, który kilka dni temu śmiertelnie potrącił pod Sosnowcem posła Lewicy zasłabł sekundę wcześniej lub sekundę później, do tragedii by w ogóle nie doszło. Mitsubishi wjechałoby do rowu dobrych kilka metrów przed lub za rowerzystą, a parlamentarzysta zamiast ofiarą, stałby się pewnie bohaterem, gdyż od razu mógłby wezwać pomoc i sprawdzić co z pechowym kierowcą. Ale facet z Mitsubishi zasłabł dokładnie w tej sekundzie pomiędzy i to właśnie poseł miał ekstremalnego pecha…

Z kolei kilkanaście lat temu na idącą warszawskim chodnikiem fizjoterapeutkę spadł samobójca, który chwilę wcześniej wyskoczył z siódmego piętra budynku. A gdyby wyskoczył sekundę później lub sekundę wcześniej…
 
Niełatwo w to uwierzyć, ale takie rzeczy się po prostu zdarzają. I nie ma w tym żadnego drugiego dna.
W ubiegłym tygodniu, w dwóch losowaniach MiniLotto, w odstępie zaledwie kilku dni padły identyczne liczby, co do jednej (losują tam 5 liczb ze zbioru 42). Ktoś obliczył, że szansa na taki wynik w dwóch kolejnych losowaniach wynosi jeden do siedmiuset miliardów z tak zwanym hakiem. Jednak na kwadryliony podejmowanych dziennie na świecie działań, czynności i reakcji, kilka z nich statystycznie wręcz musi dać jakiś rezultat czy efekt, który my uznamy za skrajnie nieprawdopodobny, ale w tak gigantycznym zbiorze danych nieprawdopodobny już nie jest. On tylko wydaje nam się nieprawdopodobny, bo koncentrujemy się na konkretnym, ekstremalnie rzadkim przypadku, a nie na tych, do których nie doszło.
 
To jedna z najbardziej prymitywnych heurystyk jakim ulega nasz umysł. Zdumiewamy się, że Mitsubishi spod Sosnowca trafiło akurat w posła-rowerzystę, bo nie mamy wówczas w głowie wszystkich samochodów, które tego dnia gdzieś na świecie wypadły z szos na skutek zasłabnięć ich kierowców, ale jednak w nikogo nie trafiły. Fascynuje nas przypadek z polskiego MiniLotto, ale na świecie od wielu lat jest taki ogrom gier liczbowych, że w końcu, w którejś z nich, musiał się pojawić taki nietypowy wynik.
 
 
Naszym życiem rządzi przypadek, czy się nam to podoba czy nie. Wprawdzie, jak twierdził wybitny filozof, profesor Stefan Świeżawski, "przypadek jest wkroczeniem w nasze życie nieznanej konieczności", ale on wykładał na KUL-u i był głęboko wierzącym katolikiem, a to już nieco zmienia postać rzeczy. Wiele religii, nie tylko chrześcijańska (ale chrześcijańska zwłaszcza) pociesza nas w takie dni, jak ten z wypadkiem posła-dobroczyńcy, aforyzmem, że dobro wyrządzone do nas wraca (z tym, że niekoniecznie na tym doczesnym świecie). Co więcej, im bardziej komuś tutaj trudno i pod górkę, ale mimo to pozostaje sprawiedliwy i uczciwy, tym większą nagrodę odbierze w życiu wiecznym. Ateiści natychmiast odpowiedzą, że to bardzo wygodne podejście, jako że nie mamy możliwości sprawdzić, czy ten - z wielu względów atrakcyjny - system nagradzania dobrych uczynków w ogóle funkcjonuje, bo nikt z tamtej strony jak dotąd go oficjalnie nie potwierdził. No, chyba że "mysza piśnie na dachu" i kryje się za tym coś więcej. Ale to tylko dygresja.
 
Za to sprawdzonym mechanizmem jest, że z ekstremalnie rzadkim ale pozytywnym przypadkiem znacznie łatwiej się nam pogodzić niż z negatywnym. Raz, że każdy woli raczej coś zyskać niż stracić (a nawet jeśli nie zyskał, bo na przykład nie padły te liczby, które miały paść, to niewiele się traci). A dwa, że do tego pozytywnego łatwiej podczepić bajeczkę o zasługach, przeczuciu, intuicji czy talencie (choćby wtedy, gdy trafi się do kosza piłką koszykową z przeciwległego końca boiska). Natomiast negatywny przypadek oznacza zagrożenie, nawet życia. A to już coś, na co filogenetycznie najstarsza struktura naszego układu nerwowego, ukryta głęboko pod zwojami kory mózgowej, jest wrażliwa jak influencer na spadającą liczbę lajków. I wtedy zaczynają pączkować tak zwane teorie spiskowe.
 
Pogodzenie się z istnieniem skrajnie rzadkich negatywnych przypadków jest jednocześnie dla naszego umysłu akceptacją egzystencjalnego zagrożenia. Bo skoro takie rzeczy się zdarzają, to każde wyjście z domu oznacza śmiertelne niebezpieczeństwo, jeśli w każdej chwili może w nas wjechać samochód, którego kierowca zasłabł, albo spaść nam na głowę ktoś, kto właśnie postanowił w tak brawurowy sposób pożegnać się ze swoim życiem. Można przecież zwariować żyjąc w tak permanentnym lęku! Nawet jeśli nasz mózg wyewoluował do funkcjonowania w ciągłym poczuciu zagrożenia. I nawet jeśli ostatnio jest nam wygodniej, odkąd nie musimy bez przerwy rozglądać się po sawannie, czy nie biegnie w naszym kierunku wygłodniały lew.
 
Nasi przodkowie radzili sobie z tym nieustannym zagrożeniem, pokładając wiarę w bóstwach i oddając im ofiary, aby uchronić się od tego negatywnego przypadku. Trochę później pojawiły się zachowania przesądne. Te kulturowe już znacznie osłabły (kto dziś wierzy jeszcze w złowieszczą moc czarnego kota…?), te osobiste wciąż trzymają się nieźle, chociaż są w dużej mierze nieuświadamiane. Notabene, w średniowieczu za naturalną śmierć uważano nie tylko taką w łóżku, ze starości, ale też taką na wojnie, na polu walki. Patrząc na stan dzisiejszych dróg i agresję u wielu kierowców, śmierć w wypadku komunikacyjnym również należałoby uznawać za naturalną, na zasadzie analogii, bo szosy to często niemal żywcem przeniesione z wieków średnich pola bitwy. To jednak zaledwie kolejna dygresja.
 
Jedna z najsłynniejszych psychologicznych książek popularnonaukowych nosi tytuł: “Złudzenia, które pozwalają żyć”. Jeśli zatem nie chcemy żyć w permanentnym strachu, że nas też kiedyś dotknie taki przypadek jak nieszczęsnego posła Lewicy w ubiegły czwartek, musimy wypracowywać mechanizmy obronne, uwierzyć w złudzenia, które pozwolą nam przetrwać. I jednym z takich mechanizmów jest właśnie uciekanie w spiskowe, nieracjonalne teorie. W przekonania, że wypadek posła Litewki to jednak nie przypadek, bo szansa na taki przypadek jest przecież tak minimalna. Musiało to być zatem celowe, że posła ktoś chciał sprzątnąć, bo biedak zainteresował się tym, czym nie powinien, albo wsadził nos w czyjeś niefajne interesy. A my, szare myszy, władzy nie zaglądamy w jej machlojki, więc jesteśmy bezpieczni, nikt w nas nie wjedzie autem i nie upozoruje tego na wypadek wskutek zasłabnięcia, nie spotka się z nami ciemną nocą “seryjny samobójca”, i tak dalej. 
 
To bodaj jedyna sytuacja (albo jedna z niewielu), gdy uciekanie w przekonania nieracjonalne paradoksalnie okazuje się RACJONALNE. Bo w subiektywnym odczuciu chronią one nasze poczucie bezpieczeństwa i ułatwiają funkcjonowanie w rządzonym przez przypadek świecie. Wprawdzie nadal one są NIEADAPTACYJNE, ale sama strategia ich poszukiwania - jak by nie patrzeć - jest w tym ujęciu racjonalna. Prowadzą na manowce wiedzy, zamykają w kokonie błędnych wyobrażeń o świecie, multiplikują idiotyczne twierdzenia i zwiększają podatność na uleganie kolejnym, dobudowują kolejne piętra obwarowań prywatnych oblężonych twierdzy, z których miota się w oponentów rozpalonymi pociskami dowodów anegdotycznych... Ale wciąż, zdają się wieść - chociaż na nieuprawnione skróty - w pozornie właściwym kierunku. Czy to więc ładnie czy nieładnie…? Po raz drugi w tym odcinku zacytuję Agnieszkę Osiecką, by odpowiedzieć: "nie pytajcie, nie wiem tego...".
 
Czy kiedykolwiek władza pozbyła się niewygodnych ludzi, pozorując wypadek? Oczywiście, nie raz i nie dwa. Czy nie cofnęłaby się przed użyciem bezprawnych i niemoralnych działań w celu ochrony albo swoich ciemnych machlojek, albo tak zwanego wyższego dobra? Rzecz jasna, że nie. Ale nie jest tak w każdym przypadku o którym słyszymy i który rozważamy. Ani zapewne nawet w jednym procencie (!) tych przypadków. A jeśli mimo to próbujemy tak twierdzić, to jesteśmy więźniami schematu i dopasowujemy fakty do z góry założonej tezy. Co też jest bardzo charakterystycznym mechanizmem. Być może to nawet jedna z nielicznych płaszczyzn, gdzie psychologia upodabnia się wręcz do nauk ścisłych, bo skłonność do dawania wiary spiskowym teoriom jest tak silnie skorelowana (osiągając nawet bliskie nirvanie wartości 0,8) z paroma innymi cechami osobowości oraz parametrami socjodemograficznymi, że model jaki by można z tych relacji skonstruować jest nieomal matematyczny (w sensie nieuznawania wyjątków). Poczucie samoskuteczności, wiara w sprawiedliwy świat, poczucie umiejscowienia kontroli, wewnątrz/zewnątrz-sterowność oraz oczywiście poziom wykształcenia - wszystko to i jeszcze parę innych w takim modelu świeciłoby jak choinka przed Rockefeller Center w Nowym Jorku.
 
A to może jedyny z tego wszystkiego optymistyczny wniosek, że w rządzonej przez absolutny przypadek rzeczywistości, chociaż niektóre mechanizmy potrafią być tak przewidywalne, jak właśnie ten.
 
27. kwietnia 2026, 19:10 CEST,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego  

piątek, 10 kwietnia 2026

filary cywilizacji

W telewizjach informacyjnych żenada wylewa się z ekranu nader często (zwłaszcza, gdy jakiś jełop od tych pasków na dole nazwie niemiecki land "Nadrenią-Palestynatem"), ale są dni, gdy wylewa się wyraźnie bardziej, a jednym z takich dni jest Wielka Sobota. Dwa zjawiska są wtedy w owych serwisach irytujące. Jednym jest arcysztampowy sposób relacjonowania obrzędów religijnych tego dnia, czyli zagadywanie "przypadkowo napotkanego" pacholęcia, co ma w koszyku z tzw. "święconką", oraz zgrabne unikanie arcypogańskiego rodowodu czynności "święcenia pokarmów", aby pewnie przypadkiem nie zapłodnić widza jakimś niewygodnym dysonansem. 

A drugim zjawiskiem jest antycypowanie politycznych kłótni w rodzinnym gronie w dniu następnym. Serio, włączając dowolny kanał informacyjny w Wielką Sobotę, szansa że natknie się na rozmowę z "ekspertem" o tym jak uniknąć scysji o politykę przy świątecznym stole jest równie duża, jak szansa na przypadkowe trafienie na emisję "Znachora" (tego z Bińczyckim) w pierwszy dzień Świąt.
 
Tegorocznym "zwycięzcą" był Polsat News, który usadził aż cztery osoby w studiu i zorganizował konkretną debatę na ten temat! Od banałów i dowodów anegdotycznych parowało bardziej niż w "Hell's Kitchen" podczas dnia sous vide, a jeden z zaproszonych gości wypalił, że u niego w rodzinie była niedawno taka sytuacja, że "już po 30 sekundach zeszło na politykę w rozmowie przy świątecznym stole". I wprawdzie "się nie pokłócili" (no bo jakże inaczej, gość z telewizji to nie byle pospólstwo!), ale fakt jest faktem. A "podziały w narodzie" mają się dobrze.
 
Wylewanie przez TVN24, PolsatNews i TVPInfo łez nad tymi podziałami i radzenie widzom jak ich uniknąć jest czynnością godną krokodyli różańcowych (to - uwaga dla tych, którzy spali na lekcjach biologii - największe z tych gadów, a nie niezgrabna aluzja do chrześcijańskich świąt) i ich łez. Oraz hipokryzją jak stąd do Australii (tam - uwaga jak wyżej - żyją owe wielkie krokodyle). Bo przecież to właśnie media i kanały informacyjne do tych podziałów się najbardziej przyczyniły. One na nich najbardziej korzystają, bardziej nawet niż politycy - bo u tych ostatnich przynajmniej, gdy jednemu rośnie, to drugiemu spada, a telewizjom rośnie wszystkim, im bardziej "wybrańcy narodu" naparzają się werbalnie po mordach. To telewizje informacyjne, od prawa do lewa, żyją z politycznych kłótni i hałaśliwych pasków informacyjnych, zwłaszcza od sławetnych wyborów 2005 roku, gdy dwie partie wyrosłe z tego samego, postsolidarnościowego rdzenia, miały rządzić wspólnie i w porozumieniu, w ramach koalicji PO-PIS, ale ponieważ przy urnach kolejność była odwrotna niż w sondażach, posprzeczały się karczemnie, a dzisiaj są wręcz jak niebo i ziemia, jak dzień i noc - dwoma przeciwstawnymi biegunami w społecznym odbiorze. 
 
Ale ten odbiór nie bierze się z księżyca. To telewizje informacyjne lubują się w usadzaniu naprzeciw siebie najbardziej krewkich, najbardziej temperamentnych i najbardziej ortodoksyjnych przedstawicieli "wrogich" ugrupowań. I niby oburzają się prowadzący w drogich garniturach, gdy któryś gość wyjdzie ostentacyjnie ze studia, niby płonią się im lica niczym dziewiętnastowiecznym pensjonarkom, gdy lecą grube słowa od prawicy do lewicy i vice versa, ale w duchu się cieszą, bo ich stacjom oglądalność rośnie jak pszenica na czarnoziemach. A gdyby sobie jeszcze panowie posłowie przyłożyli tak konkretnie po facjatach, jak to się czasem dzieje w parlamentach krajów Trzeciego Świata albo na Ukrainie, to już w ogóle za konsoletą strzelałyby korki od win musujących.
 
I oni mają czelność użalać się nad upadkiem moralności w publicznej debacie i nad politycznymi kłótniami przy rodzinnych stołach...
 
Doskonale widzi to na przykład kardynał Grzegorz Ryś, który przedwczoraj podczas nabożeństwa w Kalwarii Zebrzydowskiej, zauważył trzeźwo, że "przesuwamy granice zła, nienawiści, niechęci. To, co dzisiaj w życiu publicznym uznaliśmy za normę, jeszcze 20 lat temu dla naszych rodziców było kompletnie niewyobrażalne"
 
Kardynał wie, co mówi, bo sam pada ostatnio ofiarą nienawiści, w związku z niedawno wystosowanym listem Konferencji Episkopatu Polski, pod którym - jako jeden z ponad setki sygnatariuszy - się podpisał. Korzystając z okazji, warto chociaż raz przyklasnąć biskupom, którzy zwykle - jako episkopalne gremium - zajmują się albo zbyt nachalnym zaglądaniem wiernym do łóżek, albo tych wiernych usypianiem, emitując kilka razy w roku listy pasterskie, odczytywane później na mszach świętych zamiast kazania, a składające się z fraz ("transcendentne zanurzenie się w boskiej tajemnicy zbawienia winno ubogacać naszą wiarę w Chrystusie Panu podczas tego doczesnego, ziemskiego pielgrzymowania"), których pustosłowie działa lepiej niż najsilniejsza dawka melatoniny.
 
A tym razem napisali coś mądrego i życiowego (na przykład, że "antysemityzm to grzech"). Chociaż nieszczególnie akurat odkrywczego, gdyż nawet niewierzący a w miarę zorientowany w świecie człowiek wie z pewnością, że Chrystus każdy przejaw nienawiści czy wrogości, więc również nienawiść wobec grupy etnicznej czy wspólnoty wyznaniowej, uważał za grzech i obrazę Boga. Widocznie napisać to jednak należało, bo już chyba niedaleki jest czas, gdy większość adresatów listu zacznie uważać niechęć do Żydów za "polską rację stanu" czy wręcz objaw "polskiego patriotyzmu". A może nawet uzna arbitralnie, że Jezus i jego Matka byli Polakami (bo przecież Matka Boska Częstochowska, a Częstochowa gdzie? w Izraelu leży?).
 
Każdemu się może wydawać co chce, ale śmiesznie się jednakowoż obserwuje jak ludzie, którzy w kościele bywają tylko dwa razy w roku (na Pasterkę oraz na "święcenie pokarmów" w Wielką Sobotę, a i tak wtedy stoją za filarem i ględzą ze szwagrem o ostatnim meczu "kolejorza" czy innej "gieksy"), recenzują teologiczne tezy hierarchów, nazywają ich "judeobiskupami" (sic!) i oskarżają ich o herezję (!), WIEDZĄC "LEPIEJ" od historyków Kościoła i doktorów teologii, co jest zgodne z tego Kościoła nauczaniem i kto według nauczania Kościoła ma szansę na zbawienie, a kto nie.
 
Tak samo to żenujące jak te PolsatyNews, które najpierw nakręciły polityczne podziały, by teraz radzić, jak ich uniknąć. I jak technologiczni giganci, którzy najpierw uzależnili nas od instagramów i tik-toków, a teraz oferują nam aplikacje mające na celu ograniczenie czasu spędzanego w mediach społecznościowych, monitorowanie aktywności oraz "zwiększenie produktywności". 
 
Tylko że to z tymi Żydami i rzekomą herezją biskupów to prywatne poglądy różnych domorosłych specjalistów od teologii i prawa kanonicznego, więc ich nie pokazują w telewizji, dopóki ktoś się sam takimi "mądrościami" ze światem sam nie podzieli. A jak mawia stare porzekadło, lepiej milczeć i tylko uchodzić za głupiego, niż się odezwać i rozwiać wszelkie wątpliwości.
 
5. kwietnia 2026, 18:50 CEST,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego 
 

wtorek, 13 stycznia 2026

wyższa matematyka

Matematyka jest wszędzie - powiadają popularyzatorzy nauki i co bardziej pomysłowi nauczyciele tej dziedziny wiedzy. To prawda, a w dodatku ta prawidłowość wykazuje pewne cechy sezonowości. Dla przykładu, w styczniu w Polsce najwięcej matematyki jest... na drzwiach. Co rusz można na nich dostrzec tajemnicze równanie z trzema niewiadomymi.

 
 
Nie zamierzam tutaj odkurzać odwiecznej dyskusji o tym, czy powinno się pisać literki C, M i B, czy K, M i B, bo ta dyskusja jest bezcelowa i dawno rozstrzygnięta. Oczywiście, że poprawna jest pierwsza wersja, bo to nie są pierwsze litery imion trzech królów (dla twórcy upiornej fleksji objawiającej się pod postacią "trzech króli" jest już przygotowane odrębne miejsce na samym dnie piekieł) tylko akronim od łacińskiej frazy (Christus Mansionem Benedicat, czyli coś w stylu: "niech Chrystus pobłogosławi to domostwo"). I tajemnicą nie mniejszą niż trzecia fatimska pozostaje, dlaczego od kilkudziesięciu lat wciąż gremialnie pisze się to nieszczęsne "K", chociaż na każdym Wydziale Teologicznym z pewnością jest ktoś, kto wie jak powinno być poprawnie.
 
Historia z królami/mędrcami jest zresztą o tyle durna, że pierwszy z władców miał nosić imię Gaspar, a nie żaden Kasper czy Casper (to są późniejsze wersje jego imienia, powstałe z tłumaczenia łaciny na języki germańskie). Przyjmując zatem wersję z królami trzeba by pisać GMB, a że często w "handwritingu" literka M niepokojąco przypomina literkę H, wówczas na połowie drzwi w kraju reklamowanoby niesławny kwas gamma-hydroksy-masłowy (co to takiego ten kwas wie każdy, kto miał jakiekolwiek zajęcia z profilaktyki narkomanii, lub - jak niżej podpisany - był kiedykolwiek w Monarze, mniejsza o to w jakiej roli; a pozostali sobie "wygooglują").
 
Najciekawsze jest jednak coś jeszcze innego. Ten zagadkowy znak równości pomiędzy literkami a datą roczną. To już jest tak zwany wielbłąd, jeszcze głupszy niż to "K" na początku. Albowiem powinien być tam kolejny krzyżyk, bo (teraz trzymajcie się mocno tego, na czymkolwiek siedzicie, ministranci, diakoni i młodzi klerycy) te znaki są właśnie krzyżykami, a nie znakami "plus" znanymi nam z lekcji arytmetyki.
 
Przystępność nauczania matematyki jest współcześnie na tak depresyjnym poziomie, że uczniowie kończą szkołę z umiejętnościami ograniczonymi do reakcji warunkowych. Niczym pies Pawłowa, gdy widzą znak "+", automatycznie zakładają, że zaraz potem powinno gdzieś nastąpić "=". I nikt, absolutnie nikt, nie zastanowi się dlaczego działanie w postaci dodania do siebie trzech liter (kij z tym, czy te litery pochodzą od łacińskiego pozdrowienia, czy od imion przedwiecznych władców) miałoby jako wynik dać aktualnie nam panujący rok...
 
A dla badacza społecznego jeszcze bardziej fascynującym tematem byłoby zagadnienie z pogranicza psychologii poznawczej (jakie cudne heurystyki by tu można odnaleźć!) i teorii dokonywania skojarzeń. Wszędzie, na całym świecie, o każdej porze dnia i nocy, z kościołem, księdzem i religią znak "+" kojarzymy jako krzyż, krzyżyk, krucyfiks... Ale gdy błogosławieństwo od tego samego księdza trzeba napisać kredą na drzwiach to nagle "+" staje się w niepojęty sposób "plusem". Cuda, cuda ogłaszają.
 
13. stycznia 2023, 11:50 CET,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego