wtorek, 28 kwietnia 2026

unholy proliferance

Fizyka jest nieubłagana. Samochód poruszający się z prędkością 70 kilometrów na godzinę w ciągu sekundy pokonuje około 19 metrów drogi. Z czego nietrudno wyciągnąć wniosek, że gdyby kierowca, który kilka dni temu śmiertelnie potrącił pod Sosnowcem posła Lewicy zasłabł sekundę wcześniej lub sekundę później, do tragedii by w ogóle nie doszło. Mitsubishi wjechałoby do rowu dobrych kilka metrów przed lub za rowerzystą, a parlamentarzysta zamiast ofiarą, stałby się pewnie bohaterem, gdyż od razu mógłby wezwać pomoc i sprawdzić co z pechowym kierowcą. Ale facet z Mitsubishi zasłabł dokładnie w tej sekundzie pomiędzy i to właśnie poseł miał ekstremalnego pecha…

Z kolei kilkanaście lat temu na idącą warszawskim chodnikiem fizjoterapeutkę spadł samobójca, który chwilę wcześniej wyskoczył z siódmego piętra budynku. A gdyby wyskoczył sekundę później lub sekundę wcześniej…
 
Niełatwo w to uwierzyć, ale takie rzeczy się po prostu zdarzają. I nie ma w tym żadnego drugiego dna.
W ubiegłym tygodniu, w dwóch losowaniach MiniLotto, w odstępie zaledwie kilku dni padły identyczne liczby, co do jednej (losują tam 5 liczb ze zbioru 42). Ktoś obliczył, że szansa na taki wynik w dwóch kolejnych losowaniach wynosi jeden do siedmiuset miliardów z tak zwanym hakiem. Jednak na kwadryliony podejmowanych dziennie na świecie działań, czynności i reakcji, kilka z nich statystycznie wręcz musi dać jakiś rezultat czy efekt, który my uznamy za skrajnie nieprawdopodobny, ale w tak gigantycznym zbiorze danych nieprawdopodobny już nie jest. On tylko wydaje nam się nieprawdopodobny, bo koncentrujemy się na konkretnym, ekstremalnie rzadkim przypadku, a nie na tych, do których nie doszło.
 
To jedna z najbardziej prymitywnych heurystyk jakim ulega nasz umysł. Zdumiewamy się, że Mitsubishi spod Sosnowca trafiło akurat w posła-rowerzystę, bo nie mamy wówczas w głowie wszystkich samochodów, które tego dnia gdzieś na świecie wypadły z szos na skutek zasłabnięć ich kierowców, ale jednak w nikogo nie trafiły. Fascynuje nas przypadek z polskiego MiniLotto, ale na świecie od wielu lat jest taki ogrom gier liczbowych, że w końcu, w którejś z nich, musiał się pojawić taki nietypowy wynik.
 
 
Naszym życiem rządzi przypadek, czy się nam to podoba czy nie. Wprawdzie, jak twierdził wybitny filozof, profesor Stefan Świeżawski, "przypadek jest wkroczeniem w nasze życie nieznanej konieczności", ale on wykładał na KUL-u i był głęboko wierzącym katolikiem, a to już nieco zmienia postać rzeczy. Wiele religii, nie tylko chrześcijańska (ale chrześcijańska zwłaszcza) pociesza nas w takie dni, jak ten z wypadkiem posła-dobroczyńcy, aforyzmem, że dobro wyrządzone do nas wraca (z tym, że niekoniecznie na tym doczesnym świecie). Co więcej, im bardziej komuś tutaj trudno i pod górkę, ale mimo to pozostaje sprawiedliwy i uczciwy, tym większą nagrodę odbierze w życiu wiecznym. Ateiści natychmiast odpowiedzą, że to bardzo wygodne podejście, jako że nie mamy możliwości sprawdzić, czy ten - z wielu względów atrakcyjny - system nagradzania dobrych uczynków w ogóle funkcjonuje, bo nikt z tamtej strony jak dotąd go oficjalnie nie potwierdził. No, chyba że "mysza piśnie na dachu" i kryje się za tym coś więcej. Ale to tylko dygresja.
 
Za to sprawdzonym mechanizmem jest, że z ekstremalnie rzadkim ale pozytywnym przypadkiem znacznie łatwiej się nam pogodzić niż z negatywnym. Raz, że każdy woli raczej coś zyskać niż stracić (a nawet jeśli nie zyskał, bo na przykład nie padły te liczby, które miały paść, to niewiele się traci). A dwa, że do tego pozytywnego łatwiej podczepić bajeczkę o zasługach, przeczuciu, intuicji czy talencie (choćby wtedy, gdy trafi się do kosza piłką koszykową z przeciwległego końca boiska). Natomiast negatywny przypadek oznacza zagrożenie, nawet życia. A to już coś, na co filogenetycznie najstarsza struktura naszego układu nerwowego, ukryta głęboko pod zwojami kory mózgowej, jest wrażliwa jak influencer na spadającą liczbę lajków. I wtedy zaczynają pączkować tak zwane teorie spiskowe.
 
Pogodzenie się z istnieniem skrajnie rzadkich negatywnych przypadków jest jednocześnie dla naszego umysłu akceptacją egzystencjalnego zagrożenia. Bo skoro takie rzeczy się zdarzają, to każde wyjście z domu oznacza śmiertelne niebezpieczeństwo, jeśli w każdej chwili może w nas wjechać samochód, którego kierowca zasłabł, albo spaść nam na głowę ktoś, kto właśnie postanowił w tak brawurowy sposób pożegnać się ze swoim życiem. Można przecież zwariować żyjąc w tak permanentnym lęku! Nawet jeśli nasz mózg wyewoluował do funkcjonowania w ciągłym poczuciu zagrożenia. I nawet jeśli ostatnio jest nam wygodniej, odkąd nie musimy bez przerwy rozglądać się po sawannie, czy nie biegnie w naszym kierunku wygłodniały lew.
 
Nasi przodkowie radzili sobie z tym nieustannym zagrożeniem, pokładając wiarę w bóstwach i oddając im ofiary, aby uchronić się od tego negatywnego przypadku. Trochę później pojawiły się zachowania przesądne. Te kulturowe już znacznie osłabły (kto dziś wierzy jeszcze w złowieszczą moc czarnego kota…?), te osobiste wciąż trzymają się nieźle, chociaż są w dużej mierze nieuświadamiane. Notabene, w średniowieczu za naturalną śmierć uważano nie tylko taką w łóżku, ze starości, ale też taką na wojnie, na polu walki. Patrząc na stan dzisiejszych dróg i agresję u wielu kierowców, śmierć w wypadku komunikacyjnym również należałoby uznawać za naturalną, na zasadzie analogii, bo szosy to często niemal żywcem przeniesione z wieków średnich pola bitwy. To jednak zaledwie kolejna dygresja.
 
Jedna z najsłynniejszych psychologicznych książek popularnonaukowych nosi tytuł: “Złudzenia, które pozwalają żyć”. Jeśli zatem nie chcemy żyć w permanentnym strachu, że nas też kiedyś dotknie taki przypadek jak nieszczęsnego posła Lewicy w ubiegły czwartek, musimy wypracowywać mechanizmy obronne, uwierzyć w złudzenia, które pozwolą nam przetrwać. I jednym z takich mechanizmów jest właśnie uciekanie w spiskowe, nieracjonalne teorie. W przekonania, że wypadek posła Litewki to jednak nie przypadek, bo szansa na taki przypadek jest przecież tak minimalna. Musiało to być zatem celowe, że posła ktoś chciał sprzątnąć, bo biedak zainteresował się tym, czym nie powinien, albo wsadził nos w czyjeś niefajne interesy. A my, szare myszy, władzy nie zaglądamy w jej machlojki, więc jesteśmy bezpieczni, nikt w nas nie wjedzie autem i nie upozoruje tego na wypadek wskutek zasłabnięcia, nie spotka się z nami ciemną nocą “seryjny samobójca”, i tak dalej. 
 
To bodaj jedyna sytuacja (albo jedna z niewielu), gdy uciekanie w przekonania nieracjonalne paradoksalnie okazuje się RACJONALNE. Bo w subiektywnym odczuciu chronią one nasze poczucie bezpieczeństwa i ułatwiają funkcjonowanie w rządzonym przez przypadek świecie. Wprawdzie nadal one są NIEADAPTACYJNE, ale sama strategia ich poszukiwania - jak by nie patrzeć - jest w tym ujęciu racjonalna. Prowadzą na manowce wiedzy, zamykają w kokonie błędnych wyobrażeń o świecie, multiplikują idiotyczne twierdzenia i zwiększają podatność na uleganie kolejnym, dobudowują kolejne piętra obwarowań prywatnych oblężonych twierdzy, z których miota się w oponentów rozpalonymi pociskami dowodów anegdotycznych... Ale wciąż, zdają się wieść - chociaż na nieuprawnione skróty - w pozornie właściwym kierunku. Czy to więc ładnie czy nieładnie…? Po raz drugi w tym odcinku zacytuję Agnieszkę Osiecką, by odpowiedzieć: "nie pytajcie, nie wiem tego...".
 
Czy kiedykolwiek władza pozbyła się niewygodnych ludzi, pozorując wypadek? Oczywiście, nie raz i nie dwa. Czy nie cofnęłaby się przed użyciem bezprawnych i niemoralnych działań w celu ochrony albo swoich ciemnych machlojek, albo tak zwanego wyższego dobra? Rzecz jasna, że nie. Ale nie jest tak w każdym przypadku o którym słyszymy i który rozważamy. Ani zapewne nawet w jednym procencie (!) tych przypadków. A jeśli mimo to próbujemy tak twierdzić, to jesteśmy więźniami schematu i dopasowujemy fakty do z góry założonej tezy. Co też jest bardzo charakterystycznym mechanizmem. Być może to nawet jedna z nielicznych płaszczyzn, gdzie psychologia upodabnia się wręcz do nauk ścisłych, bo skłonność do dawania wiary spiskowym teoriom jest tak silnie skorelowana (osiągając nawet bliskie nirvanie wartości 0,8) z paroma innymi cechami osobowości oraz parametrami socjodemograficznymi, że model jaki by można z tych relacji skonstruować jest nieomal matematyczny (w sensie nieuznawania wyjątków). Poczucie samoskuteczności, wiara w sprawiedliwy świat, poczucie umiejscowienia kontroli, wewnątrz/zewnątrz-sterowność oraz oczywiście poziom wykształcenia - wszystko to i jeszcze parę innych w takim modelu świeciłoby jak choinka przed Rockefeller Center w Nowym Jorku.
 
A to może jedyny z tego wszystkiego optymistyczny wniosek, że w rządzonej przez absolutny przypadek rzeczywistości, chociaż niektóre mechanizmy potrafią być tak przewidywalne, jak właśnie ten.
 
27. kwietnia 2026, 19:10 CEST,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego  

piątek, 10 kwietnia 2026

filary cywilizacji

W telewizjach informacyjnych żenada wylewa się z ekranu nader często (zwłaszcza, gdy jakiś jełop od tych pasków na dole nazwie niemiecki land "Nadrenią-Palestynatem"), ale są dni, gdy wylewa się wyraźnie bardziej, a jednym z takich dni jest Wielka Sobota. Dwa zjawiska są wtedy w owych serwisach irytujące. Jednym jest arcysztampowy sposób relacjonowania obrzędów religijnych tego dnia, czyli zagadywanie "przypadkowo napotkanego" pacholęcia, co ma w koszyku z tzw. "święconką", oraz zgrabne unikanie arcypogańskiego rodowodu czynności "święcenia pokarmów", aby pewnie przypadkiem nie zapłodnić widza jakimś niewygodnym dysonansem. 

A drugim zjawiskiem jest antycypowanie politycznych kłótni w rodzinnym gronie w dniu następnym. Serio, włączając dowolny kanał informacyjny w Wielką Sobotę, szansa że natknie się na rozmowę z "ekspertem" o tym jak uniknąć scysji o politykę przy świątecznym stole jest równie duża, jak szansa na przypadkowe trafienie na emisję "Znachora" (tego z Bińczyckim) w pierwszy dzień Świąt.
 
Tegorocznym "zwycięzcą" był Polsat News, który usadził aż cztery osoby w studiu i zorganizował konkretną debatę na ten temat! Od banałów i dowodów anegdotycznych parowało bardziej niż w "Hell's Kitchen" podczas dnia sous vide, a jeden z zaproszonych gości wypalił, że u niego w rodzinie była niedawno taka sytuacja, że "już po 30 sekundach zeszło na politykę w rozmowie przy świątecznym stole". I wprawdzie "się nie pokłócili" (no bo jakże inaczej, gość z telewizji to nie byle pospólstwo!), ale fakt jest faktem. A "podziały w narodzie" mają się dobrze.
 
Wylewanie przez TVN24, PolsatNews i TVPInfo łez nad tymi podziałami i radzenie widzom jak ich uniknąć jest czynnością godną krokodyli różańcowych (to - uwaga dla tych, którzy spali na lekcjach biologii - największe z tych gadów, a nie niezgrabna aluzja do chrześcijańskich świąt) i ich łez. Oraz hipokryzją jak stąd do Australii (tam - uwaga jak wyżej - żyją owe wielkie krokodyle). Bo przecież to właśnie media i kanały informacyjne do tych podziałów się najbardziej przyczyniły. One na nich najbardziej korzystają, bardziej nawet niż politycy - bo u tych ostatnich przynajmniej, gdy jednemu rośnie, to drugiemu spada, a telewizjom rośnie wszystkim, im bardziej "wybrańcy narodu" naparzają się werbalnie po mordach. To telewizje informacyjne, od prawa do lewa, żyją z politycznych kłótni i hałaśliwych pasków informacyjnych, zwłaszcza od sławetnych wyborów 2005 roku, gdy dwie partie wyrosłe z tego samego, postsolidarnościowego rdzenia, miały rządzić wspólnie i w porozumieniu, w ramach koalicji PO-PIS, ale ponieważ przy urnach kolejność była odwrotna niż w sondażach, posprzeczały się karczemnie, a dzisiaj są wręcz jak niebo i ziemia, jak dzień i noc - dwoma przeciwstawnymi biegunami w społecznym odbiorze. 
 
Ale ten odbiór nie bierze się z księżyca. To telewizje informacyjne lubują się w usadzaniu naprzeciw siebie najbardziej krewkich, najbardziej temperamentnych i najbardziej ortodoksyjnych przedstawicieli "wrogich" ugrupowań. I niby oburzają się prowadzący w drogich garniturach, gdy któryś gość wyjdzie ostentacyjnie ze studia, niby płonią się im lica niczym dziewiętnastowiecznym pensjonarkom, gdy lecą grube słowa od prawicy do lewicy i vice versa, ale w duchu się cieszą, bo ich stacjom oglądalność rośnie jak pszenica na czarnoziemach. A gdyby sobie jeszcze panowie posłowie przyłożyli tak konkretnie po facjatach, jak to się czasem dzieje w parlamentach krajów Trzeciego Świata albo na Ukrainie, to już w ogóle za konsoletą strzelałyby korki od win musujących.
 
I oni mają czelność użalać się nad upadkiem moralności w publicznej debacie i nad politycznymi kłótniami przy rodzinnych stołach...
 
Doskonale widzi to na przykład kardynał Grzegorz Ryś, który przedwczoraj podczas nabożeństwa w Kalwarii Zebrzydowskiej, zauważył trzeźwo, że "przesuwamy granice zła, nienawiści, niechęci. To, co dzisiaj w życiu publicznym uznaliśmy za normę, jeszcze 20 lat temu dla naszych rodziców było kompletnie niewyobrażalne"
 
Kardynał wie, co mówi, bo sam pada ostatnio ofiarą nienawiści, w związku z niedawno wystosowanym listem Konferencji Episkopatu Polski, pod którym - jako jeden z ponad setki sygnatariuszy - się podpisał. Korzystając z okazji, warto chociaż raz przyklasnąć biskupom, którzy zwykle - jako episkopalne gremium - zajmują się albo zbyt nachalnym zaglądaniem wiernym do łóżek, albo tych wiernych usypianiem, emitując kilka razy w roku listy pasterskie, odczytywane później na mszach świętych zamiast kazania, a składające się z fraz ("transcendentne zanurzenie się w boskiej tajemnicy zbawienia winno ubogacać naszą wiarę w Chrystusie Panu podczas tego doczesnego, ziemskiego pielgrzymowania"), których pustosłowie działa lepiej niż najsilniejsza dawka melatoniny.
 
A tym razem napisali coś mądrego i życiowego (na przykład, że "antysemityzm to grzech"). Chociaż nieszczególnie akurat odkrywczego, gdyż nawet niewierzący a w miarę zorientowany w świecie człowiek wie z pewnością, że Chrystus każdy przejaw nienawiści czy wrogości, więc również nienawiść wobec grupy etnicznej czy wspólnoty wyznaniowej, uważał za grzech i obrazę Boga. Widocznie napisać to jednak należało, bo już chyba niedaleki jest czas, gdy większość adresatów listu zacznie uważać niechęć do Żydów za "polską rację stanu" czy wręcz objaw "polskiego patriotyzmu". A może nawet uzna arbitralnie, że Jezus i jego Matka byli Polakami (bo przecież Matka Boska Częstochowska, a Częstochowa gdzie? w Izraelu leży?).
 
Każdemu się może wydawać co chce, ale śmiesznie się jednakowoż obserwuje jak ludzie, którzy w kościele bywają tylko dwa razy w roku (na Pasterkę oraz na "święcenie pokarmów" w Wielką Sobotę, a i tak wtedy stoją za filarem i ględzą ze szwagrem o ostatnim meczu "kolejorza" czy innej "gieksy"), recenzują teologiczne tezy hierarchów, nazywają ich "judeobiskupami" (sic!) i oskarżają ich o herezję (!), WIEDZĄC "LEPIEJ" od historyków Kościoła i doktorów teologii, co jest zgodne z tego Kościoła nauczaniem i kto według nauczania Kościoła ma szansę na zbawienie, a kto nie.
 
Tak samo to żenujące jak te PolsatyNews, które najpierw nakręciły polityczne podziały, by teraz radzić, jak ich uniknąć. I jak technologiczni giganci, którzy najpierw uzależnili nas od instagramów i tik-toków, a teraz oferują nam aplikacje mające na celu ograniczenie czasu spędzanego w mediach społecznościowych, monitorowanie aktywności oraz "zwiększenie produktywności". 
 
Tylko że to z tymi Żydami i rzekomą herezją biskupów to prywatne poglądy różnych domorosłych specjalistów od teologii i prawa kanonicznego, więc ich nie pokazują w telewizji, dopóki ktoś się sam takimi "mądrościami" ze światem sam nie podzieli. A jak mawia stare porzekadło, lepiej milczeć i tylko uchodzić za głupiego, niż się odezwać i rozwiać wszelkie wątpliwości.
 
5. kwietnia 2026, 18:50 CEST,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego 
 

wtorek, 13 stycznia 2026

wyższa matematyka

Matematyka jest wszędzie - powiadają popularyzatorzy nauki i co bardziej pomysłowi nauczyciele tej dziedziny wiedzy. To prawda, a w dodatku ta prawidłowość wykazuje pewne cechy sezonowości. Dla przykładu, w styczniu w Polsce najwięcej matematyki jest... na drzwiach. Co rusz można na nich dostrzec tajemnicze równanie z trzema niewiadomymi.

 
 
Nie zamierzam tutaj odkurzać odwiecznej dyskusji o tym, czy powinno się pisać literki C, M i B, czy K, M i B, bo ta dyskusja jest bezcelowa i dawno rozstrzygnięta. Oczywiście, że poprawna jest pierwsza wersja, bo to nie są pierwsze litery imion trzech królów (dla twórcy upiornej fleksji objawiającej się pod postacią "trzech króli" jest już przygotowane odrębne miejsce na samym dnie piekieł) tylko akronim od łacińskiej frazy (Christus Mansionem Benedicat, czyli coś w stylu: "niech Chrystus pobłogosławi to domostwo"). I tajemnicą nie mniejszą niż trzecia fatimska pozostaje, dlaczego od kilkudziesięciu lat wciąż gremialnie pisze się to nieszczęsne "K", chociaż na każdym Wydziale Teologicznym z pewnością jest ktoś, kto wie jak powinno być poprawnie.
 
Historia z królami/mędrcami jest zresztą o tyle durna, że pierwszy z władców miał nosić imię Gaspar, a nie żaden Kasper czy Casper (to są późniejsze wersje jego imienia, powstałe z tłumaczenia łaciny na języki germańskie). Przyjmując zatem wersję z królami trzeba by pisać GMB, a że często w "handwritingu" literka M niepokojąco przypomina literkę H, wówczas na połowie drzwi w kraju reklamowanoby niesławny kwas gamma-hydroksy-masłowy (co to takiego ten kwas wie każdy, kto miał jakiekolwiek zajęcia z profilaktyki narkomanii, lub - jak niżej podpisany - był kiedykolwiek w Monarze, mniejsza o to w jakiej roli; a pozostali sobie "wygooglują").
 
Najciekawsze jest jednak coś jeszcze innego. Ten zagadkowy znak równości pomiędzy literkami a datą roczną. To już jest tak zwany wielbłąd, jeszcze głupszy niż to "K" na początku. Albowiem powinien być tam kolejny krzyżyk, bo (teraz trzymajcie się mocno tego, na czymkolwiek siedzicie, ministranci, diakoni i młodzi klerycy) te znaki są właśnie krzyżykami, a nie znakami "plus" znanymi nam z lekcji arytmetyki.
 
Przystępność nauczania matematyki jest współcześnie na tak depresyjnym poziomie, że uczniowie kończą szkołę z umiejętnościami ograniczonymi do reakcji warunkowych. Niczym pies Pawłowa, gdy widzą znak "+", automatycznie zakładają, że zaraz potem powinno gdzieś nastąpić "=". I nikt, absolutnie nikt, nie zastanowi się dlaczego działanie w postaci dodania do siebie trzech liter (kij z tym, czy te litery pochodzą od łacińskiego pozdrowienia, czy od imion przedwiecznych władców) miałoby jako wynik dać aktualnie nam panujący rok...
 
A dla badacza społecznego jeszcze bardziej fascynującym tematem byłoby zagadnienie z pogranicza psychologii poznawczej (jakie cudne heurystyki by tu można odnaleźć!) i teorii dokonywania skojarzeń. Wszędzie, na całym świecie, o każdej porze dnia i nocy, z kościołem, księdzem i religią znak "+" kojarzymy jako krzyż, krzyżyk, krucyfiks... Ale gdy błogosławieństwo od tego samego księdza trzeba napisać kredą na drzwiach to nagle "+" staje się w niepojęty sposób "plusem". Cuda, cuda ogłaszają.
 
13. stycznia 2023, 11:50 CET,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

piątek, 2 stycznia 2026

Happy New Fear!

Jest taka stara, głupkowata anegdotka jak to jakiś luksusowy wycieczkowiec zaczął tonąć na którymś oceanie i zaczęto się zastanawiać na mostku, jakby tu skłonić ludzi do wsiadania do szalup ratunkowych, aby nie wywołać paniki. Ostatecznie kapitan doradził, aby załoga rozgłosiła jak następuje: Amerykanom - że w szalupach będą rozdawane darmowe hamburgery, Francuzom - że będzie tam po kieliszku Chardonnaya, Niemcom - po prostu należy powiedzieć "Raus!", a Polakom - że absolutnie i pod żadnym pozorem nie należy wchodzić do łodzi ratunkowych.

Durne to jest już z tego powodu, że coś takiego jak "stereotypy narodowościowe" nie istnieje i to tylko nasz ułomny, wynikający z deficytów umysłu jako "skąpca poznawczego", sposób porządkowania sobie rzeczywistości na skróty. Ostatecznie jednak od dowcipów i skeczy nie oczekujemy rzetelności i wartości naukowej. A przypisywana w powyższym Polakom przekora, jest charakterystyczna dla całego gatunku homo sapiens sapiens.
 
Przywołuję tę anegdotkę, bo czasami mam wrażenie, że im więcej się mówi o szkodliwości fajerwerkowego huku pod koniec grudnia, tym... gorzej. Ponieważ ludzie (nie wszyscy, ale wielu) mają właśnie to do siebie, że im częściej im się coś nawija na uszy, tym właśnie z przekory zrobią odwrotnie. Cóż, lepszego sposobu jeszcze nie wynaleziono (poza absolutnym zakazem petard, co jest praktycznie nie do wyegzekwowania; narkotyki też są od dawna całkowicie zakazane, a mimo to ponad 30% (!) społeczeństwa w wieku 15-34 lat miało z nimi choćby jednorazowy kontakt). Naprawdę wydaje mi się jednak, że przesada w nakłanianiu do rezygnacji z wystrzałów to trochę niedźwiedzia przysługa dla zwierząt. Do kogo miało dotrzeć to już dotarło, kto ma swój rozum - również od lat nie strzela, a pozostali i tak będą realizować swoje "prawo do hucznej zabawy". Gorzej jednak z tymi, którzy normalnie by się nad tym przynajmniej zastanowili (czy warto wysłać w niebo kilka stów w zamian za pięć sekund wizualnych efektów?), a pod wpływem medialnego szumu jednak wystrzelą, w przekonaniu, że robią na złość tym wszystkim "mądrym głowom z telewizji", lewactwu, Unii Europejskiej (i Tuskowi rzecz jasna) oraz nowemu światowemu ładowi.
 
Dość podobnie działało to podczas epidemii COViD-19, gdy kampanie przekonujące do szczepień nie dawały takich efektów jak oczekiwano i w końcu, w pewnych kręgach, osoby uchylające się zaczęto nazywać publicznie nieukami, oszołomami, fanatykami, szurami i "średniowieczem". Czy to wynikało z desperacji i frustracji - nieistotne, ale strategia była to cokolwiek naiwna i samobójcza, bo przecież chyba nikt jeszcze w historii gatunku ludzkiego nie zmienił swoich przekonań tylko dlatego, że ktoś inny powiedział mu wprost: "ale ty jesteś głupi/niedouczony!". Mamy bowiem to do siebie, że w takich sytuacjach raczej okopiemy się na swoich pozycjach i jeszcze bardziej będziemy robić tamtym "na złość". A jakakolwiek refleksja przyjdzie później (fakt, do niektórych nie przyjdzie jednakże nigdy...), gdy emocje już opadną. Czasami jest już wtedy za późno, czasami jeszcze nie.
 
Trzydzieści kilka lat demokracji, wolnych wyborów i zatrzęsienia sondaży opinii publicznej miały wyrobić w nas przekonanie, że każdy głos i opinia każdego z nas jest ważna. Ale jako efekt uboczny wdrukowały dodatkowo w wielu przekonanie, że ich głos jest nie tyle ważny, co najważniejszy, że są nieomylni i najmądrzejsi na świecie. Internet i jego wszechobecne sondy, systemy oceniania cyferkami prawie wszystkiego (od książek i filmów, przez salony fryzjerskie, restauracje, obsługę w Empiku, przez konduktora, w hotelu, po... sam już nie wiem co, ale tutaj skaj is the limit...), oraz tweety, anonimowe komentarze i szereg innych wynalazków tylko ten efekt wzmocniły. Każdy może teraz dojść do przekonania, że ma rację w dowolnym temacie i znaleźć na to "dowody" w odmętach internetu oraz ludzi (lub "ludzi", czyli boty) myślące tak samo jak on, popierające go i utwierdzające w tym stanowisku. Stąd już tylko krok do podjęcia przekonania, że wszystko co się robi jest słuszne (bo przecież podejmowane z pozycji "obiektywnej" racji), a przeciwne argumenty (choćby i najbardziej racjonalne) są czyimś wymysłem, propagowanym z chęci osiągnięcia przez tego kogoś jakiegoś własnego interesu. Czytaj: bo to moje prawo, bo ja mam rację, bo skoro chcę to mogę, a ci co mi chcą tego zakazać to robią to, żeby nas zniewolić i czerpać z tego własne zyski.
 
Rok 2026 pod tym względem nie będzie wcale lepszy.
Dobrze (w tej materii) już było.
 
31. grudnia 2025, 18:47 CET,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

poniedziałek, 22 grudnia 2025

krakowski spleen

Jest takie popularne powiedzenie: "Szanuj (i tu wstawia się dowolną osobę, są znane na przykład wersje z sąsiadem i z nauczycielem) swego, bo możesz mieć gorszego". Od pewnego czasu znacznie bardziej od sąsiada, nauczyciela czy lekarza pasuje tam jednak, niestety, Prezydent RP.

Ostatnim przyzwoitym "strażnikiem żyrandola" był Aleksander Kwaśniewski. Pamiętam o jego alkoholowych problemach, ale w ogólnym rozrachunku wszystko wychodziło na zdecydowany plus. A później, z każdym kolejnym prezydentem, było gorzej. Wpadki i niechęć do pracy nad dykcją Lecha Kaczyńskiego, Bronisław Komorowski z manierą jowialnego wujka, który przy ognisku, racząc się dziczyzną, sypie rubasznymi żartami i opowiada jak to - ho! ho! ho! - drzewiej bywało, gdy chodziło się do lasu z fuzją na grubego zwierza. No i "plastelinowy" Andrzej Duda, którego egzaltowane przemówienia bardziej pasowały do kościelnych kazań z czasów Savonaroli niż do świeckich wystąpień publicznych. Ale przy tym panu, który obecnie piastuje urząd Prezydenta RP, każdy z poprzedników - nawet Andrzej Duda! - to nieomal mąż stanu!

Jak ten pan coś powie, ze swoim sztucznie przyklejonym do oblicza uśmiechem (wygląda to jakby specjaliści od wizerunku poświęcili tam mnóstwo pracy i przerwali swoja robotę w pół drogi), to nie wiadomo gdzie chować oczy ze wstydu. Oto chyba przedwczoraj w obecności prezydenta Ukrainy oświadczył w te słowa: "Polacy odnoszą wrażenie, że nasz wysiłek, czy wielowymiarowa pomoc Ukrainie po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji, nie spotkały się z należytym zrozumieniem i docenieniem"... Naprawdę, prywatnie niech sobie facet opowiada takie banialuki u cioci na urodzinach i w swoim własnym imieniu, a nie wypowiada się za innych, którzy mogą mieć odmienne zdanie (ja na ten przykład jestem Polakiem, a nie odnoszę wcale takiego wrażenia, jakie odnosi pan Prezydent!).

Ta wypowiedź wiele mówi zresztą o moralnej kondycji pana Prezydenta. Oto obnosi się ze swoją wiarą i religijnością tak bardzo, że nie pozwala mu to wziąć udziału w ceremonii zapalenia świec z okazji święta żydowskiego ("ja swoje poglądy i swoje przywiązanie do wartości chrześcijańskich traktuję poważnie" - tłumaczy, a czy zapalenie świeczki by nimi zachwiało, nie mnie oceniać). Swoją drogą, w Pałacu pan Prezydent jednak stawia choinkę, a przecież choinka to zwyczaj zapożyczony z tych paskudnych Niemiec (polską tradycją była podłaźniczka) i z religii protestanckiej, a nie katolickiej, a korzenie zwyczaju strojenia choinki są w ogóle pogańskie! 

Wygląda jednak na to, że ta deklaratywna religijność głowy państwa jest przy tym bardzo powierzchowna. I nie zadała sobie trudu, aby sięgnąć choćby do fragmentu Ewangelii świętego Mateusza, gdzie jest mowa o tym, aby dając jałmużnę (i szerzej - pomagając innym) robić to bezinteresownie i po cichu ("niech nie wie twoja lewa ręka co czyni prawa"), nie na pokaz i nie po to, aby liczyć na jakieś pochwały, wdzięczności i poklask od innych. Tak uczy sam Jezus Chrystus, którym pan Prezydent wyciera sobie oblicze w politycznych przepychankach. I jest to, delikatnie mówiąc, niesmaczne.

Podobnie jak niesmaczna jest dekoracja szopki, która stanęła przed dawnym Pałacem Namiestnikowskim w Warszawie. W której to (szopce, nie Warszawie) wisi historyczny herb województwa krakowskiego, sięgający korzeniami XIV wieku. Litanię na temat braku sensu takiego posunięcia można by napisać dłuższą niż Loretańska. Już pomijając nawet fakt, że ten herb o intensywnych kolorach wizualnie i stylistycznie pasuje tam jak świni siodło. Oto Chrystus mówił, żeby nie łączyć polityki z religią ("oddajcie bogu co boskie, a cesarzowi co cesarskie") - dlatego nie znoszę Grobów Pańskich i szopek z aluzjami do współczesnych wydarzeń. Oto wiemy przecież, że Jezus przyszedł na świat na terenach Bliskiego Wschodu, a nie Małopolski. I w czasach, gdy jakakolwiek państwowość ani organizacja terytorialna na terenie obecnej Polski jeszcze nie istniała. Najbardziej pasuje mi jednak przede wszystkim scena z serialu "Ranczo", gdy pani Solejukowa (zanim jeszcze została doktorantką filozofii) w odpowiedzi na pytanie księdza o to jakiej narodowości był Jezus odparła, że przecież oczywiste iż Polakiem. "No bo Matka Boska Częstochowska. A Częstochowa gdzie leży? W Polsce! No to jak matka Polka - to dziecko też Polak".

Może pan Prezydent wierzy zatem, że Jezus Chrystus był Polakiem. Spod Krakowa. 
(Bo przecież chyba nie Żydem, no jak to?!)

W sumie... nie zdziwiłbym się...

(zdjęcie ze strony: https://wiadomosci.gazeta.pl/.../7,198072,32481824,tak...)

21. grudnia 2025, 11:37 CET,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

sobota, 20 grudnia 2025

"Zwierzogród 2" - warto było czekać prawie dekadę

Z przyjemnością zawiadamiam, że "Zwierzogród 2" jest co najmniej na tym samym poziomie co "Zwierzogród 1". I równie obficie, jeśli nawet nie bardziej, nadziany rodzynkami. Co ma kluczowe znaczenie, bo ze wszystkich w teorii dziecięcych animacji, ta jest zdecydowanie najmniej dziecięca. Już w pierwszej części różnych smaczków niezrozumiałych dla dzieci, ale też wielu dorosłych, jak i aluzji nie tylko do kultury (scena gdy samica pancernika wita w "Pensjonacie pani Potiomkin" czy lemingi wychodzące z pracy w banku "Leming Brothers") było multum. Pod tym względem taki choćby "Sing", o "Madagaskarze" nawet nie wspominając, odpada już na starcie.

A teraz jest chyba jeszcze więcej, co przy dynamicznej akcji właściwie uniemożliwia wyłapanie wszystkich. Już w pierwszych dziesięciu minutach "Zwierzogrodu 2" jest ich równie dużo, co w niektórych filmach braci Zuckerów i Jima Abrahamsa na całej ich długości. Dzielnica Gnu Jersey, tunel Moleholland Drive, catering z restauracji Amoose-Bouche, prognoza pogody (fur-cast) w telewizji ZNN, wyszukiwarka Zoogle i serwis EweTube. Oraz cudownie nawiązująca czcionką i logiem do operatora kontenerowców MAERSK firma MEERKT (oczywiście z surykatką w logo!).

A to tylko ułomek pysznego ciasta, bo film spełnia oczekiwania w całej rozciągłości. Show kradnie za każdym razem, gdy tylko się pojawia na ekranie, skorumpowany, narcystyczny burmistrz Brian Huculski (w ogóle świetnie, z idealnym wyczuciem kulturowym przetłumaczone są nazwiska i nazwy własne!), niegdysiejszy gwiazdor filmu "Konian Barbarzyńca", marzący obłudnie by wymiar sprawiedliwości ruszył z kopyta. Wraca na moment, ale z przytupem, wątek Ojca Chrzestnego i jego ochroniarzy ze wschodnim akcentem (tym razem produkują podróby drogich wytworów modowych; zauważyłem m.in. torebki marki Grucci). Nie męczy powtarzający się wtręt Zebraci. Są pyszne szpileczki w kierunku ideologii DEI ("osoba terapeutyczna") i foliarzy/ płaskoziemców (naklejka "Reptiles exist!" na samochodzie tropicielki spisków). Hitem jest świnia policjantka o nazwisku Parmeńska.

Mam nadzieję, że na kolejną część nie będzie trzeba czekać prawie dziesięć lat. Ale jeśli ma być na takim poziomie, warto czekać i dekadę!

"Zwierzogród 2"
film animowany
USA, 2025
reżyseria: Jared Bush, Byron Howard
scenariusz: Jared Bush
 
13. grudnia 2025, 14:42 CET,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

niedziela, 7 grudnia 2025

Santa Klaus i jego pretorianie

Oto nadszedł. Od północy, od bramy Powroźniczej jak u Sapkowskiego. I równie jak u Sapkowskiego złowrogi. Równie bezlitosny. 

 
Nadszedł grudzień. Miesiąc ponury. Zły czas, gdy strach włączyć jakiekolwiek urządzenie emitujące obraz lub dźwięk.
 
Przez wiele lat najstraszniejszym grudniowym omenem były osławione christmasy - produkty piosenkopodobne wylewające się z każdej stacji radiowej. Nieistotne czy wyśpiewane przez rodzimych szansonistów, czy piały je zagraniczne "gwiazdy" sceny muzycznej, przebrzmiałe lub obecne - wszystkie przyprawiały o torsje uszu skuteczniej niż disco-polo. Wszystkie wykuwane na jedno mizerne kopyto, wszystkie podobne do siebie jakby tłuczone od najmizerniejszej i najtańszej sztancy, tekstowo i muzycznie po linii najmniejszego oporu. We wszystkich prószy śnieg, wszyscy są dla siebie mili, składają sobie życzenia, wybaczają sobie nawzajem winy doczesne i śmiertelne potwarze, a drzewa iglaste tryskają "świątecznym nastrojem". I wygładzone to wszystko do bezpłciowości absolutnej. Tak pozbawione jakiejkolwiek duszy, jakiegokolwiek charakteru. I tak wymuskane, tak delikatne, że Bellonowska "Kraina Łagodności" jawi się przy "christmasach" niemal jak death-metalowa czarna msza, odegrana zardzewiałym gwoździem na przesterowanych siarką gitarach, które zamiast strun mają druty kolczaste. Właściwie jedyną piosenką mordowaną nieustannie w grudniu, którą da się słuchać bez bólu brzucha, jest sławetne "Last Christmas" grupy Wham. Może dlatego, że ona akurat... nie jest o Świętach.
 
Od pewnego czasu "christmasy" mają jednak poważną konkurencję w przerabianiu mózgu odbiorcy na ciekły azot. Oto są bowiem pewne makabrycznie złe świąteczne reklamy. I nie chodzi akurat o te, które po prostu zachęcają do kupowania u ich zleceniodawców różnego niepotrzebnego chłamu, bo one były, są i będą, a że w grudniu dostaną tło w postaci choinek, sztucznego śniegu i tego nalanego, czerwonego grubasa, nazywanego z niewiadomego powodu "świętym Mikołajem" - z tym się trzeba pogodzić. 
 
Jest jednak zjawisko, w którym celują zwłaszcza sieci komórkowe (oraz rodzimy potentat na niwie handlu internetowego). A w przypadku telefonii ten kontrast jest właśnie wyjątkowo ostry. Ponieważ przez jedenaście miesięcy w roku kompanie te tłuką widzów po głowach topornymi scenkami, gdzie celebrities przychodzą do salonu sprzedaży, a tam para sprzedawców (sorry... "doradców klienta") płci obojga emituje werbalną łopatą "NIEPRAWDOPODOBNIE KORZYSTNĄ ofertę!!!". Czyli, że: "dajemy ci w pakiecie gorylion gigabajtów, smartfon za 99 groszy z aparatem o rozdzielczości tafli hokejowej i do tego jeszcze FLIXNET na siedemnaście lat, tylko podpisz z nami cyrograf". A u konkurencji identyczna scenka, z tym, że w innych kolorkach, inni celebrities i tam dają dwa goryliony gigabajtów, Myszę Miki vel Topolino na czterdzieści lat i jeszcze aparat w smartfonie taki, że jak wejdziesz na trzydzieste piętro Pałacu Kultury w Warszawie i skierujesz obiektyw na wschód, to przeczytasz gazetę, którą trzyma gość siedzący na kiblu w Mińsku (Mazowieckim).
 
Ale w grudniu wszystkim sieciom telefonicznym odbija choinka i nagle zamiast tych przyciężkich wytworów ułomnej kreatywności chcą zabłysnąć egzaltowaną reklamą, która przy dźwiękach nastrojowej muzyki przekazuje jakieś uniwersalne życiowe prawdy ze zręcznością licealisty z kółka literackiego i na poziomie Paulo Coelho w wersji superturbo. Wszystko to wygląda jak losowo powybierane przez nierozgarniętego szympansa wyimki z ckliwego melodramatu klasy D. Synowie marnotrawni powracają do domów wyczekiwani tam, jak się okazuje, we łzach i trwodze. Córki skłócone ze swoimi rodzicielami nagle odnajdują z nimi wspólny język. Dziewczynki z zapałkami doświadczają ludzkich odruchów, pan Scrooge otwiera swe zmrożone serce, samotni staruszkowie prowadzą wideokonferencję w jakości Ultra HD ze swoimi wnukami, które to wnuki Święta spędzają akurat na Zanzibarze, a wszystko to przy akompaniamencie świeckich kolęd i w stonowanych kadrach pełnych prószącego śniegu. 
 
Sorry, ale "zadzwoń do Mamy" mogło zadziałać tylko raz. A jeśli coś jest kopiowane po raz kolejny, powtarza się jako farsa. I hipokryzja. Bo może nawet nie byłoby w tym nawet nic nagannego, każdy ma przecież prawo kręcić tandetne, landszaftowe reklamówki i nikomu nic do tego, gdyby nie fakt, że pod tą chwytającą za serce opowiastką kryje się czysto merkantylne podłoże. Ale przecież gdzieś tam na końcu tej świątecznej tęczy niespecjalnie skrywa się nawet bożek handlu - jest i logo firmy, i przekaz, żeby wykorzystać dodatkowe gigabajty z naszej oferty, by ponownie zbliżyć się do swoich bliskich.
 
Podobno za socjalizmu, by zniechęcić do religijnego komponentu Bożego Narodzenia, partyjniacy promowali przekaz o "Świętach Bombki i Choinki". W istocie jednak to już nie są ani święta Bożego Narodzenia, ani Przesilenia Zimowego, ani Bombki, Choinki czy Bałwanka. To jedno wielkie Święto Konsumpcji rozbuchanej do gargantuicznych rozmiarów. I hipokryzji takoż. Na upiornej, wewnętrznie sprzecznej wadze, z jednej strony szali szczerzy się odmieniana przez wszystkie przypadki Tradycja, na którą powołuje się w tym paskudnym grudniu niemal każdy, uzasadniając nią nawet najgłupszy krok, choćby jedzenie tej ohydnej ryby pod tytułem karp, którą mało kto lubi, bo jest zwyczajnie niesmaczna, ale jeść trzeba, bo przecież Tradycja... I tylko na drugiej szali tradycja przez małe "t" nieśmiało przypomina, chociaż nikt jej nie słucha, że kolędy gra się i śpiewa dopiero od mszy Pasterki, a nie od początku grudnia, a choinkę stawia i odziewa ją w bombki w dniu Wigilii Bożego Narodzenia rankiem, a nie w ostatni piątek listopada. Niby to wszystko żadne odkrycie, niby truizm, ale powoduje torsje większe niż te wszystkie christmasy w radiu, idiotyczne czerwone czapki, szczucie "świąteczną magią" na każdym kroku i przekonywanie, że w tych Świętach chodzi przede wszystkim (jeśli nie wyłącznie) o Prezenty. 
 
Chrześcijaństwo ukradło grudniowe święta poganom (Jezus Chrystus urodził się wiosną, a nie 25. grudnia), postkapitalistyczny handel ukradł święta chrześcijanom. Obłuda wyrywa je handlowi niczym kucharz w podrzędnej knajpie szczurowi z paszczy nieświeżą rybę. 
 
Niech się święci wielkie złodziejstwo. Niech wygra bardziej cyniczny.
 
1. grudnia 2025, 15:36 CET,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego