Dzień dobry Państwu! Witamy w kolejnym odcinku programu "Tomasz Lis zażywa". W dzisiejszym wydaniu Tomasz Lis będzie zażywał tabakę, a przy okazji porozmawia z zaproszonymi gośćmi na temat, który od wielu tygodni rozpala naszą wyobraźnię i budzi zrozumiałe emocje. Chodzi oczywiście o problem uchodźców z krajów muzułmańskich, którzy tłumnie szturmują Europę. Spróbujemy dziś wypracować jakieś rozwiązanie, a prowadzący już do państwa zmierza...
[Lis]: Dzień dobry, dzień dobry, witam wszystkich serdecznie! Nazywam się Tomasz Lis, a moimi dzisiejszymi gośćmi będą politycy, ludzie z pierwszych stron gazet, oraz prawdziwi eksperci w tematyce migracji oraz znawcy problematyki bliskowschodniej. W pierwszej części programu porozmawiam z przedstawicielami wszystkich najważniejszych opcji politycznych w naszym kraju. Partię rządzącą, Plandekę Obywatelską, reprezentuje Anna Owocówka, która jest także rzeczniczką sztabu wyborczego pani premier Ewy Piłkarz. Największą partię opozycyjną, Brawo Niesprawiedliwość, reprezentuje z kolei pan poseł Achim Czyściński. Jest wśród nas również pan poseł Eugeniusz Problemik, Polskie Szkodnictwo Ludowe. Dalej, pan Janusz Chłodzipies ze Zniewolonej Lewicy. I wreszcie, pan Przemysław Vip-Ler, kiedyś Brawo Niesprawiedliwość, a obecnie partia KOR-Zwyciężaj! Powitajmy wszystkich gorącymi brawami!
Szanowni Państwo, musicie przyznać, że problem ten przerósł nasze wyobrażenia. Uchodźcy, imigranci, maszerują tysiącami, kolejne kraje zamykają swoje granice, kolejne rządy stawiają mury, płoty; obserwujemy obrazki, które dotąd w Europie były niemal nieznane. Unia Europejska nakłada na nas obowiązek przyjęcia pewnej liczby uchodźców, nie wiemy jeszcze czy będzie to kilka tysięcy, czy może kilkanaście. Co z kolei spotyka się z oporem większości polskiego społeczeństwa. Polacy mówią dość wyraźnie: "Nie chcemy tu imigrantów". Pani poseł, tu zwracam się do pani Anny Owocówki, dla ekipy rządzącej jest to tym większe wyzwanie i tym trudniejszy problem do rozwiązania. Jak pani partia, jak premier Ewa Piłkarz, zamierza rozwiązać ten dylemat? Gdy z jednej strony mamy nasze zobowiązania wobec Unii Europejskiej, a z drugiej strony tak wyraźny sprzeciw opinii publicznej wobec imigrantów...
[Owocówka]: Szanowny panie redaktorze, szanowni państwo. Pragnę państwu z całą mocą zaznaczyć, że nie ma tutaj żadnego dylematu. To jest oczywiście poważny problem, dla całej Europy, ale w tej trudnej sytuacji okażemy solidarność z pozostałymi państwami Unii i przyjmiemy imigrantów...
[Lis]: A sprzeciw opinii publicznej? Także wielu waszych wyborców, co pokazują sondaże, jest przeciwnych przyjmowaniu uchodźców...
[Owocówka]: Panie redaktorze, nie bez powodu nasza partia ma w nazwie "obywatelska", ponieważ my doskonale potrafimy się obywać bez naszych wyborców. Czy to oni podejmują bowiem kluczowe decyzje? Czy to oni ponoszą za nie odpowiedzialność? Nie, to my ciężko pracujemy dniami i nocami, aby Polska wrosła w siłę, a ludzie żyli dostateczniej.
[Czyściński]: Otóż to! To jest właśnie cała buta obecnej władzy i lekceważenie wyborców. Widzicie to państwo jak na dłoni. Ci ludzie są kompletnie oderwani od rzeczywistości, od problemów zwykłych ludzi. Jeżdżą po Polsce pociągami InterSyty, zza okien których nie widać biedy i ubóstwa, nie widać ruiny, w którą wpędziliście ten kraj. Zajadacie sobie kotlety z Sowy i Przyjaciół, jakieś tam kałamarniczki...
[Problemik]: Ja nigdy nie jadłem kotletów z sowy. Jak to smakuje? Jak dziczyzna czy bardziej jak kurczak?
[Chłodzipies]: To taka restauracja, Boże drogi...
[Problemik]: No wiem, że restauracja. Ale gdzie ona jest, gdzie te kotlety z sowy podają?
[Lis]: Proszę państwa, nie spotkaliśmy się, aby rozmawiać na tematy kulinarne. Pani Anno, pozwolę sobie kontynuować pytanie - większość Polaków jest przeciw przyjmowaniu uchodźców, przedstawicieli obcej nam kultury. Co by pani im powiedziała, aby ich przekonać?
[Owocówka]: Proszę państwa, to naprawdę szalenie proste. Przecież ci imigranci właśnie ubogacą naszą kulturę...
[Vip-Ler]: Ubogacą?! Pani żartuje? Będziemy mieć z nimi urwanie głowy... Dosłownie!
[Owocówka]: ....wprowadzą nowy koloryt, swoje zwyczaje...
[Vip-Ler]: Tak, nowe zwyczaje - na przykład bombki nie tylko na choinkę...
[Owocówka]: Proszę mi nie przerywać! Ja panu nie przerywałam...
[Vip-Ler]: Bo ja jeszcze nic nie mówiłem...
[Problemik]: A ja, powiem państwu, jechałem ostatnio taksówką, i taksówkarz był właśnie z tych rejonów, z których przybywają uchodźcy, i on mi się pyta, gdzie mnie ma wysadzić. Myślicie państwo, że on miał coś innego na myśli niż to, dokąd ma mnie zawieźć?
[Chłodzipies]: Ten taksówkarz był z Syrii?
[Problemik]: No nie, nie z Syrii. Powiedział mi, taką łamaną polszczyzną, że jest z Liberii. A to przecież właściwie obok Syrii, bo z Liberii, stamtąd też przecież tysiące ludzi ucieka...
[Chłodzipies]: Pan myli chyba Liberię z Libanem...
[Problemik]: Co też pan mi imputuje?! Jak mógłbym pomylić te dwa państwa? Przecież każde dziecko wie, że w Libanie rządził okrutny dyktator Kadafi. A ja mówię o Liberii!
[Lis]: Przepraszam, ale czy możemy wrócić do sedna sprawy? Pani poseł - jak rozumiem, rząd Ewy Piłkarz przyjmie każdą ilość uchodźców?
[Owocówka]: Jak właśnie zamierzałam powiedzieć, ale mi przerwano...
[Vip-ler]: Dlaczego tak bezosobowo?
[Owocówka]: Bo pan nie zasługuje na poważne traktowanie. Otóż zanim mi przerwano, zamierzałam powiedzieć, że nasz rząd przyjmie nie każdą ilość uchodźców, ale taką ilość na jaką nasze państwo będzie stać, aby ich wyżywić, wyposażyć w ubrania i artykuły pierwszej potrzeby, przy czym nie mniej niż czterdzieści tysięcy...
[Czyściński]: Czterdzieści tysięcy złotych? Na jednego uchodźcę?! Chcecie zrujnować budżet państwa!
[Owocówka]: Nie. Czterdzieści tysięcy to my uchodźców przyjmiemy. Minimum. To zamierzałam powiedzieć, zanim pan mi perfidnie przerwał. A jak pan powinien wiedzieć, za utrzymanie uchodźców zapłaci Unia Europejska i ani złotówka nie pójdzie na to z budżetu państwa.
[Czyściński]: To bujdy, nie wierzę w to zupełnie...
[Lis]: Właśnie, a'propos wiary. A ściślej rzecz biorąc - religii. Pomimo różnic religijnych, nie tylko Papież, ale nawet Epidiaskop Polski zaapelował o przyjmowanie uchodźców i otaczanie ich opieką. Brawo Niesprawiedliwość zawsze bardzo liczyło się ze zdaniem biskupów. A w tej konkretnej sprawie, jesteście im przeciwni. Jak pan to wytłumaczy?
[Czyściński]: Nasza partia, w tym zarówno pan Prezes, jak i nasza kandydatka na premiera - pani Beata Ptaszydło, potrafią krytycznie spoglądać na różne postawy i nie są od nikogo zależni, nawet od biskupów. Zresztą, gdyby pan słuchał radia "MaTwarz" albo chociaż czytał gazetę "Nasz Siennik", wiedziałby pan, że ojciec Tadeusz Podgrzybek, którego osoba jest nam bardzo bliska, pozostaje w sporze z Epidiaskopem Polski i...
[Lis]: Nie interesują nas w tej chwili spory ojca Podgrzybka z biskupami. Chciałbym natomiast dowiedzieć się, ilu ostatecznie Polska przyjmie uchodźców i jakie rząd podejmie kroki, aby mieć pewność, że nie będzie wśród nich terrorystów ani ludzi skłonnych do przemocy, zachowań agresywnych i tak dalej...
[Owocówka]: Przemocy? To są przecież miłujący pokój ludzie, uciekający przed wojną. Młodzi, starzy, całe rodziny, kobiety z dziećmi w jednej reklamówce...
[Vip-Ler]: Pani nie ma pojęcia, o czym pani mówi! Miłujący pokój? Całe rodziny? Może i są tam rodziny z dziećmi, ale to są nieliczni. Większość to młodzi mężczyźni, zdrowi, bez żon, bez dzieci. A wśród nich są ukryci islamscy fanatycy, a może i terroryści. Czy pani ma w ogóle pojęcie o islamie?! Przecież ta religia nie szanuje praw człowieka, nie szanuje innych religii, nie szanuje kobiet. Czy pani sobie zdaje sprawę, że w islamie kobieta jest traktowana niemal jak niewolnik? Że jest nic niewarta? Bo status mężczyzny jest dwukrotnie wyższy niż kobiety. Tak, tak, komentarze ajatollahów do Koranu mówią jasno, że jeśli mężczyzna wart jest bodajże 40 wielbłądów, to kobieta jest warta jedynie 20...
[Owocówka]: Nie wiem skąd pan to wytrzasnął, ale to żaden dowód na to, że kobieta jest nic niewarta. Przecież każdy wielbłąd to jest jakaś wartość, zwłaszcza w tamtych rejonach. A już 20 wielbłądów na pewno piechotą nie chodzi...
[Problemik]: A co, może jeżdżą na hulajnodze? He he!
[Chłodzipies]: Panie redaktorze, ten program to jest jakaś kompletna parodia. Przecież ci ludzie - posłowie, przedstawiciele narodu - rozmawiają o rzeczach, na których się kompletnie nie znają. I oni mają podjąć właściwą decyzję w imieniu obywateli?
[Czyściński]: Na czym się nie znamy, pana zdaniem?
[Chłodzipies]: Na niczym właściwie. Wy nie macie zielonego pojęcia o stosunkach międzynarodowych, o islamie, a pan poseł Problemik to nawet i o geografii, bo myli pan Liban z Liberią i Libią...
[Problemik]: Czepia się pan jednego przejęzyczenia... A na islamie to ja się znam bardzo dobrze, niech pana o to głowa nie boli.
[Chłodzipies]: Tak? To niech nam pan powie na przykład, dokąd uciekł z Mekki prorok Mahomet?
[Problemik]: Ależ to jest banalne pytanie! ......... Każdy głupi to wie......... No, wyleciało mi z głowy, ale to przecież taka oczywista rzecz...
[Lis]: Me... Me....
[Problemik]: No przecież wiem, że muzułmanie lubią kozy, niech pan nie robi z siebie pośmiewiska.
[Chłodzipies]: Pan redaktor stara się panu podpowiedzieć...
[Problemik]: Aha... Dziękuję, ale nie trzeba, bo przecież to jest oczywiste. Mahomet uciekł do... no, do tego... me... me... do Medyki!
[Chłodzipies]: (z ironią) Brawo! Dlaczego pan nie pisze podręczników szkolnych, tylko marnuje się w Sejmie? Niech mi pan jeszcze powie, jak się poprawnie mówi: Irak czy Iran? Ha ha ha!
[Owocówka]: Proszę nie kpić z naszego koalicjanta!
[Chłodzipies]: A co, pani jest większą znawczynią problematyki bliskowschodniej? To proszę powiedzieć, coś łatwego, na przykład jak nazywa się święty miesiąc wyznawców islamu, gdy stosują oni ścisły post od świtu do zmierzchu?
[Owocówka]: A co to, teleturniej? Ale mogę panu odpowiedzieć, proszę bardzo!... Mam to na końcu języka... To jest ten... no... kardamon!
[Chłodzipies]: To bardzo dobrze, że ma pani to na końcu języka, bo to smaczna przyprawa. A ja pytałem o ramadan. RAMADAN. Widzi pan, panie redaktorze, ci ludzie dyskutują o sprawach, o których nic nie wiedzą, oto mieliśmy dowód. Plandeka Obywatelska, Brawo Niesprawiedliwość - oni są siebie warci, biją tylko pianę, a nie mają nic merytorycznego do powiedzenia. Nie to, co my, Zniewolona Lewica, która...
[Lis]: Proszę nie robić tu teraz kampanii wyborczej. Zresztą, za chwilę będziemy mieli drugą część programu, w której spotkają się eksperci od tej tematyki. Pamiętajmy jednak, że to nie eksperci, a politycy podejmują kluczowe dla narodu i państwa decyzje. Dlatego zaprosiłem państwa właśnie, aby posłuchać, jakie wasze ugrupowania mają pomysły na rozwiązanie kwestii setek tysięcy imigrantów z krajów muzułmańskich. Ponieważ zostało nam tylko 30 sekund tej części, proszę po jednym zdaniu. Co robić z uchodźcami?
[Owocówka]: Wpuścić ile wlezie.
[Czyściński]: Nie wpuszczać, niech idą aż do Brukseli.
[Chłodzipies]: Pomagać na miarę możliwości, integrować ze społeczeństwem.
[Vip-Ler]: Gnać, gdzie pieprz rośnie!
[Problemik]: Podłożyć im świnię!
(spontaniczny aplauz widowni)
[Lis]: Dziękujemy pani posłance i panom posłom. To była pierwsza część programu "Tomasz Lis zażywa". Za chwilę przerwa, podczas której zażyję tabakę, a po przerwie na tych fotelach zasiądą eksperci od tematyki geopolitycznej, problematyki bliskowschodniej, bezpieczeństwa i obronności, oraz religii islamu. Moimi i państwa gośćmi będą:
- Sylwester Stalowy - antyterrorysta, były dowódca polskiej elitarnej jednostki GRZMOT;
- David Igrecke - dziennikarz, pisarz, twórca alternatywnych teorii dziejów świata, autor bestsellerowej książki "Przeciążenie Lwa";
- profesor Hero d'Ot - nasz stały ekspert, religioznawca i specjalista zwłaszcza od tematyki krajów basenu Morza Śródziemnego;
- Anna Appletree - ceniona w świecie politolog, autorka wielu książek i artykułów, laureatka Nagrody Policera;
- mufti Muhammad Alfa bin Alfalfa - przełożony społeczności muzułmańskiej w Polsce;
- Jurek Jęczmieniak - znawca tematyki pomocy humanitarnej, organizator Wielkiej Filharmonii Świątecznej Pomocy;
- oraz nasz gość specjalny z zagranicy: pan Halli Burton - wybitny specjalista od zamków i zabezpieczeń
Zostańcie państwo z nami!
22. października 2015, 23:57 DST, 52.245
°N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą political fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą political fiction. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 22 października 2015
środa, 3 czerwca 2015
matura 2020
Coś poszło nie tak. Wybory wygrał nie ten kandydat, który miał wygrać, i nagle wszystkie misternie knute plany wzięły w łeb. Gdy opadł kurz bitewny, a urny (wyborcze) schowano do magazynów, podczas najtajniejszej z tajnych narad zebrano się w Ministerstwie Edukacji. Pod osłoną nocy i płaszczy BOR-owców, schowani za największymi spośród znalezionych parasoli, zaproszeni, ściśle wyselekcjonowani goście chyłkiem przemykali do wnętrza gmachu. Jako ostatnia do pokoju, który okazał się wyłączoną z użytku kaplicą, wślizgnęła się Szefowa Rządu we własnej osobie.
- Zamknijcie drzwi od kaplicy i stańcie dokoła trumny! - rozkazała wielkim głosem
- Mój Boże! - jęknęła pani Minister Edukacji - Prezydent umarł...
- Ciii, to Sienkiewicz - syknął któryś z doradców, nieudolnie rozpoznając autora cytatu
- Sienkiewicz? - zdziwiła się pani Minister - Przecież to już od dawna polityczny trup... I dlaczego właściwie spotykamy się w tej kaplicy? Zimno tu jest...
- Nikt nie umarł! Zamiast "dookoła trumny" miałam powiedzieć "dookoła stołu". Właśnie wracam z sekcji i stąd to przejęzyczenie - ucięła dyskusje Szefowa Rządu - A spotykamy się tu, ponieważ to jedyne pomieszczenie w tym budynku, gdzie nie ma okien. Nie chcecie chyba, żeby nas ktoś podsłuchał albo podejrzał, prawda? - dodała z naciskiem, po czym przyciszonym głosem wyjawiła wszystkim zebranym cel tej nocnej narady.
Rządowe limuzyny rozjeżdżały się po spływających deszczem willowych dzielnicach stolicy. Ale... nie, nie wszystkie. Trzy czarne BMW wciąż stały zaparkowane pod rozłożystym platanem, w głębi parkingu przed gmachem Ministerstwa Edukacji. Oznaczało to bez najmniejszych wątpliwości, że ktoś z tajemniczych gości pozostał jeszcze w budynku... Tak. Cztery cienie, cztery ludzkie sylwetki schodziły po krętych schodach do kazamatów gmachu Ministerstwa, korzystając jedynie z wątłego światła kieszonkowych latarek. Trzy kondygnacje pod poziomem gruntu zagadkowa ekspedycja przystanęła na końcu długiego korytarza. Szefowa Rządu bez słowa podała wysokiemu mężczyźnie pęk kluczy. Szczęknął zamek, a ciężkie żeliwne drzwi ustąpiły i z upiornym skrzypnięciem otworzyły przejście do sąsiedniego pomieszczenia. Kolejne schody w dół. Coraz niżej zawieszony strop. Funkcjonariusz BOR-u musi pochylać się, aby nie uderzyć w sufit, ale i tak strąca głową rozłożyste pajęczyny, wiszące tu zapewne od dziesięcioleci. Skręt w lewo. Potem dwa razy w prawo. Kolejne pancerne drzwi. I... tak, to chyba tu. Ekspedycja przystanęła, nerwowo rozglądając się po sali, oświetlonej tylko przez mdłe płomyki dwóch lamp naftowych.
- Może zapalić pochodnię? - zasugerowała pani Minister
- Zwariowałaś?! Chcesz to wszystko spalić, jak w "Imieniu Róży"? - zgromiła ją Szefowa Rządu
- Nie wiem, nie czytałam Pratchetta... - zawstydziła się pani Minister
- To nie Pratchett, to Paulo Coelho - szepnął młody człowiek, który obok dwóch kobiet i BOR-owca był czwartym uczestnikiem wyprawy
- Zamknijcie się w końcu i szukajcie! To musi być gdzieś tu, w tej sali - warknęła Szefowa Rządu
Pomieszczenie wprost zasypane było gratami. Na podłodze walały się połamane krzesła, stare dywany, jakieś metalowe pręty i mnóstwo innych śmieci. Spod podnoszonych, dziurawych kartonów czmychały z piskiem szczury, powykręcane żyrandole z trzaskiem łamały się w rękach. Pani Minister omal nie przewróciła się o zestaw przyborów szkolnych z epoki kredy. W kącie spoczywał kaganek oświaty, a na PRL-owskim kredensie, obok rozbitej fajansowej zastawy, leżał oryginał Karty Nauczyciela, wyryty na kamiennych tablicach. Nie te eksponaty były jednak celem eskapady. Cztery ważne osoby nie przestawały bowiem intensywnie szukać sobie tylko znanej rzeczy.
W końcu krzyk młodego człowieka rozdarł upiorną ciszę kazamatów Ministerstwa Edukacji. Krzyk tak rozdzierający, że pani Minister przestraszyła się wręcz, iż stażysta nadział się delikatną częścią ciała na drewniany wskaźnik do tablic, w rozmiarze XXL, który przed chwilą w ostatniej chwili ominęła. Na szczęście nie potwierdziło się najgorsze. Mężczyzna wymachiwał plikiem jakichś lekko pożółkłych papierów. Szefowa Rządu podeszła bliżej i w świetle latarki przyjrzała się znalezisku.
- Tak, proszę państwa, mamy to! - zawyrokowała - Projekt Nowej Matury 2020 i przykładowe pytania ze wszystkich przedmiotów. Opracowany w tajemnicy kilka lat temu, na polecenie mojego Wielkiego Poprzednika. Sądziliśmy, że nasz kandydat w cuglach wygra tegoroczne wybory i za pięć lat, tuż przed kolejną elekcją, ogłosimy ten projekt publicznie. Wówczas społeczeństwo przez aklamację wybrałoby Pana Prezydenta na trzecią kadencję, co byłoby początkiem nowej, wspaniałej dynastii. Niestety, to już nieaktualny plan. Przez te nieszczęsne wybory wszystko się posypało. Będziemy więc musieli wykorzystać to w inny sposób...
------------------------------------------------------------------------------
Zapewne ciekawi Was, jakie rewolucyjne zmiany zakładał ów projekt Nowej Matury. Całe szczęście, już kilka dni potem, dzięki niezmordowanym dziennikarzom śledczym tygodnika "Prosto!" (stażysta biorący udział w ekspedycji do piwnic Ministerstwa był tak naprawdę wtyką redakcji tygodnika), światło dzienne ujrzały niektóre przykładowe pytania z projektu Nowej Wspaniałej Matury. Publikujemy je poniżej w oryginale, wraz ze wskazówkami dla egzaminatorów.
JĘZYK POLSKI
Polecenie:
Przeformułuj poniższe zdania (relacje z wydarzeń kulturalnych) tak, aby brzmiały bardziej zrozumiale dla przeciętnego odbiorcy tekstu czytanego.
[zdanie nr 1] "Wizyta w teatrze dłużyła się niemiłosiernie. Podczas antraktu można było wyjść do przestronnego foyer. Niektórzy z nas poszli załatwić potrzebę fizjologiczną, inni oddać się zgubnym nałogom, a kilka osób przekomarzało się z przemiłą panią inspicjent".
Wskazówki dla egzaminatora:
Oceniamy stopień zbliżenia się odpowiedzi zdającego do zdania wzorcowego (im bardziej zbliżone, tym więcej punktów). Zdanie wzorcowe brzmi:
"Wyjście do teatru ciągnęło się w ch*j. Na przerwie dało się wreszcie wyleźć na korytarz. Jedni poszli się odlać, inni jarali szlugi, a reszta ekipy miała bekę z jakiejś starej kretynki szczerzącej się jak ślepy do kanapki"
MATEMATYKA
Polecenie:
Mamy rok 2020. Dodaj wszystkie cyfry w tej dacie i podaj wynik.
Wskazówki dla egzaminatora:
Uznajemy następujące odpowiedzi: 2, 4, 20, 22, 2020. Za odpowiedź "4" dodajemy jeden punkt bonusowy.
BIOLOGIA
Polecenie:
Scharakteryzuj destrukcyjny wpływ jednego z poniższych zjawisk na organizm człowieka:
szczepienia, żywność GMO, antybiotyki, gluten, plastik, mięso, benzoesan sodu, mleko od krowy
Wskazówki dla egzaminatora:
Dowody naukowe i odniesienia do prac specjalistów nie są niezbędne (i nie przysługują za nie dodatkowe punkty). Premiowane powinno być za to użycie w eseju fraz takich jak: "plaga", "współczesny Holokaust", "celowe działanie", "zniszczenie ludzkości", "koncerny farmaceutyczne", "światowy spisek", "New World Order"
GEOGRAFIA
Polecenie:
Na załączonej, schematycznej mapie świata zaznacz Afrykę oraz Azję i pomaluj je dwoma różnymi kolorami (zestaw kolorowych kredek znajduje się na każdym stanowisku egzaminacyjnym).
Wskazówki dla egzaminatora:
Jeśli zdający pomalował Afrykę na czarno a Azję na żółto, należy unieważnić egzamin i natychmiast powiadomić Pełnomocnika d/s Przeciwdziałania Dyskryminacji Ze Względu Na Rasę.
HISTORIA
Polecenie:
Udziel krótkich odpowiedzi na następujące pytania:
1) Kto był przywódcą Insurekcji Kościuszkowskiej?
2) Gdzie miała miejsce bitwa pod Beresteczkiem?
3) Kto był ofiarą zamachu na Arcyksięcia Ferdynanda?
4) W którym miesiącu wybuchło Powstanie Listopadowe?
5) Ile lat trwała Wojna Trzynastoletnia?
6) W jakim mieście doszło do Zjazdu Gnieźnieńskiego?
Wskazówki dla egzaminatora:
Prawidłowe odpowiedzi zasadniczo brzmią:
1) Kościuszko
2) Pod Beresteczkiem
3) Arcyksiążę Ferdynand
4) W listopadzie
5) Trzynaście lat
6) W Gnieźnie
Niemniej jednak, dopuszcza się uznanie innych odpowiedzi, o ile będą wystarczająco dobrze uzasadnione oraz politycznie poprawne.
CHEMIA
Polecenie:
Spójrz na załączony układ okresowy pierwiastków (tak nazywa się ta duża, kolorowa tabela, którą masz przed sobą).
1. Wypisz wszystkie pierwiastki na literę "B".
2. Wypisz wszystkie pierwiastki, które kojarzą Ci się z czymś, co można spotkać w mieszkaniu.
Wskazówki dla egzaminatora:
Jeśli chodzi o pytanie 2., zasadniczo uznajemy proste skojarzenia (np. "węgiel - węgiel", "żelazo - żelazko"). Skojarzenia bardziej skomplikowane (np. "sód - sól", "wodór - woda") uznajemy pod pewnymi warunkami, określonymi w Załączniku do niniejszego druku. Skojarzenia odległe (np. "potas - ziemniaki") dyskwalifikujemy jako nie spełniające wymogów Klucza.
FIZYKA
Polecenie:
Z punktu A do odległego o 100 kilometrów punktu B wyrusza pociąg, poruszający się z prędkością 80 km/h. Z punktu C do punktu D w tym samym momencie wyrusza pociąg poruszający się z prędkością 60 km/h. Pół godziny później, z punktu E do punktu F wyrusza pociąg "pędolino", poruszający się z prędkością 50 km/h.
1. Który pociąg porusza się z największą prędkością ?
2. Który pociąg pierwszy dotrze do punktu G ?
Wskazówki dla egzaminatora:
Dwuznaczne aluzje w odpowiedzi na pytanie 2. nie dyskwalifikują pracy. W takich przypadkach, po zakończeniu sprawdzania należy sporządzić odpowiedni protokół i zawnioskować do właściwego nauczyciela wychowania seksualnego o podwyższenie oceny z tego przedmiotu i włączenie danej pracy do akt.
WIEDZA O SPOŁECZEŃSTWIE
Polecenie:
Wypisz trzy pierwsze ministerstwa jakie przyjdą Ci do głowy.
Wskazówki dla egzaminatora:
Zasadniczo, uznajemy każdą odpowiedź. Nawet jeśli jakieś ministerstwo nie istnieje w naszym kraju lub w naszym kręgu cywilizacyjnym, nie oznacza, że nie istnieje gdziekolwiek na świecie. A nawet jeśli definitywnie nie istnieje, nie pozwólmy faktom ograniczać kreatywności zdających.
WIEDZA O TAŃCU
Polecenie:
Dokonaj analizy porównawczej sukni Małgorzaty Foremniak podczas paso-doble i Kasi Cichopek podczas fokstrota, z drugiego sezonu "Tańca z Gwiazdami".
Wskazówki dla egzaminatora:
Nie przewidziano.
HISTORIA SZTUKI
Polecenie:
Przyjrzyj się poniższym dziełom malarskim. Które z tych dzieł najlepiej wpisuje się Twoim zdaniem w praktyczną realizację nurtu gender mainstreaming? Odpowiedź uzasadnij.
Przedstawione obrazy:
- "Krzyk" Edwarda Muncha
- "Lekcja anatomii doktora Tulpa" Rembrandta
- "Bociany" Józefa Chełmońskiego
- "Ogród rozkoszy ziemskich" Hieronima Boscha
- dowolne dzieło LeRoya Neimana
- malowidło naskalne z jaskini Lascaux
3. czerwca 2015, 23:49 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
- Zamknijcie drzwi od kaplicy i stańcie dokoła trumny! - rozkazała wielkim głosem
- Mój Boże! - jęknęła pani Minister Edukacji - Prezydent umarł...
- Ciii, to Sienkiewicz - syknął któryś z doradców, nieudolnie rozpoznając autora cytatu
- Sienkiewicz? - zdziwiła się pani Minister - Przecież to już od dawna polityczny trup... I dlaczego właściwie spotykamy się w tej kaplicy? Zimno tu jest...
- Nikt nie umarł! Zamiast "dookoła trumny" miałam powiedzieć "dookoła stołu". Właśnie wracam z sekcji i stąd to przejęzyczenie - ucięła dyskusje Szefowa Rządu - A spotykamy się tu, ponieważ to jedyne pomieszczenie w tym budynku, gdzie nie ma okien. Nie chcecie chyba, żeby nas ktoś podsłuchał albo podejrzał, prawda? - dodała z naciskiem, po czym przyciszonym głosem wyjawiła wszystkim zebranym cel tej nocnej narady.
Rządowe limuzyny rozjeżdżały się po spływających deszczem willowych dzielnicach stolicy. Ale... nie, nie wszystkie. Trzy czarne BMW wciąż stały zaparkowane pod rozłożystym platanem, w głębi parkingu przed gmachem Ministerstwa Edukacji. Oznaczało to bez najmniejszych wątpliwości, że ktoś z tajemniczych gości pozostał jeszcze w budynku... Tak. Cztery cienie, cztery ludzkie sylwetki schodziły po krętych schodach do kazamatów gmachu Ministerstwa, korzystając jedynie z wątłego światła kieszonkowych latarek. Trzy kondygnacje pod poziomem gruntu zagadkowa ekspedycja przystanęła na końcu długiego korytarza. Szefowa Rządu bez słowa podała wysokiemu mężczyźnie pęk kluczy. Szczęknął zamek, a ciężkie żeliwne drzwi ustąpiły i z upiornym skrzypnięciem otworzyły przejście do sąsiedniego pomieszczenia. Kolejne schody w dół. Coraz niżej zawieszony strop. Funkcjonariusz BOR-u musi pochylać się, aby nie uderzyć w sufit, ale i tak strąca głową rozłożyste pajęczyny, wiszące tu zapewne od dziesięcioleci. Skręt w lewo. Potem dwa razy w prawo. Kolejne pancerne drzwi. I... tak, to chyba tu. Ekspedycja przystanęła, nerwowo rozglądając się po sali, oświetlonej tylko przez mdłe płomyki dwóch lamp naftowych.
- Może zapalić pochodnię? - zasugerowała pani Minister
- Zwariowałaś?! Chcesz to wszystko spalić, jak w "Imieniu Róży"? - zgromiła ją Szefowa Rządu
- Nie wiem, nie czytałam Pratchetta... - zawstydziła się pani Minister
- To nie Pratchett, to Paulo Coelho - szepnął młody człowiek, który obok dwóch kobiet i BOR-owca był czwartym uczestnikiem wyprawy
- Zamknijcie się w końcu i szukajcie! To musi być gdzieś tu, w tej sali - warknęła Szefowa Rządu
Pomieszczenie wprost zasypane było gratami. Na podłodze walały się połamane krzesła, stare dywany, jakieś metalowe pręty i mnóstwo innych śmieci. Spod podnoszonych, dziurawych kartonów czmychały z piskiem szczury, powykręcane żyrandole z trzaskiem łamały się w rękach. Pani Minister omal nie przewróciła się o zestaw przyborów szkolnych z epoki kredy. W kącie spoczywał kaganek oświaty, a na PRL-owskim kredensie, obok rozbitej fajansowej zastawy, leżał oryginał Karty Nauczyciela, wyryty na kamiennych tablicach. Nie te eksponaty były jednak celem eskapady. Cztery ważne osoby nie przestawały bowiem intensywnie szukać sobie tylko znanej rzeczy.
W końcu krzyk młodego człowieka rozdarł upiorną ciszę kazamatów Ministerstwa Edukacji. Krzyk tak rozdzierający, że pani Minister przestraszyła się wręcz, iż stażysta nadział się delikatną częścią ciała na drewniany wskaźnik do tablic, w rozmiarze XXL, który przed chwilą w ostatniej chwili ominęła. Na szczęście nie potwierdziło się najgorsze. Mężczyzna wymachiwał plikiem jakichś lekko pożółkłych papierów. Szefowa Rządu podeszła bliżej i w świetle latarki przyjrzała się znalezisku.
- Tak, proszę państwa, mamy to! - zawyrokowała - Projekt Nowej Matury 2020 i przykładowe pytania ze wszystkich przedmiotów. Opracowany w tajemnicy kilka lat temu, na polecenie mojego Wielkiego Poprzednika. Sądziliśmy, że nasz kandydat w cuglach wygra tegoroczne wybory i za pięć lat, tuż przed kolejną elekcją, ogłosimy ten projekt publicznie. Wówczas społeczeństwo przez aklamację wybrałoby Pana Prezydenta na trzecią kadencję, co byłoby początkiem nowej, wspaniałej dynastii. Niestety, to już nieaktualny plan. Przez te nieszczęsne wybory wszystko się posypało. Będziemy więc musieli wykorzystać to w inny sposób...
------------------------------------------------------------------------------
Zapewne ciekawi Was, jakie rewolucyjne zmiany zakładał ów projekt Nowej Matury. Całe szczęście, już kilka dni potem, dzięki niezmordowanym dziennikarzom śledczym tygodnika "Prosto!" (stażysta biorący udział w ekspedycji do piwnic Ministerstwa był tak naprawdę wtyką redakcji tygodnika), światło dzienne ujrzały niektóre przykładowe pytania z projektu Nowej Wspaniałej Matury. Publikujemy je poniżej w oryginale, wraz ze wskazówkami dla egzaminatorów.
JĘZYK POLSKI
Polecenie:
Przeformułuj poniższe zdania (relacje z wydarzeń kulturalnych) tak, aby brzmiały bardziej zrozumiale dla przeciętnego odbiorcy tekstu czytanego.
[zdanie nr 1] "Wizyta w teatrze dłużyła się niemiłosiernie. Podczas antraktu można było wyjść do przestronnego foyer. Niektórzy z nas poszli załatwić potrzebę fizjologiczną, inni oddać się zgubnym nałogom, a kilka osób przekomarzało się z przemiłą panią inspicjent".
Wskazówki dla egzaminatora:
Oceniamy stopień zbliżenia się odpowiedzi zdającego do zdania wzorcowego (im bardziej zbliżone, tym więcej punktów). Zdanie wzorcowe brzmi:
"Wyjście do teatru ciągnęło się w ch*j. Na przerwie dało się wreszcie wyleźć na korytarz. Jedni poszli się odlać, inni jarali szlugi, a reszta ekipy miała bekę z jakiejś starej kretynki szczerzącej się jak ślepy do kanapki"
MATEMATYKA
Polecenie:
Mamy rok 2020. Dodaj wszystkie cyfry w tej dacie i podaj wynik.
Wskazówki dla egzaminatora:
Uznajemy następujące odpowiedzi: 2, 4, 20, 22, 2020. Za odpowiedź "4" dodajemy jeden punkt bonusowy.
BIOLOGIA
Polecenie:
Scharakteryzuj destrukcyjny wpływ jednego z poniższych zjawisk na organizm człowieka:
szczepienia, żywność GMO, antybiotyki, gluten, plastik, mięso, benzoesan sodu, mleko od krowy
Wskazówki dla egzaminatora:
Dowody naukowe i odniesienia do prac specjalistów nie są niezbędne (i nie przysługują za nie dodatkowe punkty). Premiowane powinno być za to użycie w eseju fraz takich jak: "plaga", "współczesny Holokaust", "celowe działanie", "zniszczenie ludzkości", "koncerny farmaceutyczne", "światowy spisek", "New World Order"
GEOGRAFIA
Polecenie:
Na załączonej, schematycznej mapie świata zaznacz Afrykę oraz Azję i pomaluj je dwoma różnymi kolorami (zestaw kolorowych kredek znajduje się na każdym stanowisku egzaminacyjnym).
Wskazówki dla egzaminatora:
Jeśli zdający pomalował Afrykę na czarno a Azję na żółto, należy unieważnić egzamin i natychmiast powiadomić Pełnomocnika d/s Przeciwdziałania Dyskryminacji Ze Względu Na Rasę.
HISTORIA
Polecenie:
Udziel krótkich odpowiedzi na następujące pytania:
1) Kto był przywódcą Insurekcji Kościuszkowskiej?
2) Gdzie miała miejsce bitwa pod Beresteczkiem?
3) Kto był ofiarą zamachu na Arcyksięcia Ferdynanda?
4) W którym miesiącu wybuchło Powstanie Listopadowe?
5) Ile lat trwała Wojna Trzynastoletnia?
6) W jakim mieście doszło do Zjazdu Gnieźnieńskiego?
Wskazówki dla egzaminatora:
Prawidłowe odpowiedzi zasadniczo brzmią:
1) Kościuszko
2) Pod Beresteczkiem
3) Arcyksiążę Ferdynand
4) W listopadzie
5) Trzynaście lat
6) W Gnieźnie
Niemniej jednak, dopuszcza się uznanie innych odpowiedzi, o ile będą wystarczająco dobrze uzasadnione oraz politycznie poprawne.
CHEMIA
Polecenie:
Spójrz na załączony układ okresowy pierwiastków (tak nazywa się ta duża, kolorowa tabela, którą masz przed sobą).
1. Wypisz wszystkie pierwiastki na literę "B".
2. Wypisz wszystkie pierwiastki, które kojarzą Ci się z czymś, co można spotkać w mieszkaniu.
Wskazówki dla egzaminatora:
Jeśli chodzi o pytanie 2., zasadniczo uznajemy proste skojarzenia (np. "węgiel - węgiel", "żelazo - żelazko"). Skojarzenia bardziej skomplikowane (np. "sód - sól", "wodór - woda") uznajemy pod pewnymi warunkami, określonymi w Załączniku do niniejszego druku. Skojarzenia odległe (np. "potas - ziemniaki") dyskwalifikujemy jako nie spełniające wymogów Klucza.
FIZYKA
Polecenie:
Z punktu A do odległego o 100 kilometrów punktu B wyrusza pociąg, poruszający się z prędkością 80 km/h. Z punktu C do punktu D w tym samym momencie wyrusza pociąg poruszający się z prędkością 60 km/h. Pół godziny później, z punktu E do punktu F wyrusza pociąg "pędolino", poruszający się z prędkością 50 km/h.
1. Który pociąg porusza się z największą prędkością ?
2. Który pociąg pierwszy dotrze do punktu G ?
Wskazówki dla egzaminatora:
Dwuznaczne aluzje w odpowiedzi na pytanie 2. nie dyskwalifikują pracy. W takich przypadkach, po zakończeniu sprawdzania należy sporządzić odpowiedni protokół i zawnioskować do właściwego nauczyciela wychowania seksualnego o podwyższenie oceny z tego przedmiotu i włączenie danej pracy do akt.
WIEDZA O SPOŁECZEŃSTWIE
Polecenie:
Wypisz trzy pierwsze ministerstwa jakie przyjdą Ci do głowy.
Wskazówki dla egzaminatora:
Zasadniczo, uznajemy każdą odpowiedź. Nawet jeśli jakieś ministerstwo nie istnieje w naszym kraju lub w naszym kręgu cywilizacyjnym, nie oznacza, że nie istnieje gdziekolwiek na świecie. A nawet jeśli definitywnie nie istnieje, nie pozwólmy faktom ograniczać kreatywności zdających.
WIEDZA O TAŃCU
Polecenie:
Dokonaj analizy porównawczej sukni Małgorzaty Foremniak podczas paso-doble i Kasi Cichopek podczas fokstrota, z drugiego sezonu "Tańca z Gwiazdami".
Wskazówki dla egzaminatora:
Nie przewidziano.
HISTORIA SZTUKI
Polecenie:
Przyjrzyj się poniższym dziełom malarskim. Które z tych dzieł najlepiej wpisuje się Twoim zdaniem w praktyczną realizację nurtu gender mainstreaming? Odpowiedź uzasadnij.
Przedstawione obrazy:
- "Krzyk" Edwarda Muncha
- "Lekcja anatomii doktora Tulpa" Rembrandta
- "Bociany" Józefa Chełmońskiego
- "Ogród rozkoszy ziemskich" Hieronima Boscha
- dowolne dzieło LeRoya Neimana
- malowidło naskalne z jaskini Lascaux
3. czerwca 2015, 23:49 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
poniedziałek, 20 kwietnia 2015
cisza nad wysypiskiem
O sensowności utrzymywania przy życiu sztywnego trupa, jakim jest tzw. cisza wyborcza, napisano już tomiszcza opasłe. Dodawanie kolejnych wątpliwej jakości przemyśleń we wzmiankowanym temacie ma zatem tyle samo sensu, co dosypywanie piasku do Sahary, tudzież złożenie sutego datku finansowego na rzecz sułtana Brunei.
Truizmem nie mniejszym byłoby też sporządzanie listy sposobów i metod obchodzenia ciszy wyborczej. Obchodzenia w sensie omijania jej, a nie w sensie czczenia i świętowania, aczkolwiek Stowarzyszenie Wyznawców Ciszy Wyborczej mogłoby być ciekawą nowinką na odcinku alternatywnych religii. Świętowaliby przeważnie raz do roku, czasem częściej, jak w bieżącym (wówczas jest to tzw. rok przestępczy), przez dwa dni i dwie noce. Funkcję guru, tudzież Najwyższego Kapłana, sprawowałby (nieświadomie) Przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej. Obowiązującą wykładnią - każde słowo, które w okresie trwania ciszy padnie z ust jego, na równi z art. 104 Kodeksu Wyborczego (Dz.U. z 2011 r., nr 21, poz. 112 z późniejszymi zmianami). I jak w każdej szanującej się religii, byłby również Dekalog:
1. Nie będziesz wymawiał imienia kandydata twego nadaremno;
2. Nie będziesz domalowywał na plakatach wyborczych wąsów, ani innych ciała członków;
3. Nie będziesz agitował: matki, ojca, żony, męża, ptactwa powietrznego i teściowej sąsiada;
4. Nie będziesz manifestował w środkach masowego przekazu;
5. Nie będziesz przyrządzał kiełbasy wyborczej;
6. Nie będziesz wieszał kandydata twego na żadnym płocie, słupie ani latarni;
7. Nie będziesz sondaży publikował na zmącenie jasnego osądu bliźniego twego;
8. Nie będziesz składał fałszywego świadectwa szkolnego przeciw kandydatowi konkurencyjnemu (zaprawdę bowiem, i tak maturę kupił on na bazarze);
9. Nie będziesz w zamian za głos oddany wręczał bliźniemu twemu alkoholu;
10. Ani żadnej rzeczy która twoja jest (a jemu byłaby miła).
Zanim jednak wyznanie takie ktoś zarejestruje, uwaga społeczna skupiać się będzie raczej na bardziej przyziemnych kwestiach, związanych z robieniem organów wyborczych w tak zwanego konia. Frajdy jest z tym zresztą co niemiara! Ile tajnych szyfrów powstaje, ile inwencji domorosłych kryptologów paruje w internetowe przestworza z uporem godnym znacznie lepszej sprawy! Były już fikcyjne wyścigi żużlowe, pojedynki tenisowe i mecze koszykarskie - wszystko z ukrytym, rzecz jasna, drugim denkiem. Podczas ostatnich wyborów parlamentarnych, przecieki z sondażowni i z obwodowych komisji publikowano w sieci jako cennik potraw z sejmowej restauracji. "Podaję ceny na godzinę 18:00" - pisał zorientowany w temacie - "Pory 32 zł., Kaczka na kwaśno 26 zł., Papryczki chilli 9 zł., Chłopskie jadło 8,50 zł., Kocia karma 6 zł., ale zyskuje na wartości". Bywalców restauracji było zresztą tamtego wieczora wielu i dochodziło do nieporozumień. Gdy zatem ktoś miał inne preferencje kulinarne i zamiast papryczek wolał buraczki, a zamiast kociej karmy - marihuanę, natychmiast przywoływano go do porządku, w czym prym wiodła słynna Kataryna pisząc: "Panie, pan się kodu nie trzymasz i ludziom się myli!". Istotnie, o ile w przypadku kaczki nie było szczególnych obiekcji, tak buraczki mogły być już dwuznaczne i przywodziły na myśl również inne danie, które zniknęło z sejmowej restauracji odkąd właściciel przetwórni popełnił samobójstwo (albo ktoś mu w tym pomógł - buraczki zaszkodziły bowiem wielu bywalcom jadłodajni i nijak nie przystawały do menu rodem z Wersalu).
Zainspirowany kodem kulinarnym zaproponowałem wówczas, aby szyfrować wyniki w postaci nakładu istniejących tygodników opinii, których preferencje polityczne są raczej oczywiste. "Newsweek" 32 tysiące, "W Sieci" 26 tysięcy, "Polityka" 9 tysięcy... i tak dalej, aż do "NIE!". Przy czym zauważyć należy, że układanie tak wyrafinowanych aluzji ma sens jedynie w przypadku wyborów parlamentarnych czy samorządowych. Gdy bowiem w grę wchodzą wybory prezydenckie, gdzie zmierzy się ze sobą ledwie kilka osób, nie powinno być problemu ze znacznie mniej piętrowymi szyframi.
Ba, są już pierwsze tego przejawy. Zwolennicy jednego z kandydatów w nadchodzących wyborach - Pawła Kukiza (który przy okazji jest również popularnym wokalistą) - zapowiedzieli, że w trakcie ciszy wyborczej będą puszczać przez głośniki największe hity artysty. Jakież to paradne! Proste i oczywiste, a przyczepić się nie ma do czego. Tylko żeby wyrównać szanse, należałoby zaprząc do dzieła również zwolenników pozostałych kandydatów na urząd Strażnika Żyr..., znaczy Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.
I tak, sympatycy jedynej kobiety w tym gronie, będą się w okresie ciszy wyborczej publicznie zajadać korniszonkami. Pomiędzy nimi, sympatycy innego kandydata będą grać na dudach (zagłuszając przy okazji songi Kukiza). Jeszcze inni będą próbować palić koty, ale sukcesu im trudno wróżyć (kot swój rozum ma i zwieje gdzie konopia rośnie). Są też tacy, który będą tam i z powrotem nosić wilka (razy kilka). Inni z kolei będą się publicznie golić - a kobiety depilować - maszynką "Braun". Wreszcie zwolennicy kandydata, który najbardziej dba o tężyznę fizyczną, nie bez kozery zabiorą się za rzemiosło kowalskie. I gawiedź się czegoś przy okazji nauczy.
Nazwiska pozostałych kandydatów nie kojarzą się już tak jednoznacznie, ale happeningom to niestraszne, wszak happening nie zna granic ni kondomów. Fani kandydata broniącego tytułu będą strzelać z fuzji i donośnie krzyczeć do przechodniów "Ho Ho Ho!" po każdej salwie. Sympatycy najstarszego kandydata będą nosić muszki, a jak ktoś akurat nie ma, bo krawaciarz, to i owocówka nie zaszkodzi. Najtrudniej będą mieć z pewnością zwolennicy kandydata spod znaku zielonej koniczynki, ale powinni coś wymyślić. Koniczynka w klapie może być niewystarczająca, bo łatwo wziąć wówczas delikwenta za Irlandczyka, tudzież posłańca z drugiego końca tęczy (a tęcza jest obecnie w naszej rzeczywistości wysoce dwuznaczna i doszłoby jeszcze do tego, że Najważniejszego Żyrandola pilnowałby od czerwca prezydent Słupska). Ale można na przykład zafarbować włos, albo zagrać coś na gitarze fałszując, a zwłaszcza na basie.
I tylko kandydat Paweł Tanajno nie może nic zasugerować ani swoim nazwiskiem, ani nazwą komitetu. Co i tak pewnie by mu nie pomogło, bo od dawna jest czerwoną latarnią wszelkich sondaży. Ba, nawet z takim symbolem - i to już pech do sześcianu - nie powinien się przesadnie obnosić. Chyba, że zapragnie kiedyś zostać burmistrzem Amsterdamu.
20. kwietnia 2015, 21:41 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Truizmem nie mniejszym byłoby też sporządzanie listy sposobów i metod obchodzenia ciszy wyborczej. Obchodzenia w sensie omijania jej, a nie w sensie czczenia i świętowania, aczkolwiek Stowarzyszenie Wyznawców Ciszy Wyborczej mogłoby być ciekawą nowinką na odcinku alternatywnych religii. Świętowaliby przeważnie raz do roku, czasem częściej, jak w bieżącym (wówczas jest to tzw. rok przestępczy), przez dwa dni i dwie noce. Funkcję guru, tudzież Najwyższego Kapłana, sprawowałby (nieświadomie) Przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej. Obowiązującą wykładnią - każde słowo, które w okresie trwania ciszy padnie z ust jego, na równi z art. 104 Kodeksu Wyborczego (Dz.U. z 2011 r., nr 21, poz. 112 z późniejszymi zmianami). I jak w każdej szanującej się religii, byłby również Dekalog:
1. Nie będziesz wymawiał imienia kandydata twego nadaremno;
2. Nie będziesz domalowywał na plakatach wyborczych wąsów, ani innych ciała członków;
3. Nie będziesz agitował: matki, ojca, żony, męża, ptactwa powietrznego i teściowej sąsiada;
4. Nie będziesz manifestował w środkach masowego przekazu;
5. Nie będziesz przyrządzał kiełbasy wyborczej;
6. Nie będziesz wieszał kandydata twego na żadnym płocie, słupie ani latarni;
7. Nie będziesz sondaży publikował na zmącenie jasnego osądu bliźniego twego;
8. Nie będziesz składał fałszywego świadectwa szkolnego przeciw kandydatowi konkurencyjnemu (zaprawdę bowiem, i tak maturę kupił on na bazarze);
9. Nie będziesz w zamian za głos oddany wręczał bliźniemu twemu alkoholu;
10. Ani żadnej rzeczy która twoja jest (a jemu byłaby miła).
Zanim jednak wyznanie takie ktoś zarejestruje, uwaga społeczna skupiać się będzie raczej na bardziej przyziemnych kwestiach, związanych z robieniem organów wyborczych w tak zwanego konia. Frajdy jest z tym zresztą co niemiara! Ile tajnych szyfrów powstaje, ile inwencji domorosłych kryptologów paruje w internetowe przestworza z uporem godnym znacznie lepszej sprawy! Były już fikcyjne wyścigi żużlowe, pojedynki tenisowe i mecze koszykarskie - wszystko z ukrytym, rzecz jasna, drugim denkiem. Podczas ostatnich wyborów parlamentarnych, przecieki z sondażowni i z obwodowych komisji publikowano w sieci jako cennik potraw z sejmowej restauracji. "Podaję ceny na godzinę 18:00" - pisał zorientowany w temacie - "Pory 32 zł., Kaczka na kwaśno 26 zł., Papryczki chilli 9 zł., Chłopskie jadło 8,50 zł., Kocia karma 6 zł., ale zyskuje na wartości". Bywalców restauracji było zresztą tamtego wieczora wielu i dochodziło do nieporozumień. Gdy zatem ktoś miał inne preferencje kulinarne i zamiast papryczek wolał buraczki, a zamiast kociej karmy - marihuanę, natychmiast przywoływano go do porządku, w czym prym wiodła słynna Kataryna pisząc: "Panie, pan się kodu nie trzymasz i ludziom się myli!". Istotnie, o ile w przypadku kaczki nie było szczególnych obiekcji, tak buraczki mogły być już dwuznaczne i przywodziły na myśl również inne danie, które zniknęło z sejmowej restauracji odkąd właściciel przetwórni popełnił samobójstwo (albo ktoś mu w tym pomógł - buraczki zaszkodziły bowiem wielu bywalcom jadłodajni i nijak nie przystawały do menu rodem z Wersalu).
Zainspirowany kodem kulinarnym zaproponowałem wówczas, aby szyfrować wyniki w postaci nakładu istniejących tygodników opinii, których preferencje polityczne są raczej oczywiste. "Newsweek" 32 tysiące, "W Sieci" 26 tysięcy, "Polityka" 9 tysięcy... i tak dalej, aż do "NIE!". Przy czym zauważyć należy, że układanie tak wyrafinowanych aluzji ma sens jedynie w przypadku wyborów parlamentarnych czy samorządowych. Gdy bowiem w grę wchodzą wybory prezydenckie, gdzie zmierzy się ze sobą ledwie kilka osób, nie powinno być problemu ze znacznie mniej piętrowymi szyframi.
Ba, są już pierwsze tego przejawy. Zwolennicy jednego z kandydatów w nadchodzących wyborach - Pawła Kukiza (który przy okazji jest również popularnym wokalistą) - zapowiedzieli, że w trakcie ciszy wyborczej będą puszczać przez głośniki największe hity artysty. Jakież to paradne! Proste i oczywiste, a przyczepić się nie ma do czego. Tylko żeby wyrównać szanse, należałoby zaprząc do dzieła również zwolenników pozostałych kandydatów na urząd Strażnika Żyr..., znaczy Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.
I tak, sympatycy jedynej kobiety w tym gronie, będą się w okresie ciszy wyborczej publicznie zajadać korniszonkami. Pomiędzy nimi, sympatycy innego kandydata będą grać na dudach (zagłuszając przy okazji songi Kukiza). Jeszcze inni będą próbować palić koty, ale sukcesu im trudno wróżyć (kot swój rozum ma i zwieje gdzie konopia rośnie). Są też tacy, który będą tam i z powrotem nosić wilka (razy kilka). Inni z kolei będą się publicznie golić - a kobiety depilować - maszynką "Braun". Wreszcie zwolennicy kandydata, który najbardziej dba o tężyznę fizyczną, nie bez kozery zabiorą się za rzemiosło kowalskie. I gawiedź się czegoś przy okazji nauczy.
Nazwiska pozostałych kandydatów nie kojarzą się już tak jednoznacznie, ale happeningom to niestraszne, wszak happening nie zna granic ni kondomów. Fani kandydata broniącego tytułu będą strzelać z fuzji i donośnie krzyczeć do przechodniów "Ho Ho Ho!" po każdej salwie. Sympatycy najstarszego kandydata będą nosić muszki, a jak ktoś akurat nie ma, bo krawaciarz, to i owocówka nie zaszkodzi. Najtrudniej będą mieć z pewnością zwolennicy kandydata spod znaku zielonej koniczynki, ale powinni coś wymyślić. Koniczynka w klapie może być niewystarczająca, bo łatwo wziąć wówczas delikwenta za Irlandczyka, tudzież posłańca z drugiego końca tęczy (a tęcza jest obecnie w naszej rzeczywistości wysoce dwuznaczna i doszłoby jeszcze do tego, że Najważniejszego Żyrandola pilnowałby od czerwca prezydent Słupska). Ale można na przykład zafarbować włos, albo zagrać coś na gitarze fałszując, a zwłaszcza na basie.
I tylko kandydat Paweł Tanajno nie może nic zasugerować ani swoim nazwiskiem, ani nazwą komitetu. Co i tak pewnie by mu nie pomogło, bo od dawna jest czerwoną latarnią wszelkich sondaży. Ba, nawet z takim symbolem - i to już pech do sześcianu - nie powinien się przesadnie obnosić. Chyba, że zapragnie kiedyś zostać burmistrzem Amsterdamu.
20. kwietnia 2015, 21:41 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
sobota, 7 marca 2015
aviator
Przed godziną 11:00 do Sali Kongresowej w Warszawie wjechał wóz strażacki i chwilę potem mogła już rozpocząć się z wielką pompą uroczystość inauguracji kampanii prezydenckiej Bronisława Komorowskiego.
"Bronek, Bronek, Bronek!!!" - ochrypłym głosem skandowała cała sala już drugą godzinę, aż wreszcie główny bohater uroczystości wkroczył na scenę dziarskim krokiem, ubrany w koszulkę z napisem "Let Me Entertain Yoó!". Niezbyt czytelny przekaz hasła wyjaśnił się chwilę potem, gdy Prezydent zapewnił, że potrafi wyciągać wnioski z popełnionych gaf i odtąd już żadne krzyki i płacze nie przekonają go, że tam gdzie jest "ó" powinno być "u".
Bronisław Komorowski w krótkich żołnierskich słowach podziękował przybyłym gościom, po czym zapewnił, że motywem przewodnim jego kampanii będą zgoda i bezpieczeństwo, a następnie zaintonował oficjalną pieśń swojej kampanii. Song zaczyna się od słów: "Pojedziemy na łów, na łów, towarzyszu mój; Dorżniemy watahy, dorżniemy też sfory i dorżniemy rój".
Po tym jakże podniosłym i majestatycznym wykonaniu kampanijnego hymnu, na mównicę zaproszono znane osoby ze świata mediów, sportu i kultury, które oficjalnie udzieliły swego poparcia Bronisławowi Komorowskiemu. Wśród owych cenionych postaci znaleźli się między innymi: bokser Przemysław Saletra, żużlowiec Tomasz Gołąb, satyryk Maciej Szczur, reżyser Agnieszka Niderland, kuchenny autorytet Magda Gęśler, piosenkarz spod samiuśkich Tater - Sebastian Kurpiel-Bagietka, aktorka światowego formatu - Alicja Gąsienica-Dżdżownica, dziennikarka znana z programu "Rozmowy w mroku" - Ewa Strzyga, oraz wreszcie muzykalni bliźniacy - bracia Stolec, znani z przebojowej kapeli "Stolec Orkiestra".
Każda z tych osób krótko opowiedziała, dlaczego popiera Bronisława Komorowskiego w jego staraniach o Mały Biały Domek. Jednak dopiero chwilę potem miała miejsce prawdziwa niespodzianka tej konwencji. Zza kulis, przy aplauzie publiczności, wybiegł sam Gaweł Gawlikowski - reżyser, twórca najgłośniejszego polskiego filmu ostatnich miesięcy, dzieła pod tytułem "Id", opowiadającego o odradzaniu się polskiego nurtu psychoanalizy w trudnych latach powojennych. Prowadzący uroczystość przez dobre pięć minut wymieniał wszystkie nagrody, którymi wyróżniono film Gawlikowskiego na najważniejszych światowych festiwalach. Od najbardziej prestiżowej, czyli Oskarda, po nie mniej znaczące Złote Groby, Złote Lwice, Złote Kaczki oraz nagrodę NAFTA.
Prezydent podziwiał statuetki przyniesione przez reżysera, po czym w swoim stylu skomentował wielkość figurki Złotej Kaczki:
"Niezbyt duża jest ta kaczka, jakoś taka niedożywiona chyba... A za moich czasów to były kaczki! Jak się szło na polowanie, to jak one się wzbijały w powietrze, to słońce potrafiły zasłonić na długie godziny. Olbrzymie okazy, dorodne, tak tak, tak to drzewiej bywało... A u każdej szpony jak u orła, zęby wielkie i ostre jak u wilka. Jak raz jednego uczestnika nagonki trzepnęła skrzydłem, to chłopak był jedną nogą u Abrahama. A innym razem, posłuchajcie Państwo, bo to jest ciekawa historia, doniesiono mi, że podziemia Warszawy terroryzuje pewna wyjątkowo złośliwa złota kaczka. Mieszkańcom stolicy, porządnym obywatelom, nakradła mnóstwo złota i kosztowności, śmiercią groziła, niewiasty i dziatwę więziła, no straszne historie, dajcie państwo wiarę. A ja wtedy akurat na polowaniu w Budzie Ruskiej przebywałem, mamuta tropiliśmy z kolegą z bractwa kurkowego już trzeci tydzień, wyjątkowo przebiegłe stworzenie... Ten mamut znaczy się, nie kolega. Bo kolega wyjątkowo porządny człowiek, Dimitrij, Rosjanin spod Ufy. Ale o czym to ja...? Aha, i wtedy przybiega ten posłaniec z Warszawy, że ta kaczka tam... No to ja na koń wsiadłem i do stolicy co koń wyskoczy. I schodzę w podziemia. Pięć dni proszę państwa, pięć dni bez jedzenia i kropli wody tą bestię tropiłem po warszawskich kazamatach. Szczury z piskiem uciekały mi spod stóp, bezdomni ostatnią kromką chleba się dzielili. I raz, jak byłem gdzieś pod Starym Rynkiem, to wyłazi nagle takie paskudztwo, zielone całe, oczy wilcze, ruchy kocie, ogon długi jak dług publiczny. No mówię państwu, do kaczki niepodobne, więc się go pytam: "Ktoś ty?". A to mi mówi, że on jest Bazyl i coś tam dalej, nazwisko już zapomniałem, Liszek czy Lisiak, i mi mówi jeszcze - posłuchajcie państwo - że on mnie w kamień zamieni. A ja mu na to, że w kamień to mnie dopiero po moim trupie zamienią i na Krakowskim Przedmieściu przed Pałacem ustawią na wiekuistą dla narodu pamiątkę. Wtedy jak on się - uwierzcie państwo - przeraził, jak ogon podwinął, jak czmychnął w te czeluście na oślep, to mówię państwu - takie korytarze wydrążył, że pani Hania nasza kochana, jak metro budowała, to już miała ułatwione zadanie. Tak tak, to - nie chwaląc się - również dzięki mnie nasze metro warszawskie w tak błyskawicznym tempie mogło powstać... Ale ta kaczka, no właśnie... No więc idę ja dalej, u kresu sił i wytrzymałości, i nagle światło takie złote w oddali. Widzę ją. Siedzi sobie na górze złotych dukatów, puszy się jak oligarcha jakaś, jak nabab turecki, wyobraźcie sobie państwo. I mi jeszcze grozić zaczyna, że ona mnie przed Trybunał Stanu postawi, że mnie zamknie w więzieniu, od zdrajców i agentów wyzywa. A kły u niej jak szable, mówię państwu! I skrzydłami jeszcze bije. Ale ja wtedy jak fuzję z pleców zdjąłem, jak wypaliłem jej w te złowieszcze ślepia! Tak - za przeproszeniem - pieprznęło, proszę państwa, tak ziemia zadrżała, tak zatrzęsło, tak wielkie nastąpiły ruchy podłoża, że od tej chwili ulica Tamka w Warszawie jest cała pochyła! Ho ho!"
Zakończenie przemówienia niespodziewanym okrzykiem sprawiło, że cztery osoby na widowni aż podskoczyły na swoich krzesłach. Wszyscy pozostali natomiast mniej lub bardziej gwałtownie wybudzili się tymczasem z drzemki i aplauzem nagrodzili opowieść Pana Prezydenta.
Nie był to jednak koniec emocji. Prowadzący konwencję przedstawił bowiem trzy najważniejsze osoby w sztabie wyborczym Bronisława Komorowskiego. Towarzystwo niezwykle międzynarodowe. Szefem sztabu został Raymond Tusk, lobbysta i człek obyty w polityce, który musiał w trybie pilnym emigrować ze Stanów Zjednoczonych do kraju swoich przodków, ponieważ popadł w jakieś zatargi z wiceprezydentem USA Frankiem Underwoodem. Głównym strategiem kampanii został natomiast pochodzący z Rosji radzieckiej zakonnik, brat Anastazy Słupkow-Sondażow z bractwa Pijarów, jak wieść niesie - podobno potomek samego Raz Putina. Wreszcie, rzecznikiem prasowym sztabu Bronisława Komorowskiego ogłoszono panią Małgorzatę Pomidor. Jej znakiem rozpoznawczym ma być fakt, że na każde pytanie dziennikarzy będzie odpowiadać: "pomidor!".
A potem nastąpiło najbardziej wyczekiwane wydarzenie dnia. Ogłoszenie hasła kampanii wyborczej Bronisława Komorowskiego. Tekst odsłonił uroczyście Pan Prezydent wraz z Małżonką. Pociągnęli za sznurki i oczom widzów ukazało się wypisane olbrzymią czcionką hasło: "HO HO HO".
- Oto jest hasło na trudne i niebezpieczne czasy! - z dumą stwierdziła Agnieszka Niderland
- Proste, a ileż treści niesie w sobie! - wtórował jej Maciej Szczur
O komentarz specjalnie dla nas pokusił się też sam Raymond Tusk, który - jak się okazało - doskonale pamięta ojczystą mowę. Nowy szef sztabu zauważył, że hasło to doskonale łączy wszystkie grupy społeczne, a właśnie jedność oraz integracja narodu są myślą przewodnią tej kampanii. Tusk dodał również, że hasło to stanowi uniwersalną odpowiedź na wiele trudnych pytań, które mogą się pojawić w trakcie kampanii wyborczej:
- Co Pan Prezydent zamierza zrobić dla kraju w kolejnej kadencji? - HO HO HO!
- Jak żyć, Panie Prezydencie? - HO HO HO!
- Ile pieniędzy wydał Pan na kampanię wyborczą? - HO HO HO!
- Jak długo jeszcze dług publiczny będzie rosnąć? - HO HO HO!
- Jak bardzo zadłużony jest ZUS? - HO HO HO!
- Co będzie jeśli Rosja na nas napadnie? - HO HO HO!
- Podoba się Panu pani kanclerz Niemiec? - HO HO HO!
I wydawałoby się, że w tym momencie uroczystość można by już zakończyć. Przemówili najważniejsi goście. Znamy hymn, hasło oraz skład sztabu wyborczego. W niebo wzbiły się setki balonów, chińskie lampiony oraz białe gołębie (w ostatniej chwili ktoś powstrzymał Prezydenta, który na ten widok odruchowo zaczął szukać swojej dubeltówki). Na gości runęły kilogramy konfetti, wyprodukowanego z list podpisów pod obywatelskimi projektami ustaw o jednomandatowych okręgach wyborczych i o przywróceniu wieku szkolnego od siódmego roku życia.
Ale nie! To jeszcze nie koniec! Zadymiło, zakopciło i na salę wtoczył się olbrzymi autobus. "Oto jest BRONCHOBUS!!!" - prowadzący uroczystość ledwo przekrzyczał rozentuzjazmowany tłum. Jak się po chwili dowiedzieliśmy, w Polskę ruszy 314 takich pojazdów, po jednym na każdy powiat. Wszystkie będą wieźć na pokładzie działaczy partyjnych, członków sztabu i wolontariuszy, którzy mają za zadanie agitować i nakłaniać do głosowania na Bronisława Komorowskiego wszędzie tam, gdzie Bronchobus zajedzie. A nazwa pojazdu bierze się stąd, że nie spełnia on europejskiej normy emisji spalin EURO3, w związku z czym zatruwa powietrze tak bardzo, że każdy kto spotka ten autobus na szosie, będzie się musiał natychmiast poddać zabiegowi bronchoskopii...
... a wtedy - zgodnie z dewizą "Smog w każdym powiecie" - spłoszony swego czasu przez Prezydenta Bazyliszek nie będzie już jedynym smokiem w kraju (jedynym, bo ten wawelski to jednak dinozaur, co udowodnił swego czasu profesor dendrologii stosowanej - pan Giertych senior).
Oczywiście, Bronchobusy nie będą jedynie wozić działaczy i zmieniać składu chemicznego polskiego powietrza. Zaplanowano szereg atrakcji dla ludu wszędzie tam, gdzie się pojawią. Będzie rzecz jasna poczęstunek, z tym że nie będzie to - jak nas solennie zapewniono w sztabie - żadna kiełbasa wyborcza. Będzie za to rosół z dziada-pradziada oraz dziczyzna upolowana osobiście przez Bronisława Komorowskiego, a dla ochłody piwo "Cień kniei". Przygrywać będzie muzyka zespołu "Łowiecka Dawać". Dzieci będą mogły napisać dyktando, a dorośli wziąć udział w teście o Radzie Bezpieczeństwa Narodowego lub postrzelać z fuzji. Każdy kto trafi "dziesiątkę" trzy razy z rzędu otrzyma zdjęcie Prezydenta z autografem, a jeśli dodatkowo uczyni to z zawiązanymi oczami, będzie mógł zadać osobiste pytanie Małgorzacie Pomidor. Wreszcie, w Bronchobusach będzie można nabyć polecaną osobiście przez Bronisława Komorowskiego bestsellerową pozycję książkową pt. "Jak złowić jelenia - myślistwo i polityka dla średniozaawansowanych".
Po tych zapowiedziach, pojazdy oklejone podobiznami Prezydenta oraz reklamami sponsorów kampanii ("OSIKAM - lampy i żyrandole, profesjonalne oświetlenie pałaców i zabytkowych wnętrz"; "GRUBY ZWIERZ - sklep internetowy, wszystko dla myśliwych", "WĄS-KILLER - trymery do zarostu tak ostre, że ścinają z nóg!"), ruszyły w Polskę.
A gdy kurz opadł, na osypanym konfetti podeście zobaczyliśmy sylwetkę Bronisława Komorowskiego.
- Jak to, Panie Prezydencie, to pan nie pojechał Bronchobusem? - pytamy
- Bynajmniej! Słyszeliście, że jeden z moich konkurentów będzie prowadził kampanię z samolotu?
- Tak, to Janusz Korwin-Mikke - odpowiadamy
- No właśnie! Więc ja nie mogę być gorszy! Za chwilę zakładam gogle, pilotkę i ruszam w Polskę drogą powietrzną. Na drzwiach od stodoły!
- Ach tak... A daleko pan na tych drzwiach od stodoły zaleci?
- Ho ho ho!
7. marca 2015, 23:05 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
"Bronek, Bronek, Bronek!!!" - ochrypłym głosem skandowała cała sala już drugą godzinę, aż wreszcie główny bohater uroczystości wkroczył na scenę dziarskim krokiem, ubrany w koszulkę z napisem "Let Me Entertain Yoó!". Niezbyt czytelny przekaz hasła wyjaśnił się chwilę potem, gdy Prezydent zapewnił, że potrafi wyciągać wnioski z popełnionych gaf i odtąd już żadne krzyki i płacze nie przekonają go, że tam gdzie jest "ó" powinno być "u".
Bronisław Komorowski w krótkich żołnierskich słowach podziękował przybyłym gościom, po czym zapewnił, że motywem przewodnim jego kampanii będą zgoda i bezpieczeństwo, a następnie zaintonował oficjalną pieśń swojej kampanii. Song zaczyna się od słów: "Pojedziemy na łów, na łów, towarzyszu mój; Dorżniemy watahy, dorżniemy też sfory i dorżniemy rój".
Po tym jakże podniosłym i majestatycznym wykonaniu kampanijnego hymnu, na mównicę zaproszono znane osoby ze świata mediów, sportu i kultury, które oficjalnie udzieliły swego poparcia Bronisławowi Komorowskiemu. Wśród owych cenionych postaci znaleźli się między innymi: bokser Przemysław Saletra, żużlowiec Tomasz Gołąb, satyryk Maciej Szczur, reżyser Agnieszka Niderland, kuchenny autorytet Magda Gęśler, piosenkarz spod samiuśkich Tater - Sebastian Kurpiel-Bagietka, aktorka światowego formatu - Alicja Gąsienica-Dżdżownica, dziennikarka znana z programu "Rozmowy w mroku" - Ewa Strzyga, oraz wreszcie muzykalni bliźniacy - bracia Stolec, znani z przebojowej kapeli "Stolec Orkiestra".
Każda z tych osób krótko opowiedziała, dlaczego popiera Bronisława Komorowskiego w jego staraniach o Mały Biały Domek. Jednak dopiero chwilę potem miała miejsce prawdziwa niespodzianka tej konwencji. Zza kulis, przy aplauzie publiczności, wybiegł sam Gaweł Gawlikowski - reżyser, twórca najgłośniejszego polskiego filmu ostatnich miesięcy, dzieła pod tytułem "Id", opowiadającego o odradzaniu się polskiego nurtu psychoanalizy w trudnych latach powojennych. Prowadzący uroczystość przez dobre pięć minut wymieniał wszystkie nagrody, którymi wyróżniono film Gawlikowskiego na najważniejszych światowych festiwalach. Od najbardziej prestiżowej, czyli Oskarda, po nie mniej znaczące Złote Groby, Złote Lwice, Złote Kaczki oraz nagrodę NAFTA.
Prezydent podziwiał statuetki przyniesione przez reżysera, po czym w swoim stylu skomentował wielkość figurki Złotej Kaczki:
"Niezbyt duża jest ta kaczka, jakoś taka niedożywiona chyba... A za moich czasów to były kaczki! Jak się szło na polowanie, to jak one się wzbijały w powietrze, to słońce potrafiły zasłonić na długie godziny. Olbrzymie okazy, dorodne, tak tak, tak to drzewiej bywało... A u każdej szpony jak u orła, zęby wielkie i ostre jak u wilka. Jak raz jednego uczestnika nagonki trzepnęła skrzydłem, to chłopak był jedną nogą u Abrahama. A innym razem, posłuchajcie Państwo, bo to jest ciekawa historia, doniesiono mi, że podziemia Warszawy terroryzuje pewna wyjątkowo złośliwa złota kaczka. Mieszkańcom stolicy, porządnym obywatelom, nakradła mnóstwo złota i kosztowności, śmiercią groziła, niewiasty i dziatwę więziła, no straszne historie, dajcie państwo wiarę. A ja wtedy akurat na polowaniu w Budzie Ruskiej przebywałem, mamuta tropiliśmy z kolegą z bractwa kurkowego już trzeci tydzień, wyjątkowo przebiegłe stworzenie... Ten mamut znaczy się, nie kolega. Bo kolega wyjątkowo porządny człowiek, Dimitrij, Rosjanin spod Ufy. Ale o czym to ja...? Aha, i wtedy przybiega ten posłaniec z Warszawy, że ta kaczka tam... No to ja na koń wsiadłem i do stolicy co koń wyskoczy. I schodzę w podziemia. Pięć dni proszę państwa, pięć dni bez jedzenia i kropli wody tą bestię tropiłem po warszawskich kazamatach. Szczury z piskiem uciekały mi spod stóp, bezdomni ostatnią kromką chleba się dzielili. I raz, jak byłem gdzieś pod Starym Rynkiem, to wyłazi nagle takie paskudztwo, zielone całe, oczy wilcze, ruchy kocie, ogon długi jak dług publiczny. No mówię państwu, do kaczki niepodobne, więc się go pytam: "Ktoś ty?". A to mi mówi, że on jest Bazyl i coś tam dalej, nazwisko już zapomniałem, Liszek czy Lisiak, i mi mówi jeszcze - posłuchajcie państwo - że on mnie w kamień zamieni. A ja mu na to, że w kamień to mnie dopiero po moim trupie zamienią i na Krakowskim Przedmieściu przed Pałacem ustawią na wiekuistą dla narodu pamiątkę. Wtedy jak on się - uwierzcie państwo - przeraził, jak ogon podwinął, jak czmychnął w te czeluście na oślep, to mówię państwu - takie korytarze wydrążył, że pani Hania nasza kochana, jak metro budowała, to już miała ułatwione zadanie. Tak tak, to - nie chwaląc się - również dzięki mnie nasze metro warszawskie w tak błyskawicznym tempie mogło powstać... Ale ta kaczka, no właśnie... No więc idę ja dalej, u kresu sił i wytrzymałości, i nagle światło takie złote w oddali. Widzę ją. Siedzi sobie na górze złotych dukatów, puszy się jak oligarcha jakaś, jak nabab turecki, wyobraźcie sobie państwo. I mi jeszcze grozić zaczyna, że ona mnie przed Trybunał Stanu postawi, że mnie zamknie w więzieniu, od zdrajców i agentów wyzywa. A kły u niej jak szable, mówię państwu! I skrzydłami jeszcze bije. Ale ja wtedy jak fuzję z pleców zdjąłem, jak wypaliłem jej w te złowieszcze ślepia! Tak - za przeproszeniem - pieprznęło, proszę państwa, tak ziemia zadrżała, tak zatrzęsło, tak wielkie nastąpiły ruchy podłoża, że od tej chwili ulica Tamka w Warszawie jest cała pochyła! Ho ho!"
Zakończenie przemówienia niespodziewanym okrzykiem sprawiło, że cztery osoby na widowni aż podskoczyły na swoich krzesłach. Wszyscy pozostali natomiast mniej lub bardziej gwałtownie wybudzili się tymczasem z drzemki i aplauzem nagrodzili opowieść Pana Prezydenta.
Nie był to jednak koniec emocji. Prowadzący konwencję przedstawił bowiem trzy najważniejsze osoby w sztabie wyborczym Bronisława Komorowskiego. Towarzystwo niezwykle międzynarodowe. Szefem sztabu został Raymond Tusk, lobbysta i człek obyty w polityce, który musiał w trybie pilnym emigrować ze Stanów Zjednoczonych do kraju swoich przodków, ponieważ popadł w jakieś zatargi z wiceprezydentem USA Frankiem Underwoodem. Głównym strategiem kampanii został natomiast pochodzący z Rosji radzieckiej zakonnik, brat Anastazy Słupkow-Sondażow z bractwa Pijarów, jak wieść niesie - podobno potomek samego Raz Putina. Wreszcie, rzecznikiem prasowym sztabu Bronisława Komorowskiego ogłoszono panią Małgorzatę Pomidor. Jej znakiem rozpoznawczym ma być fakt, że na każde pytanie dziennikarzy będzie odpowiadać: "pomidor!".
A potem nastąpiło najbardziej wyczekiwane wydarzenie dnia. Ogłoszenie hasła kampanii wyborczej Bronisława Komorowskiego. Tekst odsłonił uroczyście Pan Prezydent wraz z Małżonką. Pociągnęli za sznurki i oczom widzów ukazało się wypisane olbrzymią czcionką hasło: "HO HO HO".
- Oto jest hasło na trudne i niebezpieczne czasy! - z dumą stwierdziła Agnieszka Niderland
- Proste, a ileż treści niesie w sobie! - wtórował jej Maciej Szczur
O komentarz specjalnie dla nas pokusił się też sam Raymond Tusk, który - jak się okazało - doskonale pamięta ojczystą mowę. Nowy szef sztabu zauważył, że hasło to doskonale łączy wszystkie grupy społeczne, a właśnie jedność oraz integracja narodu są myślą przewodnią tej kampanii. Tusk dodał również, że hasło to stanowi uniwersalną odpowiedź na wiele trudnych pytań, które mogą się pojawić w trakcie kampanii wyborczej:
- Co Pan Prezydent zamierza zrobić dla kraju w kolejnej kadencji? - HO HO HO!
- Jak żyć, Panie Prezydencie? - HO HO HO!
- Ile pieniędzy wydał Pan na kampanię wyborczą? - HO HO HO!
- Jak długo jeszcze dług publiczny będzie rosnąć? - HO HO HO!
- Jak bardzo zadłużony jest ZUS? - HO HO HO!
- Co będzie jeśli Rosja na nas napadnie? - HO HO HO!
- Podoba się Panu pani kanclerz Niemiec? - HO HO HO!
I wydawałoby się, że w tym momencie uroczystość można by już zakończyć. Przemówili najważniejsi goście. Znamy hymn, hasło oraz skład sztabu wyborczego. W niebo wzbiły się setki balonów, chińskie lampiony oraz białe gołębie (w ostatniej chwili ktoś powstrzymał Prezydenta, który na ten widok odruchowo zaczął szukać swojej dubeltówki). Na gości runęły kilogramy konfetti, wyprodukowanego z list podpisów pod obywatelskimi projektami ustaw o jednomandatowych okręgach wyborczych i o przywróceniu wieku szkolnego od siódmego roku życia.
Ale nie! To jeszcze nie koniec! Zadymiło, zakopciło i na salę wtoczył się olbrzymi autobus. "Oto jest BRONCHOBUS!!!" - prowadzący uroczystość ledwo przekrzyczał rozentuzjazmowany tłum. Jak się po chwili dowiedzieliśmy, w Polskę ruszy 314 takich pojazdów, po jednym na każdy powiat. Wszystkie będą wieźć na pokładzie działaczy partyjnych, członków sztabu i wolontariuszy, którzy mają za zadanie agitować i nakłaniać do głosowania na Bronisława Komorowskiego wszędzie tam, gdzie Bronchobus zajedzie. A nazwa pojazdu bierze się stąd, że nie spełnia on europejskiej normy emisji spalin EURO3, w związku z czym zatruwa powietrze tak bardzo, że każdy kto spotka ten autobus na szosie, będzie się musiał natychmiast poddać zabiegowi bronchoskopii...
... a wtedy - zgodnie z dewizą "Smog w każdym powiecie" - spłoszony swego czasu przez Prezydenta Bazyliszek nie będzie już jedynym smokiem w kraju (jedynym, bo ten wawelski to jednak dinozaur, co udowodnił swego czasu profesor dendrologii stosowanej - pan Giertych senior).
Oczywiście, Bronchobusy nie będą jedynie wozić działaczy i zmieniać składu chemicznego polskiego powietrza. Zaplanowano szereg atrakcji dla ludu wszędzie tam, gdzie się pojawią. Będzie rzecz jasna poczęstunek, z tym że nie będzie to - jak nas solennie zapewniono w sztabie - żadna kiełbasa wyborcza. Będzie za to rosół z dziada-pradziada oraz dziczyzna upolowana osobiście przez Bronisława Komorowskiego, a dla ochłody piwo "Cień kniei". Przygrywać będzie muzyka zespołu "Łowiecka Dawać". Dzieci będą mogły napisać dyktando, a dorośli wziąć udział w teście o Radzie Bezpieczeństwa Narodowego lub postrzelać z fuzji. Każdy kto trafi "dziesiątkę" trzy razy z rzędu otrzyma zdjęcie Prezydenta z autografem, a jeśli dodatkowo uczyni to z zawiązanymi oczami, będzie mógł zadać osobiste pytanie Małgorzacie Pomidor. Wreszcie, w Bronchobusach będzie można nabyć polecaną osobiście przez Bronisława Komorowskiego bestsellerową pozycję książkową pt. "Jak złowić jelenia - myślistwo i polityka dla średniozaawansowanych".
Po tych zapowiedziach, pojazdy oklejone podobiznami Prezydenta oraz reklamami sponsorów kampanii ("OSIKAM - lampy i żyrandole, profesjonalne oświetlenie pałaców i zabytkowych wnętrz"; "GRUBY ZWIERZ - sklep internetowy, wszystko dla myśliwych", "WĄS-KILLER - trymery do zarostu tak ostre, że ścinają z nóg!"), ruszyły w Polskę.
A gdy kurz opadł, na osypanym konfetti podeście zobaczyliśmy sylwetkę Bronisława Komorowskiego.
- Jak to, Panie Prezydencie, to pan nie pojechał Bronchobusem? - pytamy
- Bynajmniej! Słyszeliście, że jeden z moich konkurentów będzie prowadził kampanię z samolotu?
- Tak, to Janusz Korwin-Mikke - odpowiadamy
- No właśnie! Więc ja nie mogę być gorszy! Za chwilę zakładam gogle, pilotkę i ruszam w Polskę drogą powietrzną. Na drzwiach od stodoły!
- Ach tak... A daleko pan na tych drzwiach od stodoły zaleci?
- Ho ho ho!
7. marca 2015, 23:05 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
środa, 4 czerwca 2014
trzynaście mgnień wiosny
Czyli wizyta Prezydenta USA Baracka Obamy w Polsce od kuchni...
08:43 Zulu, Płyta lotniska im. Chopina w Warszawie
Air Force One z Prezydentem Stanów Zjednoczonych na pokładzie miękko przyziemia na płycie lotniska. Po kilkuminutowym oczekiwaniu, w otwartych drzwiach samolotu pojawia się sylwetka Baracka Obamy. Pozdrawia zebranych, po czym rusza schodkami w dół, podziwiając jednocześnie rozbudowany terminal warszawskiego lotniska. Naprzeciw wychodzi mu Prezydent RP, Bronisław Komorowski. Spotykają się, Obama ściska dłoń polskiego prezydenta, mierzy wzrokiem jego sylwetkę, ułamek sekundy dłużej zatrzymuje się na tułowiu, po czym mówi:
- Bronek! I guess the airport isn't the only place that has expanded.
Obaj prezydenci wybuchają śmiechem.
09:17 Zulu, Hangar na lotnisku im. Chopina w Warszawie
Barack Obama wita się z amerykańskimi żołnierzami stacjonującymi w polskich bazach. Chwilę potem rozpoczyna się briefing z udziałem obydwóch prezydentów. Barack Obama zabiera głos:
- Dzię dobły! I'm really glad to be here. But let me speak your language for a change - prezydent uśmiecha się i poprawia posturę - Well, twenty five years ago, tu w Polsce, wszysko sie zacieło...
Wtem nieoczekiwanie mikrofon odmawia posłuszeństwa.
- I nic się pod tym względem nie zmieniło - szepcze jeden z agentów zabezpieczających lotnisko do drugiego, gdy służby techniczne mocują się z felernym mikrofonem.
09:58 Zulu, wnętrze samochodu Prezydenta USA
Cadillac One rusza spod lotniska im. Chopina w kierunku Belwederu. Barack Obama prosi swojego asystenta, aby opowiadał mu o Warszawie, o miejscach, które mijają.
- Well - asystent rzuca okiem na nawigację satelitarną - this is Żwirki i Wigury Street.
- Szwir... Dżwir... OK, forget that... - rzuca poirytowany Obama
11:05 Zulu, Belweder, Warszawa
- We don't have a better friend anywhere in the world than Poland - pompatycznie podkreśla Barack Obama podczas konferencji prasowej w Belwederze - Except Israel. And France. And Italy. And United Kingdom. And Germany. And Japan. And Sweden. And The Netherlands. And Switzerland. And St. Kitts & Nevis. And Botofago... What? It's not a country? A soccer team?!... Whatever... They're our friends too!
12:12 Zulu, Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, Warszawa
Poczęstunek dla Prezydenta USA i jego delegacji, z udziałem Premiera Donalda Tuska. Barack Obama zachwyca się podanymi owocami:
- Wow, these strawberries are delicious! How do you call them in Polish?
- Truskawki - odpowiada tłumacz
- TUSKAFKI? - dziwi się Obama, po czym zwraca się do polskiego Premiera - Is it just your own line of strawberries or did you change the whole name?
12:23 Zulu, plac przed Belwederem, Warszawa
Prezydent Bronisław Komorowski rozmawia z dziennikarzami.
- Panie Prezydencie, czy w tej krótkiej rozmowie z Prezydentem Obamą poruszył pan sprawę zniesienia wiz dla Polaków?
- Proszę państwa, nie ma powodów do obaw - zapewnia Prezydent Komorowski - Oczywiście, poruszyłem ten temat i pan Prezydent Obama zapewnił mnie, że sprawa została już załatwiona! Wizy dla obywateli Polski zostały zniesione w ubiegłym miesiącu. Wcześniej znajdowały się w gabinecie na trzecim piętrze, a teraz są na parterze.
12:47 Zulu, gabinet w budynku Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Warszawa
Dwóch Bardzo Ważnych Urzędników Kancelarii rozmawia na temat planu wizyty Baracka Obamy.
- Ty, a co Obama właściwie robi popołudniu? - pyta jeden z nich, wyraźnie "wczorajszy"
- Po obiedzie ma drugie spotkanie z Komorowskim, nieco dłuższe - wylicza drugi - A w międzyczasie jedzie obejrzeć malarstwo barokowe.
- Barakowe? Nie obrazi się..?
- BAROKOWE, idioto! To taki styl w sztuce. Caravaggio, Esteban Murillo, nie słyszałeś?
- Aaa, jasne, że słyszałem! Czekaj, czekaj... Ten pierwszy to chyba Inter Mediolan, a ten drugi to... eee... już wiem! Reprezentacja Brazylii w siatkówce! Albo Argentyny... Ale na pewno nie gra w Europie! Chyba, że w jakiejś drugiej lidze...
13:01 Zulu, Hotel "Marriott", Warszawa
Craig, szef ochrony Baracka Obamy, przygładza lśniące od potu i brylantyny włosy, po czym poprawia tkwiącą w uchu słuchawkę. W tej samej sekundzie rozlega się w niej głos:
- Boss, we have a situation here! Come to the lobby, now.
Craig zbiega trzynaście pięter po schodach. Pięć lat służby w Blackwater sprawiło, że ma się jednak tę kondycję. Na dole zastaje przedziwny widok. Polscy ochroniarze hotelu nie chcą przepuścić wysokiego mężczyzny w białym stroju, który jest wyraźnie wyprowadzony z równowagi.
- OK, people, calm down! - uspokaja nastroje Craig, po czym zwraca się do faceta w bieli - Excuse me sir, who are you?
- Wojciech Modest Amaro - odpowiada perfekcyjną angielszczyzną zapytany - Chef, restaurateur, television personality. I'm responsible for the dinner for President Obama.
- So where is the problem? - pyta Craig
- They didn't let me in - poirytowany Amaro wskazuje na ochroniarzy
- Why?
- Because of this - kucharz podnosi do góry worek pełen białego proszku
- To jest wąglik! Zaraz wybuchnie! - wrzeszczy jeden z ochroniarzy, a drugi chowa się pod biurko i przykrywa dłońmi głowę
- Żaden wąglik do ku**y nędzy!!! - piekli się Amaro - To jest mąka orkiszowa. Potrzebuję jej do przygotowania obiadu dla Prezydenta.
- To wąglik - spod biurka słychać głos ochroniarza - Widziałem w telewizji taki sam!
- Paul, what the hell they are talking about?! - wkurzony Craig zagaduje swojego polskiego asystenta - Pawła, który przed chwilą również pojawił się na miejscu
- The security guard claims it's anthrax - Paweł wskazuje na torbę z mąką
- Noł, noł anthrax! - protestuje pierwszy z ochroniarzy - Anthrax to jest taka kapela metalowa, mój syn ich słucha. A to jest wąglik! WĄ-GLIK!
- God damn it... - mruczy pod nosem Craig, bierze worek od Amaro, zanurza w niej ośliniony palec i próbuje. - Flour - orzeka po chwili
Sytuacja opanowana, wszyscy się rozchodzą.
- A po mojemu to i tak jest wąglik - mówi pierwszy z ochroniarzy, po czym krzyczy za odchodzącymi agentami - Żeby nie było, że nie ostrzegaliśmy! Zobaczycie, to będzie piekielna kuchnia!
14:28 Zulu, Hotel "Marriott", Warszawa
Prezydent USA oblizuje się po obiedzie, sięga po serwetkę, po czym gestem przywołuje swojego asystenta.
- Jim, remind me my schedule for tomorrow.
- Yes, Mr President - prostuje się Jim i zaczyna wyliczać - First, there is an appointment with Petro Poroszenko, President of the Ukraine, King of Chocolate...
- King of Chocolate?! - przerywa mu Obama - Are you trying to insult me?
- Of course not, Mr President. This man is the owner of chocolate factory.
- Hmmm, you know what, Jim? - zastanawia się Obama - Those Polish and Russian names are so difficult... Poroshenko, Tymoshenko, Komorovski, Putin...
- What?
- What "what"?!
- You said "Put in", Mr President... So I asked what are you expecting me to put in...
- Jim, for God sake! Are you out of your mind?! There are wires, microphones everywhere... Do you want another sex scandal?!
- No, of course not!
- OK then... So I was wondering if this King of Chocolate guy wouldn't mind when I'll call him "Willy Wonka"? You know, because of the factory...
- Who knows, Mr President... Those people from Eastern Europe have bizarre sense of humor... Do you remember the previous President of Ukraine? Janukovych? He was trying to call you as "The Dark Lord"...
- And that's why he must gone... - uśmiechnął się złowieszczo Barack Obama
18:12 Zulu, Zamek Królewski, Warszawa
Uroczysta kolacja z udziałem Prezydenta USA i wielu znamienitych gości ze świata polityki. Barack Obama trąca się kieliszkami szampana z Lechem Wąłesą.
- Mr Wałęsa, what about your moustache? - zagaja Obama - It's so old fashioned, especially these days. Look at President Komorovski.
Lech Wałęsa prosi asystenta o przetłumaczenie, po czym wyraźnie wzburzony odpowiada:
- O nie, ja się ogolić nie pozwolę! Noszę wąsy od przedwojny...
20:41 Zulu, Hotel "Marriott", Warszawa
Prezydent Obama z ciężkim westchnieniem opada na łóżko w swoim apartamencie. Zdejmuje buty, rozmasowuje stopy i przywołuje swojego asystenta.
- What a day, Jim, what a day... - wzdycha - So, tell me, what they have planned for us for the evening? I'm hoping for a great fun.
- Well, Mr President, there is a Light and Sound Show. Then the fireworks...
- Fireworks? Come on... It's boring... - krzywi się Obama - I'd rather watch a basketball game. What have you got?
- Hmmm, there are men's finals currently...
- Fantastic! Which teams are playing?
- Emmm... Stelmet Zielona Góra and PGE Turów Zgorzelec - Jim recytuje z podręcznego tabletu - Third game between them starts right now.
- Żelona... what? Zgoszelec...?
- Zielona Góra. It means "Green Mountain" - wyjaśnia asystent
- Green Mountain?! - dziwi się Barack Obama - No, sounds like narcotics... And the other team?
- Turów. From "tur", such animal, similar to bull...
- Bull? Awesome! Like Chicago Bulls, my favourite team. I like this... Tooruff! - uśmiecha się Prezydent - Do they have a TV here?
- Yes, Mr President.
- Great. Bring it on!
21:30 Zulu, Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, Warszawa
Na korytarzach budynku wielkie poruszenie. Wszyscy biegają bez celu, a atmosfera jest nerwowa i napięta. Do budynku wchodzi Radek Sikorski, Minister Spraw Zagranicznych.
- A co tu u was tak gwarno o tej porze? - zaczepia pierwszego z brzegu urzędnika
- Panie ministrze, niedobrze - zeznaje krawaciarz, trzęsąc się jak osika - Prezydent Obama obiecał nam dzisiaj miliard dolarów na zbrojenia, prawda?
- No tak, i co z tego? - dziwi się Sikorski
- Ale przecież Amerykanie nie mają takiej liczby jak miliard! U nich jest milion, a potem od razu bilion... Więc jak będzie mógł dać nam coś, czego nie ma...?
- Cholera... faktycznie - zasępia się minister, który oczami wyobraźni jeszcze przed chwilą widział siebie podpisującego jako przedstawiciel Rządu kontrakt z firmą Sikorsky na dostawę śmigłowców bojowych - Czyli Amerykanie znowu nas wycyckali?
- Na to wygląda... A co będzie jak się premier dowie? O Boże... - urzędnik niemal płacze
- Nie, spokojnie, Donalda biorę na siebie... - myśli głośno Sikorski - Ale nie mówcie Kaczyńskiemu! Te jego dwa miliardy złotych na inwestycje zupełnie zbledły przy miliardzie dolarów od Obamy. Więc ten miliard musi się znaleźć. Hmm... Wiem! Podniesiemy wiek emerytalny do 89 lat. Ta liczba się ostatnio tak dobrze kojarzy, wolne wybory 1989 roku... Powiemy ludziom, że to w nagrodę za wywalczoną wolność ćwierć wieku temu i takie tam... Łykną to jak gęś kluski! No, to cześć pracy.
22:21 Zulu, ostatnie piętro Hotelu Marriott, Warszawa
Prezydent Obama krząta się w swoim apartamencie. Przy okazji, korzystając z pomocy asystenta i polskiego tłumacza, próbuje napisać przemówienie na jutro. Nagle do pokoju wchodzi, w asyście szefa ochrony, hotelowa pokojówka (P). Zadaje pytanie, które tłumacz (T) natychmiast przekłada Prezydentowi (O).
(T): - Mr President, she wants to know if you have your evening slippers or not.
(O): - I've got.
(T): - Mówi, że ma.
(P): - Jeden czy dwa?
(T): - One or both?
(O): - Both
(T): - Oba ma.
PS.
08:43 Zulu, Płyta lotniska im. Chopina w Warszawie
Air Force One z Prezydentem Stanów Zjednoczonych na pokładzie miękko przyziemia na płycie lotniska. Po kilkuminutowym oczekiwaniu, w otwartych drzwiach samolotu pojawia się sylwetka Baracka Obamy. Pozdrawia zebranych, po czym rusza schodkami w dół, podziwiając jednocześnie rozbudowany terminal warszawskiego lotniska. Naprzeciw wychodzi mu Prezydent RP, Bronisław Komorowski. Spotykają się, Obama ściska dłoń polskiego prezydenta, mierzy wzrokiem jego sylwetkę, ułamek sekundy dłużej zatrzymuje się na tułowiu, po czym mówi:
- Bronek! I guess the airport isn't the only place that has expanded.
Obaj prezydenci wybuchają śmiechem.
09:17 Zulu, Hangar na lotnisku im. Chopina w Warszawie
Barack Obama wita się z amerykańskimi żołnierzami stacjonującymi w polskich bazach. Chwilę potem rozpoczyna się briefing z udziałem obydwóch prezydentów. Barack Obama zabiera głos:
- Dzię dobły! I'm really glad to be here. But let me speak your language for a change - prezydent uśmiecha się i poprawia posturę - Well, twenty five years ago, tu w Polsce, wszysko sie zacieło...
Wtem nieoczekiwanie mikrofon odmawia posłuszeństwa.
- I nic się pod tym względem nie zmieniło - szepcze jeden z agentów zabezpieczających lotnisko do drugiego, gdy służby techniczne mocują się z felernym mikrofonem.
09:58 Zulu, wnętrze samochodu Prezydenta USA
Cadillac One rusza spod lotniska im. Chopina w kierunku Belwederu. Barack Obama prosi swojego asystenta, aby opowiadał mu o Warszawie, o miejscach, które mijają.
- Well - asystent rzuca okiem na nawigację satelitarną - this is Żwirki i Wigury Street.
- Szwir... Dżwir... OK, forget that... - rzuca poirytowany Obama
11:05 Zulu, Belweder, Warszawa
- We don't have a better friend anywhere in the world than Poland - pompatycznie podkreśla Barack Obama podczas konferencji prasowej w Belwederze - Except Israel. And France. And Italy. And United Kingdom. And Germany. And Japan. And Sweden. And The Netherlands. And Switzerland. And St. Kitts & Nevis. And Botofago... What? It's not a country? A soccer team?!... Whatever... They're our friends too!
12:12 Zulu, Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, Warszawa
Poczęstunek dla Prezydenta USA i jego delegacji, z udziałem Premiera Donalda Tuska. Barack Obama zachwyca się podanymi owocami:
- Wow, these strawberries are delicious! How do you call them in Polish?
- Truskawki - odpowiada tłumacz
- TUSKAFKI? - dziwi się Obama, po czym zwraca się do polskiego Premiera - Is it just your own line of strawberries or did you change the whole name?
12:23 Zulu, plac przed Belwederem, Warszawa
Prezydent Bronisław Komorowski rozmawia z dziennikarzami.
- Panie Prezydencie, czy w tej krótkiej rozmowie z Prezydentem Obamą poruszył pan sprawę zniesienia wiz dla Polaków?
- Proszę państwa, nie ma powodów do obaw - zapewnia Prezydent Komorowski - Oczywiście, poruszyłem ten temat i pan Prezydent Obama zapewnił mnie, że sprawa została już załatwiona! Wizy dla obywateli Polski zostały zniesione w ubiegłym miesiącu. Wcześniej znajdowały się w gabinecie na trzecim piętrze, a teraz są na parterze.
12:47 Zulu, gabinet w budynku Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Warszawa
Dwóch Bardzo Ważnych Urzędników Kancelarii rozmawia na temat planu wizyty Baracka Obamy.
- Ty, a co Obama właściwie robi popołudniu? - pyta jeden z nich, wyraźnie "wczorajszy"
- Po obiedzie ma drugie spotkanie z Komorowskim, nieco dłuższe - wylicza drugi - A w międzyczasie jedzie obejrzeć malarstwo barokowe.
- Barakowe? Nie obrazi się..?
- BAROKOWE, idioto! To taki styl w sztuce. Caravaggio, Esteban Murillo, nie słyszałeś?
- Aaa, jasne, że słyszałem! Czekaj, czekaj... Ten pierwszy to chyba Inter Mediolan, a ten drugi to... eee... już wiem! Reprezentacja Brazylii w siatkówce! Albo Argentyny... Ale na pewno nie gra w Europie! Chyba, że w jakiejś drugiej lidze...
13:01 Zulu, Hotel "Marriott", Warszawa
Craig, szef ochrony Baracka Obamy, przygładza lśniące od potu i brylantyny włosy, po czym poprawia tkwiącą w uchu słuchawkę. W tej samej sekundzie rozlega się w niej głos:
- Boss, we have a situation here! Come to the lobby, now.
Craig zbiega trzynaście pięter po schodach. Pięć lat służby w Blackwater sprawiło, że ma się jednak tę kondycję. Na dole zastaje przedziwny widok. Polscy ochroniarze hotelu nie chcą przepuścić wysokiego mężczyzny w białym stroju, który jest wyraźnie wyprowadzony z równowagi.
- OK, people, calm down! - uspokaja nastroje Craig, po czym zwraca się do faceta w bieli - Excuse me sir, who are you?
- Wojciech Modest Amaro - odpowiada perfekcyjną angielszczyzną zapytany - Chef, restaurateur, television personality. I'm responsible for the dinner for President Obama.
- So where is the problem? - pyta Craig
- They didn't let me in - poirytowany Amaro wskazuje na ochroniarzy
- Why?
- Because of this - kucharz podnosi do góry worek pełen białego proszku
- To jest wąglik! Zaraz wybuchnie! - wrzeszczy jeden z ochroniarzy, a drugi chowa się pod biurko i przykrywa dłońmi głowę
- Żaden wąglik do ku**y nędzy!!! - piekli się Amaro - To jest mąka orkiszowa. Potrzebuję jej do przygotowania obiadu dla Prezydenta.
- To wąglik - spod biurka słychać głos ochroniarza - Widziałem w telewizji taki sam!
- Paul, what the hell they are talking about?! - wkurzony Craig zagaduje swojego polskiego asystenta - Pawła, który przed chwilą również pojawił się na miejscu
- The security guard claims it's anthrax - Paweł wskazuje na torbę z mąką
- Noł, noł anthrax! - protestuje pierwszy z ochroniarzy - Anthrax to jest taka kapela metalowa, mój syn ich słucha. A to jest wąglik! WĄ-GLIK!
- God damn it... - mruczy pod nosem Craig, bierze worek od Amaro, zanurza w niej ośliniony palec i próbuje. - Flour - orzeka po chwili
Sytuacja opanowana, wszyscy się rozchodzą.
- A po mojemu to i tak jest wąglik - mówi pierwszy z ochroniarzy, po czym krzyczy za odchodzącymi agentami - Żeby nie było, że nie ostrzegaliśmy! Zobaczycie, to będzie piekielna kuchnia!
14:28 Zulu, Hotel "Marriott", Warszawa
Prezydent USA oblizuje się po obiedzie, sięga po serwetkę, po czym gestem przywołuje swojego asystenta.
- Jim, remind me my schedule for tomorrow.
- Yes, Mr President - prostuje się Jim i zaczyna wyliczać - First, there is an appointment with Petro Poroszenko, President of the Ukraine, King of Chocolate...
- King of Chocolate?! - przerywa mu Obama - Are you trying to insult me?
- Of course not, Mr President. This man is the owner of chocolate factory.
- Hmmm, you know what, Jim? - zastanawia się Obama - Those Polish and Russian names are so difficult... Poroshenko, Tymoshenko, Komorovski, Putin...
- What?
- What "what"?!
- You said "Put in", Mr President... So I asked what are you expecting me to put in...
- Jim, for God sake! Are you out of your mind?! There are wires, microphones everywhere... Do you want another sex scandal?!
- No, of course not!
- OK then... So I was wondering if this King of Chocolate guy wouldn't mind when I'll call him "Willy Wonka"? You know, because of the factory...
- Who knows, Mr President... Those people from Eastern Europe have bizarre sense of humor... Do you remember the previous President of Ukraine? Janukovych? He was trying to call you as "The Dark Lord"...
- And that's why he must gone... - uśmiechnął się złowieszczo Barack Obama
18:12 Zulu, Zamek Królewski, Warszawa
Uroczysta kolacja z udziałem Prezydenta USA i wielu znamienitych gości ze świata polityki. Barack Obama trąca się kieliszkami szampana z Lechem Wąłesą.
- Mr Wałęsa, what about your moustache? - zagaja Obama - It's so old fashioned, especially these days. Look at President Komorovski.
Lech Wałęsa prosi asystenta o przetłumaczenie, po czym wyraźnie wzburzony odpowiada:
- O nie, ja się ogolić nie pozwolę! Noszę wąsy od przedwojny...
20:41 Zulu, Hotel "Marriott", Warszawa
Prezydent Obama z ciężkim westchnieniem opada na łóżko w swoim apartamencie. Zdejmuje buty, rozmasowuje stopy i przywołuje swojego asystenta.
- What a day, Jim, what a day... - wzdycha - So, tell me, what they have planned for us for the evening? I'm hoping for a great fun.
- Well, Mr President, there is a Light and Sound Show. Then the fireworks...
- Fireworks? Come on... It's boring... - krzywi się Obama - I'd rather watch a basketball game. What have you got?
- Hmmm, there are men's finals currently...
- Fantastic! Which teams are playing?
- Emmm... Stelmet Zielona Góra and PGE Turów Zgorzelec - Jim recytuje z podręcznego tabletu - Third game between them starts right now.
- Żelona... what? Zgoszelec...?
- Zielona Góra. It means "Green Mountain" - wyjaśnia asystent
- Green Mountain?! - dziwi się Barack Obama - No, sounds like narcotics... And the other team?
- Turów. From "tur", such animal, similar to bull...
- Bull? Awesome! Like Chicago Bulls, my favourite team. I like this... Tooruff! - uśmiecha się Prezydent - Do they have a TV here?
- Yes, Mr President.
- Great. Bring it on!
21:30 Zulu, Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, Warszawa
Na korytarzach budynku wielkie poruszenie. Wszyscy biegają bez celu, a atmosfera jest nerwowa i napięta. Do budynku wchodzi Radek Sikorski, Minister Spraw Zagranicznych.
- A co tu u was tak gwarno o tej porze? - zaczepia pierwszego z brzegu urzędnika
- Panie ministrze, niedobrze - zeznaje krawaciarz, trzęsąc się jak osika - Prezydent Obama obiecał nam dzisiaj miliard dolarów na zbrojenia, prawda?
- No tak, i co z tego? - dziwi się Sikorski
- Ale przecież Amerykanie nie mają takiej liczby jak miliard! U nich jest milion, a potem od razu bilion... Więc jak będzie mógł dać nam coś, czego nie ma...?
- Cholera... faktycznie - zasępia się minister, który oczami wyobraźni jeszcze przed chwilą widział siebie podpisującego jako przedstawiciel Rządu kontrakt z firmą Sikorsky na dostawę śmigłowców bojowych - Czyli Amerykanie znowu nas wycyckali?
- Na to wygląda... A co będzie jak się premier dowie? O Boże... - urzędnik niemal płacze
- Nie, spokojnie, Donalda biorę na siebie... - myśli głośno Sikorski - Ale nie mówcie Kaczyńskiemu! Te jego dwa miliardy złotych na inwestycje zupełnie zbledły przy miliardzie dolarów od Obamy. Więc ten miliard musi się znaleźć. Hmm... Wiem! Podniesiemy wiek emerytalny do 89 lat. Ta liczba się ostatnio tak dobrze kojarzy, wolne wybory 1989 roku... Powiemy ludziom, że to w nagrodę za wywalczoną wolność ćwierć wieku temu i takie tam... Łykną to jak gęś kluski! No, to cześć pracy.
22:21 Zulu, ostatnie piętro Hotelu Marriott, Warszawa
Prezydent Obama krząta się w swoim apartamencie. Przy okazji, korzystając z pomocy asystenta i polskiego tłumacza, próbuje napisać przemówienie na jutro. Nagle do pokoju wchodzi, w asyście szefa ochrony, hotelowa pokojówka (P). Zadaje pytanie, które tłumacz (T) natychmiast przekłada Prezydentowi (O).
(T): - Mr President, she wants to know if you have your evening slippers or not.
(O): - I've got.
(T): - Mówi, że ma.
(P): - Jeden czy dwa?
(T): - One or both?
(O): - Both
(T): - Oba ma.
4. czerwca 2014, 01:11 DST, 52.245
°N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
PS.
22:31 DST, Hala MOSiR, Zielona Góra
Turów Zgorzelec przegrywa po dogrywce ze Stelmetem Zielona Góra 92:93. W rywalizacji do czterech zwycięstw, Turów prowadzi jednak 2-1.
http://blogroku.pl/2014/kategorie/trzynal-cie-mgniel-wiosny,axh,tekst.html
http://blogroku.pl/2014/kategorie/trzynal-cie-mgniel-wiosny,axh,tekst.html
sobota, 14 kwietnia 2012
hydraulika Titanica
Specjalna komisja pod przewodnictwem Antoniego Macierewicza ujawniła nowe fakty na temat katastrofy statku morskiego Titanic, która miała miejsce 14. kwietnia 1912 roku. Według niezależnych ekspertów (prof. Hju Jerkalot z USB, dr Karol Kretinek z Czechosłowacji oraz doc. Sem Stuknienty z Republiki Środkowego Ziobrystanu), Titanic nie zatonął od zderzenia z górą lodową. Wszelkie znaki na niebie i pod wodą wskazują, że był to zamach!
Po pierwsze, Titanic miał zbyt mocną konstrukcję, która nie mogła zostać rozerwana przez byle górę lodową. Titanic był okrętem wojskowym, przystosowanym do rejsów w każdych warunkach i gdyby chciał, mógłby przepłynąć Antarktydę wzdłuż, wszerz i w poprzek. Jak czytamy w Raporcie z prac Komisji: "Brzoza... pardon... góra lodowa nie miała prawa uszkodzić poszycia Titanica. Jest to bowiem sprzeczne z prawami fizyki, chemii i socjologii. Statek tej klasy nie tylko nie lęka się gór lodowych, ale też ma możliwość zanurzenia się na głębokość osiemnastu kilometrów i wykonania tam trzech beczek na wino, lub pięciu na kiszoną kapustę".
Po drugie, tuż przed katastrofą słychać było dwie eksplozje (niektórzy z ocalałych pasażerów mówią nawet o trzech). Eksplozje te doprowadzić miały do rozerwania kadłuba Titanica i jego błyskawicznego zatonięcia. Świadkowie donoszą ponadto, że tuż po katastrofie na miejscu tragedii słychać było strzały. Raport z prac Komisji: "Dowody niezbicie wskazują na fakt, że bezpośrednią przyczyną katastrofy były umieszczone na pokładzie Tupolewa... pardon... Titanica bomby. Nasi eksperci jednoznacznie stwierdzili, że w grę wchodzą bomby kuliste, w kształcie grzyba i cygara. Ich obecność w statku tłumaczy fakt, że przed wypłynięciem w rejs, Titanic przechodził generalny przegląd w moskiewskiej stoczni im. Komoruskiego, a bezpośredni nadzór nad remontem sprawował wysoki oficer Wehrmachtu Josef Tusk, pseudonim: "Dziadek" "
Po trzecie, winę za katastrofę ponosi również lądowa obsługa rejsu. Kontrolerzy podawali załodze nieprawdziwe informacje: "na ścieżce, na kursie, stopy wody pod kilem, karaluchy pod poduchy". Jak wykazało niezależne śledztwo Komisji, powyższe informacje to stek bzdur. Pasażerowie nie chodzili po ścieżce, a po deptaku, pierwszy oficer był na szkoleniu, a nie na kursie, pod kilem zaczepiły się wodorosty, natomiast karaluchy zamiast pod poduszką znaleziono w zupie pomidorowej podanej na obiad w klasie drugiej C.
Komisja wykazała także szereg innych zaniedbań, zwłaszcza ze strony Rządu. Raport nie pozostawia wątpliwości, że "doszło do szeregu zaniedbań i bezprawnych działań, a sam rejs do Smoleń... pardon... Nowego Jorku był od początku źle przygotowany i źle zabezpieczony. Wśród owych zaniedbań na plan pierwszy wysuwa się fakt, że na pokładzie statku nie było ani jednego basenu, a jedynie kaczka. Uważamy taką sytuację za niedopuszczalną i jawną drwinę z Głowy Państwa".
I to nie koniec cytatu: "Wnioski z naszych prac nie pozostawiają zatem wątpliwości, że katastrofa Titanica była efektem złej woli wielu nieprzychylnych osób i ukoronowaniem mającego miejsce od miesięcy przemysłu nienawiści". Fakty są niestety nieubłagane (podobnie jak Teleexpress):
- Kapitan nie miał uprawnień do prowadzenia tego typu statków, a jego badania psychomotoryczne przy użyciu Testu Apercepcji Tematycznej były nieaktualne.
- Jego bezpośredni przełożony był pijany niczym polski generał i bełkotał coś alfabetem Morse'a.
- Zapisów rozmów z mostka kapitańskiego ani z przepony marynarskiej nie udało się odczytać, ponieważ zawartość czarnej skrzynki zjadł szczur lądowy.
- Radary zarejestrowały obecność w pobliżu miejsca katastrofy radzieckiego okrętu podwodnego "Ług Kurski", który za pomocą gigantycznego magnesu oddziaływał na przyrządy pomiarowe Titanica, przez co igła kompasu na pokładzie Titanica zamiast północy wskazywała trzecią nad ranem.
- Pomimo obecności gęstej mgły (okoliczności jej pojawienia się pozostają do wyjaśnienia), dany obszar Oceanu nie został zamknięty. Załodze Titanica z niejasnych przyczyn nie zasugerowano oceanu zapasowego.
- Góra lodowa nie posiadała systemu naprowadzania ICE CUBE, ani wymaganego dla gór lądowych i lądolodów powyżej 200 metrów sześciennych zestawu radiolatarni morskich ustawionych na częstotliwość Radia Wolna Amerykanka
- Załoga nie wykonała w odpowiedniej chwili odejścia na drugi krąg piekła
- W kokpicie Titanica przebywały osoby niepowołane: Elvis Presley, zakonnica w przebraniu oraz dostawca pizzy
- Na pokładzie stwierdzono obecność agenta włoskiego wywiadu Leonardo Di Karpio, który tuż przed zderzeniem z górą lodową miał wywierać presję na kapitana słowami: "Płyń, dziadu!"
Wszystko to każe zatem jednoznacznie stwierdzić, że pasażerowie Titanica nie tylko zostali zdradzeni o zmroku, ale też po prostu pozostawieni na lodzie.
Ekshumacje ciał ofiar rozpoczną się w przyszłym tygodniu.
14. kwietnia 2012, 22:55 DST, 52.435 °N, 15.142 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Po pierwsze, Titanic miał zbyt mocną konstrukcję, która nie mogła zostać rozerwana przez byle górę lodową. Titanic był okrętem wojskowym, przystosowanym do rejsów w każdych warunkach i gdyby chciał, mógłby przepłynąć Antarktydę wzdłuż, wszerz i w poprzek. Jak czytamy w Raporcie z prac Komisji: "Brzoza... pardon... góra lodowa nie miała prawa uszkodzić poszycia Titanica. Jest to bowiem sprzeczne z prawami fizyki, chemii i socjologii. Statek tej klasy nie tylko nie lęka się gór lodowych, ale też ma możliwość zanurzenia się na głębokość osiemnastu kilometrów i wykonania tam trzech beczek na wino, lub pięciu na kiszoną kapustę".
Po drugie, tuż przed katastrofą słychać było dwie eksplozje (niektórzy z ocalałych pasażerów mówią nawet o trzech). Eksplozje te doprowadzić miały do rozerwania kadłuba Titanica i jego błyskawicznego zatonięcia. Świadkowie donoszą ponadto, że tuż po katastrofie na miejscu tragedii słychać było strzały. Raport z prac Komisji: "Dowody niezbicie wskazują na fakt, że bezpośrednią przyczyną katastrofy były umieszczone na pokładzie Tupolewa... pardon... Titanica bomby. Nasi eksperci jednoznacznie stwierdzili, że w grę wchodzą bomby kuliste, w kształcie grzyba i cygara. Ich obecność w statku tłumaczy fakt, że przed wypłynięciem w rejs, Titanic przechodził generalny przegląd w moskiewskiej stoczni im. Komoruskiego, a bezpośredni nadzór nad remontem sprawował wysoki oficer Wehrmachtu Josef Tusk, pseudonim: "Dziadek" "
Po trzecie, winę za katastrofę ponosi również lądowa obsługa rejsu. Kontrolerzy podawali załodze nieprawdziwe informacje: "na ścieżce, na kursie, stopy wody pod kilem, karaluchy pod poduchy". Jak wykazało niezależne śledztwo Komisji, powyższe informacje to stek bzdur. Pasażerowie nie chodzili po ścieżce, a po deptaku, pierwszy oficer był na szkoleniu, a nie na kursie, pod kilem zaczepiły się wodorosty, natomiast karaluchy zamiast pod poduszką znaleziono w zupie pomidorowej podanej na obiad w klasie drugiej C.
Komisja wykazała także szereg innych zaniedbań, zwłaszcza ze strony Rządu. Raport nie pozostawia wątpliwości, że "doszło do szeregu zaniedbań i bezprawnych działań, a sam rejs do Smoleń... pardon... Nowego Jorku był od początku źle przygotowany i źle zabezpieczony. Wśród owych zaniedbań na plan pierwszy wysuwa się fakt, że na pokładzie statku nie było ani jednego basenu, a jedynie kaczka. Uważamy taką sytuację za niedopuszczalną i jawną drwinę z Głowy Państwa".
I to nie koniec cytatu: "Wnioski z naszych prac nie pozostawiają zatem wątpliwości, że katastrofa Titanica była efektem złej woli wielu nieprzychylnych osób i ukoronowaniem mającego miejsce od miesięcy przemysłu nienawiści". Fakty są niestety nieubłagane (podobnie jak Teleexpress):
- Kapitan nie miał uprawnień do prowadzenia tego typu statków, a jego badania psychomotoryczne przy użyciu Testu Apercepcji Tematycznej były nieaktualne.
- Jego bezpośredni przełożony był pijany niczym polski generał i bełkotał coś alfabetem Morse'a.
- Zapisów rozmów z mostka kapitańskiego ani z przepony marynarskiej nie udało się odczytać, ponieważ zawartość czarnej skrzynki zjadł szczur lądowy.
- Radary zarejestrowały obecność w pobliżu miejsca katastrofy radzieckiego okrętu podwodnego "Ług Kurski", który za pomocą gigantycznego magnesu oddziaływał na przyrządy pomiarowe Titanica, przez co igła kompasu na pokładzie Titanica zamiast północy wskazywała trzecią nad ranem.
- Pomimo obecności gęstej mgły (okoliczności jej pojawienia się pozostają do wyjaśnienia), dany obszar Oceanu nie został zamknięty. Załodze Titanica z niejasnych przyczyn nie zasugerowano oceanu zapasowego.
- Góra lodowa nie posiadała systemu naprowadzania ICE CUBE, ani wymaganego dla gór lądowych i lądolodów powyżej 200 metrów sześciennych zestawu radiolatarni morskich ustawionych na częstotliwość Radia Wolna Amerykanka
- Załoga nie wykonała w odpowiedniej chwili odejścia na drugi krąg piekła
- W kokpicie Titanica przebywały osoby niepowołane: Elvis Presley, zakonnica w przebraniu oraz dostawca pizzy
- Na pokładzie stwierdzono obecność agenta włoskiego wywiadu Leonardo Di Karpio, który tuż przed zderzeniem z górą lodową miał wywierać presję na kapitana słowami: "Płyń, dziadu!"
Wszystko to każe zatem jednoznacznie stwierdzić, że pasażerowie Titanica nie tylko zostali zdradzeni o zmroku, ale też po prostu pozostawieni na lodzie.
Ekshumacje ciał ofiar rozpoczną się w przyszłym tygodniu.
14. kwietnia 2012, 22:55 DST, 52.435 °N, 15.142 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
piątek, 25 listopada 2011
sobowtór No. 18
Redaktorzy tygodnika "Uważam Rze" wyjątkowo kompleksowo zabrali się ostatnio za osobę Adolfa Hitlera. W numerze 41/2011 postać wodza III Rzeszy przewija się w wielu miejscach, poświęcono jej monumentalny jak na standardy "URz" tekst historyczny, ba, urozmaica nawet naukowy artykuł o hormonach. Gdyby to jeszcze był Putin, to należałoby to zrozumieć, albowiem rosyjski władca zna się na wszystkim, ale Hitler? Na neurotransmiterach?
Wzmianka w tym tekście dotyczy faktu, że ponoć w czasie II wojny światowej brytyjski wywiad wpadł na chytry plan dosypywania Adolfowi H. estrogenów (żeńskich hormonów) do jedzenia, aby zmienić jego charakter, sprawić by stał się bardziej spolegliwy i mniej agresywny w działaniu. Cóż za błyskotliwa intryga! Tylko, niestety, nie wypaliła. Nie wiadomo do końca dlaczego, ale mam taką prywatną hipotezę, że jeśli naukowców mieli Anglicy takich jak wygląda stereotypowy Brytyjczyk w komediach typu "Allo, Allo", czy "Jak rozpętałem II wojnę światową", to może zamiast estrogenu dosypywali Hitlerowi estragon. I zamiast aliantów skorzystał na tym jedynie osobisty kucharz Wodza, bo nagle jedzenie w Wilczym Szańcu wszystkim zaczęło smakować.
Danie główne - jeśli już przy kulinarnej terminologii pozostać - wysmażone przez "Uważam Rze" przywołuje jednak inną historię. Otóż - według autorów - Hitler wraz z żoną nie popełnił samobójstwa 30. kwietnia A.D. 1945 w Berlinie, ale zwiał z nią via Wyspy Kanaryjskie do Argentyny, gdzie doczekał szczęśliwej emerytury. W berlińskim bunkrze pozostało natomiast ciało sobowtóra wodza III Rzeszy, które na tyle zmyliło Ruskich, że odtrąbili sukces przed wnikliwym zbadaniem denata. Dopiero kilka lat temu wyszło na jaw, gdy do pracy przystąpili profesorowie ze Stanów, że przechowywana przez naszych wschodnich przyjaciół w archiwach KGB czaszka Hitlera ma wszelkie cechy czaszki kobiecej.
Ale może to i jest jakiś trop! Tylko trzeba sprawę powiązać z tym spiskiem estrogenowym. Przyjmując ryzykowne założenie, że brytyjscy naukowcy jednak nie pomylili żeńskich hormonów z przyprawą i faktycznie dosypywali Hitlerowi estrogeny, należy zarazem dopuścić ewentualność, iż skoro Hitler miał sobowtóra, to Angole nafaszerowali nie tego Adolfa co trzeba. Sobowtór łykał estrogeny, uwydatniły mu się piersi, coś innego zanikło, to gdy wkroczyli Rosjanie, którzy gwałcili gdzie tylko się dało, z przerażenia popełnił samobójstwo. Ponieważ ciało rzekomego Hitlera esesmani oblali benzyną i podpalili, Ruscy nie kapnęli się i wzięli co znaleźli. A że i czaszka zdążyła mu pod wpływem angielskiej kuchni "zniewieścieć", to też pół wieku później amerykańscy antropologowie mogli ogłosić sensacyjną wiadomość. Hitler była kobietą! Bo, że Kopernik i Einstein też, to już w tym czasie było wiadome.
Tymczasem, gdy sobowtór wodza Rzeszy strzelał sobie w głowę, prawdziwy Hitler prysnął do Argentyny. To również ma sens. Kraj wydaje się wymarzony na spokojną emeryturkę. Budują tam piramidy z pieniędzy, dobrze grają w gałę, ciepło, morze blisko. I władca o kolejowym nazwisku był przychylny imigrantom z Niemiec. A miał on też piękną żonę, która umilała ludowi wolne chwile, śpiewając piosenki Madonny. Żyć nie umierać! A że ktoś może zobaczyć i rozpoznać? Co z tego?! Elvis żyje, Hendrix żyje, Lennon żyje, a idee Lenina są żywe wiecznie. Żyje także Michael Jackson (w przyszłym roku ma ukazać się jego nowa płyta, którą właśnie "Jacko" nagrywa wraz z Freddiem Mercury - poważnie!), żyje Bin Laden, Kaddafi, żyje też - podobno - kryzys. To jeden Hitler w tę czy w tamtą stronę nie powinien nikomu robić różnicy.
Spiskowych teorii dziejów jest ostatecznie na pęczki. Najczęściej - oprócz tego, że żyje ktoś, kto powinien być dead and buried - dotyczą one odmiennej orientacji delikwenta. Homoseksualistami obwołano już niemal każdego, kogo ta ziemia nosiła. Co chwilę ktoś wyskakuje z rewelacją, że gejem jest - powołując się na Google - a to Will Smith, a to Piasek, czy też mąż Hanki Mostowiak, Justin Bieber, John Travolta, Cristiano Ronaldo, Jarosław Kaczyński, a ostatnio Benedykt XVI. A jak zaczniemy jeszcze kopać w historii, to się okaże że gejem był sam biblijny Adam. Co niechybnie postawi przed rodzajem ludzkim pytanie fundamentalne ("skąd więc my się wzięliśmy?"), a i tytuł "Księga Wyjścia" (po angielsku coming out) nabierze nowego znaczenia. Mnie natomiast zastanawia właściwie tylko jedno. Dlaczego tak wiele owych spiskowych teorii jest nieodłącznie związanych z ludzką seksualnością? Bo tu jak nie geje dookoła, to Hitler zażywający estragon... pardon... estrogen. I chyba wiem. Spiskowe teorie dziejów to w skrócie STD. Ten akronim w języku Szekspira oznacza jednak zupełnie coś innego...
25. listopada 2011, 22:12 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Wzmianka w tym tekście dotyczy faktu, że ponoć w czasie II wojny światowej brytyjski wywiad wpadł na chytry plan dosypywania Adolfowi H. estrogenów (żeńskich hormonów) do jedzenia, aby zmienić jego charakter, sprawić by stał się bardziej spolegliwy i mniej agresywny w działaniu. Cóż za błyskotliwa intryga! Tylko, niestety, nie wypaliła. Nie wiadomo do końca dlaczego, ale mam taką prywatną hipotezę, że jeśli naukowców mieli Anglicy takich jak wygląda stereotypowy Brytyjczyk w komediach typu "Allo, Allo", czy "Jak rozpętałem II wojnę światową", to może zamiast estrogenu dosypywali Hitlerowi estragon. I zamiast aliantów skorzystał na tym jedynie osobisty kucharz Wodza, bo nagle jedzenie w Wilczym Szańcu wszystkim zaczęło smakować.
Danie główne - jeśli już przy kulinarnej terminologii pozostać - wysmażone przez "Uważam Rze" przywołuje jednak inną historię. Otóż - według autorów - Hitler wraz z żoną nie popełnił samobójstwa 30. kwietnia A.D. 1945 w Berlinie, ale zwiał z nią via Wyspy Kanaryjskie do Argentyny, gdzie doczekał szczęśliwej emerytury. W berlińskim bunkrze pozostało natomiast ciało sobowtóra wodza III Rzeszy, które na tyle zmyliło Ruskich, że odtrąbili sukces przed wnikliwym zbadaniem denata. Dopiero kilka lat temu wyszło na jaw, gdy do pracy przystąpili profesorowie ze Stanów, że przechowywana przez naszych wschodnich przyjaciół w archiwach KGB czaszka Hitlera ma wszelkie cechy czaszki kobiecej.
Ale może to i jest jakiś trop! Tylko trzeba sprawę powiązać z tym spiskiem estrogenowym. Przyjmując ryzykowne założenie, że brytyjscy naukowcy jednak nie pomylili żeńskich hormonów z przyprawą i faktycznie dosypywali Hitlerowi estrogeny, należy zarazem dopuścić ewentualność, iż skoro Hitler miał sobowtóra, to Angole nafaszerowali nie tego Adolfa co trzeba. Sobowtór łykał estrogeny, uwydatniły mu się piersi, coś innego zanikło, to gdy wkroczyli Rosjanie, którzy gwałcili gdzie tylko się dało, z przerażenia popełnił samobójstwo. Ponieważ ciało rzekomego Hitlera esesmani oblali benzyną i podpalili, Ruscy nie kapnęli się i wzięli co znaleźli. A że i czaszka zdążyła mu pod wpływem angielskiej kuchni "zniewieścieć", to też pół wieku później amerykańscy antropologowie mogli ogłosić sensacyjną wiadomość. Hitler była kobietą! Bo, że Kopernik i Einstein też, to już w tym czasie było wiadome.
Tymczasem, gdy sobowtór wodza Rzeszy strzelał sobie w głowę, prawdziwy Hitler prysnął do Argentyny. To również ma sens. Kraj wydaje się wymarzony na spokojną emeryturkę. Budują tam piramidy z pieniędzy, dobrze grają w gałę, ciepło, morze blisko. I władca o kolejowym nazwisku był przychylny imigrantom z Niemiec. A miał on też piękną żonę, która umilała ludowi wolne chwile, śpiewając piosenki Madonny. Żyć nie umierać! A że ktoś może zobaczyć i rozpoznać? Co z tego?! Elvis żyje, Hendrix żyje, Lennon żyje, a idee Lenina są żywe wiecznie. Żyje także Michael Jackson (w przyszłym roku ma ukazać się jego nowa płyta, którą właśnie "Jacko" nagrywa wraz z Freddiem Mercury - poważnie!), żyje Bin Laden, Kaddafi, żyje też - podobno - kryzys. To jeden Hitler w tę czy w tamtą stronę nie powinien nikomu robić różnicy.
Spiskowych teorii dziejów jest ostatecznie na pęczki. Najczęściej - oprócz tego, że żyje ktoś, kto powinien być dead and buried - dotyczą one odmiennej orientacji delikwenta. Homoseksualistami obwołano już niemal każdego, kogo ta ziemia nosiła. Co chwilę ktoś wyskakuje z rewelacją, że gejem jest - powołując się na Google - a to Will Smith, a to Piasek, czy też mąż Hanki Mostowiak, Justin Bieber, John Travolta, Cristiano Ronaldo, Jarosław Kaczyński, a ostatnio Benedykt XVI. A jak zaczniemy jeszcze kopać w historii, to się okaże że gejem był sam biblijny Adam. Co niechybnie postawi przed rodzajem ludzkim pytanie fundamentalne ("skąd więc my się wzięliśmy?"), a i tytuł "Księga Wyjścia" (po angielsku coming out) nabierze nowego znaczenia. Mnie natomiast zastanawia właściwie tylko jedno. Dlaczego tak wiele owych spiskowych teorii jest nieodłącznie związanych z ludzką seksualnością? Bo tu jak nie geje dookoła, to Hitler zażywający estragon... pardon... estrogen. I chyba wiem. Spiskowe teorie dziejów to w skrócie STD. Ten akronim w języku Szekspira oznacza jednak zupełnie coś innego...
25. listopada 2011, 22:12 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
piątek, 14 stycznia 2011
siedem milionów sprawiedliwych
Styczeń Roku Pańskiego 2011 gorącość wielką w krainie nad Wisłą objawił. Bynajmniej nie chodzi jednak o śniegi i mrozy obfite, które ustąpiły, ziąb słotny i szarugi w zamian przynosząc. Azaliż doprawdy srogie swary wśród mieszkańców Lechistanu się rodzić poczęły. Natenczas bowiem w dalekiej Moskwie prace swoje zakończyła Wysoka Komnata, co się MAK zwie. Była ona miała wystudiować powody, dlaczego dnia 10. kwietnia A.D. 2010 o brzasku, pojazd powietrzny latający, którym Najjaśniejszy Nasz Władca Lech z dynastii Kaczyńskich wraz ze swoją świtą do Rusi podążał, o ziemię uderzył z wysokości wielkiej, gdy na postój w Smoleńsku bliskość już była.
Możni Lechistanu pod wodzą imć Tuska, racje swoje do Wysokiej Komnaty wystosowali, ale otrzymali rekuzę. Wysoka Komnata wieść taką przyniosła, jakoby Rusin winy żadnej za zajście rzeczone nie ponosi. Do zajścia owego przyczynili się jednakowoż: powożący pojazdem latającym, którzy mowy ruskiej nie znali i ujarzmić pojazdu narowistego nie potrafili, oraz dowódca ich, który mocą okowity otumaniony, miast baczenie mieć na bezpieczność podróży, lekkomyślność wielką wykazał i wolę swoją powożącym narzucał, o czym autorytetem swoim zaświadczyli uczeni w tajemnej nauce psychologii. Winny jest również sam Najjaśniejszy Władca Lech, co na postój w Smoleńsku bardzo nastawał, nie bacząc, iż opary mgielne niczym z piekła samego zstąpiły, tak że widzenia żadnego nie było, ni oko wykol.
Wieści te niepomyślne bardzo rozsierdziły mieszkańców Lechistanu i możnowładców. Aby do wojny nowej między Lechistanem a Rusią nie dopuścić i baczenie Lachów na inne sprawy skierować, sam Wielki Biały Ojciec z Watykanu dekret pospieszny podpisał, co stwierdza, że Karolus Wojtyła co wywodził się z ziemi, tej ziemi, błogosławionym jest ogłaszany i ołtarze ku czci jego wznosić można. Zaprawdę jednak kapłanów koncept sprawie zakończenia nie dał. Opamiętania nie przyniosła także wieść o nadchodzącej zarazie morowej, którą świń gospodarski na człowieka przenosi. Albowiem żółć zbyt wielka się już w Lechistanie zrodziła, od brzegów morza, aż po szczyty gór.
A stało się tak za przyczyną tego, że wieść podstępną rozpuścił brat bliźniaczy Najjaśniejszego Władcy - Jarosław herbu Kaczor. Wedle słów jego, car moskiewski Putinin wszedł w zmowę z imć Tuskiem, który oskomę miał wielką na insygnia królewskie. I na tron już nawet namaścił niejakiego wielmożę z Komorowa. Imć Tusk z carem targu dobili i podług tego knowania, ruskie sołdaty pojazd powietrzny Najjaśniejszego Lecha na ziemię siłą sprowadzili, przy użyciu magii czarnoksięskiej, co się zowie "magnes". A jeśli kto przeżył z jego świty, to zaraz go o głowę skrócili, rabując uprzednio talary z jego trzosu. Więc lud gniewny na miejscach przestrzennych się gromadził i przez kamratów Jarosława podburzany, pod włościa królewskie przystąpił. I tamże imć Tuska poszukiwali, aby go pochwycić, zakuć w dyby i wybatożyć, ale jego w kraju nie było, bo w góry wysokie wyjechał i tam tydzień cały przebywał, odpoczywając. A gdy powrócił, zastał tłumy wzburzone, krzyczące "Gańba!", "Na pohybel!". A oto posłów swoich magnaci od Jarosława wysłali, poparcia dla siebie po całym świecie poszukując. I w delegacje zamorskie się udali, prosić o pomoc Czarnego Władcę zza Oceanu, który w bojach z Saracenami jest zaprawiony, Brytyjską Monarchinię, Cesarza Francuzów - Ser Koziego, a nawet Pruską Hrabinę Anielę.
Podówczas faryzeusze z cechu zwanego OBOP wylegli na rozdroża i lud prosty pytać poczęli, czy w ustalenia na Rusi dokonane wiarę pokładać należy. I przedziwne wyniki objawili. Oto bowiem aż 61 procent pospólstwa osądza, że raport komnaty MAK to łgarstwo wierutne, a 15 procent powiada, że prawdę czystą Rusin ukazał. I tylko 24 % (a to jest jakoweś siedem milyjonów chłopów i mieszczan Lechistanu, odliczając dziatwę i starców niedołężnych) zdania swojego nie przedstawiło. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam - oni właśnie są godni mianować się sprawiedliwymi. Albowiem chłop prosty, co kraj nasz piękny zamieszkuje, wiedzy takowej nie posiada, co by mu się pozwalała rozeznawać na pojazdach latających i czarnych kufrach, jakowe na wypadek katastrofy w pojazdach tych są przewożone. I prawdę jedyną mówi ten, kto rzecze, że w sprawach tych osądzać nie jest władny, bo tym się jeno profesory i uczeni w lotnictwie powietrznym trudzić powinni. A ten, kto ustalenia poczynione słowem swoim niekształconym komentuje, tego tylko szaleństwo i obłęd się trzymają.
Nie jest to przeto frapujące - kielokroć bowiem sprawa jakaś ważna się w Królestwie Lechistanu podnosi, chłop prosty zawżdy swój sąd na nią ma. I wiedzą o tym ludy i plemiona okoliczne, że każdy Lach to zna się i na znachorstwie, i na sztuce władzy, i na budowie mechanicznych koni, i takowoż na ludowej uciesze, co w niej kulę skórzaną po zielonej łące się kopie. A ostatnimi czasy również na uganianiu się po śnieżnych pagórach na dwóch kawałkach sztachety, odkąd to córa pierworodna górala spod Tater pierwszeństwo w tych konkurach dzierży i królestwa znamienite podbija. I taka to jest najpierwsza Lachów przywara, aliż dufność i zarozumialstwo sąd swój na każdą sprawę mieć każe, grzechem tym własną duszę kalając. Bo morał dla potomnych się niesie taki, że kiery się uczonym nie mienisz, aby o ważkich materiach rozprawiać, tedy gęby swojej nie otwieraj, albowiem za głupca i błazna będzie ci policzone.
było to czytanie z listu Lawrence'a z Besarabii do Polaków
a o wszystkim w szczegółach będzie napisane w Księdze Jedynego Rodzaju
Amen
14. stycznia 2011, 23:52 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Możni Lechistanu pod wodzą imć Tuska, racje swoje do Wysokiej Komnaty wystosowali, ale otrzymali rekuzę. Wysoka Komnata wieść taką przyniosła, jakoby Rusin winy żadnej za zajście rzeczone nie ponosi. Do zajścia owego przyczynili się jednakowoż: powożący pojazdem latającym, którzy mowy ruskiej nie znali i ujarzmić pojazdu narowistego nie potrafili, oraz dowódca ich, który mocą okowity otumaniony, miast baczenie mieć na bezpieczność podróży, lekkomyślność wielką wykazał i wolę swoją powożącym narzucał, o czym autorytetem swoim zaświadczyli uczeni w tajemnej nauce psychologii. Winny jest również sam Najjaśniejszy Władca Lech, co na postój w Smoleńsku bardzo nastawał, nie bacząc, iż opary mgielne niczym z piekła samego zstąpiły, tak że widzenia żadnego nie było, ni oko wykol.
Wieści te niepomyślne bardzo rozsierdziły mieszkańców Lechistanu i możnowładców. Aby do wojny nowej między Lechistanem a Rusią nie dopuścić i baczenie Lachów na inne sprawy skierować, sam Wielki Biały Ojciec z Watykanu dekret pospieszny podpisał, co stwierdza, że Karolus Wojtyła co wywodził się z ziemi, tej ziemi, błogosławionym jest ogłaszany i ołtarze ku czci jego wznosić można. Zaprawdę jednak kapłanów koncept sprawie zakończenia nie dał. Opamiętania nie przyniosła także wieść o nadchodzącej zarazie morowej, którą świń gospodarski na człowieka przenosi. Albowiem żółć zbyt wielka się już w Lechistanie zrodziła, od brzegów morza, aż po szczyty gór.
A stało się tak za przyczyną tego, że wieść podstępną rozpuścił brat bliźniaczy Najjaśniejszego Władcy - Jarosław herbu Kaczor. Wedle słów jego, car moskiewski Putinin wszedł w zmowę z imć Tuskiem, który oskomę miał wielką na insygnia królewskie. I na tron już nawet namaścił niejakiego wielmożę z Komorowa. Imć Tusk z carem targu dobili i podług tego knowania, ruskie sołdaty pojazd powietrzny Najjaśniejszego Lecha na ziemię siłą sprowadzili, przy użyciu magii czarnoksięskiej, co się zowie "magnes". A jeśli kto przeżył z jego świty, to zaraz go o głowę skrócili, rabując uprzednio talary z jego trzosu. Więc lud gniewny na miejscach przestrzennych się gromadził i przez kamratów Jarosława podburzany, pod włościa królewskie przystąpił. I tamże imć Tuska poszukiwali, aby go pochwycić, zakuć w dyby i wybatożyć, ale jego w kraju nie było, bo w góry wysokie wyjechał i tam tydzień cały przebywał, odpoczywając. A gdy powrócił, zastał tłumy wzburzone, krzyczące "Gańba!", "Na pohybel!". A oto posłów swoich magnaci od Jarosława wysłali, poparcia dla siebie po całym świecie poszukując. I w delegacje zamorskie się udali, prosić o pomoc Czarnego Władcę zza Oceanu, który w bojach z Saracenami jest zaprawiony, Brytyjską Monarchinię, Cesarza Francuzów - Ser Koziego, a nawet Pruską Hrabinę Anielę.
Podówczas faryzeusze z cechu zwanego OBOP wylegli na rozdroża i lud prosty pytać poczęli, czy w ustalenia na Rusi dokonane wiarę pokładać należy. I przedziwne wyniki objawili. Oto bowiem aż 61 procent pospólstwa osądza, że raport komnaty MAK to łgarstwo wierutne, a 15 procent powiada, że prawdę czystą Rusin ukazał. I tylko 24 % (a to jest jakoweś siedem milyjonów chłopów i mieszczan Lechistanu, odliczając dziatwę i starców niedołężnych) zdania swojego nie przedstawiło. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam - oni właśnie są godni mianować się sprawiedliwymi. Albowiem chłop prosty, co kraj nasz piękny zamieszkuje, wiedzy takowej nie posiada, co by mu się pozwalała rozeznawać na pojazdach latających i czarnych kufrach, jakowe na wypadek katastrofy w pojazdach tych są przewożone. I prawdę jedyną mówi ten, kto rzecze, że w sprawach tych osądzać nie jest władny, bo tym się jeno profesory i uczeni w lotnictwie powietrznym trudzić powinni. A ten, kto ustalenia poczynione słowem swoim niekształconym komentuje, tego tylko szaleństwo i obłęd się trzymają.
Nie jest to przeto frapujące - kielokroć bowiem sprawa jakaś ważna się w Królestwie Lechistanu podnosi, chłop prosty zawżdy swój sąd na nią ma. I wiedzą o tym ludy i plemiona okoliczne, że każdy Lach to zna się i na znachorstwie, i na sztuce władzy, i na budowie mechanicznych koni, i takowoż na ludowej uciesze, co w niej kulę skórzaną po zielonej łące się kopie. A ostatnimi czasy również na uganianiu się po śnieżnych pagórach na dwóch kawałkach sztachety, odkąd to córa pierworodna górala spod Tater pierwszeństwo w tych konkurach dzierży i królestwa znamienite podbija. I taka to jest najpierwsza Lachów przywara, aliż dufność i zarozumialstwo sąd swój na każdą sprawę mieć każe, grzechem tym własną duszę kalając. Bo morał dla potomnych się niesie taki, że kiery się uczonym nie mienisz, aby o ważkich materiach rozprawiać, tedy gęby swojej nie otwieraj, albowiem za głupca i błazna będzie ci policzone.
było to czytanie z listu Lawrence'a z Besarabii do Polaków
a o wszystkim w szczegółach będzie napisane w Księdze Jedynego Rodzaju
Amen
14. stycznia 2011, 23:52 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
środa, 28 lipca 2010
Sasza na taborecie
Obejrzałem wreszcie słynny film "Solidarni 2010". Ostrzyłem sobie zęby na jakiś skandalizujący, obrazoburczy dokument, a tu niestety - rozczarowanie. Owszem, w tym filmie ludzie przeważnie wygadują farmazony niebywałe, czasami nie ukrywając nawet udawanej egzaltacji, ale to są ich poglądy, odczucia, domysły, do których mają zresztą pełne prawo (ostatecznie, jak ktoś chce się publicznie ośmieszyć, to dlaczego mu to utrudniać). A na szczęście nikt nie musi tego traktować poważnie. Zatem nie jest to jakieś bulwersujące dzieło, jak chcieliby kreatorzy opinii skupieni wokół Platformy i "Wybiórczej". Ale też nie jest to "głos narodu", jak perorują działacze PiS, moherowi i niektórzy publicyści "Rz". Jest to po prostu tendencyjny cykl rozmów z ludźmi, którzy wyznają podobną wersję wydarzeń, jak autorzy dokumentu. Czyli - w skrócie - że Tusk i spółka upychali kolanami Prezydenta i jego świtę w feralnym samolocie, chociaż ci zapierali się rękami i nogami, aby do Katynia nie lecieć. Gdy już wystartowali, pan Donek zadzwonił do swojego kumpla Putina, a ten polecił rozpylić sztuczną mgłę nad lotniskiem w Smoleńsku, a obsłudze portu lotniczego nakazał przekazywać pilotom mylne informacje i najlepiej mówić do nich wyłącznie po aramejsku. A nie, przepraszam, najnowsza wersja jest taka, że Ruscy ściągali prezydencki samolot na ziemię gigantycznym magnesem...
Nie denerwuje mnie nawet specjalnie to, że wypowiadający się w filmie (ale też w innych mediach) przeciętni ludzie z ulicy znają się dosłownie na wszystkim: od procedur obowiązujących w ruchu powietrznym, po niuanse historii geopolitycznej i metody postępowania wszelkich służb w razie wypadków lotniczych. Jak wiadomo bowiem, zbiór dziedzin na których nieomylnie zna się każdy Polak obejmuje zestaw stały (polityka, medycyna, motoryzacja i piłka nożna), oraz zestaw zmienny (czyli to, o czym akurat jest głośno, np. skoki narciarskie, Formuła 1, katastrofy lotnicze). Tak było, jest i będzie, i pozostaje się jedynie z tym pogodzić.
O wiele bardziej natomiast irytuje mnie fakt, że z tematu katastrofy i śledztwa robi się sprawę najwyższej wagi. W normalnym kraju, po kraksie, gdy ofiary już są dawno pochowane, odpowiednie służby dochodzeniowe pracują nad tym w ciszy i skupieniu, a ludzie zajmują się swoimi codziennymi sprawami. Owszem, jeśli to był atak terrorystyczny, to można wypowiedzieć wojnę najeźdźcom, ale czy pół roku po zawaleniu się wież WTC ktoś roztrząsał takie detale, jak to, że pięć minut przed zamachem szef-Żyd wysłał podwładnego-katolika na to piętro, w które akurat wleciał Boeing, a podczas ucieczki jakiś mason zatrzasnął komuś przed nosem drzwi do szybu ewakuacyjnego?
W normalnym kraju, ale nie u nas. U nas temat ten nie schodzi z pierwszych stron gazet, opiniami dzielą się w mediach wszyscy święci, pod Pałacem Prezydenckim, który niedługo zasiedli Wielki Uzurpator, ludzie okładają się ogromnym krzyżem, a komisję do badania przyczyn katastrofy może założyć każdy, nawet Pan Zdzichu spod budki z piwem. Szczytem niekompetencji są oskarżenia wobec Rosjan, że niewłaściwie przygotowali lotnisko, że brak tam było odpowiednich urządzeń naprowadzających w razie niekorzystnej pogody. Przecież lotnisko w Smoleńsku to nie jest międzynarodowy terminal, tylko małe lotnisko wojskowe, praktycznie nieużywane. "Wieża kontroli lotów" to w istocie zdezelowana budka, w której siedzi Sasza na taborecie, pociąga gorzałę z butelki i ma przed sobą "instrumenty pomiarowe" z czasów zimnej wojny. Gdy jest mgła, albo śnieżyca, to wojskowi po prostu nie startują, nie ćwiczą, więc po co tam jakieś skomplikowane urządzenia naprowadzające. I co najlepsze, strona polska o tym wszystkim wiedziała, bo korzystano z tego lotniska wiele razy, podczas poprzednich wizyt w Katyniu. "Widziały gały, co brały" - niestety, jak oczekiwaliście w pełni wyposażonego lotniska, to trzeba było lecieć do Mińska albo Moskwy i stamtąd samochodami. Lotnisko w Smoleńsku otwarto 10. kwietnia na wyraźne życzenie strony polskiej, żeby Prezydent nie musiał się za bardzo trudzić podróżą. No i właśnie...
Jeszcze absurdalniej brzmią żądania rodzin niektórych ofiar, aby wykopać trumny i ekshumować zwłoki. Nie pytam dlaczego, ale można się domyślić. Ruscy zapewne nakładli w te trumny kamieni, a ciała zabrali do swoich tajnych laboratoriów pod Kremlem, aby przeprowadzać tam na nich wyszukane eksperymenty naukowe. W jakim celu? No przecież to oczywiste. Wszyscy wiedzą, że Putin potajemnie tworzy niezwyciężoną armię, składającą się z mutantów, cyborgów i zombie, której celem będzie podbicie i zawłaszczenie terytorium Polski. Dlaczego? Bo Rosjanie już się nie mieszczą w tym swoim malutkim państwie, już oddychają rękawami, a u nas jest przestrzeni życiowej jak cholera.
Wiem, że to brzmi bluźnierczo, szczególnie wobec rodzin ofiar. Ale to te rodziny są sobie winne. To one, celowo i rozmyślnie, uczyniły z tego wszystkiego sprawę publiczną. Zamiast składać te wnioski po cichu, prywatnie, pobiegły z tym do wszystkich mediów. Pani Gosiewska w każdej gazecie przekonuje, że "nie wierzy, iż to był wypadek", a nagroda za cytat roku należy się pani Wasserman, która uchyla rąbka tajemnicy słowami: "Spodziewam się, że otrzymamy informacje, których nie mamy do tej pory". Henryk Martenka w ostatniej "Angorze" genialnie to wszystko zbiera w całość: "Posłowie Rzeczypospolitej, zamiast stanowić prawa, stanowią grecki chór opłakujący bohaterów. (...) Gazety, radio, telewizje trąbią wyłącznie o grobach, Palikocie, krzyżu, Macierewiczu, Rusku i Tusku, trumnach, Komorowskim, zwłokach i ekshumacjach".
Zatem jeśli za wszelką cenę szuka się rozgłosu, jeśli sprzedaje się prywatną żałobę na forum publicznym, to należy się też liczyć z tym, że media przemielą każdy jej element, bez poszanowania dla pamięci tych, którzy mieli pecha znaleźć się w nieszczęsnym Tupolewie. Tak, pecha, bo na 99,9 % to był wypadek. Ale jeszcze kilka miesięcy takiego prania mózgu i stwierdzenie to będzie traktowane na równi z konstatacją, że Ziemia jest płaska i podtrzymują ją cztery słonie, stojące na grzbiecie wielkiego żółwia.
28. lipca 2010, 15:48 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Nie denerwuje mnie nawet specjalnie to, że wypowiadający się w filmie (ale też w innych mediach) przeciętni ludzie z ulicy znają się dosłownie na wszystkim: od procedur obowiązujących w ruchu powietrznym, po niuanse historii geopolitycznej i metody postępowania wszelkich służb w razie wypadków lotniczych. Jak wiadomo bowiem, zbiór dziedzin na których nieomylnie zna się każdy Polak obejmuje zestaw stały (polityka, medycyna, motoryzacja i piłka nożna), oraz zestaw zmienny (czyli to, o czym akurat jest głośno, np. skoki narciarskie, Formuła 1, katastrofy lotnicze). Tak było, jest i będzie, i pozostaje się jedynie z tym pogodzić.
O wiele bardziej natomiast irytuje mnie fakt, że z tematu katastrofy i śledztwa robi się sprawę najwyższej wagi. W normalnym kraju, po kraksie, gdy ofiary już są dawno pochowane, odpowiednie służby dochodzeniowe pracują nad tym w ciszy i skupieniu, a ludzie zajmują się swoimi codziennymi sprawami. Owszem, jeśli to był atak terrorystyczny, to można wypowiedzieć wojnę najeźdźcom, ale czy pół roku po zawaleniu się wież WTC ktoś roztrząsał takie detale, jak to, że pięć minut przed zamachem szef-Żyd wysłał podwładnego-katolika na to piętro, w które akurat wleciał Boeing, a podczas ucieczki jakiś mason zatrzasnął komuś przed nosem drzwi do szybu ewakuacyjnego?
W normalnym kraju, ale nie u nas. U nas temat ten nie schodzi z pierwszych stron gazet, opiniami dzielą się w mediach wszyscy święci, pod Pałacem Prezydenckim, który niedługo zasiedli Wielki Uzurpator, ludzie okładają się ogromnym krzyżem, a komisję do badania przyczyn katastrofy może założyć każdy, nawet Pan Zdzichu spod budki z piwem. Szczytem niekompetencji są oskarżenia wobec Rosjan, że niewłaściwie przygotowali lotnisko, że brak tam było odpowiednich urządzeń naprowadzających w razie niekorzystnej pogody. Przecież lotnisko w Smoleńsku to nie jest międzynarodowy terminal, tylko małe lotnisko wojskowe, praktycznie nieużywane. "Wieża kontroli lotów" to w istocie zdezelowana budka, w której siedzi Sasza na taborecie, pociąga gorzałę z butelki i ma przed sobą "instrumenty pomiarowe" z czasów zimnej wojny. Gdy jest mgła, albo śnieżyca, to wojskowi po prostu nie startują, nie ćwiczą, więc po co tam jakieś skomplikowane urządzenia naprowadzające. I co najlepsze, strona polska o tym wszystkim wiedziała, bo korzystano z tego lotniska wiele razy, podczas poprzednich wizyt w Katyniu. "Widziały gały, co brały" - niestety, jak oczekiwaliście w pełni wyposażonego lotniska, to trzeba było lecieć do Mińska albo Moskwy i stamtąd samochodami. Lotnisko w Smoleńsku otwarto 10. kwietnia na wyraźne życzenie strony polskiej, żeby Prezydent nie musiał się za bardzo trudzić podróżą. No i właśnie...
Jeszcze absurdalniej brzmią żądania rodzin niektórych ofiar, aby wykopać trumny i ekshumować zwłoki. Nie pytam dlaczego, ale można się domyślić. Ruscy zapewne nakładli w te trumny kamieni, a ciała zabrali do swoich tajnych laboratoriów pod Kremlem, aby przeprowadzać tam na nich wyszukane eksperymenty naukowe. W jakim celu? No przecież to oczywiste. Wszyscy wiedzą, że Putin potajemnie tworzy niezwyciężoną armię, składającą się z mutantów, cyborgów i zombie, której celem będzie podbicie i zawłaszczenie terytorium Polski. Dlaczego? Bo Rosjanie już się nie mieszczą w tym swoim malutkim państwie, już oddychają rękawami, a u nas jest przestrzeni życiowej jak cholera.
Wiem, że to brzmi bluźnierczo, szczególnie wobec rodzin ofiar. Ale to te rodziny są sobie winne. To one, celowo i rozmyślnie, uczyniły z tego wszystkiego sprawę publiczną. Zamiast składać te wnioski po cichu, prywatnie, pobiegły z tym do wszystkich mediów. Pani Gosiewska w każdej gazecie przekonuje, że "nie wierzy, iż to był wypadek", a nagroda za cytat roku należy się pani Wasserman, która uchyla rąbka tajemnicy słowami: "Spodziewam się, że otrzymamy informacje, których nie mamy do tej pory". Henryk Martenka w ostatniej "Angorze" genialnie to wszystko zbiera w całość: "Posłowie Rzeczypospolitej, zamiast stanowić prawa, stanowią grecki chór opłakujący bohaterów. (...) Gazety, radio, telewizje trąbią wyłącznie o grobach, Palikocie, krzyżu, Macierewiczu, Rusku i Tusku, trumnach, Komorowskim, zwłokach i ekshumacjach".
Zatem jeśli za wszelką cenę szuka się rozgłosu, jeśli sprzedaje się prywatną żałobę na forum publicznym, to należy się też liczyć z tym, że media przemielą każdy jej element, bez poszanowania dla pamięci tych, którzy mieli pecha znaleźć się w nieszczęsnym Tupolewie. Tak, pecha, bo na 99,9 % to był wypadek. Ale jeszcze kilka miesięcy takiego prania mózgu i stwierdzenie to będzie traktowane na równi z konstatacją, że Ziemia jest płaska i podtrzymują ją cztery słonie, stojące na grzbiecie wielkiego żółwia.
28. lipca 2010, 15:48 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Subskrybuj:
Posty (Atom)