Prawdopodobnie nie pojmuję kunsztu reżysera Paula Thomasa Andersona (podobnie jak nie rozumiem fenomenu niejakich braci Coen), ponieważ w nagrodzonym niedawno Oscarem filmie "Jedna bitwa po drugiej" czegoś wyraźnie mi brakuje.
niedziela, 31 maja 2026
"Jedna bitwa po drugiej"
Jeśli to ma być czarna komedia, to nie śmieszy tak jak powinna (zwłaszcza owe elementy, które wręcz musiały, jak te dziwaczne nazwy, te wszystkie ChickenLickenFrozenFoodFactory i Siostry od Bitnego Bobra). Jeśli dramat, to fabuła zbyt płaska i jednowymiarowa. Jeśli dzieło miało (chociaż zakładam, że nie, wnosząc po inspiracjach scenarzystów) obśmiewać rewolucyjne zacięcie i górnolotne hasła tych ruchów, to wyszło za mało dobitnie, a jeśli miało je gloryfikować, to nie wyszło tym bardziej.
Najciekawiej zapowiadał się spiskowy wątek tajnego stowarzyszenia pod wezwaniem "świętego Mikołaja", ale nie wypalił, bo dostał za mało czasu (zwłaszcza ledwo trzymający się na nogach Kevin Tighe - "kultowy" Man from Tallahassee z trzeciego sezonu serialu "Lost"). Już pomijam paradoksalny w tym kontekście fakt, że dzieło jest koszmarnie rozciągnięte, co - gdy wreszcie trafi do bezpłatnej telewizji - pozwoli Polsatowi pobić rekord Guinessa w liczbie okienek reklamowych podczas jednej produkcji.
Leonardo DiCaprio już w kolejnym filmie, po "Don't Look Up", gra fajtłapę, chociaż on akurat zagra dobrze cokolwiek, co mu przydzielą. Nie po drodze mi natomiast z zachwytami nad Seanem Pennem. Jego postać pułkownika jest przerysowana zardzewiałym gwoździem i aż dziwne, że się z tego tytułu nie odkleja od ekranu, a sam aktor przez cały film gra jednym wyrazem twarzy - takim, jakby wciąż miał pod nosem potrawę znaną jako stuletnie jajko. Najlepszą scenką jest króciutka perełka z rozwijającym się dywanikiem, która wygląda jakby napisał ją inny reżyser o nazwisku Anderson. A najlepszą postać Sensei kreuje ulubiony (obok Owena Wilsona i Billa Murraya) aktor tego innego Andersona - Benicio Del Toro.
Nie wiem, na jakich zasadach przyznaje się teraz Oscary za najlepszy film. Być może członkowie Amerykańskiej Akademii Filmowej mieszają wódkę na myszach z piwem FOX Mocne i czekają aż im zacznie wirować pod czaszką, a potem rzucają strzałkami od darta w tablicę z nazwami nominowanych dzieł. A może obliczają statystyczny współczynnik ilości czarnego pigmentu na centymetr kwadratowy celuloidu. Jak by nie było - krzyżyk i klaps im na drogę. A "Jedna bitwa po drugiej" to nie jest zły film, ale co najwyżej przyzwoity. Ale być może właśnie tyle teraz (na Oscara) wystarczy.
"One Battle After Another"
USA, 2025
reż. Paul Thomas Anderson
moja ocena: 6/10
piątek, 8 maja 2026
och, Karol...
Wydawało mi się, że żyję już wystarczająco długo, aby jakikolwiek poziom głupoty czy populizmu w polityce mógł mnie zadziwić, nawet jeśli obecny lokator pałacu przy Krakowskim Przedmieściu wyznacza w tej materii zupełnie nowe horyzonty, a każdy jego poprzednik urasta przy nim do miana męża stanu. Gdy jednak zobaczyłem tę łamiącą wiadomość, naprawdę pomyślałem w pierwszej chwili, że to jest żart albo coś parodystycznego typu AszDziennik. Bo przecież nie można być aż takim ignorantem...
Pytanie sugerujące jest jedną z najpoważniejszych zbrodni jaką można popełnić w niemal każdej nauce, która wykorzystuje i opracowuje materiał zebrany od ludzi. Od socjologii, przez psychologię, prawo, kryminologię, ekonomię, marketing, po historię, w zakresie której pan prezydent jest podobno doktorem... Podstawowe prawo ogólnej metodologii nauk (wszelkich!) głosi, że garbage in = garbage out, czyli jeśli niechlujnie zbudujesz kwestionariusz albo nieudolnie przeprowadzisz badanie, to dostaniesz śmieciowe wyniki, bo tak to po prostu działa. I za takie coś się wylatuje z sali już na pierwszym roku studiów dowolnej z tych nauk, po czym od razu biegnie się na trawnik przed uczelnią szukać tam indeksu, który w międzyczasie wyleciał oknem. Nawet jeśli owo pytanie sugerujące jest opakowane w jakiś leksykalny kombinezonik, który większości respondentów wyda się niewinny (np. konstrukcja typu: "Jak bardzo jesteś zadowolony z działania naszego serwisu?"), a mimo to jest wybitnie sugestywny.
Natomiast tutaj nikt nie próbuje nawet ukrywać, że to ordynarne pytanie jest z wbudowaną tezą. I to jest jak cios pięścią w ryj dla każdego, komu zostanie zadane. Głupota level Trump do potęgi fąfnastej. Dno Rowu Mariańskiego i jeszcze kilometr cuchnącego mułu. Socjalistyczna anegdotka z tematem wypracowania szkolnego dla uczniów ("Napisz dwie strony o tym, kto jest twoim największym autorytetem i dlaczego Lenin") przynajmniej była zabawna...
Niech sobie pan prezydent organizuje referendum, jego święte prawo. Ale niech zada w nim normalne, obiektywne pytanie (np. "Czy jest Pan/i za realizacją unijnej polityki klimatycznej?"), a nie takie koszmarki dla ćwierćinteligentów, którym trzeba w treści pytania przypomnieć, co mają myśleć w kwestii postawionego zagadnienia. I jeśli ktoś w ogóle rozważał to wszystko na poważnie, a nie tylko jako podpałkę do politycznego okładania się gumowymi młotkami w studiach telewizyjnych, to takie referendum oznaczać będzie olbrzymią stratę publicznych środków, bo jego wyników nawet nie trzeba liczyć - z góry wiadomo jaki będzie wynik (i będzie to tak zwany w statystyce "efekt podłogi"). Równie dobrze można zapytać ludzi: "Czy chcesz być brzydki, chory i ubogi?", a potem naiwnie zastanawiać się, jak wielki będzie odsetek przeczących odpowiedzi...
7. maja 2026, 15:08 CEST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Subskrybuj:
Posty (Atom)

