Fizyka jest nieubłagana. Samochód poruszający się z prędkością 70 kilometrów na godzinę w ciągu sekundy pokonuje około 19 metrów drogi. Z czego nietrudno wyciągnąć wniosek, że gdyby kierowca, który kilka dni temu śmiertelnie potrącił pod Sosnowcem posła Lewicy zasłabł sekundę wcześniej lub sekundę później, do tragedii by w ogóle nie doszło. Mitsubishi wjechałoby do rowu dobrych kilka metrów przed lub za rowerzystą, a parlamentarzysta zamiast ofiarą, stałby się pewnie bohaterem, gdyż od razu mógłby wezwać pomoc i sprawdzić co z pechowym kierowcą. Ale facet z Mitsubishi zasłabł dokładnie w tej sekundzie pomiędzy i to właśnie poseł miał ekstremalnego pecha…
wtorek, 28 kwietnia 2026
unholy proliferance
Z kolei kilkanaście lat temu na idącą warszawskim chodnikiem fizjoterapeutkę spadł samobójca, który chwilę wcześniej wyskoczył z siódmego piętra budynku. A gdyby wyskoczył sekundę później lub sekundę wcześniej…
Niełatwo w to uwierzyć, ale takie rzeczy się po prostu zdarzają. I nie ma w tym żadnego drugiego dna.
W ubiegłym tygodniu, w dwóch losowaniach MiniLotto, w odstępie zaledwie kilku dni padły identyczne liczby, co do jednej (losują tam 5 liczb ze zbioru 42). Ktoś obliczył, że szansa na taki wynik w dwóch kolejnych losowaniach wynosi jeden do siedmiuset miliardów z tak zwanym hakiem. Jednak na kwadryliony podejmowanych dziennie na świecie działań, czynności i reakcji, kilka z nich statystycznie wręcz musi dać jakiś rezultat czy efekt, który my uznamy za skrajnie nieprawdopodobny, ale w tak gigantycznym zbiorze danych nieprawdopodobny już nie jest. On tylko wydaje nam się nieprawdopodobny, bo koncentrujemy się na konkretnym, ekstremalnie rzadkim przypadku, a nie na tych, do których nie doszło.
To jedna z najbardziej prymitywnych heurystyk jakim ulega nasz umysł. Zdumiewamy się, że Mitsubishi spod Sosnowca trafiło akurat w posła-rowerzystę, bo nie mamy wówczas w głowie wszystkich samochodów, które tego dnia gdzieś na świecie wypadły z szos na skutek zasłabnięć ich kierowców, ale jednak w nikogo nie trafiły. Fascynuje nas przypadek z polskiego MiniLotto, ale na świecie od wielu lat jest taki ogrom gier liczbowych, że w końcu, w którejś z nich, musiał się pojawić taki nietypowy wynik.
Naszym życiem rządzi przypadek, czy się nam to podoba czy nie. Wprawdzie, jak twierdził wybitny filozof, profesor Stefan Świeżawski, "przypadek jest wkroczeniem w nasze życie nieznanej konieczności", ale on wykładał na KUL-u i był głęboko wierzącym katolikiem, a to już nieco zmienia postać rzeczy. Wiele religii, nie tylko chrześcijańska (ale chrześcijańska zwłaszcza) pociesza nas w takie dni, jak ten z wypadkiem posła-dobroczyńcy, aforyzmem, że dobro wyrządzone do nas wraca (z tym, że niekoniecznie na tym doczesnym świecie). Co więcej, im bardziej komuś tutaj trudno i pod górkę, ale mimo to pozostaje sprawiedliwy i uczciwy, tym większą nagrodę odbierze w życiu wiecznym. Ateiści natychmiast odpowiedzą, że to bardzo wygodne podejście, jako że nie mamy możliwości sprawdzić, czy ten - z wielu względów atrakcyjny - system nagradzania dobrych uczynków w ogóle funkcjonuje, bo nikt z tamtej strony jak dotąd go oficjalnie nie potwierdził. No, chyba że "mysza piśnie na dachu" i kryje się za tym coś więcej. Ale to tylko dygresja.
Za to sprawdzonym mechanizmem jest, że z ekstremalnie rzadkim ale pozytywnym przypadkiem znacznie łatwiej się nam pogodzić niż z negatywnym. Raz, że każdy woli raczej coś zyskać niż stracić (a nawet jeśli nie zyskał, bo na przykład nie padły te liczby, które miały paść, to niewiele się traci). A dwa, że do tego pozytywnego łatwiej podczepić bajeczkę o zasługach, przeczuciu, intuicji czy talencie (choćby wtedy, gdy trafi się do kosza piłką koszykową z przeciwległego końca boiska). Natomiast negatywny przypadek oznacza zagrożenie, nawet życia. A to już coś, na co filogenetycznie najstarsza struktura naszego układu nerwowego, ukryta głęboko pod zwojami kory mózgowej, jest wrażliwa jak influencer na spadającą liczbę lajków. I wtedy zaczynają pączkować tak zwane teorie spiskowe.
Pogodzenie się z istnieniem skrajnie rzadkich negatywnych przypadków jest jednocześnie dla naszego umysłu akceptacją egzystencjalnego zagrożenia. Bo skoro takie rzeczy się zdarzają, to każde wyjście z domu oznacza śmiertelne niebezpieczeństwo, jeśli w każdej chwili może w nas wjechać samochód, którego kierowca zasłabł, albo spaść nam na głowę ktoś, kto właśnie postanowił w tak brawurowy sposób pożegnać się ze swoim życiem. Można przecież zwariować żyjąc w tak permanentnym lęku! Nawet jeśli nasz mózg wyewoluował do funkcjonowania w ciągłym poczuciu zagrożenia. I nawet jeśli ostatnio jest nam wygodniej, odkąd nie musimy bez przerwy rozglądać się po sawannie, czy nie biegnie w naszym kierunku wygłodniały lew.
Nasi przodkowie radzili sobie z tym nieustannym zagrożeniem, pokładając wiarę w bóstwach i oddając im ofiary, aby uchronić się od tego negatywnego przypadku. Trochę później pojawiły się zachowania przesądne. Te kulturowe już znacznie osłabły (kto dziś wierzy jeszcze w złowieszczą moc czarnego kota…?), te osobiste wciąż trzymają się nieźle, chociaż są w dużej mierze nieuświadamiane. Notabene, w średniowieczu za naturalną śmierć uważano nie tylko taką w łóżku, ze starości, ale też taką na wojnie, na polu walki. Patrząc na stan dzisiejszych dróg i agresję u wielu kierowców, śmierć w wypadku komunikacyjnym również należałoby uznawać za naturalną, na zasadzie analogii, bo szosy to często niemal żywcem przeniesione z wieków średnich pola bitwy. To jednak zaledwie kolejna dygresja.
Jedna z najsłynniejszych psychologicznych książek popularnonaukowych nosi tytuł: “Złudzenia, które pozwalają żyć”. Jeśli zatem nie chcemy żyć w permanentnym strachu, że nas też kiedyś dotknie taki przypadek jak nieszczęsnego posła Lewicy w ubiegły czwartek, musimy wypracowywać mechanizmy obronne, uwierzyć w złudzenia, które pozwolą nam przetrwać. I jednym z takich mechanizmów jest właśnie uciekanie w spiskowe, nieracjonalne teorie. W przekonania, że wypadek posła Litewki to jednak nie przypadek, bo szansa na taki przypadek jest przecież tak minimalna. Musiało to być zatem celowe, że posła ktoś chciał sprzątnąć, bo biedak zainteresował się tym, czym nie powinien, albo wsadził nos w czyjeś niefajne interesy. A my, szare myszy, władzy nie zaglądamy w jej machlojki, więc jesteśmy bezpieczni, nikt w nas nie wjedzie autem i nie upozoruje tego na wypadek wskutek zasłabnięcia, nie spotka się z nami ciemną nocą “seryjny samobójca”, i tak dalej.
To bodaj jedyna sytuacja (albo jedna z niewielu), gdy uciekanie w przekonania nieracjonalne paradoksalnie okazuje się RACJONALNE. Bo w subiektywnym odczuciu chronią one nasze poczucie bezpieczeństwa i ułatwiają funkcjonowanie w rządzonym przez przypadek świecie. Wprawdzie nadal one są NIEADAPTACYJNE, ale sama strategia ich poszukiwania - jak by nie patrzeć - jest w tym ujęciu racjonalna. Prowadzą na manowce wiedzy, zamykają w kokonie błędnych wyobrażeń o świecie, multiplikują idiotyczne twierdzenia i zwiększają podatność na uleganie kolejnym, dobudowują kolejne piętra obwarowań prywatnych oblężonych twierdzy, z których miota się w oponentów rozpalonymi pociskami dowodów anegdotycznych... Ale wciąż, zdają się wieść - chociaż na nieuprawnione skróty - w pozornie właściwym kierunku. Czy to więc ładnie czy nieładnie…? Po raz drugi w tym odcinku zacytuję Agnieszkę Osiecką, by odpowiedzieć: "nie pytajcie, nie wiem tego...".
Czy kiedykolwiek władza pozbyła się niewygodnych ludzi, pozorując wypadek? Oczywiście, nie raz i nie dwa. Czy nie cofnęłaby się przed użyciem bezprawnych i niemoralnych działań w celu ochrony albo swoich ciemnych machlojek, albo tak zwanego wyższego dobra? Rzecz jasna, że nie. Ale nie jest tak w każdym przypadku o którym słyszymy i który rozważamy. Ani zapewne nawet w jednym procencie (!) tych przypadków. A jeśli mimo to próbujemy tak twierdzić, to jesteśmy więźniami schematu i dopasowujemy fakty do z góry założonej tezy. Co też jest bardzo charakterystycznym mechanizmem. Być może to nawet jedna z nielicznych płaszczyzn, gdzie psychologia upodabnia się wręcz do nauk ścisłych, bo skłonność do dawania wiary spiskowym teoriom jest tak silnie skorelowana (osiągając nawet bliskie nirvanie wartości 0,8) z paroma innymi cechami osobowości oraz parametrami socjodemograficznymi, że model jaki by można z tych relacji skonstruować jest nieomal matematyczny (w sensie nieuznawania wyjątków). Poczucie samoskuteczności, wiara w sprawiedliwy świat, poczucie umiejscowienia kontroli, wewnątrz/zewnątrz-sterowność oraz oczywiście poziom wykształcenia - wszystko to i jeszcze parę innych w takim modelu świeciłoby jak choinka przed Rockefeller Center w Nowym Jorku.
A to może jedyny z tego wszystkiego optymistyczny wniosek, że w rządzonej przez absolutny przypadek rzeczywistości, chociaż niektóre mechanizmy potrafią być tak przewidywalne, jak właśnie ten.
27. kwietnia 2026, 19:10 CEST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
piątek, 10 kwietnia 2026
filary cywilizacji
W telewizjach informacyjnych żenada wylewa się z ekranu nader często (zwłaszcza, gdy jakiś jełop od tych pasków na dole nazwie niemiecki land "Nadrenią-Palestynatem"), ale są dni, gdy wylewa się wyraźnie bardziej, a jednym z takich dni jest Wielka Sobota. Dwa zjawiska są wtedy w owych serwisach irytujące. Jednym jest arcysztampowy sposób relacjonowania obrzędów religijnych tego dnia, czyli zagadywanie "przypadkowo napotkanego" pacholęcia, co ma w koszyku z tzw. "święconką", oraz zgrabne unikanie arcypogańskiego rodowodu czynności "święcenia pokarmów", aby pewnie przypadkiem nie zapłodnić widza jakimś niewygodnym dysonansem.
A drugim zjawiskiem jest antycypowanie politycznych kłótni w rodzinnym gronie w dniu następnym. Serio, włączając dowolny kanał informacyjny w Wielką Sobotę, szansa że natknie się na rozmowę z "ekspertem" o tym jak uniknąć scysji o politykę przy świątecznym stole jest równie duża, jak szansa na przypadkowe trafienie na emisję "Znachora" (tego z Bińczyckim) w pierwszy dzień Świąt.
Tegorocznym "zwycięzcą" był Polsat News, który usadził aż cztery osoby w studiu i zorganizował konkretną debatę na ten temat! Od banałów i dowodów anegdotycznych parowało bardziej niż w "Hell's Kitchen" podczas dnia sous vide, a jeden z zaproszonych gości wypalił, że u niego w rodzinie była niedawno taka sytuacja, że "już po 30 sekundach zeszło na politykę w rozmowie przy świątecznym stole". I wprawdzie "się nie pokłócili" (no bo jakże inaczej, gość z telewizji to nie byle pospólstwo!), ale fakt jest faktem. A "podziały w narodzie" mają się dobrze.
Wylewanie przez TVN24, PolsatNews i TVPInfo łez nad tymi podziałami i radzenie widzom jak ich uniknąć jest czynnością godną krokodyli różańcowych (to - uwaga dla tych, którzy spali na lekcjach biologii - największe z tych gadów, a nie niezgrabna aluzja do chrześcijańskich świąt) i ich łez. Oraz hipokryzją jak stąd do Australii (tam - uwaga jak wyżej - żyją owe wielkie krokodyle). Bo przecież to właśnie media i kanały informacyjne do tych podziałów się najbardziej przyczyniły. One na nich najbardziej korzystają, bardziej nawet niż politycy - bo u tych ostatnich przynajmniej, gdy jednemu rośnie, to drugiemu spada, a telewizjom rośnie wszystkim, im bardziej "wybrańcy narodu" naparzają się werbalnie po mordach. To telewizje informacyjne, od prawa do lewa, żyją z politycznych kłótni i hałaśliwych pasków informacyjnych, zwłaszcza od sławetnych wyborów 2005 roku, gdy dwie partie wyrosłe z tego samego, postsolidarnościowego rdzenia, miały rządzić wspólnie i w porozumieniu, w ramach koalicji PO-PIS, ale ponieważ przy urnach kolejność była odwrotna niż w sondażach, posprzeczały się karczemnie, a dzisiaj są wręcz jak niebo i ziemia, jak dzień i noc - dwoma przeciwstawnymi biegunami w społecznym odbiorze.
Ale ten odbiór nie bierze się z księżyca. To telewizje informacyjne lubują się w usadzaniu naprzeciw siebie najbardziej krewkich, najbardziej temperamentnych i najbardziej ortodoksyjnych przedstawicieli "wrogich" ugrupowań. I niby oburzają się prowadzący w drogich garniturach, gdy któryś gość wyjdzie ostentacyjnie ze studia, niby płonią się im lica niczym dziewiętnastowiecznym pensjonarkom, gdy lecą grube słowa od prawicy do lewicy i vice versa, ale w duchu się cieszą, bo ich stacjom oglądalność rośnie jak pszenica na czarnoziemach. A gdyby sobie jeszcze panowie posłowie przyłożyli tak konkretnie po facjatach, jak to się czasem dzieje w parlamentach krajów Trzeciego Świata albo na Ukrainie, to już w ogóle za konsoletą strzelałyby korki od win musujących.
I oni mają czelność użalać się nad upadkiem moralności w publicznej debacie i nad politycznymi kłótniami przy rodzinnych stołach...
Doskonale widzi to na przykład kardynał Grzegorz Ryś, który przedwczoraj podczas nabożeństwa w Kalwarii Zebrzydowskiej, zauważył trzeźwo, że "przesuwamy granice zła, nienawiści, niechęci. To, co dzisiaj w życiu publicznym uznaliśmy za normę, jeszcze 20 lat temu dla naszych rodziców było kompletnie niewyobrażalne".
Kardynał wie, co mówi, bo sam pada ostatnio ofiarą nienawiści, w związku z niedawno wystosowanym listem Konferencji Episkopatu Polski, pod którym - jako jeden z ponad setki sygnatariuszy - się podpisał. Korzystając z okazji, warto chociaż raz przyklasnąć biskupom, którzy zwykle - jako episkopalne gremium - zajmują się albo zbyt nachalnym zaglądaniem wiernym do łóżek, albo tych wiernych usypianiem, emitując kilka razy w roku listy pasterskie, odczytywane później na mszach świętych zamiast kazania, a składające się z fraz ("transcendentne zanurzenie się w boskiej tajemnicy zbawienia winno ubogacać naszą wiarę w Chrystusie Panu podczas tego doczesnego, ziemskiego pielgrzymowania"), których pustosłowie działa lepiej niż najsilniejsza dawka melatoniny.
A tym razem napisali coś mądrego i życiowego (na przykład, że "antysemityzm to grzech"). Chociaż nieszczególnie akurat odkrywczego, gdyż nawet niewierzący a w miarę zorientowany w świecie człowiek wie z pewnością, że Chrystus każdy przejaw nienawiści czy wrogości, więc również nienawiść wobec grupy etnicznej czy wspólnoty wyznaniowej, uważał za grzech i obrazę Boga. Widocznie napisać to jednak należało, bo już chyba niedaleki jest czas, gdy większość adresatów listu zacznie uważać niechęć do Żydów za "polską rację stanu" czy wręcz objaw "polskiego patriotyzmu". A może nawet uzna arbitralnie, że Jezus i jego Matka byli Polakami (bo przecież Matka Boska Częstochowska, a Częstochowa gdzie? w Izraelu leży?).
Każdemu się może wydawać co chce, ale śmiesznie się jednakowoż obserwuje jak ludzie, którzy w kościele bywają tylko dwa razy w roku (na Pasterkę oraz na "święcenie pokarmów" w Wielką Sobotę, a i tak wtedy stoją za filarem i ględzą ze szwagrem o ostatnim meczu "kolejorza" czy innej "gieksy"), recenzują teologiczne tezy hierarchów, nazywają ich "judeobiskupami" (sic!) i oskarżają ich o herezję (!), WIEDZĄC "LEPIEJ" od historyków Kościoła i doktorów teologii, co jest zgodne z tego Kościoła nauczaniem i kto według nauczania Kościoła ma szansę na zbawienie, a kto nie.
Tak samo to żenujące jak te PolsatyNews, które najpierw nakręciły polityczne podziały, by teraz radzić, jak ich uniknąć. I jak technologiczni giganci, którzy najpierw uzależnili nas od instagramów i tik-toków, a teraz oferują nam aplikacje mające na celu ograniczenie czasu spędzanego w mediach społecznościowych, monitorowanie aktywności oraz "zwiększenie produktywności".
Tylko że to z tymi Żydami i rzekomą herezją biskupów to prywatne poglądy różnych domorosłych specjalistów od teologii i prawa kanonicznego, więc ich nie pokazują w telewizji, dopóki ktoś się sam takimi "mądrościami" ze światem sam nie podzieli. A jak mawia stare porzekadło, lepiej milczeć i tylko uchodzić za głupiego, niż się odezwać i rozwiać wszelkie wątpliwości.
5. kwietnia 2026, 18:50 CEST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Subskrybuj:
Posty (Atom)
