Właścicielka lodziarni w Pszczynie od ćwierć wieku rozdawała lody za darmo uczniom, którzy po zakończeniu roku szkolnego pokazali świadectwo z czerwonym paskiem. Teraz pani Rzecznik Praw Dziecka domaga się ukrócenia tego niecnego procederu, gdyż dzieci uczące się gorzej mogłyby się poczuć skrzywdzone i pominięte. Od paru dni to jest w Polsce najważniejszy temat publicznej debaty (może oprócz tej tenisistki, o której istnieniu jeszcze dwa tygodnie temu nikt, poza zagorzałymi fanami tenisa, nie miał pojęcia, a teraz media pieją o niej, jakby od co najmniej dekady wspierały jej karierę ze wszystkich sił i całą zawartością swojego portfela…).
Interwencja RPD jest
oczywiście idiotyczna i nie podlega dyskusji fakt, że stanowi modelowy
przykład parodii polityki równościowej, która zamiast wspierać tych,
którzy nie ze swojej winy mają niższe szanse w jakiejś dziedzinie,
wylewa – nomen omen – dziecko z kąpielą. Bardziej jednak mnie
zastanawia, że nikogo nie oburza inny aspekt całej sprawy. Ten, gdzie
urzędnik państwowy próbuje wpływać na działania prywatnego przedsiębiorcy, który nie robi niczego, co wykraczałoby poza granice
prawa, a wszystkich i tak bardziej dziwi tamten pierwszy debilizm, a ten
drugi już nie.
Pisałem o tej
przedziwnej niekonsekwencji już kilka razy, chociażby przy okazji
dyskusji nad tzw. „stałą ceną książki”. Jeśli ktoś prowadzi prywatny
biznes - np. właśnie sklep z książkami, to ma prawo te książki
sprzedawać komu chce i za ile chce. Za pół ceny "okładkowej", za ćwierć
ceny, a nawet za czapkę śliwek, gdy ma taką fantazję. Podobnie jeśli
sprzedaje pomarańcze, ołówki albo wapno gaszone. A jeśli państwo mu
narzuca, komu albo za ile może te książki czy pomarańcze sprzedawać,
jakie rabaty stosować i kiedy, to już nie jest jego prywatny biznes,
tylko w połowie państwowy, czyli jakiś wykoślawiony, pełzający
socjalizm.
I to się tyczy każdej
dziedziny i branży. Jeśli ktoś ma restaurację, to ma prawo w określone dni
nie wpuszczać do niej np. rodziców z małymi dziećmi (był taki przypadek
niedawno, bodaj w Poznaniu, i ogromna burza w soszalmidjach) albo ludzi,
którzy noszą skarpetki do sandałów. Tak jak gdy ktoś prowadzi
drukarnię, piekarnię, albo studio tatuażu i ma zachciankę, aby we wtorki
nie obsługiwać gejów, a w piątki katolików, sympatyków PSL-u albo ludzi
o innym kolorze włosów niż czerwony. I nikomu nic do tego! Bo to jest
jego prywatny biznes, on jest panem swojego losu, ryzykuje własnymi
pieniędzmi i jeśli się powszechnie nie spodobają takie zachcianki
właściciela, to po prostu zbankrutuje, w dodatku owiany infamią we
wspomnianych soszalmidjach.
Podobnie
zatem z lodziarnią. Pani z Pszczyny może swoje lody rozdawać za darmo
dzieciom z czerwonym paskiem, ze szczególnymi osiągnięciami w sporcie,
albo tym, którzy mają na świadectwie trójkę z plusem wyłącznie z
geografii. Może rozdawać je za jeden grosz we wtorki tym, które mają
plecak z Topolino (znanym u nas lepiej pod ksywą „Myszka Miki”), w środy
- opaskę z logo Kociego Domku Gabi, w czwartki - zeszyt z Pettersonem i
Findusem, a w dni parzyste - buty z licencją Psiego Patrolu.
I
pani Rzecznik Praw Dziecka ma się od tego odfasolić, bo to nie jest jej
interes. Dzieci są różne. Jedne zawsze będą zazdrościć innym i źle
znosić porażki, inne wszczynają histerię, gdy rodzeństwo dostaje
prezenty i im też trzeba coś na szybko skombinować. Jedne uważają tych
dobrze uczących się za szkolny "gorszy sort", "kujonów" i "fizoli", a
jeszcze inne mają to wszystko w sempiternie. Żadnym z nich jednak nie
pomoże, gdy takie niedźwiedzie przysługi będzie im robić kobita, która
powinna stać na straży ich praw, a nie emocji. I która powinna się
wcześniej zastanowić, policzyć do dziesięciu i wypić szklankę zimnej
kranówy, zanim pojedzie pogadać z właścicielką takiej lodziarni jak ta w
Pszczynie.
Bo w przeciwnym
razie, to prywatni przedsiębiorcy zaczną się zastanawiać, czy jest sens
prowadzić prywatną działalność w państwie, gdzie urzędnicy kręcą takie
lody.
5. czerwca 2026, 15:21 CEST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
