Z upływem czasu mam coraz bardziej dojmujące wrażenie, że Christopher Nolan z premedytacją umieścił w obsadzie swojego najnowszego filmu te dwie osoby-których-imion-nie-wolno-wymawiać, w dodatku w rolach czysto epizodycznych (oboje są na ekranie łącznie może przez pięć minut), żeby tym większy był hype wokół dzieła i tym więcej ludzi poszło do kina.
Żeby poszli, choćby z czystej ciekawości albo się pośmiać, a zamiast tego - wbrew intencjom - zobaczyli film, w którym nie tylko nie ma żadnego ideologicznego przesłania, ale nie jest to w ogóle coś, czego mogli się spodziewać, a już z pewnością nie kopia "Troi" sprzed dwudziestu lat z okładem. Scen z pól bitewnych, walk z różnymi potworami i akcji podrasowanej efektami specjalnymi za ciężkie kokosy jest oczywiście mnóstwo, ale główne role w tym filmie odgrywają fatalizm, ekspiacja i - przede wszystkim - meandry ludzkiej natury.
I jest to wszystko narysowane tak, jak niewielu potrafi. Powiedzieć, że Hoyte van Hoytema wie, co zrobić z kamerą, to nic nie powiedzieć. Sekwencje z koniem trojańskim i sceny zdobycia miasta porażają realizmem. Agamemnon u bram Troi wygląda monumentalnie, niczym skrzyżowanie Saurona w pełnej zbroi z mrocznym królikiem Frankiem z "Donniego Darko". Cyklop swoim kolosalnym przewyższeniem robi podobne wrażenie jak Snoke w "Gwiezdnych Wojnach". Świetny jest Menelaos i dawno, o ile w ogóle kiedykolwiek, widziałem lepszą rolę Matta Damona. Aha, i Ludwig Göransson za partyturą nie tłucze już warząchwią w zardzewiały garnek jak w "Tenecie", tylko wreszcie napisał coś, co może go stawiać w najbliższym kręgu Mistrza Hansa. I jeszcze pies Argos jako starogrecki Hachiko...
W (przynajmniej moim prywatnym) rankingu filmów Nolana "Odyseja" byłaby pewnie gdzieś w połowie i to raczej tej dolnej. Nie dlatego jednak, że to film zły, ale dlatego, że ów reżyser miał zbyt wiele wybitnych. A ten jest tylko bardzo dobry.
"The Odyssey"
USA/Wielka Brytania, 2026
reż. Christopher Nolan
moja ocena: 8/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz