Z upływem czasu mam coraz bardziej dojmujące wrażenie, że Christopher Nolan z premedytacją umieścił w obsadzie swojego najnowszego filmu te dwie osoby-których-imion-nie-wolno-wymawiać, w dodatku w rolach czysto epizodycznych (oboje są na ekranie łącznie może przez pięć minut), żeby tym większy był hype wokół dzieła i tym więcej ludzi poszło do kina.
piątek, 31 lipca 2026
dziesięć lat samotności
Żeby poszli, choćby z czystej ciekawości albo się pośmiać, a zamiast tego - wbrew intencjom - zobaczyli film, w którym nie tylko nie ma żadnego ideologicznego przesłania, ale nie jest to w ogóle coś, czego mogli się spodziewać, a już z pewnością nie kopia "Troi" sprzed dwudziestu lat z okładem. Scen z pól bitewnych, walk z różnymi potworami i akcji podrasowanej efektami specjalnymi za ciężkie kokosy jest oczywiście mnóstwo, ale główne role w tym filmie odgrywają fatalizm, ekspiacja i - przede wszystkim - meandry ludzkiej natury.
I jest to wszystko narysowane tak, jak niewielu potrafi. Powiedzieć, że Hoyte van Hoytema wie, co zrobić z kamerą, to nic nie powiedzieć. Sekwencje z koniem trojańskim i sceny zdobycia miasta porażają realizmem. Agamemnon u bram Troi wygląda monumentalnie, niczym skrzyżowanie Saurona w pełnej zbroi z mrocznym królikiem Frankiem z "Donniego Darko". Cyklop swoim kolosalnym przewyższeniem robi podobne wrażenie jak Snoke w "Gwiezdnych Wojnach". Świetny jest Menelaos i dawno, o ile w ogóle kiedykolwiek, widziałem lepszą rolę Matta Damona. Aha, i Ludwig Göransson za partyturą nie tłucze już warząchwią w zardzewiały garnek jak w "Tenecie", tylko wreszcie napisał coś, co może go stawiać w najbliższym kręgu Mistrza Hansa. I jeszcze pies Argos jako starogrecki Hachiko...
W (przynajmniej moim prywatnym) rankingu filmów Nolana "Odyseja" byłaby pewnie gdzieś w połowie i to raczej tej dolnej. Nie dlatego jednak, że to film zły, ale dlatego, że ów reżyser miał zbyt wiele wybitnych. A ten jest tylko bardzo dobry.
"The Odyssey"
USA/Wielka Brytania, 2026
reż. Christopher Nolan
moja ocena: 8/10
poniedziałek, 20 lipca 2026
pajdopatologia
Odważną tezę iż społeczeństwo głupieje udowodnić byłoby niezwykle trudno. Niby można studiować malownicze tabele ze statystykami obrazującymi zatrzymanie się sławetnego efektu Flynna. Niby można analizować ogłaszane corocznie w lipcu wyniki matury (zwanej wciąż z niewiadomego powodu „egzaminem dojrzałości”). Niby można jeszcze coś innego... Jak to jednak w dużych zbiorach danych bywa, łatwo nimi manipulować i dobrać je tak, aby potwierdzały założoną hipotezę.
Znacznie natomiast łatwiej, od ręki wręcz, udowodnić można, iż społeczeństwo (nie tylko polskie, czy jakiekolwiek inne, ale globalnie, czyli literalnie każde) dziecinnieje i to w postępie geometrycznym. A przykładów wcale nie trzeba szukać w strzelistych aktach tej czy innej opcji politycznej, które perorują, że młodzi ludzie nie chcą dorastać, bo nie chcą przyjmować obowiązków wynikających z założenia rodziny i wolą mieszkać z rodzicami, gdzie mają wszystko podane pod przysłowiowy nos.
Znacznie banalniejszych, a przez to bardziej dobitnych, przykładów dostarcza samo życie na każdym kroku i na każdym rogu ulicy.
Oto oficjalna kampania Ministerstwa Klimatu i Środowiska tuż przed wprowadzeniem systemu kaucyjnego. Troje skądinąd niezłych aktorów poprzebieranych za butelki i puszki (sic!) biega, tańczy i śpiewa o korzyściach wynikających z oddania niezgniecionej plastikowej butli po coli do automatu przy Biedrze czy innym Oszą.
Oto Państwowa Inspekcja Pracy wyjaśnia różnice pomiędzy rodzajami umów zawieranych na linii pracodawca – pracownik posługując się animowanym filmem z kotkami (sic!), retoryką jak do niepełnosprawnych umysłowo i jeszcze dodatkowo – jako tępy gwóźdź do tej wizerunkowej trumny – czcionką jako żywo przypominającą Comic Sans…
Oto w corocznej, wakacyjnej akcji LOTTO pod ksywą „Loteriada” nie tylko trzeba wpisać na stronie internetowej otrzymany w kolekturze kod, aby niczego nie wygrać, ale w tym roku należy jeszcze dodatkowo wirtualnie „zakręcić” pstrokatym „kołem fortuny”, aby uzyskać ten sam rezultat (jeśli ktoś wierzy, że nie jest z góry, jeszcze przed naciśnięciem przycisku „Zakręć kołem”, przesądzone na czym zatrzyma się strzałka, powinien pilnie udać się na konsultacje psychiatryczne do Szpitala Południowego w Warszawie).
Oto największy polski przewoźnik kolejowy, gdy zakupimy przez jego system sprzedaży internetowej bilet na przejazd, wyśle nam maila zaczynającego się od słów: „Cześć (nasze imię), tutaj Twój pociąg. Przyjadę po Ciebie na stację (…) i razem pojedziemy do stacji (…)”.
Oto reklamy, które są wręcz osobną kategorią omawianego zjawiska. Po topornych latach 90-tych XX wieku próbowano wprowadzić trochę nieoczywistej jakości (vide słynne mini-skecze kabaretu Mumio w spotach Plusa), ale aktualnie wahadło odbiło tak bardzo, że nawet te lata 90-te wydają się teraz synonimem jakości i dobrego gustu. Nadmiar bodźców wzrokowych, tańce i pląsy niczym z teledysku jakiejś Bijąs w reklamie dowolnego żarcia, infantylnie przerabiane evergreeny muzyczne („Jak sobota to tylko do Lidla, do Lidla…”, „Świeżo tutaj jest, tanio tutaj jest, Stokrooootka!”, „On przynosi sianooooo!” – to ostatnie rzecz jasna o bocianie), słodkie dialogi przy których na glukometrze kończy się skala („Ach, Bożenko, to ja też kupię ten lek na wątrobę!”).
Oto wreszcie serwisy streamingowe, w których jako awatar można wybrać tylko jakiś infantylny obrazek, bo nie można zostawić nawet pustego okienka, oto gry na smartfony, tak głupie, że to głośne swego czasu łapanie Pokemonów wyrastało przy nich na szczyt intelektualnego wyzwania. Oto coraz powszechniejszy zabieg pitch shiftingu w wokalu wielu hitów muzyki pop (przykładem choćby to koszmarne „In My Mind” duetu Dynoro & Gigi D’Agostino), który sprawia, że całość brzmi jakby śpiewała Żaba Monika (to ta od Kulfona, ale pokolenie Z i tak musiałoby sprawdzić kto zacz...). Oto wreszcie popularność i dochodowość filmów spod znaku Marvela, z fabułą wprost wziętą z dziecięcych kreskówek i z głębią blatu stołu do ping-ponga.
Nie ma jednak sensu pastwienie się nad zjawiskiem przez mnożenie kolejnych przykładów, tylko próba podjęcia odpowiedzi na pytanie „Dlaczego?”. Nie przekona mnie argument, że nie można być poważnym przez całe życie i to wszystko jest jedynie próbą wprowadzenia odrobiny humoru czy dystansu do codzienności i do ważnych tematów. Być może nie mam odpowiedniego, a może nawet żadnego poczucia humoru, ale nie pojmuję dlaczego miałoby skuteczniej przekonać kogokolwiek do systemu kaucyjnego poprzebieranie aktorów za puszki i butelki. Może jedynie dzieci, ale tylko takie w wieku przedszkolnym, bo już te zaczynające podstawówkę z miejsca uznają ów spot za ostry „cringe”. I podobnie do dzieci na etapie Kici Koci mogłyby chyba trafić scenki, w których kotki pracują na umowach cywilnoprawnych, a pociągi pospieszne piszą do nas maile. Ale jeśli przekaz taki kierujemy do dorosłych, to coś ewidentnie poszło nie tak…
I tu chyba, niezbyt płytko, pogrzebany jest ten nieszczęsny pies. Fakt, wiele z takich działań jest obliczonych na zysk (skoczna, chwytliwa muzyka w reklamie przyciągnie uwagę, a to zaowocuje wyższą sprzedażą). Filmy Marvela ściągną do kin więcej ludzi niż dzieła o ciężarze Antonioniego czy Felliniego, to nie ulega kwestii. Mam jednak wrażenie, że jest coś jeszcze. Coś, co z daleka i niezbyt wyraźnie wygląda jak przekonanie twórców, że jeśli tę czy inną kampanię informacyjną zrobi się "jak dla dorosłych", a nie "jak dla dzieci", czyli bez obrazków, animacji i werbalnej łopatologii, to do większości odbiorców ona po prostu nie dotrze.
W tym ujęciu popularność animowanych filmików instruktażowych i przekazów, w których butelki śpiewają o kaucji, a kotek wyjaśnia różnicę pomiędzy umową o pracę a umową zlecenia (nb. tak jest właśnie poprawnie, zbitka „umowa zlecenie” to powszechny błąd), wyrasta z tego samego pnia, z którego wyrosły obrazkowe instrukcje obsługi do sprzętu AGD czy mebli (bo jeśli miały zredukować ilość papieru na ich drukowanie, to nic takiego się nie wydarzyło). Z przekonania graniczącego z pewnością, że jeśli o warunkach kaucji będzie napisane litym tekstem albo nawet od myślników, a o umowach opowie podkrawacony urzędnik z PUP-u, to coraz mniej odbiorców zrozumie przekaz.
I dopiero w tym momencie można zaproponować istnienie ścisłej korelacji pomiędzy dziecinnieniem społeczeństwa a tą tezą nie do udowodnienia z pierwszego zdania parę akapitów wyżej. Zgoda, to nadal jest trudne do operacjonalizacji, ale stawiam grube dolary (po kursie sprzed ery tego jełopa, który siedzi aktualnie w Białym Domu) do zeszłorocznych orzechów, że związek jest, i to mocny.
A jeśli tak, to możliwe reperkusje są wyłącznie pesymistyczne. Bo przede wszystkim może to oznaczać, że istnienia naszej cywilizacji nie zakończy fanaberia jakiegoś szurniętego satrapy z Moskwy czy Phenianu, dysponującego swobodnie guzikiem atomowym, nie zakończy jej też globalna zmiana klimatu, bunt „sztucznej inteligencji” (która z inteligencją ma tyle wspólnego, co niżej podpisany z zapaśnikiem sumo) czy śmiertelny wirus z serca Afryki. Nasza cywilizacja złoży się jak domek z kart pod ciężarem naszego własnego skąpstwa poznawczego i naszego własnego intelektualnego lenistwa.
I ten dzień jest już bliski. Jesteśmy jak starożytni Rzymianie w 476 roku, już widać hordy barbarzyńców na horyzoncie. Dorośli, wykształceni ponoć ludzie, funkcjonujący w zdziecinniałym społeczeństwie, nabierają się współcześnie na tak prymitywne komunikaty czy manipulacje, na które kiedyś nie złapałby się przeciętny uczeń podstawówki.
Ale chyba wciąż jest jeszcze szansa…
18. lipca 2026, 17:54 CEST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Subskrybuj:
Posty (Atom)






