Prawdopodobnie nie pojmuję kunsztu reżysera Paula Thomasa Andersona (podobnie jak nie rozumiem fenomenu niejakich braci Coen), ponieważ w nagrodzonym niedawno Oscarem filmie "Jedna bitwa po drugiej" czegoś wyraźnie mi brakuje.
Jeśli to ma być czarna komedia, to nie śmieszy tak jak powinna (zwłaszcza owe elementy, które wręcz musiały, jak te dziwaczne nazwy, te wszystkie ChickenLickenFrozenFoodFactory i Siostry od Bitnego Bobra). Jeśli dramat, to fabuła zbyt płaska i jednowymiarowa. Jeśli dzieło miało (chociaż zakładam, że nie, wnosząc po inspiracjach scenarzystów) obśmiewać rewolucyjne zacięcie i górnolotne hasła tych ruchów, to wyszło za mało dobitnie, a jeśli miało je gloryfikować, to nie wyszło tym bardziej.
Najciekawiej zapowiadał się spiskowy wątek tajnego stowarzyszenia pod wezwaniem "świętego Mikołaja", ale nie wypalił, bo dostał za mało czasu (zwłaszcza ledwo trzymający się na nogach Kevin Tighe - "kultowy" Man from Tallahassee z trzeciego sezonu serialu "Lost"). Już pomijam paradoksalny w tym kontekście fakt, że dzieło jest koszmarnie rozciągnięte, co - gdy wreszcie trafi do bezpłatnej telewizji - pozwoli Polsatowi pobić rekord Guinessa w liczbie okienek reklamowych podczas jednej produkcji.
Leonardo DiCaprio już w kolejnym filmie, po "Don't Look Up", gra fajtłapę, chociaż on akurat zagra dobrze cokolwiek, co mu przydzielą. Nie po drodze mi natomiast z zachwytami nad Seanem Pennem. Jego postać pułkownika jest przerysowana zardzewiałym gwoździem i aż dziwne, że się z tego tytułu nie odkleja od ekranu, a sam aktor przez cały film gra jednym wyrazem twarzy - takim, jakby wciąż miał pod nosem potrawę znaną jako stuletnie jajko. Najlepszą scenką jest króciutka perełka z rozwijającym się dywanikiem, która wygląda jakby napisał ją inny reżyser o nazwisku Anderson. A najlepszą postać Sensei kreuje ulubiony (obok Owena Wilsona i Billa Murraya) aktor tego innego Andersona - Benicio Del Toro.
Nie wiem, na jakich zasadach przyznaje się teraz Oscary za najlepszy film. Być może członkowie Amerykańskiej Akademii Filmowej mieszają wódkę na myszach z piwem FOX Mocne i czekają aż im zacznie wirować pod czaszką, a potem rzucają strzałkami od darta w tablicę z nazwami nominowanych dzieł. A może obliczają statystyczny współczynnik ilości czarnego pigmentu na centymetr kwadratowy celuloidu. Jak by nie było - krzyżyk i klaps im na drogę. A "Jedna bitwa po drugiej" to nie jest zły film, ale co najwyżej przyzwoity. Ale być może właśnie tyle teraz (na Oscara) wystarczy.
"One Battle After Another"
USA, 2025
reż. Paul Thomas Anderson
moja ocena: 6/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz