sobota, 4 czerwca 2011

shrink

W gabinecie kozetka. Na ścianie portret Freuda. W repertuarze między innymi: czytanie w myślach, grzebanie we wspomnieniach z wczesnego dzieciństwa, patologiczna potrzeba odnalezienia w zachowaniu interlokutora objawów zaburzenia psychicznego, wystawianie zaświadczeń o dysleksji albo ADHD.

Kiedyś określenie "psycholog", a już zwłaszcza "psycholog kliniczny" brzmiało dumnie. Osobnika takiego otaczano szacunkiem, trochę jak lekarza, tylko lekarza od czegoś innego niż kaszel i bul (według "Słownika Nowej Ortografii" pod redakcją B.Komorowskiego) w krzyżu. Współcześnie psychologa wrzuca się do jednego worka z napisem "magistry bez przyszłości". Stawia się w jednym szeregu z absolwentami kierunków dających tak szerokie perspektywy na rynku pracy, jak filozofia, zarządzanie, stosunki międzynarodowe czy wiedza o kulturze. Przed studentem psychologii kreśli się rozległe i zróżnicowane horyzonty zawodowe: w hipermarkecie, na budowie, w McDonaldzie...

Stereotypy i błędne przekonania nie przylatują z księżyca. Winnymi ich potęgi są przede wszystkim sami psychologowie. To, że nie mogą przepisywać leków i przez 20 lat "wolnej Polski" nie potrafią wypracować ustawy o własnym zawodzie to jedno. Istotniejsze jest jednak, że niektórym po ukończeniu tych kiedyś prestiżowych studiów odbija i zachowują się, jakby posiedli wszelkie mądrości tego świata. Na podstawie testów projekcyjnych wysuwają wyrafinowane wnioski o ludzkiej osobowości, opowiadają brednie o "zabawianiu wewnętrznego dziecka", "odnajdywaniu siebie" czy "akceptacji ograniczeń własnego JA" i płodzą pseudonaukowe poradniki, które językiem typowym dla Paulo Coelho radzą jak żyć, żeby być pięknym, zdrowym i bogatym. A wszystko to podpierają uniwersalną frazą: "najnowsze odkrycia psychologii dowodzą, że...".

Gdy wydarzy się katastrofa, są ofiary śmiertelne i w internecie napiszą, że na miejsce wysłano psychologów, zawsze znajdzie się kilka komentarzy w rodzaju: "Po co te darmozjady tam pojechały, będą gadać te swoje psychologiczne "mądrości", a nikomu i tak nie pomogą". Gdy kandydat na zawodowego kierowcę wraca z badań psychotechnicznych, relacjonuje w stylu: "K***a, jakieś klocki mi kazał ten kretyn układać, zamiast badać to, co faktycznie jest potrzebne na drodze". Człowiek z poważnym problemem nawet nie decyduje się na wizytę u psychologa, gdyż z opowieści znajomych wie, że zamiast rozmowy dostanie test, albo zostaną mu okazane plamy atramentowe z pytaniem "Co tutaj widzisz?". I na tej podstawie Pani Psycholog stwierdzi, że wszystkie problemy klienta to wina odrzucającej matki, zbyt ciężkich zabawek w dzieciństwie albo braku orgazmu.

Jakby nie patrzeć, taki jest wizerunek psychologa. Hybryda wróżki, szarlatana i niespełnionego seksualnie wyznawcy Freuda, który wszystkie problemy sprowadza do jednego. Obsesyjnie przekonanego o własnej nieomylności, który dowodzi: "mam rację, bo jestem psychologiem, a ty nie". Względnie cudotwórcy, który potrafi rozwiązać każdy problem jeśli tylko mu się chce (a zwykle mu się nie chce). Który ma magiczną różdżkę schowaną w szufladzie, gdzieś pomiędzy testami inteligencji a dłutem do przeprowadzania lobotomii. I który ma dostęp do wiedzy tajemnej, więc wystarczy, że powie dwa zdania, albo zaordynuje odpowiednią terapię, a nasze życie - niezależnie od tego, jak poważny jest problem - zamieni się w krainę winem i śpiewem płynącą.

I mnie to trafia, bo studiuję tą dziedzinę nauki z pasji i z przekonania. Dla tej wiedzy tajemnej zresztą też, bo cierpię na "syndrom ucznia czarnoksiężnika". A za rok wyląduję w świecie, który psychologa generalnie wyśmiewa albo wysyła do tak zwanego diabła. Nawet nie chodzi o to, że szersze społeczeństwo uzna mnie za wiecznego studenta, któremu nie chciało się uczyć, więc zrobił sobie kierunek lekki, łatwy i przyjemny. Albo rozpuszczonego cwaniaka, który zamiast zabrać się do prawdziwej pracy, bierze pensję "z naszych podatków" za przekładanie papierów i robienie uczciwym ludziom idiotycznych testów. Z tym sobie poradzę.

Problem ma za to owo szersze społeczeństwo. Bo - niezależnie od powodów - z psychologa zrobiło sobie takiego Czarnoksiężnika z Krainy Oz a rebours. Najpierw go ignoruje i odsądza od "prawdziwej naukowości" i "poważnej wiedzy", ale jak przychodzą kłopoty, to oczekuje od niego cudów.

4. czerwca 2011, 23:00 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

czwartek, 2 czerwca 2011

Amorphis - "The Beginning Of Times"

To miał być muzyczny Genesis. Opowieść o Początku. Dźwiękowa ilustracja fińskiej wersji Księgi Rodzaju. I o ile taka idea zasługuje na obiektywne uznanie, ocena jej realizacji musi już pozostać wyłącznie kwestią indywidualnych upodobań. A jedynym zastrzeżeniem jakie można postawić, staje się pytanie, czy wybrali właściwy czas, czy akurat na tym etapie kariery warto było się porywać na tak potężne przedsięwzięcie.

Tezę jakoby Amorphis się twórczo wypalił, mógłby postawić tylko kompletny ignorant. Poza tym to akurat są ludzie, którzy nie muszą niczego nikomu udowadniać. Ponad 20 lat na scenie, 10 albumów, z których już tylko losowo wybrana połowa sytuuje zespół wśród najważniejszych wykonawców europejskiej, a nawet światowej sceny przełomu wieków. A pomysł z regularnym sięganiem w zakresie warstwy tekstowej do "Kalevali" (fińskiej epopei narodowej) jest dosłownie nie z tej ziemi. Zgoda, panowie niebezpiecznie szybko zbliżają się do "czterdziestki", więc można byłoby próbować dowodzić, że starszy człowiek jednak nie może. Że równia pochyła, że demencja, że właśnie artystyczny burnout...

... ale dałoby się to obronić jedynie wówczas, gdyby dwa lata temu nie wyszedł spod ich rąk znakomity "Skyforger". Album od pierwszej do ostatniej nuty niemal perfekcyjny, nawiązujący do najlepszych czasów kapeli, a może nawet piszący ich historię na nowo. Przy całej mojej miłości dla beztroskiej "Elegy", dla genialnej "Tuoneli", dla miażdżącego "Am Universum" i dla wokalu Pasi Koskinena, gdyby ktoś określił "Skyforger" najlepszą płytą w dorobku Amorphis, nie miałbym argumentów, aby protestować. I aby z infantylnym podekscytowaniem nie oczekiwać na kolejny krok.

Krok, jak się okazuje pusty. Krok, który niestety nie posuwa historii naprzód. "The Beginning Of Times" nie tylko na gruncie lirycznej metafory jest spojrzeniem wstecz. Na pierwszy rzut ucha jest logiczną kontynuacją "Skyforger", ale tylko na pierwszy. Zbyt dużo jest na tej płycie niedoróbek, zbyt dużo słabych momentów. Oczywiście, jest ten charakterystyczny amorphisowy klimat, ale tylko wzmaga on pozostające po fakcie uczucie niedosytu. Fuszerki widać bowiem wszędzie. Pierwsza ścieżka ("Battle For Light") razi bezbarwnością i brakiem pomysłu, a przecież otwarcia oni zawsze mieli kapitalne. Wybór promujących (również na Fejsbuku) płytę kawałków jest przysłowiowym strzałem kulą w płot. "My Enemy" tylko się interesująco zaczyna, a później jest już coraz gorzej. Natomiast "You I Need" jest nudny jak krawat Zbigniewa Wodeckiego, i tylko klawisze Santeriego Kallio ratują rzecz od kompromitacji. Generalnie przynajmniej połowa tracklisty brzmi jak odrzuty z sesji do "Skyforger" i nawet ta niesamowita melodyka, która była być może największym atutem poprzedniego dzieła, tutaj chwilami po prostu irytuje.

Żeby jednak nie rozbijać w proch legendy, trzeba obowiązkowo wspomnieć, że nie wszystko na "The Beginning Of Times" jest niestrawne jak fińskie pieczywo. Wciąga hipnotyzująca melodia w "Mermaid", przebojowo brzmi "Three Words", coś wreszcie dzieje się w drugiej części albumu ("Reformation", "On a Stranded Shore" czy "Escape"), spodobać musi się końcówka "Crack In a Stone". I przede wszystkim bezapelacyjnie najlepszy na płycie "Song Of The Sage". Dla mnie jak dotąd - obok "Under Flaming Skies" Stratovariusa - absolutnie hit roku. Takiej dawki szaleństwa w amorphisowym wydaniu nie było już dawno. Obłędna melodia, folkowe wstawki, energia rodem z serca reaktora atomowego. Niezbity dowód, że Esa Holopainen i jego ludzie wciąż znają się na swojej robocie. Ta płyta im po prostu nie wyszła, ale przecież świat się jeszcze nie kończy. Jeśli wierzyć tytułowi, to właściwie dopiero się zaczyna.

Amorphis - "The Beginning Of Times"

2011, Nuclear Blast
ocena: 6/10

2. czerwca 2011, 23:22 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

wtorek, 24 maja 2011

Ministerstwo Dobrostanu

Niezwykle rzadko zdarza mi się mówić jednym głosem ze środowiskiem tzw. feministek. Nadeszła jednak odpowiednia okazja. Oto bowiem w miniony weekend media umiarkowanie głośno, ale z nieskrywanym entuzjazmem informowały, iż już niedługo "walka z rakiem będzie obowiązkowa". Ministerstwo Zdrowia jest bowiem "zdeterminowane", aby jak najszybciej wprowadzić ustawę, która sprawi, że badania mammograficzne i cytologiczne będą obligatoryjne. I przeciw temu piramidalnemu kretyństwu odważyły się publicznie zaprotestować jedynie feministki.

Oczywiście - badania umożliwiające wczesne wykrywanie raka i innych poważnych chorób powinno się wykonywać. Ale żadne państwo nie ma prawa nakazać swoim obywatelom, aby takie badania robili. Bo w tym momencie rozpoczyna się już totalitaryzm. Właśnie tak, totalitaryzm - gdyż państwo, które wie lepiej od obywatela, co jest dla tego obywatela dobre, jest państwem totalitarnym. I niczym nie różni się od tego, co w swojej najsłynniejszej książce opisał swego czasu Eric Arthur Blair (ksywa: George Orwell).

Ludzie zakażeni polityczną poprawnością oburzają się często, gdy np. Janusz Korwin-Mikke określa Unię Europejską czy nawet nasze wspaniałe państwo mianem organizacji faszystowskich. Co z tego, że mało kto wie, czym właściwie jest faszyzm; ważne, że na dźwięk tego strasznego słowa na "F" zapala się ludziom w głowach szereg wstrząsających skojarzeń: Hitler, II wojna światowa, Oświęcim. Więc jakie ma znaczenie, że Hitler nie był faszystą tylko nazistą, a faszyzm jako doktryna polityczna wcale nie ma w programie prowadzenia wojny ze wszystkimi dookoła i eksterminacji jegomościów w gustownych jarmułkach. Zgoda, Korwin-Mikke czasami zbyt ochoczo szafuje "faszyzmem" w politycznych debatach, ale tego co planuje Ministerstwo Zdrowia nie można nazwać inaczej, jak działaniem w stylu państwa totalitarnego.

W normalnym ustroju, dorosły, zdrowy na umyśle człowiek jest odpowiedzialny za siebie. Nie chce zrobić mammografii, nie chce ubrać kasku jadąc na rowerze, nie chce zapiąć pasów w samochodzie - jego sprawa. I państwu nic do tego. W razie czego bowiem - ucierpi tylko on sam. Oczywiście, wymaga to zlikwidowania państwowej służby zdrowia, gdzie za leczenie człowieka X płaci "całe społeczeństwo", a nie sam zainteresowany człowiek X, ale to jest szybko do zrobienia. Najtrudniejsza będzie zmiana świadomości ludzi, gdyż w reakcji na taki pomysł jak wyżej opisywany, powinni wyjść na ulice liczniej niż ta cała "Solidarność", która zmobilizowała do walki z socjalizmem pół kraju, a chodziło przecież tylko o podwyżkę cen kiełbasy, a nie o najbardziej intymną wolność osobistą. W Stanach, gdy ten czarnoskóry pajac forsował przymusowe ubezpieczenie zdrowotne, z transparentami wyszło parę milionów ludzi. U nas odwagę mają tylko marginalizowane feministki, a większość ludzi komentuje propozycję ustawy słowami w rodzaju: "Bardzo dobry przepis, dzięki temu na pewno uratuje się wiele kobiet".

Bardzo możliwe, że tak. Ale w takich przypadkach nie chodzi o efekty, a o zasadę. Zasadę, że nie wolno - w imię niczego - naruszać wolności wyboru dorosłego, odpowiedzialnego człowieka. Gdyż jeden taki przepis jest jak wstawienie stopy w drzwi i pociągnie za sobą kolejne. I pewnego dnia obudzicie się w państwie, które nakazuje Wam robić o wiele bardziej naruszające intymność rzeczy niż mammografia, rzekomo dla Waszego własnego dobra. "Obudzicie się", gdyż mnie to już nie będzie dotyczyć. Współczuję kobietom, ale jak wielokrotnie obiecywałem, w dniu, w którym nasze państwo - na sztandarach walki z czymśtam - wprowadzi jakiekolwiek obowiązkowe badania medyczne dla mężczyzn, zrzeknę się formalnej przynależności do tego państwa (popularnie zwanej "obywatelstwem"). A w skrajnej ostateczności - wyjadę. Do kraju, gdzie rządzi jakiś bandyta, bo paradoksalnie tam jest więcej wolności niż w Nowej Wspaniałej Unii Europejskiej.

24. maja 2011, 21:23 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

P.S. Zastanawia mnie jeszcze, jakie będą konsekwencje niepodporządkowania się nowemu prawu. Czy powstaną Patrole Cytologiczne, siłą doprowadzające dziewczyny na badania. Czy od razu ewaporacja...?

niedziela, 15 maja 2011

Suomi on maailman paras !!!

Całe życie czekałem na ten obrazek...












Poprzedniego (i jedynego do wczoraj) mistrzostwa świata w hokeju dla Finów nie pamiętam. To było 16 lat temu. 16 długich lat niepowodzeń, upokorzeń i przede wszystkim niebywałego pecha. Porażki po karnych, po dogrywkach, po bramkach traconych w ostatnich sekundach.












Jakoś to jest wszystko nierzeczywiście hollywoodzkie. To poprzednie Mistrzostwo - z 1995 roku - zdobyte zostało w Szwecji, po zwycięstwie w finale ze Szwecją. I teraz też zwycięski finał ze Szwecją. Z tą Szwecją, z którą mecze zostały jakby obłożone klątwą. Z tą Szwecją, z którą w ostatnich latach Finowie przegrali wszystko, co najważniejsze, z finałem olimpijskim w Turynie na czele. I z tą koszmarną klęską, która do dziś pewnie śni się niektórym po nocach - w ćwierćfinale 2003 roku, na własnych lodowiskach, gdy w połowie 2. tercji było 5-1 dla Finów, a skończyło się 5-6.

Jakoś to jest tak patetycznie banalne, że ten szwedzki kompleks udaje się przełamać w najważniejszym momencie, jak gdyby zły los na moment odwrócił swoją twarz i pozwolił się odegrać za wszystkie dotychczasowe dramaty. Bo to nie było zwycięstwo. To była egzekucja! 6-1!!! Trzecia tercja: 5-0.

Zresztą, do diabła z symboliką. Przez te ostatnie lata zaczynałem się obawiać, że nie dożyję tej chwili...












Warto było czekać! :D

Nie wyobrażam sobie, co teraz się dzieje w Helsinkach...

15. maja 2011, 23:31 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

wtorek, 10 maja 2011

chichot historii














To trochę tak, jakby szynkę po żydowsku wyrabiano na ulicy Oświęcimskiej.

10. maja 2011, 17:55 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

poniedziałek, 2 maja 2011

wojna o pokój

Amerykanie podobno wysłali wreszcie Osamę bin Ladena do Krainy Wiecznych Łowów. Nie rozumiem jedynie płynących zewsząd gratulacji i zachwytów. Przecież to wstyd! Najpotężniejsza armia świata, dysponująca najnowocześniejszą technologią i uzbrojeniem, potrzebowała prawie 10 lat i kilkunastu tysięcy zabitych po swojej stronie, aby zlikwidować faceta, ukrywającego się w kraju biednym jak mysz kościelna. A największe jaja były na początku operacji, jeszcze w 2001 roku, gdy jeden z zastępców bin Ladena - słynny mułła Omar - wymknął się z oblężonej przez Amerykanów twierdzy i uciekał przez pustynię na motorze. Na motorze! I go nie złapali! Mając do dyspozycji supernowoczesne urządzenia naprowadzające, radiolokacyjne i satelity, które z przestrzeni kosmicznej potrafią na powierzchni ziemi przeczytać gazetę.

Dziwne są też te wszystkie peany pochwalne od przywódców państw, które swoich wojsk do Afganistanu nie wysłały. Przypominają trochę takie lizusowskie wazeliniarstwo w stylu: "Wy, Amerykanie, nasi wspaniali przyjaciele. Dziękujemy wam za odwalenie za nas mokrej roboty". Ale najbardziej zdziwił mnie jeden z komentarzy, uroczo obficie kopiowany potem w sieci, jakoby upolowanie bin Ladena było "wielkim zwycięstwem demokracji". Demokracji?! Co ma demokracja wspólnego z operacją wojskową? Chyba, że w oczach kogoś, kto dzieli świat na dwie kategorie: my, wszyscy dobrzy ludzie = demokracja vs. wszyscy źli ludzie = terroryzm. Ów ktoś jest oczywiście kretynem, jego sprawa, ale dlaczego zajmuje się dyplomacją albo polityką?

Ta wojna nauczyła nas jeszcze jednego. Konfrontacja z bezkompromisowymi muzułmanami obnażyła wszelkie słabości armii poborowej, złożonej z normalnych chłopaków z normalnych rodzin, którzy na froncie nabawiają się PTSD i tym podobnych. Armie powinny być już nawet nie zawodowe, ile wręcz prywatne - coś na wzór amerykańskiej Blackwater. I złożone wyłącznie z dobrze opłacanych najemników, pozbawionych skrupułów, pozbawionych wszelkich religijnych ograniczeń i wszelkiej moralności. Takich hybryd Rambo z Robocopem, dla których zabić człowieka to jak pstryknąć palcami. Oczywiście - pokój jest jedną z najważniejszych wartości, ale jeśli już ktoś nas napadnie, to będę pewny swojego bezpieczeństwa tylko wówczas, gdy bronić mnie będzie właśnie taki osiłek, zdolny bez mrugnięcia okiem ukręcić wrogowi głowę, a nie dwudziestolatek, który jak przypadkowo zastrzeli przeciwnika, to zaraz musi biec do psychologa.

Amerykanie stracili kilkanaście tysięcy takich chłopaczków polując na JEDNEGO Araba. Co będzie, gdy takich Arabów - żądnych naszej krwi, bezlitosnych, nie wahających się nożem do obierania ziemniaków poderżnąć gardło - przyjdzie kilka tysięcy?

2. maja 2011, 18:55 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

Poisonblack - "Drive"

Dawno już nie polecałem w tym miejscu żadnej płyty, ale też już dawno nie ukazało się nic nowego, co zasługiwałoby, aby w tym miejscu się pojawić (nie ma to jak wysokie mniemanie o sobie). I oto - jak to zwykle bywa - zaskoczenie przychodzi w najmniej spodziewanym momencie. Ale ab ovo.

Poisonblack to autorska kapela pana, który nazywa się Ville Laihiala i kiedyś był frontmanem nieodżałowanego zespołu SENTENCED. Aha - zauważy ktoś - będę nieobiektywny, gdyż skoro ubóstwiam dotychczasową twórczość lidera Poisonblack, to pogrążony w tęsknocie za SENTENCED będę koić ból wszystkim, co jest w jakimś stopniu z nim związane. Zgoda, kochałem SENTENCED artystyczną miłością bezwarunkową, jednak nie przeszkadzało mi to krytycznie spojrzeć na późniejszą twórczość Villego Laihiali. Cztery poprzednie albumy Poisonblack były wybitnie nierówne. Każdy zawierał kilka kapitalnych kawałków, ale też każdy - może poza "Dead Heavy Day" - pełny był ścieżek, które niczym szczególnym się nie wyróżniały. Każdy zawierał też jakiś feler - a to wokal Villego brzmiał jakby w dniu nagrania rozcieńczył Koskenkorvę kranówą, a to gitary grały sobie a muzom. I wreszcie błąd kardynalny - nad każdą płytą unosił się - w mniejszym lub większym stopniu - duch SENTENCED. To nie zbrodnia oczywiście, jednakże wykopywanie i reanimowanie trupa udało się dotąd tylko pewnemu szalonemu doktorowi nazwiskiem Frankenstein.

Dlatego - tak, przyznaję - postawiłem na Poisonblack pewnego rodzaju krzyżyk. Od zeszłorocznego "Of Rust And Bones" byłem przekonany, że odtąd będą już nagrywać solidne albumy, takie na szkolną czwórkę, które się fajnie słucha, ale jakoś się specjalnie do nich nie tęskni. A tu niespodzianka! Bez fanfar i fajerwerków kilka dni temu ukazał się "Drive". Nawet mi się specjalnie doń nie spieszyło - przecież zaledwie kilkanaście miesięcy upłynęło od ostatniej płyty, czyżby panowie z Oulu dostąpili w tym czasie twórczego olśnienia? Na pewno nie dostąpił go grafik - okładka jest koszmarna, dawno nie widziałem takiego paskudztwa, a myślałem, że po okładce ostatniej płyty zespołu Lordi nic mnie już nie zdziwi. Świnia z papierosem i gilotyna na kółkach. No, błagam...

Jednak, jak głosi stare przysłowie, nie ocenia się ludzi po okładce. I słusznie głosi, gdyż w środku mamy doszlifowany brylant. Muzycy wreszcie odesłali do diabła zabłąkanego ducha poprzednich dokonań i nagrali prawdopodobnie najlepszą płytę w karierze. Album jest w 100% zgodny z tytułem - od początku do końca mamy prawdziwą jazdę. Owszem, jest w tym też sporo tej charakterystycznej, cudownej, fińskiej melancholii. Ale wreszcie naprawdę wszystko ze sobą współgra - kapitalny wokal Villego, jak za najlepszych czasów SENTENCED, do tego energia, rasowe gitary, rewelacyjne melodie, radość grania. To wszystko już się szczątkowo pojawiało na poprzednich albumach, ale wreszcie dostajemy z tego spójną całość. 10 kawałków i żadnego "zapychacza" (może tylko "Futile Man" trochę się nudzi), a wręcz przeciwnie - co jeden, to hit. Bo i znakomity opening w postaci "Piston Head". I promujący płytę "Mercury Falling" (OK, teledysk kiepski) z miażdżącym początkiem a'la kultowy "Neverlasting" z przedostatniej płyty SENTENCED. I boska końcówka "Maggot Song". I chwytający za serce "Scars". I może nawet najlepszy z tego całego towarzystwa "The Dead-End Stream".

Nie mam pojęcia do ścinania czego służy ta gilotyna na okładce, ale jeśli to jest to, o czym myślę (otwór cokolwiek nieduży), a o czym przed dwudziestą trzecią mówić nie wypada, to panowie z Poisonblack wciąż to mają. Bo rozkręcali się długo, ale wreszcie nagrali album z jajami. Mamy dopiero maj, ale jak na razie - płyta roku.

Poisonblack - "Drive"
2011, Hype Records
ocena: 8,5/10

2. maja 2011, 01:05 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego