Proszę Państwa, 19. marca 2013 roku skończyły się w Polsce pociągi pospieszne. Tak górnolotnie mógłbym obwieścić, nawiązując do słynnych słów sprzed niemal ćwierćwiecza, aby w ten sposób przejść do historii. Oczywiście mógłbym również, idąc śladami autorki tych słów, przejść do historii na przykład pokazując goły tyłek reżyserowi teatralnemu, ale do tego musiałbym być w miarę słynnym aktorem, a prędzej żołnierz hełm założy na lewą stronę, niż do tego dojdzie.
A co do tych pociągów pospiesznych - one nadal wprawdzie jeżdżą po polskich torach, są, ale od tygodnia jakby ich nie było. I nie chodzi o to, że jest ich mniej, czy coś w tym rodzaju. 19. marca PKP Intercity - operator zdecydowanej większości pociągów pospiesznych w Polsce - wprowadził nowy system sprzedaży biletów na te właśnie pociągi uruchamiane pod marką TLK. System pod niezwykle wyrafinowaną językowo nazwą: "Po prostu BILET". Polega on - w uproszczeniu - na tym, że gdy do tej pory kupowało się bilet i siadało tam, gdzie wolne miejsce, tak teraz na każdym bilecie automatycznie będzie drukowana tzw. "miejscówka". Pasażer będzie zobowiązany usiąść tam, gdzie mu wskazano, a w zamian otrzymuje gwarancję miejsca siedzącego i nie musi o to miejsce zabiegać w sposób, który z grubsza pokazano swego czasu w filmie "Walka o ogień".
Spółka chwali się rewolucyjną zmianą gdzie tylko może. Że oszczędność papieru, że prostota, że europejskie standardy, że w trosce o pasażera. Propagandę uprawiają też media, pokazując tych zadowolonych i dopieszczonych troską pasażerów, którzy cieszą się, że "skończyła się jazda na stojąco" i kres położono bitwom o miejsca w pociągu. Aż dziwne, że nikt nie zwrócił uwagi na fakt, że nie tylko tą tzw. Europę dogoniliśmy, ale z dnia na dzień wyprzedziliśmy o kilka susów! Jednego dnia, przy pomocy jednej decyzji, praktycznie wszystkie pociągi pospieszne w Polsce automatycznie stały się składami kwalifikowanymi. Jak ekspresy i pociągi klasy intercity. Czegoś takiego chyba nie ma nigdzie na świecie! Bo też nigdzie na świecie nikt nie wpadł na tak "genialny" pomysł, aby w najtańszej kategorii pociągów pospiesznych wprowadzić obowiązkową rezerwację miejsc.
I od tego momentu będzie wyjątkowo poważnie, co ostatnio jest rzadkością na tym blogu. Pewnie zatem zanudzę przynajmniej połowę stałych Czytelników, czyli jakieś trzy osoby, ale nie mogę się powstrzymać. Odkąd tylko pomysł obowiązkowej rezerwacji miejsc w TLK ujrzał światło dzienne, protestuję gdzie tylko się da, pisząc na forach branżowych, oraz na forach w mediach prowincjonalnych (bo w tym kraju trudno o inne media). Niczego to nie zmieni rzecz jasna, ale jeśli podróżujecie pociągami raz na tak zwany ruski miesiąc, to postaram się przynajmniej wyprowadzić Was z przekonania, że gwarancja miejsca siedzącego jest w podróży pociągiem najważniejsza.
Po pierwsze, żadne to europejskie rozwiązanie, bo - jak wspomniałem - na tak zwanym Zachodzie, w pociągach pospiesznych najtańszej kategorii nie ma "miejscówek". A ludzie jakoś nie jeżdżą stłoczeni jak śledzie. Po drugie, żadna to też prostota. Owszem, zamiast dwóch blankietów mamy jeden, ale co z tego. Widzieliście kiedyś "miejscówkę" w PKP Intercity? To wygląda mniej więcej tak: "POC. 83100; WAGON 19; 001 M. DO SIEDZENIA 85 KOR". Jeśli nie jeździsz często koleją, bądź tu teraz mądry i pisz wiersze. A wagon 19 to pewnie gdzieś na końcu składu? Akurat! W TLK zwykle pierwszy wagon za lokomotywą to wagon numer... 20, a kolejne mają numery coraz niższe.
Po trzecie, nowy system nie wyeliminuje tłoku i braku miejsc, bo żaden system nie jest w stanie tego zrobić. Jeśli skład będzie zatłoczony, to tak czy inaczej czeka nas podróż w korytarzu. Jedyna zmiana to taka, że teraz dowiemy się już przy kasie, iż w danym pociągu wszystkie miejsca siedzące są już wyprzedane. I wówczas do nas należy decyzja, czy kupić bilet z adnotacją o braku "miejscówki" (wtedy podróżujemy na stojąco), czy zdecydować się jednak na inny pociąg.
I wreszcie mankament koronny i przesądzający sprawę. Wyobraźcie sobie, że już kupiliście bilet, są wciąż miejsca siedzące, udało Wam się nawet odczytać z blankietu zaszyfrowane informacje o tym, gdzie macie siedzieć, znaleźliście właściwy wagon, docieracie do wskazanego Wam przedziału, a tam na przykład:
- zimno
- koszmarnie brudno
- zarzygane
- siedzą dresiarze i słuchają muzyki z komórek, że słychać na cały wagon
- siedzą typy spod ciemnej gwiazdy i piją piwko
- siedzą żule i śmierdzi
- siedzą studenci i rechoczą na cały głos
- okno się nie domyka i siedzenia pokryte są szronem
- albo to wszystko naraz
Dawniej (czyli przed 19. marca A.D. 2013) po prostu szliście dalej i szukaliście bardziej komfortowego przedziału, z bardziej przyjemnym towarzystwem. A teraz musicie tam usiąść i już. W nowym systemie pasażer jest przyspawany do swojego miejsca, które zupełnie losowo przydzielił mu komputer. I nie może raczej iść do konduktora (jeszcze to sprawdzam, ale wątpię) i poprosić o wystawienie innej "miejscówki". Tak się dało w starym systemie, gdzie "miejscówki" były na osobnych blankietach. Odkąd są one immanentną częścią biletu, w takiej sytuacji trzeba by chyba... kupić u konduktora nowy bilet, zwracając stary (a więc dopłacić). Zatem - albo siadam w brudnym przedziale, z delikwentami o niezbyt przyjaznej aparycji, albo podróżuję w korytarzu. I owszem, można prosić konduktora czy kierownika pociągu o interwencję, ale bądźmy poważni - jeśli jest brudno, to przecież on nie posprząta w minutę osiem, bo tu zawiniła obsługa sprzątająca. A jeśli siedzi w przedziale czterech mięśniaków i robi rejwach na cały wagon, to konduktor ma się z nimi siłować? Pewnie, może wezwać SOK, ale spójrzmy realnie... A nowego przedziału nam przecież nie wyczaruje.
Pomijam już tutaj wszelkie inne problemy, które rodzi ten system, a nie tak ważne dla kogoś, kto podróżuje sporadycznie. Pomijam to, że "Po prostu BILET" wprowadza się bez właściwie żadnej, porządnej akcji informacyjnej (jedynie kilka tygodni kampanii w internecie). Pomijam to, że gdy dawniej bilet na TLK wystawiało się na relację, tak teraz wystawia się go na konkretny pociąg, co przy przesiadkach rodzi ogromne kłopoty (trzeba każdorazowo stać po nową "miejscówkę", albo podróżować na korytarzu). Pomijam dywagacje, że nowy system ("prognozujący realne zapotrzebowanie na miejsca w pociągu") być może wcale nie jest w trosce o pasażera, ale po to, aby spółka nie musiała ponosić kosztów przeglądów i napraw rewizyjnych setek wagonów, które bezużytecznie gniją na torach odstawczych. Pomijam wreszcie złośliwości, iż dobrze, że PKP Intercity jest operatorem publicznego transportu zbiorowego, a zatem - według przepisów - nie ma prawa limitować miejsc w swoich pociągach. Bo gdyby tak nie było, pospieszne jeździłyby z najwyżej dwoma wagonami...
To wszystko są byty mnożone. A swoistą brzytwą Ockhama w tym przypadku jest już tylko ten fakt, że system komputerowy mówi nam, gdzie mamy usiąść w pociągu. Współczuję każdej kobiecie, zwłaszcza w nocnym pociągu, która "wylosuje" miejsce w przedziale z trzema facetami o wątpliwej reputacji. Zresztą nie trzeba się stawiać na miejscu tej kobiety. Nawet gdy ktoś jest słusznej postury facetem, to podróż ze Szczecina do Przemyśla w śmierdzącym przedziale, albo wśród podejrzanych lub głośno zachowujących się typów, do największych przyjemności z pewnością nie należy. Ale za to w kieszeni - uwaga, sarkazm! - jeden blankiet zamiast dwóch.
Jasne, wymądrzać się każdy potrafi, a spróbuj - cwaniaczku - wymyślić lepszy system! Jeśli już miałbym coś podpowiadać, to - skoro rezerwacja fakultatywna
się nie sprawdziła - niech chociaż łatwiej się te "miejscówki" wymienia na
inne, w przypadku gdy w przedziale jest niefajnie. Albo niech ten
system obowiązuje wyłącznie w okresach, gdy są naprawdę duże obłożenia
składów, na przykład przed świętami, czy w tzw. "długie weekendy". Po pierwsze jednak, nie ja za wymyślenie "Po prostu BILET" wziąłem całkiem spore pieniądze. Natomiast jeżdżę pociągami wystarczająco często, aby dostrzegać wszystkie jego mankamenty. A ktoś, kto wprowadził ten system, być może posiada biret po jakiejś administracji czy marketingu, ale pociągi ogląda pewnie tylko wtedy, gdy przejeżdżają za zamkniętymi szlabanami, a on akurat stoi na przejeździe kolejowym w swojej błyszczącej, klimatyzowanej limuzynie. Bon voyage!
26. marca 2013, 19:29 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
wtorek, 26 marca 2013
piątek, 15 marca 2013
gaudium magnum
Narzekania redaktora Mikołajewskiego na rezygnację Benedykta XVI, która podobno odarła sprawowaną przez niego funkcję z klimatu i wyjątkowości, a już na pewno nie dorównywała mistyką ostatnim dniom Jana Pawła II, były nie mniej irytujące niż spekulacje przed tzw. konklawe. Dlatego tym bardziej odetchnąć można, że i jedne i drugie wreszcie odejdą w zapomnienie.
To, co działo się przez ostatnie tygodnie w związku z urzędem głowy Kościoła rzymskokatolickiego, powoli stawało się nie do zniesienia. Niecierpliwie czekam spełnienia się przepowiedni Szymona Hołowni, która głosi, że już wkrótce katolicy będą zwartą, maksymalnie 30-procentową mniejszością, funkcjonującą sobie jak wiele innych wspólnot i nie rodzącą niezdrowego zainteresowania mediów i ludzi spoza. Nie chodzi mi o zmniejszanie znaczenia Kościoła dla jego członków, ale o to, aby należeli do niego ludzie faktycznie przekonani, że chcą w tej wspólnocie być. Co nie znaczy, rzecz jasna, że perfekcyjnie stosujący się do wszystkich jej reguł, bo widzę Kościół jako miejsce dla wciąż poszukujących, ale poszukujących prawdziwie, z wewnętrznej potrzeby. I marzę o tym dniu, bo wydaje mi się, że uczestnictwo w tak skonstruowanej wspólnocie to naprawdę będzie coś.
A dopóki jest tak, jak jest, trzeba pogodzić się z tym, że zainteresowanie Kościołem budzi się w mediach i wśród tych mniej poszukujących członków, od wielkiego dzwonu. Naprawdę miałem już dość tych jałowych dyskusji o tym, czy Joseph Ratzinger słusznie czy niesłusznie zrezygnował ze swojej funkcji. Zwłaszcza z ust ludzi, którzy gotowi są powiesić premiera Tuska za uszy, bo podniósł im wiek emerytalny. No na Teutatesa, człowiek zrezygnował z roboty w wieku 86 lat (podjął ją - a przecież nie musiał - mając lat 78) i jeszcze macie mu za złe? Chociaż sami twierdzicie, że nie dożyjecie do tych marnych 67 lat, którymi was uszczęśliwił pan Donald? Zgoda, nie zmienia się reguł w trakcie gry (to kamyczek do ogródka premiera), ale jeśli z tej okazji macie żal do Benedykta XVI, że nie czując się już na siłach, nie chciał tkwić w Watykanie do siódmej nieskończoności, to połóżcie sobie zimny ręcznik na potylicy i idźcie spać.
Podobnie jak takich utyskiwań, dość miałem spekulacji dotyczących wyboru następcy Benedykta. Zwłaszcza z ust osób publicznych, którym Kościół rzymskokatolicki zwiewa i powisa, jak choćby pan Biedroń, który wypalił, że najlepszym papieżem byłaby afroamerykańska lesbijka. Cóż, ja panu Biedroniowi nie wybieram kandydatów do jego gejowskich organizacji i nie sugeruję, że najlepszym szefem Kampanii Przeciw Homofobii byłaby profesor Krystyna Pawłowicz, więc niech on się od mojej wspólnoty odfasoli. Ale na szczęście już koniec. Jeszcze tylko kilka dni i już na ekranie telewizora nie powita mnie z Watykanu rozwiany włos Piotra Kraśko. Jeszcze kilka tygodni i o Kościele znowu zrobi się w mediach cicho, zwłaszcza w tych, które mówią teraz o nim tylko dlatego, że to chwytliwy i biorący temat.
Produkuję się w tak ideologicznych i grząskich kwestiach, bo pewien gatunek przejawianych wobec religii postaw mnie zwyczajnie irytuje, chociaż może nie powinien. Moja droga z Kościołem jest często wyboista, ale nie mogę sobie zarzucić, że nie próbuję. Jestem tak zwaną osobą wierzącą, nie kryję się z tym, a w kwestiach, w których moje zdanie nie zgadza się z nauką Kościoła, staram się poznać i zrozumieć argumentację drugiej strony, znaleźć miejsce dla jakiegokolwiek spotkania, nawiązania dialogu. Dlatego pewnie nie ułatwia mi sprawy fakt, że wkurza mnie gros osób deklarujących się jako wierzące i praktykujące, które sprawami swojej - rzekomo dla nich ważnej - wiary interesują się mniej więcej tak, jak ja pogłowiem bydła mlecznego w Tajlandii. Dla których najważniejszymi oczekiwaniami wobec nowego papieża są: czy i kiedy przyjedzie do Polski, czy będzie wesoło machał do wiernych z okna bazyliki św. Piotra i czy w swoich wypowiedziach nawiąże do Jana Pawła II. Zwyczajnie nudne jest zwłaszcza to ostatnie - Karol Wojtyła zrobił mnóstwo jako Ojciec Święty (może mógł więcej, może mniej, nieistotne), ale umarł i nie żyje. Dajmy mu już spokój. Zadziwiające jest, że ludzie krytykują środowiska PiS-owe za ciągłe odgrzebywanie historii, ale gdy sami to robią, z tą tylko różnicą, że odgrzebują kogoś innego, to już jest okej.
I owszem, nie mój interes zaglądać w buty czyichś przekonań religijnych, jednak boję się, że z takimi powierzchownymi katolikami, ciężko mi będzie znaleźć wspólny język. Mnie, któremu do gorliwości religijnej wciąż daleko niczym na Księżyc, mimo wielkich chęci i szczerej potrzeby. Dlatego łudzę się, że gdy z Kościołem dadzą sobie spokój te osoby, które słuchają papieży tylko wtedy, gdy ci mówią gdzie i kiedy jadali kremówki, będzie mi łatwiej. Choć to pewnie złudna nadzieja, a może i nieuzasadniona pycha...
Dlatego bardzo liczę na papieża Franciszka. Liczę, że będzie potrafił dotrzeć do ludzi i unaocznić im, w czym tak naprawdę mają możliwość uczestniczyć. Że powie: "To jest nasza wspólnota, nie zmuszamy was, ale jeśli się wam podoba, jeśli chcecie - chodźcie z nami!". Że zmieni obraz i społeczny odbiór tej wspólnoty. Tak, właśnie wspólnoty, a nie instytucji, bo przeciętnemu katolikowi Kuria Rzymska i Bank Watykański są potrzebne jak zającowi dzwonek. Że nauczy, iż sercem i duszą Kościoła jest służba. Rozumiana jednak nie tylko w ten sposób, gdzie księża mają służyć ludziom, ale jako służba na wszystkich poziomach (księża - księżom, księża - ludziom, ludzie - księżom i być może najważniejszym: ludzie - ludziom). Że będzie potrafił przekazać, co naprawdę miał na myśli Chrystus mówiąc: "Jedni drugich brzemiona noście". Że za przykładem św. Franciszka z Asyżu zmieni stosunek gatunku homo sapiens do pozostałych gatunków zwierząt, które - po tym, co im robi człowiek - już dawno powinny wszcząć uzasadnioną rebelię. I że pokaże, iż Kościół nie jest instytucją do świadczenia usług w ciągu: chrzest - komunia - ślub - pogrzeb, fabryką świętych i błogosławionych, muzeum do przechowywania relikwii, ani urzędem od wystawiania papierków. Które bez czegoś więcej, co za nimi stoi, nadają się wyłącznie na makulaturę.
Jednak pierwsze dni pontyfikatu to spekulacje, kiedy nowy papież przyjedzie do naszego kraju (czy w 2015 roku na Święto Młodzieży, czy może w 2016 na 150-lecie chrztu Polski...), to dywagacje o tym, czy będzie potrafił powiedzieć coś zabawnego do tłumu, to wreszcie list gratulacyjny prezydenta Komorowskiego, w którym jest więcej odniesień do Jana Pawła II niż gratulacji pod adresem papieża Franciszka. I w związku z tym, mam coraz mniej złudzeń, że coś się jednak zmieni. Ale jeśli mimo to, mimo tak banalnego nastawienia swoich "wyznawców", papież Franciszek sobie poradzi, będę pierwszym, który okrzyknie go świętym.
15. marca 2013, 23:24 CET, 52.435 °N, 15.142 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
piątek, 1 marca 2013
wydanie pierwsze, przedostatnie
Deklaracji już żadnych nie będzie. Nawet SMOK umarł śmiercią naturalną i podobny los czeka każdy z kolejnych projektów, które - tak jak niniejszy - zdradzają jakiekolwiek znamiona cykliczności. Kubę Wojewódzkiego pragnę uspokoić, że nie aspiruję do miana konkurencji dla jego rubryki w "Polityce", mimo pewnych - widocznych w grubych szkłach i po pięciu piwach - podobieństw tego, co poniżej następuje do "Mea Pulpa". Zamiast tego proponuję, aby - walcząc z deficytem absurdu w narodowym postrzeganiu świata - przyjrzeć się, czym żyło telewizyjne społeczeństwo w minionych tygodniach.
- Lech Wałęsa bawi już dłuższy czas w Miami na Florydzie, korzystając z rozrywek i uroków życia w gorącym klimacie. Miasto, które dotąd uznawane było za mekkę Latynosów, coraz wyraźniej otwiera się zatem na Wschód. Już w poprzednim sezonie "Dextera" niebanalną rolę odgrywał ukraiński szef mafii. Pobyt na Florydzie elektrycznego Noblisty tym bardziej nie pozostanie bez wpływu na fabułę słynnego serialu. Najbliższy sezon "Dextera" będzie stał pod znakiem strajku, jaki ogłoszą utworzone właśnie związki zawodowe Miami Metro PD. Masuka - idąc za hasłem budowania "trzeciej Japonii" - zgłosi swoją kandydaturę na gubernatora Florydy. A sam Dexter przeskoczy przez płot.
- Wyjaśniła się sprawa niedawnego ataku meteorytów na terytorium Rosji. Otóż dzień przed kosmicznym bombardowaniem, rosyjski zespół Rubin Kazań pokonał w rozgrywkach Ligi Europejskiej słynny Atletico Madryt i to na jego stadionie. Po usłyszeniu tej wieści, nowobogacki miliarder z Czelabińska złapał się z zachwytu za głowę i krzyknął: "Niech mnie kule biją!". I kto bogatemu zabroni?
- Telewizja Polska przygotowuje swoich widzów do wiosennej ramówki. Najczęściej na kanale TVP INFO można ostatnio usłyszeć komunikat: "Drodzy widzowie, od marca nasze stałe programy zmieniają godziny emisji". Znając Telewizję Polską, zmiany będą kosmetyczne: "Wieczorynka" zostanie przeniesiona na rano, program publicystyczny "Minęła dwudziesta" będzie emitowany o 18:00, "Tomasz Lis na żywo" poleci z odtworzenia, a "Teleexpress" będzie się wlókł przez całą godzinę.
- A'propos TVP, jej szefowie błysnęli ostatnio niczym sam Koh-i-noor. Prezes Juliusz Braun będąc w pełni władz umysłowych stwierdził w "Wyborczej", że misję telewizji publicznej znakomicie realizuje serial "M jak Miłość". Od swojego pryncypała nie chciał być gorszy szef Programu Drugiego TVP Jerzy Kapuściński i w wywiadzie dla "Wprost" wypalił, że serialem misyjnym jest także "Czas Honoru". Dowcip mają Panowie ostry jak te kabarety, które tak uporczywie promują się na antenie TVP2. Nie sądziłem jednak, że koszmarne poczucie humoru jest aż tak zaraźliwe.
- Roman Giertych, Michał Kamiński i Kazimierz Marcinkiewicz znany również jako Atrakcyjny Kazimierz, względnie Premier z Gorzowa, założyli ostatnio think tank. "Tank" tłumaczy się w tym przypadku z angielskiego jako "zbiornik", a nie "czołg", ale nie robi to większej różnicy, bo jedno i drugie jest ciężkie, niezgrabne i puste w środku. Politycy z bocznicy sobie w tym zbiorniku pomyślą, pomyślą i może w końcu zostaną myśliwymi. Będzie to niewątpliwie nowatorska droga kariery, bo do tej pory w Polsce robiono ją w przeciwnym kierunku - od myśliwego do polityka. Aczkolwiek trzeba przyznać, że z sukcesami sięgającymi najwyższych urzędów.
- Po przeciwnej stronie sceny politycznej ukonstytuowała się Europa Plus, czyli Ruch Palikota plus dieta Kwaśniewskiego. Plusy tej decyzji są wyłącznie ujemne, a że w dodatku były Pan Prezydent preferuje inne sposoby na odchudzanie niż ruch, trudno więc wróżyć nowej inicjatywie powodzenie.
- Papież Benedykt XVI zrezygnował ze swojej posady, czym nie tylko zrobił na złość premierowi technicznemu Glińskiemu (głupia nazwa, bo to tak jakby byli jeszcze premierzy plastyczni, muzyczni i medyczni), ale też narobił kłopotów redaktorowi Piotrowi Kraśko. Biedak spędza teraz więcej czasu w samolotach do Rzymu niż na antenie. W iście błyskawicznym tempie udał się do Watykanu, aby stamtąd relacjonować samą rezygnację, wrócił z ziemi włoskiej do Polski, by dwa tygodnie później polecieć ponownie - na zakończenie pontyfikatu. A przecież podczas konklawe również nie może go zabraknąć na placu świętego - nomen omen - Piotra. Oczywiście po to, aby po raz trzeci w ciągu miesiąca zakomunikować nam nadejście historycznej chwili.
- Na razie jednak watykańska gra o tron dopiero się rozpoczęła. Krótki przegląd przepowiedni dla ludzkości przekonuje, że nie jest dobrze. Ktokolwiek by nowym Papieżem nie został, bez różnicy czy Murzyn, Włoch czy Indianin, i tak będzie koniec świata, albo jakaś inna katastrofa, bo wszelkie znaki na niebie i pod ziemią wskazują, że będzie to ostatni Papież. Skoro tak i klamka już zapadła, to niech chociaż kardynałowie - dla wspólnego pożytku - wybiorą na Ojca Świętego kogoś świeżo po seminarium. Albo najlepiej jeszcze kleryka.
- W ogóle we Włoszech ostatnio sporo się dzieje niedobrego. A to Papież rezygnuje, a to Silvio Berlusconi powraca do polityki, a to wreszcie naszą Justynę biją niedobre rywalki i drogę jej zabiegają podczas narciarskich zawodów. Jeśli komuś mało było dowodów w postaci Fiata 500 i festiwalu w San Remo, że w państwie o kształcie buta można skopać niemal wszystko, to teraz znak widomy ma.
- Z Polaków na włoskich mistrzostwach pozytywnie wyróżnił się jedynie Kamil Stoch, zdobywając złoty medal w skokach narciarskich. Wśród licznych przydomków, jakimi obsypywali go telewizyjni komentatorzy, wynotowałem jeden szczególnie wyróżniający się - "Rakieta z Zębu". Cóż, McGyver konstruował helikoptery ze sznurowadeł, ale Polak to jednak potrafi. Rakieta z uzębienia potwierdza tylko, że gdyby górale odpowiadali za narodowy program podboju Kosmosu, to już dawno opanowalibyśmy nie tylko Drogę Mleczną, ale i dwie sąsiednie galaktyki. Jest przecież jakieś życie we Wszechświecie, a skoro tak, to dutki same się nie policzą.
- Mieliśmy już pasztet drobiowy z wieprzowiny, sól drogową na stole, a teraz wołowinę ktoś zrobił w konia. Końskie mięso wykryto w karkówkach, udźcach i łopatkach na terenie województw mazowieckiego, łódzkiego i warmińsko-mazurskiego. Choć koń jaki jest, każdy widzi, to śledczy i tak poszukują, co za osioł odpowiada za tą aferę. Trzeba mieć końskie zdrowie do tej roboty, ale podejrzewam, że wszystkie tropy doprowadzą ich do Konina.
- Daniel Olbrychski dwa lata temu reklamował CIF. Teraz zaczął reklamować "Biedronkę". Jednak będzie ten koniec świata...
wtorek, 5 lutego 2013
wrzenie kontrolowane
Tydzień z tak zwanym hakiem minął już od słynnego sejmowego głosowania w sprawie projektów ustawy o związkach partnerskich. Zaraz po fakcie społeczeństwo polskie, zwłaszcza to internetowe, ogarnęło wrzenie oburzenia. Że zacofanie, że średniowiecze, że konserwa. Tydzień to jednak współcześnie ogromna ilość czasu i sprawa już dawno została zapomniana, przykryta przez nowsze tematy (unijne pieniądze na nasze drogie drogi, dramatyczna akcja ratunkowa w Bieszczadach, karnawał w Ryjo). Co tylko potwierdza tezę, że wywoływanie takich ogólnonarodowych dyskusji jest w pewien sposób kontrolowane. Pomyślcie sami - rozmawiacie sobie na co dzień, w gronie znajomych, na temat związków partnerskich i tego, jakie prawa im przyznać należałoby? Szczerze wątpię, chyba że akurat ktoś z Waszej rodziny/znajomych ma właśnie problem w tej materii, albo należycie do Ruchu Palikota. Albo wreszcie - i do tego zmierzam - akurat mówią o tym w telewizji. Wtedy dyskutuje się na telewizyjny temat wszędzie, z przysłowiowymi imieninami u cioci na czele. Matka udusi dziecko i zamknie w tapczanie - następuje dyskusja o tym dlaczego nikt nic nie zrobił i że kiedyś takich rzeczy nie było. Strajkują kolejarze - dyskusja o tym, że w dupach im się poprzewracało, nas w pociągach rozdziobią pluskwy i prusaki, a im (kolejarzom, nie pluskwom) wciąż mało. Prezydent podpisuje ustawę o GMO - wszyscy od wsi po metropolie znamy się na biochemii, więc dyskutujemy, czy nas to krwiożercze jadło zmieni we frankensztajny, czy jedynie sprawi, że zaczniemy świecić w ciemnościach.
Wracając do związków partnerskich, jedynie niektóre media i Janusz Palikot we własnej osobie próbują tą kwestię utrzymywać na powierzchni. Bezskutecznie jednakowoż. Fala wrzenia przelała się już przez społeczeństwo i ono oczekuje teraz nowego tematu, żeby sobie podyskutować. Wiem, że jako uczestnik internetowego dyskursu (rany, to słowo jest naprawdę głupie... ale za to jakie modne!) spóźniłem się z tym tekstem o co najmniej tydzień. Z tym, że naprawdę nie zależy mi, aby prezentować tu własne wynurzenia na temat ważkich społecznie kwestii. Dlatego celowo nie pisałem tydzień temu, żeby nie wyszło, że chcę się o związkach partnerskich autorytarnie produkować. Abstrahując od kwestii, co mam prywatnie do takich związków (nic naprzeciwko) i co sądzę o roli państwa w ich administrowaniu (oby jak najmniejsza), jak zwykle zresztą przy takiej okazji interesuje mnie zupełnie inny aspekt sprawy.
Gdy tydzień temu media gotowały się od oburzenia na zacofanych posłów z konserwy, zaczęły się tam również pojawiać głosy, aby doprowadzić do ogólnonarodowego referendum w tej sprawie. Niech wszyscy Polacy, a nie garstka.... ekhm... wybrańców decyduje o tak istotnej kwestii. Cóż, znam ciekawsze sposoby na wydanie kilkudziesięciu milionów złotych, ale dobrze, załóżmy, że to poważna sprawa i faktycznie zorganizujmy referendum. Zastanawiam się jednak, co w przypadku, gdyby Polacy jednoznacznie, z wyraźną przewagą, opowiedzieli się w głosowaniu przeciw zalegalizowaniu tych związków. Co wówczas, drodzy orędownicy referendum? Potulnie pogodzicie się z decyzją większości? Przyjmiecie porażkę i zaniechacie dalszych starań o prawne usankcjonowanie związków partnerskich?
Ponownie - szczerze wątpię. Nie tylko w Polsce, ale w Polsce zwłaszcza, jest tak, że niby szanujemy reguły demokracji, wolę większości i tym podobne. Gdy jednak przychodzi co do czego, uruchamia się mentalność Kargulowo-Pawlakowa i demokracja demokracją, ale racja musi być po naszej stronie. Jeśli nie jest - tym gorzej dla demokracji. Wybory u naszych wschodnich sąsiadów tylko wtedy nie są sfałszowane, gdy wygrywa popierany przez nas, właściwy kandydat. Jeśli wygrywa inny - OSZUSTWO!!! I trzeba je powtarzać, aż wreszcie wygra ten właściwy. W sprawie katastrofy smoleńskiej możemy multiplikować Bezstronne Komisje, ale dopiero ta, która wykaże, że był to zamach na Prezydenta i Elitę Narodu, będzie Prawdziwie Obiektywna. Kamyczek do ogródka środowiska PiS-owego jest jak najbardziej zasadny, bo pan Macierewicz i pani Fotyga co rusz proszą braci Amerykanów o interwencję i powołanie międzynarodowej komisji, ale nie mam złudzeń, że gdyby Jankesi stwierdzili, że zamachu nie było, to zaraz dostałoby im się nie od przyjaciół zza oceanu, ale od Żydów, Masonów i międzynarodowej finansjery, dybiącej na korzenie polskości.
Dlatego wybaczcie, orędownicy referendum w sprawie związków partnerskich, ale postawię wielkie pieniądze, że zachowalibyście się podobnie. Teraz łapiecie się tej możliwości, bo wydaje się najrozsądniejsza. Jednak, mimo medialnej złudy, że cały Naród, z wyjątkiem grupki niedzisiejszych posłów, popiera związki partnerskie, sondaże bezlitośnie wskazują, że jest zupełnie inaczej (nawet do 70% przeciwników). Wasze referendum poległoby z kretesem, ale niemal natychmiast podniosłyby się głosy, że trzeba poszukać innej drogi i nawet wbrew woli większości związki partnerskie usankcjonować. Bo mamy skostniałe społeczeństwo, zacofane poglądy, pancerny kler, archaicznych polityków i do Europy dalej nam niż na Alfa Centauri. Nie będę udowadniać, że to wszystko nieprawda. Pominę też przestarzałych konserwatystów, bo tacy są w każdym państwie i ich zachowanie nietrudno przewidzieć. Ale to właśnie Wasza reakcja na przegrane referendum powiedziałaby więcej na temat miejsca w jakim się znajdujemy, czy bliżej nam do "zniewolonej" Białorusi czy do "nowoczesnej" Europy, niż te wszystkie okrągłe słowa o demokracji.
5. lutego 2013, 13:51 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Wracając do związków partnerskich, jedynie niektóre media i Janusz Palikot we własnej osobie próbują tą kwestię utrzymywać na powierzchni. Bezskutecznie jednakowoż. Fala wrzenia przelała się już przez społeczeństwo i ono oczekuje teraz nowego tematu, żeby sobie podyskutować. Wiem, że jako uczestnik internetowego dyskursu (rany, to słowo jest naprawdę głupie... ale za to jakie modne!) spóźniłem się z tym tekstem o co najmniej tydzień. Z tym, że naprawdę nie zależy mi, aby prezentować tu własne wynurzenia na temat ważkich społecznie kwestii. Dlatego celowo nie pisałem tydzień temu, żeby nie wyszło, że chcę się o związkach partnerskich autorytarnie produkować. Abstrahując od kwestii, co mam prywatnie do takich związków (nic naprzeciwko) i co sądzę o roli państwa w ich administrowaniu (oby jak najmniejsza), jak zwykle zresztą przy takiej okazji interesuje mnie zupełnie inny aspekt sprawy.
Gdy tydzień temu media gotowały się od oburzenia na zacofanych posłów z konserwy, zaczęły się tam również pojawiać głosy, aby doprowadzić do ogólnonarodowego referendum w tej sprawie. Niech wszyscy Polacy, a nie garstka.... ekhm... wybrańców decyduje o tak istotnej kwestii. Cóż, znam ciekawsze sposoby na wydanie kilkudziesięciu milionów złotych, ale dobrze, załóżmy, że to poważna sprawa i faktycznie zorganizujmy referendum. Zastanawiam się jednak, co w przypadku, gdyby Polacy jednoznacznie, z wyraźną przewagą, opowiedzieli się w głosowaniu przeciw zalegalizowaniu tych związków. Co wówczas, drodzy orędownicy referendum? Potulnie pogodzicie się z decyzją większości? Przyjmiecie porażkę i zaniechacie dalszych starań o prawne usankcjonowanie związków partnerskich?
Ponownie - szczerze wątpię. Nie tylko w Polsce, ale w Polsce zwłaszcza, jest tak, że niby szanujemy reguły demokracji, wolę większości i tym podobne. Gdy jednak przychodzi co do czego, uruchamia się mentalność Kargulowo-Pawlakowa i demokracja demokracją, ale racja musi być po naszej stronie. Jeśli nie jest - tym gorzej dla demokracji. Wybory u naszych wschodnich sąsiadów tylko wtedy nie są sfałszowane, gdy wygrywa popierany przez nas, właściwy kandydat. Jeśli wygrywa inny - OSZUSTWO!!! I trzeba je powtarzać, aż wreszcie wygra ten właściwy. W sprawie katastrofy smoleńskiej możemy multiplikować Bezstronne Komisje, ale dopiero ta, która wykaże, że był to zamach na Prezydenta i Elitę Narodu, będzie Prawdziwie Obiektywna. Kamyczek do ogródka środowiska PiS-owego jest jak najbardziej zasadny, bo pan Macierewicz i pani Fotyga co rusz proszą braci Amerykanów o interwencję i powołanie międzynarodowej komisji, ale nie mam złudzeń, że gdyby Jankesi stwierdzili, że zamachu nie było, to zaraz dostałoby im się nie od przyjaciół zza oceanu, ale od Żydów, Masonów i międzynarodowej finansjery, dybiącej na korzenie polskości.
Dlatego wybaczcie, orędownicy referendum w sprawie związków partnerskich, ale postawię wielkie pieniądze, że zachowalibyście się podobnie. Teraz łapiecie się tej możliwości, bo wydaje się najrozsądniejsza. Jednak, mimo medialnej złudy, że cały Naród, z wyjątkiem grupki niedzisiejszych posłów, popiera związki partnerskie, sondaże bezlitośnie wskazują, że jest zupełnie inaczej (nawet do 70% przeciwników). Wasze referendum poległoby z kretesem, ale niemal natychmiast podniosłyby się głosy, że trzeba poszukać innej drogi i nawet wbrew woli większości związki partnerskie usankcjonować. Bo mamy skostniałe społeczeństwo, zacofane poglądy, pancerny kler, archaicznych polityków i do Europy dalej nam niż na Alfa Centauri. Nie będę udowadniać, że to wszystko nieprawda. Pominę też przestarzałych konserwatystów, bo tacy są w każdym państwie i ich zachowanie nietrudno przewidzieć. Ale to właśnie Wasza reakcja na przegrane referendum powiedziałaby więcej na temat miejsca w jakim się znajdujemy, czy bliżej nam do "zniewolonej" Białorusi czy do "nowoczesnej" Europy, niż te wszystkie okrągłe słowa o demokracji.
5. lutego 2013, 13:51 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
niedziela, 6 stycznia 2013
trzech kruli
Dziś święto Objawienia Pańskiego, kończące de facto okres Bożego Narodzenia w liturgii katolickiej. A jak Boże Narodzenie to szereg symboli i tradycji, z których najważniejsze dla głęboko wierzącego są - jak wiemy od niedawna - wół i osiołek w szopce. Nieodłącznie związane z tym okresem są również kartki świąteczne - zwyczaj, któremu przeróżni znawcy już od przynajmniej dziesięciu lat wróżą rychłą śmierć, a on ani myśli dobrowolnie złożyć się do grobu. O czym zaświadczy pewnie każdy, kto pracuje na poczcie, zwłaszcza niezmotoryzowany listonosz.
Podziwianie otrzymanych kartek świątecznych, oprócz przeżyć estetycznych i sentymentalnych, dostarczyło mi w tym roku również szeregu obserwacji językowych. Ciekawych na szczęście także dla niespełnionego socjologa, bo gdybym był lingwistą, zapewne rozbolałyby mnie zęby. Nie mam na myśli treści życzeń (te ostatecznie i tak są najczęściej już fabrycznie wydrukowane na kartce), tylko te sygnaturki, które zwyczajowo umieszcza się na samym dole, na przykład: "Boże Narodzenie 2012", albo "Rzeszów, 24.12.2012". Kreatywność ludzi w tym zakresie jest naprawdę niesamowita. Wśród kilkunastu kartek zauważyłem m.in. takie kwiatki (nazwy miejscowości zmieniłem):
- "Boże Narodzenie '2012"
- "Kraków, 24.XII.2012"
- "24.12.2012 r"
Czy wreszcie hit roku:
- "Olsztyn, XII.12/13" (sic!)
Ten ostatni to jest naprawdę fenomen. Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się w czym rzecz. Pachniało mi to wręcz jakimś szyfrem albo sygnaturą biblijną. Chodzi jednak raczej o grudzień i życzenia świąteczno-noworoczne na okres końca 2012 i początku 2013 roku. Aczkolwiek do końca nie mam pewności, czy nadawca nie miał na celu załatwienia za jednym zamachem życzeń na te właśnie minione i jednocześnie przyszłoroczne święta Bożego Narodzenia.
Zaraz będzie, że się czepiam drobiazgów. Oczywiście, to są interpunkcyjne szczegóły, na które zresztą mało kto zwraca uwagę. Po pierwsze jednak - diabeł tkwi w szczegółach, o czym nie powinni zapominać nie tylko szataniści. A po drugie - ktoś kiedyś wymyślił po coś tą interpunkcję i zasady poprawnego stosowania przeróżnych znaków. Zatem może chociaż od święta - bo przecież raz na ruski rok piszemy te kartki - warto byłoby się do nich zastosować. Wymądrzam się, bo te reguły znam, ale też nie zapominam o wdzięczności dla mojej polonistki z Liceum. Była to pani krótko przed emeryturą i na szczęście miała na względzie to, aby na lekcjach odpowiednio wyważyć proporcje pomiędzy analizą literatury a nauką zasad poprawnej pisowni. I konsekwentnie korygowała mi w pracach pisemnych każdą taką "duperelę". A mam wrażenie, że coraz częściej licea kończą uczniowie, którzy wprawdzie czytali na polskim Joyce'a, ale daty poprawnie napisać nie potrafią.
Zgoda, korona (jeśli już mówimy o królach) nikomu z głowy nie spadnie, gdy dostanie życzenia z błędnym zapisem daty, niemniej jednak zasady znać warto. Z kartki świątecznej wymiernych korzyści wprawdzie nie będzie, ale gdy już w podaniu o pracę zrobimy podobny błąd, a rekruter akurat będzie wyjątkowo uwrażliwiony na takie drobiazgi (skądinąd wiemy, że oni się nie o takie drobnostki czepiają), to z wymarzonego stanowiska nici z chrzanem. Krąży też taka miejska legenda, jak to europejski kidnaper pojechał do USA i porwał tam kogoś czy coś dla pieniędzy, mniej to w tej chwili istotne. W każdym razie w liście z żądaniem okupu w wysokości miliona dolarów napisał, że życzy sobie "1.000.000 USD". No to mu wypłacili jednego dolara, bo właśnie tyle w amerykańskim edytorstwie oznacza taki zapis. W Europie separatorów "tysięcznych" nie stosujemy albo używamy właśnie kropki, żeby zapisać tysiąc, milion i więcej. W USA natomiast w tym samym celu stosuje się przecinek, bo kropka jest u nich separatorem dziesiętnym (czyli tym, czym u nas przecinek - dlatego liczba Pi to w Europie 3,14, a w Ameryce 3.14). Bandyta o tym nie wiedział i stracił szansę na życiowe wzbogacenie się.
Dlatego, moi Drodzy, tak samo jak gdy piszecie list i pamiętacie, żeby zawsze wielką literą, nawet w środku zdania, napisać zwroty skierowane do adresata, na przykład: "Twoje", "Ciebie", "Ty", tak spróbujcie zapamiętać, jak się prawidłowo zapisuje datę.
- Zasada numer jeden: Kropek używamy tylko i wyłącznie, gdy całość daty piszemy cyframi arabskimi (24.12.2012). Jeśli miesiąc zapisujemy przy pomocy cyfr rzymskich, co ładnie zresztą wygląda, za chińskiego papieża nie wolno wstawić tam kropek - piszemy zatem 24 XII 2012, a nie 24.XII.2012 - bo to błąd karygodny.
- Zasada numer dwa: Apostrof przed liczbą oznaczającą rok stosujemy tylko wtedy, gdy ten rok zapisujemy w formie skróconej, czyli '96 zamiast 1996, albo '12 zamiast 2012. Taki zapis, jaki znalazłem na kartce ('2012) jest bzdurą. Być może nadawca chciał tym apostrofem oddzielić słowa "Boże Narodzenie" od liczby oznaczającej rok, ale wówczas znacznie lepiej nadawałby się do tego przecinek.
- Pomniejsze zasady: jeśli już piszemy literkę "r" po liczbie oznaczającej rok (2012 r.), to zawsze musi być po niej kropka (błędem jest: 24.12.2012 r). Moim zdaniem najlepiej tej literki w ogóle nie umieszczać (w końcu co innego niż rok mogłyby oznaczać cyfry "2012" w powyższym zapisie?). Ale to już kwestia stylu.
Chyba Adam Nowak z zespołu "Raz, Dwa, Trzy" powiedział kiedyś, że "życiorys jest jak ogon - nigdy nie wiadomo kto i kiedy nam go przytrzaśnie". Parafrazując te słowa, mógłbym skomentować, że podobnie nie wiadomo, kto i kiedy "przytrzaśnie" nas za zasady ortografii czy interpunkcji. W kultowym już zbiorze portalu JoeMonster pt. "Rodzynki studenckie" znalazła się kapitalna anegdotka (może zresztą prawdziwa) o tym, jak to był sobie student o nieortograficznym nazwisku Krulik. I pewnego dnia na zajęciach profesor oddaje grupie sprawdzone kolokwia, rozdał już wszystkie, a ów Krulik swojego testu nie otrzymał. Idzie więc wyjaśnić sprawę, podchodzi do biurka profesora, podaje swoje nazwisko i pyta, co się stało z jego kolokwium. Na to profesor oburzony:
- Pańskie kolokwium?! Pan nawet swojego nazwiska nie potrafi poprawnie napisać!
6. stycznia 2013, 21:52 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
p.s. Przy okazji zwracam uwagę, że zapis, który stosuję w mojej "prywatnej" sygnaturce (werset wyżej), zasadniczo przez językoznawców nie jest uważany za dopuszczalny (powinno być: 6 stycznia). Niemniej jednak będę tak robić dalej. Moim zdaniem taka forma ma silne umocowanie w tradycji językowej (to skrótowe zapisanie formułki "szósty dzień stycznia", a po liczebnikach porządkowych zapisanych cyframi zawsze stosujemy kropkę. Nie mam pojęcia dlaczego dla zapisu daty językoznawcy uczynili wyjątek, ale nie podoba mi się to. I chociaż tutaj - na moim prywatnym poletku - mogę sobie pozwolić na niestosowanie się do tej reguły).
Podziwianie otrzymanych kartek świątecznych, oprócz przeżyć estetycznych i sentymentalnych, dostarczyło mi w tym roku również szeregu obserwacji językowych. Ciekawych na szczęście także dla niespełnionego socjologa, bo gdybym był lingwistą, zapewne rozbolałyby mnie zęby. Nie mam na myśli treści życzeń (te ostatecznie i tak są najczęściej już fabrycznie wydrukowane na kartce), tylko te sygnaturki, które zwyczajowo umieszcza się na samym dole, na przykład: "Boże Narodzenie 2012", albo "Rzeszów, 24.12.2012". Kreatywność ludzi w tym zakresie jest naprawdę niesamowita. Wśród kilkunastu kartek zauważyłem m.in. takie kwiatki (nazwy miejscowości zmieniłem):
- "Boże Narodzenie '2012"
- "Kraków, 24.XII.2012"
- "24.12.2012 r"
Czy wreszcie hit roku:
- "Olsztyn, XII.12/13" (sic!)
Ten ostatni to jest naprawdę fenomen. Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się w czym rzecz. Pachniało mi to wręcz jakimś szyfrem albo sygnaturą biblijną. Chodzi jednak raczej o grudzień i życzenia świąteczno-noworoczne na okres końca 2012 i początku 2013 roku. Aczkolwiek do końca nie mam pewności, czy nadawca nie miał na celu załatwienia za jednym zamachem życzeń na te właśnie minione i jednocześnie przyszłoroczne święta Bożego Narodzenia.
Zaraz będzie, że się czepiam drobiazgów. Oczywiście, to są interpunkcyjne szczegóły, na które zresztą mało kto zwraca uwagę. Po pierwsze jednak - diabeł tkwi w szczegółach, o czym nie powinni zapominać nie tylko szataniści. A po drugie - ktoś kiedyś wymyślił po coś tą interpunkcję i zasady poprawnego stosowania przeróżnych znaków. Zatem może chociaż od święta - bo przecież raz na ruski rok piszemy te kartki - warto byłoby się do nich zastosować. Wymądrzam się, bo te reguły znam, ale też nie zapominam o wdzięczności dla mojej polonistki z Liceum. Była to pani krótko przed emeryturą i na szczęście miała na względzie to, aby na lekcjach odpowiednio wyważyć proporcje pomiędzy analizą literatury a nauką zasad poprawnej pisowni. I konsekwentnie korygowała mi w pracach pisemnych każdą taką "duperelę". A mam wrażenie, że coraz częściej licea kończą uczniowie, którzy wprawdzie czytali na polskim Joyce'a, ale daty poprawnie napisać nie potrafią.
Zgoda, korona (jeśli już mówimy o królach) nikomu z głowy nie spadnie, gdy dostanie życzenia z błędnym zapisem daty, niemniej jednak zasady znać warto. Z kartki świątecznej wymiernych korzyści wprawdzie nie będzie, ale gdy już w podaniu o pracę zrobimy podobny błąd, a rekruter akurat będzie wyjątkowo uwrażliwiony na takie drobiazgi (skądinąd wiemy, że oni się nie o takie drobnostki czepiają), to z wymarzonego stanowiska nici z chrzanem. Krąży też taka miejska legenda, jak to europejski kidnaper pojechał do USA i porwał tam kogoś czy coś dla pieniędzy, mniej to w tej chwili istotne. W każdym razie w liście z żądaniem okupu w wysokości miliona dolarów napisał, że życzy sobie "1.000.000 USD". No to mu wypłacili jednego dolara, bo właśnie tyle w amerykańskim edytorstwie oznacza taki zapis. W Europie separatorów "tysięcznych" nie stosujemy albo używamy właśnie kropki, żeby zapisać tysiąc, milion i więcej. W USA natomiast w tym samym celu stosuje się przecinek, bo kropka jest u nich separatorem dziesiętnym (czyli tym, czym u nas przecinek - dlatego liczba Pi to w Europie 3,14, a w Ameryce 3.14). Bandyta o tym nie wiedział i stracił szansę na życiowe wzbogacenie się.
Dlatego, moi Drodzy, tak samo jak gdy piszecie list i pamiętacie, żeby zawsze wielką literą, nawet w środku zdania, napisać zwroty skierowane do adresata, na przykład: "Twoje", "Ciebie", "Ty", tak spróbujcie zapamiętać, jak się prawidłowo zapisuje datę.
- Zasada numer jeden: Kropek używamy tylko i wyłącznie, gdy całość daty piszemy cyframi arabskimi (24.12.2012). Jeśli miesiąc zapisujemy przy pomocy cyfr rzymskich, co ładnie zresztą wygląda, za chińskiego papieża nie wolno wstawić tam kropek - piszemy zatem 24 XII 2012, a nie 24.XII.2012 - bo to błąd karygodny.
- Zasada numer dwa: Apostrof przed liczbą oznaczającą rok stosujemy tylko wtedy, gdy ten rok zapisujemy w formie skróconej, czyli '96 zamiast 1996, albo '12 zamiast 2012. Taki zapis, jaki znalazłem na kartce ('2012) jest bzdurą. Być może nadawca chciał tym apostrofem oddzielić słowa "Boże Narodzenie" od liczby oznaczającej rok, ale wówczas znacznie lepiej nadawałby się do tego przecinek.
- Pomniejsze zasady: jeśli już piszemy literkę "r" po liczbie oznaczającej rok (2012 r.), to zawsze musi być po niej kropka (błędem jest: 24.12.2012 r). Moim zdaniem najlepiej tej literki w ogóle nie umieszczać (w końcu co innego niż rok mogłyby oznaczać cyfry "2012" w powyższym zapisie?). Ale to już kwestia stylu.
Chyba Adam Nowak z zespołu "Raz, Dwa, Trzy" powiedział kiedyś, że "życiorys jest jak ogon - nigdy nie wiadomo kto i kiedy nam go przytrzaśnie". Parafrazując te słowa, mógłbym skomentować, że podobnie nie wiadomo, kto i kiedy "przytrzaśnie" nas za zasady ortografii czy interpunkcji. W kultowym już zbiorze portalu JoeMonster pt. "Rodzynki studenckie" znalazła się kapitalna anegdotka (może zresztą prawdziwa) o tym, jak to był sobie student o nieortograficznym nazwisku Krulik. I pewnego dnia na zajęciach profesor oddaje grupie sprawdzone kolokwia, rozdał już wszystkie, a ów Krulik swojego testu nie otrzymał. Idzie więc wyjaśnić sprawę, podchodzi do biurka profesora, podaje swoje nazwisko i pyta, co się stało z jego kolokwium. Na to profesor oburzony:
- Pańskie kolokwium?! Pan nawet swojego nazwiska nie potrafi poprawnie napisać!
6. stycznia 2013, 21:52 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
p.s. Przy okazji zwracam uwagę, że zapis, który stosuję w mojej "prywatnej" sygnaturce (werset wyżej), zasadniczo przez językoznawców nie jest uważany za dopuszczalny (powinno być: 6 stycznia). Niemniej jednak będę tak robić dalej. Moim zdaniem taka forma ma silne umocowanie w tradycji językowej (to skrótowe zapisanie formułki "szósty dzień stycznia", a po liczebnikach porządkowych zapisanych cyframi zawsze stosujemy kropkę. Nie mam pojęcia dlaczego dla zapisu daty językoznawcy uczynili wyjątek, ale nie podoba mi się to. I chociaż tutaj - na moim prywatnym poletku - mogę sobie pozwolić na niestosowanie się do tej reguły).
środa, 26 grudnia 2012
dyskrecja über alles
W mojej rodzinnej parafii jest zwyczaj, że nekrologii ostatnio zmarłych osób wiesza się na murze przed kościołem. Zdążający na nabożeństwa parafianie, wiedzeni pierwotnym instynktem ciekawości, którego ewolucja nie zdołała jeszcze wyeliminować, gromadzą się wtedy przy owej "ścianie płaczu", aby sprawdzić, kto tym razem przeniósł się do Krainy Wiecznych Łowów. I gdyby tylko się gromadzili, aby sprawdzić, to jeszcze byłoby pół tzw. biedy. Niestety, przy tej okazji należy jeszcze nieboszczyka "omówić". Zdążam wczoraj do świątyni i już z oddali widzę, jak z samochodu wysiada starsze chyba małżeństwo. Pan zamyka automobil, natomiast pani zamiast ku drzwiom kościoła, bieży wprost do muru, gdzie wisi ponura informacja. A dalej wygląda to jakoś tak:
- Iksińska! - obwieszcza pani na tyle głośno, że słyszę nazwisko z odległości niemal dwudziestu metrów (oczywiście nazwisko zmieniłem)
- Jak? - to mąż
- IK-SIŃ-SKA!!! Genowefa. 58 lat. Kojarzysz?
Po mszy wychodzą z kościoła nieprzebrane mrowia ludzi. Ci, którzy wcześniej nie spojrzeli na nekrolog, spoglądają teraz. I komentują, głosem bynajmniej nie przyciszonym.
- Nie znam, ale 58 lat...
- Nazwisko kojarzę, ale to chyba nie ta...
I szereg innych w tym stylu. A tak było nie tylko dzisiaj, ale jest zwykle. Już pomijając fakt, że gdy pod koniec mszy ksiądz wyczytuje: "Z naszej parafii w minionym tygodniu odeszli do wieczności...", po każdym wymienionym nazwisku można dostrzec znaczące spojrzenia, przytłumione szepty i nieskrywane wymiany uwag. Nawet jeśli ludzie odczuwają nieodpartą potrzebę skomentowania śmierci znanej sobie mniej lub bardziej osoby, to nie mogę pojąć, dlaczego nie potrafią się z tym wstrzymać do powrotu do domu, albo chociażby do chwili oddalenia się od tłumu, do miejsca gdzie nikt postronny tych komentarzy nie usłyszy. Trywialne jest pytanie o to, co byłoby, gdyby wśród wychodzących z kościoła ludzi znaleźli się krewni nieboszczki i do ich uszu dotarłyby wypowiadane bez skrępowania słowa: "Ta Iksińska umarła. No ta, co na Opolskiej mieszkała".
Nie chcę tu kreślić analiz socjologicznych, zapewne bowiem nie jest to polska specyfika. Plotkowanie jest obecne pod każdą szerokością geograficzną, to o rzeczach ostatecznych także i wcale nie zamierzam dowodzić, że właśnie w Polsce dyskrecja pomyliła się masom z matematyką dyskretną. Natomiast wydaje mi się, że to zachowanie wyjątkowo cechuje osoby starsze. Narzeka się powszechnie na wychowanie młodzieży, na jej brak kindersztuby i tym podobne, tymczasem odnoszę wrażenie, że właśnie w tej kategorii wiekowej jakoś bardziej potrafią uszanować funeralne wieści. Gdy studiowałem pierwszy kierunek, zdarzyło się niestety tak, że podczas wakacji pomiędzy pierwszym a drugim rokiem, jeden z kolegów zginął w wypadku samochodowym na niemieckiej autostradzie. Wtedy nie było jeszcze Fejsbuka ani smarkfonów, więc niemal wszyscy na roku dowiedzieli się o tym 1.października, w dniu rozpoczęcia nowego semestru. I byłem pozytywnie zaskoczony, z jaką klasą można taką informację przyjmować i przekazywać w kuluarowych rozmowach. Nie oskarżam starszego pokolenia, ale z tego co nieraz widziałem pod moim kościołem, z tych ostentacyjnych spojrzeń na nekrolog, z głośnego odczytywania nazwisk nieszczęśników mimo, że obok przechodzą tłumy, zaryzykuję stwierdzenie, że ze znacznie większą klasą niż pokolenie 50+.
I nie ma to wyjątkowo nic wspólnego z dystansem do siebie. Dlatego również czarny humor jest tak trudną sztuką, bo wymaga niesamowicie aptekarskiego wyważenia proporcji i nakreślenia granicy, poza którą lepiej się ugryźć w język, z uwagi na szacunek dla poszkodowanej osoby. Poszkodowanej wiecznie bądź tylko czasowo. Bo o chorobach i urazach, zwłaszcza tych najcięższych, też raczej nie wypada publicznie plotkować. Gdy ostatnio ukazała się wiadomość, że biegaczka narciarska Bjoergen, wróg zaprzysięgły kibica polskiego, ma kłopoty z sercem, które stawiają pod znakiem zapytania jej najbliższe starty (a może i karierę), nie tylko fora internetowe się zagotowały. W programach publicystycznych i informacyjnych bez skrępowania stawiano pytanie (lekarzom, dziennikarzom sportowym, trenerom), czy te kłopoty to nie przypadkiem rezultat uboczny podejrzanych środków farmakologicznych (na niby-astmę sportsmenki), którymi przez lata ją "szprycowano". I czy za swoje sukcesy (osiągnięte rzecz jasna nie fair), Norweżka nie płaci właśnie swojej ceny. Taka czarna nemezis.
Kilka lat temu piłkarz ręczny Karol Bielecki w nieszczęśliwy sposób stracił podczas meczu oko. Żałowało go pół Polski, bo jego kariera zawisła wtedy na włosku, a był podporą narodowej reprezentacji. Gdyby jednak wtedy jakiś Niemiec czy Szwed powiedział coś w stylu, że sportowiec ma za swoje, bo po co wsadzał głowę tam, gdzie inni boją się wsadzić nogę, nasza opinia publiczna ugotowałaby delikwenta na miękko. Owszem, sytuacje może nie do końca porównywalne, zagadnienie też o wiele bardziej złożone, ale jednak filozofia Kalego jest - podobnie jak idee Lenina - wiecznie żywa.
A co do pani z pierwszego akapitu (nazwijmy ją Kowalską), mam nadzieję, że gdy już odejdzie z tego świata (niech jej się stąpa po tym łez padole jak najdłużej), a po "drugiej stronie" istnieje jakaś forma świadomości, to że ta świadomość zawiśnie chociaż na moment przy kościelnym murze i "usłyszy" z ust przechodzących:
- Wiesz, kto umarł? Ta Kowalska z ulicy Mickiewicza.
- Kto?
- KOWALSKA! Ta, co w sklepie na rynku pracowała.
- Aaa, ta. No, w sumie ona miała już swoje lata...
26. grudnia 2012, 22:49 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
- Iksińska! - obwieszcza pani na tyle głośno, że słyszę nazwisko z odległości niemal dwudziestu metrów (oczywiście nazwisko zmieniłem)
- Jak? - to mąż
- IK-SIŃ-SKA!!! Genowefa. 58 lat. Kojarzysz?
Po mszy wychodzą z kościoła nieprzebrane mrowia ludzi. Ci, którzy wcześniej nie spojrzeli na nekrolog, spoglądają teraz. I komentują, głosem bynajmniej nie przyciszonym.
- Nie znam, ale 58 lat...
- Nazwisko kojarzę, ale to chyba nie ta...
I szereg innych w tym stylu. A tak było nie tylko dzisiaj, ale jest zwykle. Już pomijając fakt, że gdy pod koniec mszy ksiądz wyczytuje: "Z naszej parafii w minionym tygodniu odeszli do wieczności...", po każdym wymienionym nazwisku można dostrzec znaczące spojrzenia, przytłumione szepty i nieskrywane wymiany uwag. Nawet jeśli ludzie odczuwają nieodpartą potrzebę skomentowania śmierci znanej sobie mniej lub bardziej osoby, to nie mogę pojąć, dlaczego nie potrafią się z tym wstrzymać do powrotu do domu, albo chociażby do chwili oddalenia się od tłumu, do miejsca gdzie nikt postronny tych komentarzy nie usłyszy. Trywialne jest pytanie o to, co byłoby, gdyby wśród wychodzących z kościoła ludzi znaleźli się krewni nieboszczki i do ich uszu dotarłyby wypowiadane bez skrępowania słowa: "Ta Iksińska umarła. No ta, co na Opolskiej mieszkała".
Nie chcę tu kreślić analiz socjologicznych, zapewne bowiem nie jest to polska specyfika. Plotkowanie jest obecne pod każdą szerokością geograficzną, to o rzeczach ostatecznych także i wcale nie zamierzam dowodzić, że właśnie w Polsce dyskrecja pomyliła się masom z matematyką dyskretną. Natomiast wydaje mi się, że to zachowanie wyjątkowo cechuje osoby starsze. Narzeka się powszechnie na wychowanie młodzieży, na jej brak kindersztuby i tym podobne, tymczasem odnoszę wrażenie, że właśnie w tej kategorii wiekowej jakoś bardziej potrafią uszanować funeralne wieści. Gdy studiowałem pierwszy kierunek, zdarzyło się niestety tak, że podczas wakacji pomiędzy pierwszym a drugim rokiem, jeden z kolegów zginął w wypadku samochodowym na niemieckiej autostradzie. Wtedy nie było jeszcze Fejsbuka ani smarkfonów, więc niemal wszyscy na roku dowiedzieli się o tym 1.października, w dniu rozpoczęcia nowego semestru. I byłem pozytywnie zaskoczony, z jaką klasą można taką informację przyjmować i przekazywać w kuluarowych rozmowach. Nie oskarżam starszego pokolenia, ale z tego co nieraz widziałem pod moim kościołem, z tych ostentacyjnych spojrzeń na nekrolog, z głośnego odczytywania nazwisk nieszczęśników mimo, że obok przechodzą tłumy, zaryzykuję stwierdzenie, że ze znacznie większą klasą niż pokolenie 50+.
I nie ma to wyjątkowo nic wspólnego z dystansem do siebie. Dlatego również czarny humor jest tak trudną sztuką, bo wymaga niesamowicie aptekarskiego wyważenia proporcji i nakreślenia granicy, poza którą lepiej się ugryźć w język, z uwagi na szacunek dla poszkodowanej osoby. Poszkodowanej wiecznie bądź tylko czasowo. Bo o chorobach i urazach, zwłaszcza tych najcięższych, też raczej nie wypada publicznie plotkować. Gdy ostatnio ukazała się wiadomość, że biegaczka narciarska Bjoergen, wróg zaprzysięgły kibica polskiego, ma kłopoty z sercem, które stawiają pod znakiem zapytania jej najbliższe starty (a może i karierę), nie tylko fora internetowe się zagotowały. W programach publicystycznych i informacyjnych bez skrępowania stawiano pytanie (lekarzom, dziennikarzom sportowym, trenerom), czy te kłopoty to nie przypadkiem rezultat uboczny podejrzanych środków farmakologicznych (na niby-astmę sportsmenki), którymi przez lata ją "szprycowano". I czy za swoje sukcesy (osiągnięte rzecz jasna nie fair), Norweżka nie płaci właśnie swojej ceny. Taka czarna nemezis.
Kilka lat temu piłkarz ręczny Karol Bielecki w nieszczęśliwy sposób stracił podczas meczu oko. Żałowało go pół Polski, bo jego kariera zawisła wtedy na włosku, a był podporą narodowej reprezentacji. Gdyby jednak wtedy jakiś Niemiec czy Szwed powiedział coś w stylu, że sportowiec ma za swoje, bo po co wsadzał głowę tam, gdzie inni boją się wsadzić nogę, nasza opinia publiczna ugotowałaby delikwenta na miękko. Owszem, sytuacje może nie do końca porównywalne, zagadnienie też o wiele bardziej złożone, ale jednak filozofia Kalego jest - podobnie jak idee Lenina - wiecznie żywa.
A co do pani z pierwszego akapitu (nazwijmy ją Kowalską), mam nadzieję, że gdy już odejdzie z tego świata (niech jej się stąpa po tym łez padole jak najdłużej), a po "drugiej stronie" istnieje jakaś forma świadomości, to że ta świadomość zawiśnie chociaż na moment przy kościelnym murze i "usłyszy" z ust przechodzących:
- Wiesz, kto umarł? Ta Kowalska z ulicy Mickiewicza.
- Kto?
- KOWALSKA! Ta, co w sklepie na rynku pracowała.
- Aaa, ta. No, w sumie ona miała już swoje lata...
26. grudnia 2012, 22:49 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
czwartek, 20 grudnia 2012
magia kłamstwa
Na całym świecie z kłamstwem sprawa jest prosta jak sznurek w kieszeni. Ludzie wyróżniają dwa zasadnicze rodzaje kłamstwa: zwykłe (po angielsku: białe), oraz wstrętne. A w ramach tej drugiej kategorii mieszczą się statystyka, polityka i prognoza pogody. I już, cała filozofia. Tylko mieszkańcy kraju nad Wisłą i Wieprzem, jak zwykle zresztą, musieli sobie sprawę utrudnić i tą klasyfikację radośnie rozdąć. U nas - oprócz powyższych - egzystuje sobie błogo cały zastęp innych kłamstw. Mamy zatem kłamstwo oświęcimskie (czy tego się nie powinno pisać z wielkiej litery?), kłamstwo katyńskie, kłamstwo smoleńskie, kłamstwo lustracyjne, a nawet - od niedawna - kłamstwo konopnickie. To ostatnie dotyczy rzekomego lesbi... (lesbijstwa? jest takie słowo?)... rzekomego homoseksualizmu Marii Konopnickiej. Ponieważ nie jest to stuprocentowo dowiedzione, a o naocznych świadków raczej będzie teraz trudno, ex-poseł Artur Zawisza, na którym w takich sprawach można polegać jak na... zresztą nieważne..., zaproponował, aby uznać, że każdy kto rozpowiada, że pisarka z ziemi skąd nasz ród kochała inaczej, popełnia kłamstwo konopnickie. Zagrożone karą pozbawienia wolności, czci, wiary i paszportu Polsatu.
W każdym razie ciężka będzie sprawa z tym kłamstwem. Jak nadmieniłem, o świadków ciężko, chyba że zapytamy o zdanie krasnoludki. Ale o te też ciężko, odkąd skończyła się prawdziwa Polo-Cocta i darmowe wyprawy do Kingsajzu. Analizy dzieł pisarki także niewiele wniosą. Wprawdzie do siódmej nieskończoności można by szukać na ulicach osoby, która wie co to "Orężny hufiec nasz", albo "Królewski Szczep Piastowy", jednakże te tajemniczo brzmiące zwroty nic nam nie powiedzą w sprawie orientacji seksualnej Marii Konopnickiej. Już więcej wyciągnęłoby się z faktu, że w dziele o sierotce Marysi występują krasnoludki wyłącznie rodzaju męskiego. Jednak w kwestii homoseksualizmu autorki to akurat może być dowód zarówno na jedną, jak i na przeciwstawną tezę...
Aby jednak Rzeczpospolita nie cierpiała na niedomiar kłamstw, gdy już rozszyfrujemy meandry życia osobistego Marii Konopnickiej, w kolejce czekać będą kolejne kłamstwa. Kłamstwo kopernikańskie (Kopernik była mężczyzną), kłamstwo szopeńskie (Chopin był Francuzem, a w ogóle to pisze się Szopen), kłamstwo kaczyńskie (Jarosław Kaczyński nie był internowany w stanie wojennym, w stanie stałym, ciekłym, gazowym, ani nawet w stanie Connecticut). Ze swojej strony dorzucę jeszcze kłamstwo betlejemskie. Co do tego, że Chrystus urodził się w Betlejem wątpliwości szczególnych nie ma (i Jego szczęście, bo gdyby urodził się w Opolu, zamiast o pasterzach i Trzech Królach, Pismo wspominałoby o komplikacjach poporodowych). Nawet na fakt, że Chrystus urodził się trzy albo i siedem lat przed Chrystusem jakoś przymykamy oko. Ale już głoszenie, że urodził się wiosną (jakoś w marcu jest najbardziej prawdopodobne) to nikczemność, niegodziwość, szubrawstwo i zamach na tradycję narodu... pardon... Narodu. Kłamstwo betlejemskie przez liberalną żydokomunę misternie przygotowane, aby pogrześć ojców mowę i pognębić Ducha, co nam dzielnie hetmani.
Aż wreszcie zza oceanu wytoczą najcięższe armaty. Przeciw kłamstwu lapońskiemu. Każdy, kto choćby piśnie, że święty Mikołaj był biskupem w Azji Mniejszej, a nie wyrośniętym krasnoludkiem (hmmm, może Maria Konopnicka albo Artur Zawisza coś by mieli w tej sprawie do uściślenia...) w czerwonym stroju, mieszkającym za kołem polarnym z latającymi reniferami, elfami, hobogoblinami i czym tam jeszcze, zesłany zostanie na długie lata do łagru Coca-Coli. A miejsce to - położone w podziemiach basenu olimpijskiego pozostałego po igrzyskach w Atlancie - gorsze jest niż piekło Dantego. Skazaniec będzie tam non-stop stroił choinki przy dźwiękach "Last Christmas", a przy tym będzie musiał trąbić Colę, aż mu brzuch urośnie jak temu grubasowi, co zdobi czerwone ciężarówki koncernu. Moc truchleje.
20. grudnia 2012, 22:51 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
W każdym razie ciężka będzie sprawa z tym kłamstwem. Jak nadmieniłem, o świadków ciężko, chyba że zapytamy o zdanie krasnoludki. Ale o te też ciężko, odkąd skończyła się prawdziwa Polo-Cocta i darmowe wyprawy do Kingsajzu. Analizy dzieł pisarki także niewiele wniosą. Wprawdzie do siódmej nieskończoności można by szukać na ulicach osoby, która wie co to "Orężny hufiec nasz", albo "Królewski Szczep Piastowy", jednakże te tajemniczo brzmiące zwroty nic nam nie powiedzą w sprawie orientacji seksualnej Marii Konopnickiej. Już więcej wyciągnęłoby się z faktu, że w dziele o sierotce Marysi występują krasnoludki wyłącznie rodzaju męskiego. Jednak w kwestii homoseksualizmu autorki to akurat może być dowód zarówno na jedną, jak i na przeciwstawną tezę...
Aby jednak Rzeczpospolita nie cierpiała na niedomiar kłamstw, gdy już rozszyfrujemy meandry życia osobistego Marii Konopnickiej, w kolejce czekać będą kolejne kłamstwa. Kłamstwo kopernikańskie (Kopernik była mężczyzną), kłamstwo szopeńskie (Chopin był Francuzem, a w ogóle to pisze się Szopen), kłamstwo kaczyńskie (Jarosław Kaczyński nie był internowany w stanie wojennym, w stanie stałym, ciekłym, gazowym, ani nawet w stanie Connecticut). Ze swojej strony dorzucę jeszcze kłamstwo betlejemskie. Co do tego, że Chrystus urodził się w Betlejem wątpliwości szczególnych nie ma (i Jego szczęście, bo gdyby urodził się w Opolu, zamiast o pasterzach i Trzech Królach, Pismo wspominałoby o komplikacjach poporodowych). Nawet na fakt, że Chrystus urodził się trzy albo i siedem lat przed Chrystusem jakoś przymykamy oko. Ale już głoszenie, że urodził się wiosną (jakoś w marcu jest najbardziej prawdopodobne) to nikczemność, niegodziwość, szubrawstwo i zamach na tradycję narodu... pardon... Narodu. Kłamstwo betlejemskie przez liberalną żydokomunę misternie przygotowane, aby pogrześć ojców mowę i pognębić Ducha, co nam dzielnie hetmani.
Aż wreszcie zza oceanu wytoczą najcięższe armaty. Przeciw kłamstwu lapońskiemu. Każdy, kto choćby piśnie, że święty Mikołaj był biskupem w Azji Mniejszej, a nie wyrośniętym krasnoludkiem (hmmm, może Maria Konopnicka albo Artur Zawisza coś by mieli w tej sprawie do uściślenia...) w czerwonym stroju, mieszkającym za kołem polarnym z latającymi reniferami, elfami, hobogoblinami i czym tam jeszcze, zesłany zostanie na długie lata do łagru Coca-Coli. A miejsce to - położone w podziemiach basenu olimpijskiego pozostałego po igrzyskach w Atlancie - gorsze jest niż piekło Dantego. Skazaniec będzie tam non-stop stroił choinki przy dźwiękach "Last Christmas", a przy tym będzie musiał trąbić Colę, aż mu brzuch urośnie jak temu grubasowi, co zdobi czerwone ciężarówki koncernu. Moc truchleje.
20. grudnia 2012, 22:51 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Subskrybuj:
Posty (Atom)
