czwartek, 10 kwietnia 2014

z awiacją przez wieki

Odpowiadając na zarzuty niejakiego Jerzego Janowicza, tenisisty, odnośnie wszystkiego, Rafał Stec dowodzi we wtorkowej "Wyborczej", że owszem i ten tego, ale mimo to "wciąż mieszkamy w jednym z 25-30 najbogatszych, najbezpieczniejszych, dających najwięcej możliwości państw świata".

Teza z którą można polemizować długo i bez sensu. Lepiej jednak przypomnieć, że właśnie dzisiejsza czarna rocznica jest najlepszym świadectwem na to, że z ową cywilizacją jest u nas różnie. Już kilka godzin po tym, jak prezydencki Tupolew runął na smoleński las, Tomasz Hypki, rozchwytywany w mediach wszelakich ekspert lotniczy, wypowiedział znamienne słowa: "Polska jest jednym z niewielu krajów na świecie, a niemal wyjątkiem w świecie cywilizowanym, w którym dochodzi do wypadków lotniczych z udziałem najwyższych rangą przedstawicieli władz. Ostatni podobny przypadek miał miejsce w 1994 w Rwandzie, kiedy w katastrofie lotniczej zginęli prezydenci Rwandy i Burundi, jednak ich samolot został zestrzelony przez bojówki opozycji". [za: onet.pl]

Bo to nie tylko Smoleńsk, odmieniany u nas przez wszystkie przypadki, okoliczniki i celowniki. To również niewiele wcześniejsza katastrofa wojskowej CASY z połową dowództwa wojskowego, to kraksa śmigłowca z premierem Leszkiem Millerem, to wreszcie trochę mniej nagłośniony przypadek Marszałek Senatu Alicji Grześkowiak, której statek powietrzny (ale to fajne określenie!) awaryjnie musiał lądować niemal na pustyni, gdzieś na Bliskim Wschodzie.

Wobec tych faktów aż dziw bierze, że którykolwiek z polityków odważa się jeszcze wsiąść na pokład maszyny latającej. Powiem więcej, posłowie powinni mieć specjalny dodatek za pracę w niebezpiecznych warunkach i podejmowanie takiego ryzyka. A polis od podróży lotniczych ubezpieczyciele powinni wystrzegać się niczym ognia piekielnego.

Bo pod względem awiacji Polska musi być krajem z niewiadomego powodu przeklętym. Może to nasi bohaterscy lotnicy, biorący udział w bitwie o Anglię, podpisali cyrograf nie z tym, z kim trzeba? A może, skoro z tej ziemi nie wyszli bracia Montgolfier ani bracia Wright, to się nie trzeba było w przestworza pchać? Nie wiem, w każdym razie to u nas lata się na drzwiach od stodoły; to u nas pilotom bije się brawa po szczęśliwym lądowaniu; to u nas kapitanowie o ptasich nazwiskach muszą przyziemiać bez podwozia; a nasze szybowce i awionetki spadają na pola i zabudowania niczym bociany zestrzeliwane w przestrzeni powietrznej Libanu; to u nas jedno z lotnisk nie bez powodu chyba nazywa się Modlin (od czynności jaką wykonujemy w czasie lotu); to u nas wreszcie zaraz po wejściu na pokład tankuje się do nieprzytomności trunki - nomen omen - wyskokowe, aby w razie katastrofy niewiele pamiętać z podróży na łono Abrahama.

Czasami wydaje mi się, że lepiej byłoby, gdyby historia polskiej awiacji zakończyła się tak, jak próby wskrzeszenia lotniczych tradycji w pewnej wsi na Opolszczyźnie, o której opowiedział mi Wujek. W czasie II wojny startowały stamtąd samoloty Luftwaffe, tuż po wojnie pielęgnowano tradycje szybowcowe, utworzono prężnie działającą szkołę dla pilotów i mechaników, ruch w powietrzu był jak na przysłowiowej Marszałkowskiej. W latach 60-tych wszystko upadło, ale kilka lat temu próbowano nawiązać do dawnej świetności. Odrestaurowano hangar, postawiono rękaw do pomiaru wiatru, wyasfaltowano na nowo krótki pas startowy. Kulminacyjnym punktem dnia miały być pokazy paralotniarzy i motolotniarzy. Wśród owacji zebranego tłumu, jeden z głównych aktorów tego przedsięwzięcia wziął rozbieg, rozpędził się, wzbił w powietrze, przeleciał kilka metrów, po czym spadł i złamał nogę...

Taki był koniec lotnictwa w miejscowości X.

10. kwietnia 2014, 20:26 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

wtorek, 1 kwietnia 2014

Jarosław Kaczyński oszalał

Jarosław Kaczyński oszalał. Diagnoza ta rzecz jasna w żaden sposób nie jest uprawniona klinicznie, ale też w żadnym cywilizowanym kraju nie poddaje się polityków badaniom psychofizycznym, zatem oceniać ich stopień zdrowego rozsądku możemy li tylko na podstawie ich wypowiedzi medialnych.

Żeby na początku było jasne, czyli clear. Nie jest mi ideowo po drodze z żadną z partii tzw. głównego nurtu, z Platformą Obywatelską zwłaszcza. Również na Prawo i Sprawiedliwość w życiu nie oddałem złamanego głosu. Co jednak trzeba przyznać Jarosławowi Kaczyńskiemu to fakt, że politykiem był - w przeciwieństwie do swojego świętej pamięci brata - wybitnym. Był, bo najwyraźniej zupełnie już oszalał...

Oceniając polityków przeróżnych opcji, zbyt często kierujemy się tym, w jak dużym stopniu ich poglądy podobne są do naszych. Co nie jest niczym zaskakującym. Rzadko który zagorzały kibic Realu doceni klasę zawodnika Barcelony, a fan Lecha chwaląc gracza Legii własnoręcznie obłożyłby się infamią. Wypadałoby jednak czasem oddzielić osobiste sympatie i przekonania od trzeźwej, obiektywnej oceny. Program polityczny Prawa i Sprawiedliwości to dla mnie natchnione dzieło Szatana. Ze świecą wielkości wieży Eiffla musiałbym poszukiwać jakiegokolwiek punktu stycznego moich poglądów z linią partii Jarosława Kaczyńskiego. Udawania partii prawicowej będąc de facto partią lewicową (wyższe podatki, zwłaszcza od najlepiej zarabiających!) nigdy PiS-owi nie wybaczę, bo oddaje to niedźwiedzią przysługę prawdziwym partiom prawicowym, tworząc w opinii publicznej idiotyczne przeświadczenie, że kluczowym kryterium oddzielającym prawicę od lewicy jest stosunek do kwestii religii, wiary i Kościoła Katolickiego...

Co nie przeszkadza mi być przekonanym, że sam Jarosław Kaczyński to jeden z najlepszych polityków jakich Polska miała w ostatnim ćwierćwieczu. Genialny strateg przede wszystkim. Praktycznie z niczego stworzył Prawo i Sprawiedliwość (Platforma budowała się na solidnych gruzach Unii Wolności, na uciekinierach z AWS-u, a przede wszystkim na znakomitym wyniku Andrzeja Olechowskiego w wyborach prezydenckich 2000 roku), które w cztery lata stało się pierwszą siłą polityczną kraju. Manewr z jesieni 2005 roku, gdy na premiera desygnował człowieka znikąd - Kazimierza Marcinkiewicza, czym otworzył drogę do prezydentury swojemu bratu, powinien być opisywany we wszystkich światowych podręcznikach politologii. A bodaj jeszcze bardziej zasługującym na umieszczenie w annałach ruchem Kaczyńskiego była zgoda na przedterminowe wybory parlamentarne w 2007 roku. Mało który polityk (a w tym kraju chyba żaden, bo tu jedyną motywacją jest dorwać się do koryta, vide Michał Kamiński) miałby przysłowiowe jaja, żeby podjąć takie ryzyko, położyć na szalę tak wiele, by ewentualnie zyskać jeszcze więcej. Gdyby wówczas PiS zwyciężył w wyborach, prawdopodobnie rządziłby do dzisiaj, z ogromną przewagą sondażową. Jarosław Kaczyński zyskując tak potężną legitymację dla swojego stronnictwa, stworzyłby polityczną dynastię na długie dziesięciolecia. A o Donaldzie Tusku pewnie nikt dzisiaj by już nie słyszał, podczas gdy sam zainteresowany skończyłby jako trener trampkarzy w Huraganie Morąg i lider powiatowego koła Platformy Obywatelskiej, partyjki balansującej na granicy progu wyborczego.

Dość jednak political fiction. Jarosław Kaczyński zagrał wówczas va banque, zaryzykował wszystko i przegrał. Taki urok polityki. Gdyby jednak lider PiS-u miał fizjonomię Franka Underwooda, a nie metr pięćdziesiąt w kapeluszu, gdyby publicznie uprawiał sport, a nie afiszował się z kotem, pewnie pomimo tej porażki, zyskałby odpowiednie miejsce w masowej świadomości. Nie zyskał, stał się synonimem politycznego wariata i to jest niewybaczalny błąd historii. Tyle laurki.

Bo potem z politycznego piedestału Jarosław Kaczyński krok po kroku usuwał się sam. Głównie za sprawą własnych wypowiedzi, coraz bardziej oderwanych od rzeczywistości. Być może wiele racji mają ci, którzy twierdzą, że złamała go śmierć brata bliźniaka w katastrofie smoleńskiej. Można mieć nieszablonowe pomysły, można w swoich wypowiedziach jechać po przysłowiowej bandzie, gdy jednak wcześniej te działania Jarosława Kaczyńskiego ocierały się o geniusz (i przynosiły zamierzone skutki), teraz coraz częściej ocierały się o śmieszność. Miotał się w z góry skazanej na niepowodzenie walce o odzyskanie władzy, naciskany z wielu stron, przez najprzeróżniejsze stronnictwa, którym nie zawsze miał już argumenty, aby się przeciwstawić. Skłócił ze sobą pół Polski, czego nie uda się pewnie załatać przez dziesięciolecia. Niegdyś niepodzielny władca, znakomity mówca, coraz częściej pozwalał na siebie wpływać, dawał się wplątać w różne koszmarne przedsięwzięcia, jak owo słynne "ocieplanie wizerunku" wiosną 2010 roku. Bardzo zaczyna to przypominać scenariusz filmu "Upadek", opowiadającego ostatnie chwile Adolfa Hitlera. (Zaraz będzie, że porównuję Kaczyńskiego do Hitlera... - niech żyje wybiórcze cytowanie!)

I nie dalej jak wczoraj słyszę Jarosława Kaczyńskiego, narzekającego na wyborczej konwencji, że we francuskiej telewizji nie podają prognozy pogody dla Polski, a dla takiego Reykjaviku to i owszem. I że coś z tym trzeba zrobić... Nie wiem, czy lider PiS-u w ostatniej, desperackiej próbie odzyskania władzy chce wskrzesić narodowe sny o potędze, odwołać się do prehistorycznych marzeń o Polsce od morza do morza, perorować w jakże sarmackim stylu, że my Polacy, piękne ptacy... A potem najedziemy Francję, od Hiszpanów odzyskamy zagrabione skarby i dziedzictwa kultury, z Włoch zrobimy południową kolonię, a z Wielkiej Brytanii - województwo londyńskie?

Jeśli na takich podstawach Jarosław Kaczyński ma zamiar budować polityczną przyszłość swojego ugrupowania, to powinien raczej - i piszę to bez cienia ironii - udać się na zasłużoną emeryturę. Usiąść spokojnie w wygodnym fotelu, z ukochanym kotem, napić się gorącej herbaty, przeczytać wszystkie zaległe książki. A potem spisać historię swojej rodziny dla potomnych, albo stworzyć książkę-wspomnienie o zmarłym bracie.

I bez emocji patrzeć jak jego podwładni, pokroju pana Hofmana czy pana Błaszczaka, doprowadzają do ruiny dzieło jego życia (bo to jest nieuchronne, PiS jest politycznym trupem). Jak ci najwybitniejsi z wodzów, którzy nie otaczali się doradcami. Mogli rządzić albo jednoosobowo i niepodzielnie, albo wcale.

1. kwietnia 2014, 21:46 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

sobota, 29 marca 2014

słup soli

Tydzień temu z tak zwanym hakiem, jedno z rond w centrum Warszawy uroczyście zyskało miano Ronda Czterdziestolatka. Bynajmniej nie dlatego, że 40 lat je budowano, chociaż - znając realia polskiego budownictwa drogowego - nie byłoby to nic szczególnie wyjątkowego. Wart uczczenia stał się jeden, konkretny Czterdziestolatek. Nie Stefan Karwowski (inżynier), nawet nie Andrzej Kopiczyński (aktor), ale właśnie Czterdziestolatek.

I może na tej informacji, udającej nieudolnie notkę prasową, należałoby poprzestać. A nawet poprzestać się powinno. Tymczasem nowe miano starego ronda zostało w pewnych kręgach oprotestowane. I gdyby chodziło tylko o kręgi partii zwanych (raczej niesłusznie) prawicowymi, to byłoby pół przysłowiowej biedy. Podług linii owych partii, wszelkie place i ulice nosić powinny bowiem imiona historycznych postaci, od Piasta Kołodzieja, przez Biskupa Stanisława, aż po bohaterów Powstania Warszawskiego (i na tym koniec, bo potem to już wiadomo co było w naszej historii, a co do dzisiaj się nie zakończyło - układ, ZOMO, cywilizacja śmierci i w ogóle jeden wielki dżender). Gdyby zatem te kręgi, ustami na przykład pana Błaszczaka czy pani Kempy, nie opowiedziały się za wiekopomnym patronem dla ronda, to należałoby zadzwonić do odpowiednich służb medycznych, słusznie podejrzewając, że chyba coś się groźnego wydarzyło. A potem zapisać całą sprawę w białym kalendarzu i na żółtych papierach (chciałbym odwrotnie, ale żółte kalendarze co do jednego spalił już Piotr Szczepanik...).

Ale nie, przeciw Rondu Czterdziestolatka zaprotestowali nie radni PiS-u czy SP, a zwykli mieszkańcy stolicy, zapytani na okoliczność (czytaj: zaczepieni na ulicy) przez media śniadaniowe. Wielu z nich wyraziło opinię, że to nie przystaje, że niby nic złego, ale jednak rondo powinno nosić miano jakiejś historycznej postaci... I teraz tak: albo dziennikarz nie słyszał nigdy o statystyce i zagaił próbę niereprezentatywną, albo - co bardziej prawdopodobne - to jest po prostu autentyczny głos ludu. Gdy parę tygodni temu ktoś, chyba bardziej dla żartu, próbował w innej części stolicy przeforsować Rondo Ryszarda Ochódzkiego, reakcje tak zwanej opinii publicznej były zadziwiająco podobne.

Historycznymi nazwami ulic, placów, skwerów, rond i parków, miasta i wsie naszego pięknego kraju są inkrustowane tak gęsto, jak afgańskie i irackie pola - minami wszelkiego autoramentu. I - jak się okazuje - jeszcze nam mało! Lekcje historii w szkołach powinny już właściwie przejść do historii, bo zamiast siedzieć w klasie, wystarczyłoby się z uczniami przejść po losowo wybranej miejscowości. Aż dziw czasem bierze, w jaki sposób wszystkie ulice nawiązujące nie do herosów przeszłości, a do nazw geograficznych, botanicznych czy do bohaterów dziecięcej wyobraźni, w ogóle miały okazję swoje miana uzyskać. Posłowie "prawicowi" akurat gdzieś wyjechali i nie mogli złożyć interpelacji? Ludzie oglądali jakiś "ważny" mecz naszych piłkarzy i nie mieli czasu zaprotestować?

Bo przecież jak ulica może się nazywać Głogowska, Pomorska, Kwiatowa, Polna, albo Wschodnia (no, Wschodnia to już zwłaszcza...)? Kto to widział, by alei dawać miano Misia Uszatka czy Smoka Wawelskiego?! Skandal, mowa nienawiści i zamach na korzenie królewskiego szczepu piastowego! Przecież znalazłoby się tylu jeszcze bohaterów historycznych, zasługujących na uhonorowanie. Ot, choćby taki pomocnik piekarza, który w maju czterdziestego trzeciego rzucił czerstwą bułką w przejeżdżający automobil należący do teściowej wuja szwagierki sąsiada wysokiego oficera SS.

Nasza rzeczywistość coraz częściej przypomina "Marzenia Marcina Dańca" a rebours. W tamtym cyklicznym programie, który starsi może jeszcze jak przez mgłę pamiętają z drugiej połowy lat 90-tych, przez całą godzinę i bez przerw reklamowych szły skecze, żarty i przeróżna rozrywka. W pewnej chwili wychodził jednak gospodarz programu na środek i poważnym tonem oznajmiał, że może nie powinniśmy prześmiewać całego życia. Po czym na kilka minut usuwał się w cień, a na scenie pojawiał się Tadeusz Krok z gitarą akustyczną i śpiewał tak piękne, refleksyjne piosenki (dzisiaj nazwane by pewnie "smętami"), że serce zapadało się niczym słoń na miejskim lodowisku. A współcześnie naszą codzienność składamy sobie niemal w stu procentach z tych najpoważniejszych cegiełek i nawet na odrobinę prześmiewczego wentyla nas nie stać (chyba, że ktoś za narodowy humor uważa te koszmarne kabarety, które okupują antenę TVP2 lub Polsatu praktycznie codziennie o 20:00, ale wówczas powinien się raczej skonsultować z owym słynnym farmaceutą).

Mariusz Szczygieł nie tylko w swoich książkach często odwołuje się do anegdoty, która opowiada o sprawie sprzed niemal stu lat, gdy zaprojektowanie nowych czechosłowackich banknotów powierzono artyście o wdzięcznym nazwisku Alfons Mucha. Pan Mucha ochoczo zabrał się do dzieła, ale zamiast królów i władców, świętych i błogosławionych, na pieniądzach umieścił między innymi swoją żonę i córkę. Tej drugiej nawet zaznaczył, że jeśli będzie grzeczna i będzie słuchać tatusia, to wkrótce awansuje na wyższy nominał.

I co? I kompletnie nic się nie stało. A gdyby tak miały wyglądać bilety Narodowego Banku Polskiego, podejrzewam że protesty rozniosłyby trzecią część kraju. Nie mam kolorowego pojęcia, dlaczego dwa społeczeństwa żyjące ze sobą przez miedzę, w niemal identycznych warunkach klimatycznych, geograficznych i wcale nie tak różnych historycznych, aż tak diametralnie się różnią pod względem dystansu do siebie. Co my mamy takiego, czego nie mają Czesi? A może co oni mają takiego, czego nie mamy my? Lepsze piwo? Odurzają się czekoladą studencką i lentilkami? A może chodzi o kwestię dostępu do morza? Nadmiar jodu tak bardzo nas zakonserwował?

29. marca 2014, 22:45 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

czwartek, 27 marca 2014

Dziki Zachód

Wojna będzie. Przed wojną też była Liga Narodów...


W dodatku ta powstająca Liga Narodów ma jeszcze więcej militarnych skojarzeń. Bo i "rewolucyjna", i z podziałem na "dywizje", i wreszcie te "dzikie karty".

A'propos ostatniego - znacie anegdotkę o "dzikiej karcie"?
Przychodzi Magda Gessler do restauracji i pyta:
- Macie dziczyznę?
- Nie - odpowiada kelner - Ale mamy dziką kartę.

27. marca 2014, 20:11 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

środa, 19 marca 2014

błąd w sztuce

Prezydentowi zepsuli kolano, szefowi największej partii opozycyjnej - nadgarstek... Nie potrzeba agresji obcego mocarstwa, Bundeswehry czy Armii Czerwonej. Struktury państwa polskiego skutecznie wykończy nasza własna służba zdrowia.
 

 
A donosi o tym wszystkim niezastąpiony i niezawodny "Fakt!"

19. marca 2014, 01:04 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego 

niedziela, 2 marca 2014

wydanie trzecie, niezmienione

Ilja Erenburg wrócił swego czasu z USA, niżej podpisany był ostatnio - duchem i piórem - w Soczi, ale również powrócił. A świat też nie stoi w miejscu.
  • W dniu tak zwanych "Walentynek" miała miejsce premiera drugiego sezonu znakomicie ocenianego amerykańskiego serialu "House of Cards", w którym Kevin Spacey odgrywa rolę cynicznego kongresmena. Szarą eminencją w tym sezonie jest niejaki Tusk (wprawdzie Raymond, a nie Donald), a jedna z drugoplanowych negatywnych postaci to polityk nazwiskiem Howard Webb. Wszystko to każe podejrzewać, że w ekipie scenarzystów za sznurki pociąga jakiś Polak.
  • Targana wewnętrznymi i zewnętrznymi konfliktami Ukraina dąży do zacieśnienia współpracy z Unią Europejską. Trudno powiedzieć, czy nasi wschodni sąsiedzi rozważyli wszystkie za i przeciw takiego kroku. O panoszącej się w Unii politycznej poprawności nie trzeba nikomu przypominać. Należy się zatem spodziewać, że już wkrótce Morze Czarne zmieni nazwę na Morze Afroamerykańskie.
  • Wydarzenia na Ukrainie zupełnie zepchnęły ze sfery publicznego zainteresowania sprawę Człowieka zwanego Szatanem, czyli Mariusza T. Facet ukrył się, a o jego miejscu pobytu krążą jedynie niczym nie potwierdzone plotki. Temat jednak nadal interesuje opinię publiczną, o czym świadczyć może zasłyszana rozmowa dwóch pań w wieku emerytalnym:
    • A słyszała pani, że ten Trynkiewicz to on podobno zaszył się w leśnej głuszy?
    • W Leśnej Górze?! O mój Boże, mam nadzieję, że doktor Zosi nic nie grozi...
  • Jeszcze o Mariuszu T. - parę tygodni temu Kuba Wojewódzki i jego kolega z radia tak skołowali przez telefon naczelnego "Super Ekspresu", że wyszło na to, iż tabloid chętnie wydałby pamiętniki Człowieka zwanego Szatanem. I w sumie czemu nie? Katarzyna W. (znana też jako "matka Madzi") i jej rodzina ledwie rok z hakiem obecni byli w publicznej świadomości, a wydali więcej egzemplarzy przeróżnej literatury niż przeciętny laureat nagrody Nike. Książki te zresztą zalegają teraz po punktach sprzedaży prasy i niedługo zaczną być dodawane jako gratis do chleba, podobnie jak kiedyś prorokował Kuba Wojewódzki o płytach Michała Wiśniewskiego. W każdym razie, skoro były mąż matki Madzi szarpnął się na pamiętniki, to Mariusz T. dopiero miałby materiału na książkę. Nawet na - nomen omen - TRYlogię. A później to już jak w pollywood - kontynuacja, wielki powrót i ekranizacja. Pod roboczym tytułem: "Szatan z siódmej celi".
  • Nie opuszczając politycznych skojarzeń, nasuwa się jeszcze jedna refleksja. Kiedyś pytało się gdzie jest Nemo, albo gdzie jest Wally. Ostatnio pytamy raczej gdzie jest krzyż, gdzie jest Trynkiewicz, a przez pewien czas nawet: gdzie jest Janukowycz. Dodając do tego likwidację "Wieczorynki" i przeniesienie najmłodszej widowni do nowego kanału TVP ABC, który trafił na cyfrowy multipleks ramię w ramię z Telewizją Trwam, trzeba przyznać, że dzieci nie mają współcześnie łatwego życia...
  • Wspomniany Michał Wiśniewski również zanotował wielki powrót. Ostatnio reklamuje pewną kasę zapomogowo-pożyczkową, śpiewając, że "nie zawsze czerwone jest złe". Cóż, wybory zbliżają się wielkimi krokami i kto żyw chce kandydować. Michał - jak widać - pewnie z list lewicy.
  • Europoseł Platformy Obywatelskiej chciał wziąć przykład z Jana Rokity i zostać pobitym przez Niemców. Niestety, usłyszał jedynie od lotniskowego strażnika: "Raus!". Korzystając z okazji, pouczył więc ochroniarza, że powinno się raczej mówić grzeczniej, na przykład: "Gej bite raus!" (pisownia fonetyczna). Po tych słowach z samolotu wyprowadzono Roberta Biedronia.
  • Na odcinku powrotów - Polska wraca w tym roku na festiwal piosenki Eurowizji. Reprezentować nas będzie niejaki Donatan, z utworem o nie mniej enigmatycznym tytule. Decyzja zapadła w okolicach "Tłustego Czwartku", co rzuca nieco światła na sprawę. Donatan to ten, który robi donaty (takie jakby pączki). Ale nadal nie wiadomo, kim są ci Mysłowianie, o których opowiada piosenka.
  • Na ekrany kin wszedł niedawno film Władysława Pasikowskiego pt. "Jack Strong", a opowiadający o życiu i twórczości pułkownika Kuklińskiego. Kilku obywateli w średnim wieku, siedzących na ławce nieopodal kina, a zapytanych o opinię na temat "Jacka Stronga" odpowiedziało, że może być, aczkolwiek preferują raczej Komandos Strong, Argus Strong, a jak ktoś postawi, to zdarza się i Żubr.
  • Wbito pierwszą łopatę pod największy bodaj projekt inżynieryjny III RP, czyli rozbudowę Elektrowni Opole. Szacowana wartość inwestycji - niemal 12 miliardów złotych. Dla porównania - koszt budowy wszystkich czterech stadionów na piłkarskie Mistrzostwa Europy 2012 wyniósł około 3 miliardy. Dobrze, że obecny na inauguracji premier Tusk jest miłośnikiem wyłącznie piłki kopanej. Gdyby miał szerzej ustawione horyzonty sportowe, jak - nie przymierzając - Władimir Putin, to za te 12 miliardów przesuniętych z Elektrowni Opole mógłby nam zorganizować regaty pełnomorskie w Białce Tatrzańskiej, albo narciarstwo alpejskie na Żuławach. A może i wręcz całe letnie igrzyska olimpijskie. Na przykład w Wólce Kosowskiej.
  • Po niezbyt długiej nieobecności, do świadomości społecznej powrócił kapitan Francesco Schettino. Wziął udział w wizji lokalnej na pokładzie wraku swojego statku Costa Concordia. Krążą domysły, czym teraz zajmie się kapitan. Jeśli ma jakieś prawa do nazwy luksusowego liniowca, mógłby na przykład reklamować napoje owocowe. Jest nawet na podorędziu kilka haseł promocyjnych: "Sok Costa (Concordia) przewróci ci w głowie!", "Obal go w minutę!", "Zatopisz się w jego smaku!"
  • Niesłychane, jakich akrobacji intelektualnych dokonują ludzie, którzy chcą uwiarygodnić i uzasadnić zmianę swojej diety, najczęściej na zdrowszą, bardziej naturalną i ekologiczną. Ostatnio jednak obserwuje się to zjawisko nie tylko w odniesieniu stricte do diety. Podobno na tak zwanym Zachodzie modne staje się, nie tylko wśród celebrytek, ale i pozostałych świeżo upieczonych matek, zjadanie swojego łożyska niedługo po porodzie (specjalne firmy poddają łożysko procesowi sproszkowania i przekazują klientce w formie proszku w kapsułkach, do łykania po śniadaniu). Zwolenniczki argumentują to tym, że w naturze wiele gatunków zwierząt zjada swoje łożysko po porodzie i wychodzi im to na zdrowie, a człowiek to też właściwie zwierzę, więc będą z tego same korzyści. Miałem ochotę przypomnieć tym paniom, że w naturze wiele gatunków zwierząt zjada również inne rzeczy własnego pochodzenia, ale niedawno zrobiłem sobie kolację i mogłoby się to źle skończyć...
  • Muzeum Polskiej Piosenki w Opolu odnalazło w swoich przepastnych archiwach prawykonanie znanej onegdaj piosenki: "Pojedziemy na łów, na łów, towarzyszu mój!". Jakość nagrania jest kiepska, ale politycy z różnych opcji, posiłkując się warstwą tekstową, spierają się do dziś, czy jego autorem jest Bronisław Komorowski czy raczej Włodzimierz Lenin.
2. marca 2014, 22:51 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego 

poniedziałek, 3 lutego 2014

Citrus, altius, fortius

Przez najbliższe tygodnie duszą i piórem będę w Soczi, dlatego w tym miejscu nic nowego się nie pojawi.

Spragnionych lektury zapraszam natomiast do czytania moich korespondencji zaocznych z Soczi, ukazujących się na odrębnej stronie:
http://soczi2014.blogspot.com/

Aha, no tak, jeszcze wróżby. A zatem - w hokeju na lodzie, wśród facetów na podium staną reprezentacje Finlandii, Kanady i Rosji (kolejność do ustalenia), u kobiet - Finlandii, Kanady i USA (kolejność j.w.). W skokach narciarskich na średniej skoczni medale zdobędą Kamil Stoch i Severin Freund, ale wygra ktoś inny, zupełnie nieoczekiwany, spoza grona faworytów (jak Ammann w Salt Lake City). Na dużej skoczni medalami podzielą się: ten ktoś trzeci (wygra ponownie), Kamil Stoch i - niestety - Gregor Schlierenzauer. W rywalizacji drużynowej na podium będą: Słowenia, Niemcy i - niestety - Austria. Polacy zajmą czwarte miejsce. Justyna Kowalczyk przywiezie z Rosji jeden srebrny i jeden brązowy medal. Jej nemezis Marit Bjoergen królową igrzysk też nie zostanie, aczkolwiek jeden złoty medal wywalczy. Więcej krążków nasi w Soczi nie zdobędą. Po powrocie do kraju do dymisji poda się Apoloniusz Tajner (prezes PZN), trener Wierietielny odejdzie na emeryturę, a Włodzimierz Szaranowicz straci głos.

3. lutego 2014, 23:59 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego