Berlin, styczeń 2017 roku, apartament przy jednej z najdroższych berlińskich ulic.
Szpakowaty mężczyzna leży na sofie, co chwilę sięgając po butelkę z ciemnego szkła i pociągając z niej spory łyk. Nagle w dźwięki jakiegoś talk-show w telewizji RTL, którą mężczyzna śledzi nieobecnym wzrokiem, wdziera się ostry odgłos dzwonka. Niemiec machinalnie naciska przycisk panelu leżącego w zasięgu jego ręki. Sztuczny głos natychmiast recytuje: "Tu berlińska rezydencja Thomasa A. W tej chwili nie ma mnie w domu. Jeśli chcesz umówić się na spotkanie, skontaktuj się z moim impresario. Każde kolejne naciśnięcie dzwonka będzie traktowane jako natarczywość i automatycznie powiadomi najbliższą jednostkę policji".
Mimo takiego komunikatu, przybysz jednak nie rezygnuje:
- Thomas, to ja, braciszek Louie, wpuść mnie, wiem że tam jesteś!
Mężczyzna na sofie prostuje się nerwowo, po czym niechętnie naciska inny przycisk. Zgrzyt zamka i gdzieś w głębi korytarza drzwi stają otworem. Po chwili do salonu wpada ekstrawagancko ubrany blondyn, w kowbojkach, czerwonych spodniach-rurkach i z futrzanym lisem owiniętym wokół szyi, którą zdobią również dwa złote łańcuchy.
- Thomas, Thomas, co się z tobą dzieje?! - gość omiata wzrokiem pomieszczenie, na dłuższą chwilę zatrzymując spojrzenie na turlających się po podłodze butelkach, które gospodarz niechlujnym ruchem usiłował właśnie wkopnąć pod sofę - Jaegermeister? Thomas, co ty sobie wyobrażasz?
- Skąd wiedziałeś, że jestem w domu? - mruknął Thomas
- Wiem o tobie wszystko. Przecież to ja jestem twoim impresario! - krzyknął radośnie Louie
- Byłeś. Zwolniłem cię piętnaście lat temu. Więc skąd?
- No, no... dobrze... Powiedziała mi ta Chinka z restauracji na dole, gdzie zamawiasz sajgonki. Jak ona ma na imię?
- Gulgun Sertap. I to nie jest Chinka.
- Oj tam. She has China in her eyes, can't you see it? I robi najlepsze chińskie żarcie w Berlinie.
- A ty skąd ją niby tak dobrze znasz?
- Bo jadłem u niej wiele razy. I nie tylko. Sexy sexy lover, braciszku! Jeśli wiesz co mam na myśli...
- You're no good, can't you see, brother Louie Louie Louie?! - wyrzuca gościowi Thomas
- Proza życia agentów gwiazd, braciszku, światła wielkiego miasta - słyszy jednak filuterną odpowiedź
- Dobra, dobra - Thomas zrezygnowany macha ręką - Tylko na drugi raz się tak nie wydzieraj jak mówisz do domofonu. Ludzie pomyślą, że naprawdę jesteśmy braćmi...
- Thomas, don't take away my heart! Ranisz moje uczucia...
- To prawdziwy lis? - zmienia temat gospodarz, wskazując na szyję przybysza
- Najprawdziwszy! Jak włosy tego tam... no... Donalda Trumpa, braciszku. Ale dajmy spokój z lisem. Ready for victory?
- Której części o nie nazywaniu mnie bracisz...
- Słuchaj braciszku, przychodzę z propozycją - Louie nawet nie zwrócił uwagi na ostatnie zdanie rozmówcy - Z mega propozycją!
- Nie jestem zainteresowany - Thomas siada na sofie, pociąga kolejny łyk z butelki i pogłaśnia telewizor
- Thomas, ogarnij się! You're not alone. Jestem tu po to, aby ci pomóc - gość nadal żywo gestykuluje, siadając na sofie obok gospodarza.
- Nie potrzebuję pomocy.
- Tak? A to wszystko dookoła? Te butelki, bajzel w mieszkaniu, tłuste włosy, codziennie chińskie żarcie z dostawą do domu? - irytuje się Louie - A tam czeka wielki świat, scena, kariera, sukcesy, życie, człowieku! Kluby Moskwy, kasyna Las Vegas, walking in the rain of Paris...
- To już nie dla mnie.
- Braciszku, uwierz w siebie. Jesteś megagwiazdą, fly to the moon! Taki na przykład Dieter teraz jest...
- Nie wymawiaj przy mnie tego imienia! I właściwie dlaczego tak ci na tym zależy, co? - Thomas podejrzliwie patrzy w oczy rozmówcy
- Bo mi zależy na tobie, braciszku. You're my heart, you're my soul. A... a te marne 35% ze stu tysięcy to tylko skromna danina... a właściwie wręcz jałmużna... zwrot kosztów za moje starania... Czym to jest wobec szansy przywrócenia cię na najwyższy top, na miejsce które ci się należy!
- Stu tysięcy? Euro? - oczy Thomasa nagle rozbłyskują
- Eee, nie euro... Tego, no... zło... GOLD! Taka silna waluta, ze złotem w nazwie, wschodnio... eee... środkowoeuropejska. Kraju rosnącego w siłę, coraz lepszy kurs wymiany, gospodarka na plusie.
- Dobrze już, dobrze. Mów co mam zrobić, a potem pogadamy o pieniądzach.
- No więc, Thomas, słuchaj. Za dwa miesiące wchodzi do kin nowy film, megahollywoodzki superprzebój! "Ciemniejsza strona", sequel hitu z zeszłego roku, "50 twarzy", pewnie widziałeś?
- Nie. O czym to?
- Eee... mniejsza o to. I słuchaj, braciszku, trzeba nagrać do niego piosenkę. Właściwie do jego wersji językowej w pewnym kraju, wiesz, do promocji w mediach społecznościowych i w ogóle. Poprzednio jakaś piosenkarka się przy tym produkowała, low low low ju lajkaj du, smęty jakby czkawki dostała... Ludzie mieli tego dość, ludzie chcą hitu! I ty, braciszku, im go dostarczysz!
- Znaczy że mam zaśpiewać po jakiemu?
- Eee, to ma być piosenka do polskiej wersji tego filmu...
- Co?! Wykluczone! - oburza się Thomas - Nie będę śpiewać po polsku! Za trudny język... i w ogóle... nie i już!
- Thomas, you can win if you want! Język ogarniesz, tekst jest prosty. A poza tym lubisz Polskę. Przecież występowałeś tam parę dni temu, na imprezie Sylwestrowej w Kattowitz!
- I ukradli mi tam auto!
- Z tego co wiem, sam przekazałeś złodziejom kluczyki...
- Skąd mogłem wiedzieć, że ci panowie w błyszczących dresach to złodzieje?! Myślałem, że to pracownicy myjni samochodowej!
- No widzisz, a za honorarium za ten hit który razem zrobimy, kupisz sobie nowy samochód. Na przykład Geronimo's Cadillac!
- Okej, w porządku, zastanowię się. Jest już gotowy tekst?
- Tak, naturalnie, braciszku!
- Kto go napisał?
- Ja! - uśmiecha się szeroko Louie
- Cudownie... - wzdycha Thomas - Pokaż.
Wokalista dłuższą chwilę wodzi wzrokiem po kartce zapisanej rzędami słów.
- Co to znaczy "Szary"? - pyta w końcu
- To jest eee... nazwisko głównego bohatera przetłumaczone na polski - wyjaśnia Louie - Wytwórnia wymaga. Żeby dotarło nawet do tych, co nie znają angielskiego. No dalej, spróbuj. Włączę muzykę,
Thomas przepłukuje gardło resztką z butelki w kolorowym szkle, odchrząkuje dwa razy, a gdy z głośnika zaczynają lecieć pierwsze takty znanej mu dobrze melodii, nie odrywając wzroku od kartki, niepewnie zaczyna śpiewać:
Szary, Szary wlej mi
użyj swego pasa
masz tak silne ręce
zwiąż mnie wnet i zbij
Szary, Szary, wlej mi
przetrzep moją pupę
kochasz mnie nad życie?
więc to okaż mi
7. stycznia 2017, 00:34 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
PS. Wszystkie pogrubione frazy to oczywiście fragmenty z tekstów zespołu, do którego podobieństwo opisanej sceny jest rzecz jasna wyłącznie przypadkowe.
sobota, 7 stycznia 2017
sobota, 31 grudnia 2016
krowi ogon
Z nieintencjonalnej ekstrawagancji nie posiadam tak zwanego smartfona. Zatem gdy jestem poza dostępem do konwencjonalnego internetu, z mediów wizualnych pozostaje mi do dyspozycji jedynie telewizja. Tym zatem sposobem obejrzałem wreszcie w całości odcinek programu "W tyle wizji", emitowanego od pewnego czasu (tj. od momentu nastania tej zmiany, która ponoć jest dobra) na kanale TVP INFO.
Jeśli ktoś zupełnie nie wie o czym mowa, to spieszę wyjaśnić, że "W tyle wizji" to mniej więcej takie coś jak "Szkło Kontaktowe" znane z TVN24, tyle że bardziej. I na odwrót. Poza tym jednak wszystko jest tak samo jak w tefałenowskim pierwowzorze - dwóch dżentelmenów siedzi i komentuje bieżące wydarzenia polityczne. Odcinek, który mi się trafił, prowadzili: red. Stanisław Janecki (jeśli nie wiecie który to, wówczas podpowiem, że to ten pan, który wygląda jak przedwojenny belfer), oraz świetny onegdaj autor tekstów o kulturze w "Rzepie" Krzysztof Feusette (on z kolei przypomina fana Metalliki na emeryturze). A dzięki temu, że media pisane zamienił częściowo na wizualne, dowiedziałem się wreszcie jak prawidłowo wymawiać jego nazwisko (wiecie jak? ha, nie powiem Wam, sami się pomęczcie i obejrzyjcie "W tyle...").
Są w programie również telefony od widzów i wrzucane na ekran SMS-y od tychże. Przy czym, jak zdążyłem się zorientować, te drugie zazwyczaj komentują treść i jakość tych pierwszych. Gdy bowiem starsza pani z Kościana w swojej emocjonalnej wypowiedzi nazwała Mateusza Kijowskiego "łajzą", autorzy kolejnych SMS-ów gratulowali jej odwagi i szczerości, obwoływali zwyciężczynią dnia, gwiazdą programu i jedyną sprawiedliwą, a niektórzy wręcz zapraszali na kawę i ciacho. Grad tych pochwalnych wiadomości musiał być zresztą spory, bo po niedługim czasie realizatorzy programu zaczęli ponownie pokazywać te wiadomości, które już były na ekranie parę minut wcześniej. Kto by jednak zwracał na to uwagę, zwłaszcza że zadzwonił do studia pewien jegomość z Mazur i swoje zdanie o sytuacji politycznej w kraju wyraził w języku nie znanym lingwistyce. Po tym wydarzeniu autorzy SMS-ów zastanawiali się, ile "radośników" na odwagę wchłonął przed wykręceniem numeru do studia ów delikwent. Telefonowała również pewna pani, która dowodziła, że wszystko to, co robi aktualnie opozycja, jest "proste jak krowi ogon". Zaraz potem w SMS-ie ktoś stwierdził, że to bzdura, gdyż wrócił on właśnie z szopki bożonarodzeniowej, gdzie naocznie (a może i organoleptycznie) stwierdził, że krowie ogony wcale proste nie są. Albo zatem ów ktoś również łyknął coś rozszerzającego wyobraźnię (choć nie w takiej ilości jak chłop z Mazur), albo oglądał w szopce nie krowę, ale na przykład trzodę chlewną. Nie brak współcześnie ludzi, którzy zwierzęta gospodarskie widzieli tylko w telewizji lub na książkowych ilustracjach, zatem o pomyłki nietrudno.
Wreszcie, są w programie i przerwy reklamowe. I wtedy dopiero się dzieje! W czasie jednej, pięciominutowej przerwy, poszły cztery (!) reklamy środków farmaceutycznych, które mają na celu... hmm... jakby to powiedzieć przed dwudziestą trzecią...?, które mają na celu to, żeby coś co jest bardzo ważne dla mężczyzn było również proste jak krowi ogon. Chociaż niekoniecznie tak wiotkie. Jeden z producentów takiego specyfiku musi być wręcz sponsorem całego "W tyle wizji" (chociaż jeszcze nie tytularnym, bo wówczas nie byłoby to "w tyle"), gdyż ledwie zdążą zniknąć z ekranu twarze redaktorów Janeckiego i Feusette, a już pojawia się mężczyzna o fizjonomii Artura Gadowskiego po face-liftingu, obejmujący na tapczanie seksowną blondynę. W następnej scenie oboje leżą pod kocem, zasłaniając co trzeba, blondyna mruczy z podziwem: "byłeś wspaniały", a facet ma taki wyraz twarzy jakby mu powiedziano, że ciasto jego własnego wypieku zdobyło główną nagrodę w lokalnym konkursie cukierników-amatorów o puchar naczelnika gminy. I tak było w każdej przerwie reklamowej i po programie też! Być może to taki podprogowy przekaz do telewidzów, mający w długofalowej perspektywie (około dziewięciu miesięcy) zwiększenie liczby beneficjentów programu 500+, ale kwestia wymagałaby dalszych i bardziej dogłębnych badań. Na przykład w formie obserwacji uczestniczącej, ale to już socjologowie wiedzą najlepiej, jak się takie badania prowadzi.
A może zauważyliście też, że wszystkie reklamy tego typu specyfików wyglądają tak bliźniaczo, jak gdyby tworzył je ten sam, kiepski zresztą, reżyser. Jest blondwłosa "piękność", jest facet nie pierwszej młodości (bywa, że i szpakowaty, ale też do emerytury, nawet tej ostatnio skróconej, również sporo mu jeszcze brakuje), który kupuje kwiaty, potem jest kolacja przy świecach w domu tudzież w restauracji, cięcie, on zażywa pastylkę, cięcie, ona jest wniebowzięta, on urzeczony, uśmiech do kamery, a potem już obraz się rozmywa, jako że piguła pozwala pokazać na co cię stać, ale nie jeden raz, ale - jak w innej przyśpiewce - co najmniej cztery razy po dwa razy.
Generalnie, w przeciwieństwie do tytułu omawianego programu z TVP INFO, zabawa jest przednia jak europejski orzeł. Za to zadanie proste już nie jak krowi ogon, ale wręcz jak sznurek w kieszeni, mają twórcy tych reklamówek, jako że program "idzie" przed dwudziestą trzecią i w związku z tym mogą go oglądać nieletni. Przekaz zatem, chociaż musi być trochę wprost, to jednocześnie tak, żeby wszystko nie było za bardzo oczywiste. Szkoła ostatnimi czasy, niezależnie od tego kto w niej robi reformę, myślenia abstrakcyjnego uczyć bowiem nie potrafi. Dzieci zatem widzą świat czarno-biało (znowu ta krowa!) i dosłownie. Skąd potem biorą się takie rzeczy jak na owym słynnym rysunku opublikowanym w "Angorze" jakiś rok czy dwa lata temu (wklejam poniżej). Kiedyś mawiało się, że dzieci plus zapałki równa się pożar. A dzieci plus braveran?
30. grudnia 2016, 23:58 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Jeśli ktoś zupełnie nie wie o czym mowa, to spieszę wyjaśnić, że "W tyle wizji" to mniej więcej takie coś jak "Szkło Kontaktowe" znane z TVN24, tyle że bardziej. I na odwrót. Poza tym jednak wszystko jest tak samo jak w tefałenowskim pierwowzorze - dwóch dżentelmenów siedzi i komentuje bieżące wydarzenia polityczne. Odcinek, który mi się trafił, prowadzili: red. Stanisław Janecki (jeśli nie wiecie który to, wówczas podpowiem, że to ten pan, który wygląda jak przedwojenny belfer), oraz świetny onegdaj autor tekstów o kulturze w "Rzepie" Krzysztof Feusette (on z kolei przypomina fana Metalliki na emeryturze). A dzięki temu, że media pisane zamienił częściowo na wizualne, dowiedziałem się wreszcie jak prawidłowo wymawiać jego nazwisko (wiecie jak? ha, nie powiem Wam, sami się pomęczcie i obejrzyjcie "W tyle...").
Są w programie również telefony od widzów i wrzucane na ekran SMS-y od tychże. Przy czym, jak zdążyłem się zorientować, te drugie zazwyczaj komentują treść i jakość tych pierwszych. Gdy bowiem starsza pani z Kościana w swojej emocjonalnej wypowiedzi nazwała Mateusza Kijowskiego "łajzą", autorzy kolejnych SMS-ów gratulowali jej odwagi i szczerości, obwoływali zwyciężczynią dnia, gwiazdą programu i jedyną sprawiedliwą, a niektórzy wręcz zapraszali na kawę i ciacho. Grad tych pochwalnych wiadomości musiał być zresztą spory, bo po niedługim czasie realizatorzy programu zaczęli ponownie pokazywać te wiadomości, które już były na ekranie parę minut wcześniej. Kto by jednak zwracał na to uwagę, zwłaszcza że zadzwonił do studia pewien jegomość z Mazur i swoje zdanie o sytuacji politycznej w kraju wyraził w języku nie znanym lingwistyce. Po tym wydarzeniu autorzy SMS-ów zastanawiali się, ile "radośników" na odwagę wchłonął przed wykręceniem numeru do studia ów delikwent. Telefonowała również pewna pani, która dowodziła, że wszystko to, co robi aktualnie opozycja, jest "proste jak krowi ogon". Zaraz potem w SMS-ie ktoś stwierdził, że to bzdura, gdyż wrócił on właśnie z szopki bożonarodzeniowej, gdzie naocznie (a może i organoleptycznie) stwierdził, że krowie ogony wcale proste nie są. Albo zatem ów ktoś również łyknął coś rozszerzającego wyobraźnię (choć nie w takiej ilości jak chłop z Mazur), albo oglądał w szopce nie krowę, ale na przykład trzodę chlewną. Nie brak współcześnie ludzi, którzy zwierzęta gospodarskie widzieli tylko w telewizji lub na książkowych ilustracjach, zatem o pomyłki nietrudno.
Wreszcie, są w programie i przerwy reklamowe. I wtedy dopiero się dzieje! W czasie jednej, pięciominutowej przerwy, poszły cztery (!) reklamy środków farmaceutycznych, które mają na celu... hmm... jakby to powiedzieć przed dwudziestą trzecią...?, które mają na celu to, żeby coś co jest bardzo ważne dla mężczyzn było również proste jak krowi ogon. Chociaż niekoniecznie tak wiotkie. Jeden z producentów takiego specyfiku musi być wręcz sponsorem całego "W tyle wizji" (chociaż jeszcze nie tytularnym, bo wówczas nie byłoby to "w tyle"), gdyż ledwie zdążą zniknąć z ekranu twarze redaktorów Janeckiego i Feusette, a już pojawia się mężczyzna o fizjonomii Artura Gadowskiego po face-liftingu, obejmujący na tapczanie seksowną blondynę. W następnej scenie oboje leżą pod kocem, zasłaniając co trzeba, blondyna mruczy z podziwem: "byłeś wspaniały", a facet ma taki wyraz twarzy jakby mu powiedziano, że ciasto jego własnego wypieku zdobyło główną nagrodę w lokalnym konkursie cukierników-amatorów o puchar naczelnika gminy. I tak było w każdej przerwie reklamowej i po programie też! Być może to taki podprogowy przekaz do telewidzów, mający w długofalowej perspektywie (około dziewięciu miesięcy) zwiększenie liczby beneficjentów programu 500+, ale kwestia wymagałaby dalszych i bardziej dogłębnych badań. Na przykład w formie obserwacji uczestniczącej, ale to już socjologowie wiedzą najlepiej, jak się takie badania prowadzi.
A może zauważyliście też, że wszystkie reklamy tego typu specyfików wyglądają tak bliźniaczo, jak gdyby tworzył je ten sam, kiepski zresztą, reżyser. Jest blondwłosa "piękność", jest facet nie pierwszej młodości (bywa, że i szpakowaty, ale też do emerytury, nawet tej ostatnio skróconej, również sporo mu jeszcze brakuje), który kupuje kwiaty, potem jest kolacja przy świecach w domu tudzież w restauracji, cięcie, on zażywa pastylkę, cięcie, ona jest wniebowzięta, on urzeczony, uśmiech do kamery, a potem już obraz się rozmywa, jako że piguła pozwala pokazać na co cię stać, ale nie jeden raz, ale - jak w innej przyśpiewce - co najmniej cztery razy po dwa razy.
Generalnie, w przeciwieństwie do tytułu omawianego programu z TVP INFO, zabawa jest przednia jak europejski orzeł. Za to zadanie proste już nie jak krowi ogon, ale wręcz jak sznurek w kieszeni, mają twórcy tych reklamówek, jako że program "idzie" przed dwudziestą trzecią i w związku z tym mogą go oglądać nieletni. Przekaz zatem, chociaż musi być trochę wprost, to jednocześnie tak, żeby wszystko nie było za bardzo oczywiste. Szkoła ostatnimi czasy, niezależnie od tego kto w niej robi reformę, myślenia abstrakcyjnego uczyć bowiem nie potrafi. Dzieci zatem widzą świat czarno-biało (znowu ta krowa!) i dosłownie. Skąd potem biorą się takie rzeczy jak na owym słynnym rysunku opublikowanym w "Angorze" jakiś rok czy dwa lata temu (wklejam poniżej). Kiedyś mawiało się, że dzieci plus zapałki równa się pożar. A dzieci plus braveran?
30. grudnia 2016, 23:58 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
sobota, 17 grudnia 2016
sekretne życie gwiazd i kwazarów (1)
Grudniowy wieczór, Monachium, willa na przedmieściach.
Anna nerwowo gniecie w dłoniach pół kilograma tofu, stojąc przy kuchennym oknie i wyglądając przez nie na zewnątrz. Po chwili odchodzi od okna, bez celu przechadza się po kuchni i zaraz wraca do przerwanej czynności, wciąż jakby wypatrując czegoś przez szybę.
Mija kolejna dłuższa chwila, Anna kieruje się do salonu, siada przy niskim stoliku i z nieobecnym wzrokiem przerzuca szybko kilka kartek kolorowej broszury pt. "Rozwód z glutenem - jak po nim żyć, pozostać sobą, nie stracić przyjaciół i nie zwariować. 166 pytań i odpowiedzi". Ale po paru minutach ponownie podrywa się, podchodzi do okna i wpatruje się w przestrzeń za szybą.
W tym momencie Robert nie wytrzymuje i odrywa wzrok od ekranu wklęsłego telewizora HajDefiniszyn HiperUltraHD 4K 10G H5N1 o przekątnej ekranu 9 metrów, do którego podłączona jest najnowsza konsola XXX BOX MegaBoombastic StationPlay 3000, z grą FIFA 2246. Chwilę śledzi poczynania żony, po czym odzywa się niecierpliwym tonem:
- No usiądźże wreszcie na dłużej! W ogóle czemu ty tak ciągle wyglądasz przez to okno?
- Spodziewam się dziecka.
17. grudnia 2016, 20:14 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Anna nerwowo gniecie w dłoniach pół kilograma tofu, stojąc przy kuchennym oknie i wyglądając przez nie na zewnątrz. Po chwili odchodzi od okna, bez celu przechadza się po kuchni i zaraz wraca do przerwanej czynności, wciąż jakby wypatrując czegoś przez szybę.
Mija kolejna dłuższa chwila, Anna kieruje się do salonu, siada przy niskim stoliku i z nieobecnym wzrokiem przerzuca szybko kilka kartek kolorowej broszury pt. "Rozwód z glutenem - jak po nim żyć, pozostać sobą, nie stracić przyjaciół i nie zwariować. 166 pytań i odpowiedzi". Ale po paru minutach ponownie podrywa się, podchodzi do okna i wpatruje się w przestrzeń za szybą.
W tym momencie Robert nie wytrzymuje i odrywa wzrok od ekranu wklęsłego telewizora HajDefiniszyn HiperUltraHD 4K 10G H5N1 o przekątnej ekranu 9 metrów, do którego podłączona jest najnowsza konsola XXX BOX MegaBoombastic StationPlay 3000, z grą FIFA 2246. Chwilę śledzi poczynania żony, po czym odzywa się niecierpliwym tonem:
- No usiądźże wreszcie na dłużej! W ogóle czemu ty tak ciągle wyglądasz przez to okno?
- Spodziewam się dziecka.
17. grudnia 2016, 20:14 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
sobota, 30 lipca 2016
The Speech
Pokemony wszystkich krajów, łączcie się!... Synowie lodu i ognia,
synowie Krainy Kwitnącej Wiśni, synowie ziemi, tej ziemi, bracia moi...
Widzę w waszych oczach ten sam strach, który pożera mi serce! Być może przyjdzie dzień, gdy odwaga Pokemonów zginie, gdy porzucimy druhów, rwąc więzy przyjaźni! Ale to nie jest ten dzień! Godzina ludzi i strzaskanych szkiełek smartfonów, gdy Era Mangi chyli się ku upadkowi. Ale to nie jest ten dzień! Dziś stajemy do walki! Na wszystko, co wam na tej dobrej ziemi drogie, wzywam was do walki, Pokemony!...
"Pokemony". To słowo dzisiaj dla nas wszystkich nabiera nowego znaczenia. Nie możemy być dłużej zżerani przez nasze błahe różnice... Pikachu, Ditto, Pidgey, wszyscy znani z imienia i bezimienni bohaterowie... Zjednoczymy się we wspólnym interesie. Może to przeznaczenie, że dziś mamy Święto Narodowe. I po raz kolejny będziecie walczyli o naszą wolność. Nie od tyranii, opresji czy prześladowania. Ale od unicestwienia. Walczymy o nasze prawo do bytu. Do istnienia. I jeśli zwyciężymy, ten dzień, już dłużej nie będzie znany jako tylko nasze święto, ale jako dzień, w którym cały świat Mangi jednym głosem zadeklarował:
"Nie odejdziemy cichutko w nicość!"
"Nie znikniemy bez walki!"
"Będziemy żyli nadal!"
"Przetrwamy!"
"Dziś świętujemy nasz Dzień Niepodległości!"
I jeszcze w GO gramy, chęć życia nam nie zbrzydła,
Jeszcze na strychu każdy klei połamane skrzydła,
I myśli sobie Wingull, co nieraz już w dół runął,
Jakby powiało zdrowo, to bym jeszcze raz pofrunął,
W najróżniejszych anime gramy, lecz w tej, co się skończy źle,
Jeszcze nie, długo nie!
Wzywam także was, Pokemony, które nie możecie być tu z nami... Wszystkie Pokemony dopadnięte i pochwycone. Wyłapane sitkami, czerpakami, durszlakami, siatkami na motyle, chochlami, nabierakami i warząchwiami. Złapane w sieci rybackie, w niewody, w płaszcze nieprzemakalne i w peleryny, w sidła, wnyki i wędzidła. Czy nie słyszycie?! Larum grają! Nieprzyjaciel człowieczy na was się zasadza. A wy nic nie czynicie?! Mocy swej nie używacie?! Od ścian się nie odbijacie?! Wzywam was wszystkie! Stańcie do apelu!
Zrzućcie jarzmo waszych ciemiężycieli!
Bo nie skończyła się obława, i nie śpią smartfony... I znikają ciągle Pokemony na całym świecie... Nie dajcie ludziom pojmać się! Brońcie się nim wyginiecie. I wznieście w górę swoją pieśń: "Wszystkich nas nie wyłapiecie!"
30. lipca 2016, 23:48 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
(grafika: "Angora" nr 31/2016, tekst: własny, przy wydatnej pomocy słynnych fraz (pop)kultury)
Widzę w waszych oczach ten sam strach, który pożera mi serce! Być może przyjdzie dzień, gdy odwaga Pokemonów zginie, gdy porzucimy druhów, rwąc więzy przyjaźni! Ale to nie jest ten dzień! Godzina ludzi i strzaskanych szkiełek smartfonów, gdy Era Mangi chyli się ku upadkowi. Ale to nie jest ten dzień! Dziś stajemy do walki! Na wszystko, co wam na tej dobrej ziemi drogie, wzywam was do walki, Pokemony!...
"Pokemony". To słowo dzisiaj dla nas wszystkich nabiera nowego znaczenia. Nie możemy być dłużej zżerani przez nasze błahe różnice... Pikachu, Ditto, Pidgey, wszyscy znani z imienia i bezimienni bohaterowie... Zjednoczymy się we wspólnym interesie. Może to przeznaczenie, że dziś mamy Święto Narodowe. I po raz kolejny będziecie walczyli o naszą wolność. Nie od tyranii, opresji czy prześladowania. Ale od unicestwienia. Walczymy o nasze prawo do bytu. Do istnienia. I jeśli zwyciężymy, ten dzień, już dłużej nie będzie znany jako tylko nasze święto, ale jako dzień, w którym cały świat Mangi jednym głosem zadeklarował:
"Nie odejdziemy cichutko w nicość!"
"Nie znikniemy bez walki!"
"Będziemy żyli nadal!"
"Przetrwamy!"
"Dziś świętujemy nasz Dzień Niepodległości!"
I jeszcze w GO gramy, chęć życia nam nie zbrzydła,
Jeszcze na strychu każdy klei połamane skrzydła,
I myśli sobie Wingull, co nieraz już w dół runął,
Jakby powiało zdrowo, to bym jeszcze raz pofrunął,
W najróżniejszych anime gramy, lecz w tej, co się skończy źle,
Jeszcze nie, długo nie!
Wzywam także was, Pokemony, które nie możecie być tu z nami... Wszystkie Pokemony dopadnięte i pochwycone. Wyłapane sitkami, czerpakami, durszlakami, siatkami na motyle, chochlami, nabierakami i warząchwiami. Złapane w sieci rybackie, w niewody, w płaszcze nieprzemakalne i w peleryny, w sidła, wnyki i wędzidła. Czy nie słyszycie?! Larum grają! Nieprzyjaciel człowieczy na was się zasadza. A wy nic nie czynicie?! Mocy swej nie używacie?! Od ścian się nie odbijacie?! Wzywam was wszystkie! Stańcie do apelu!
Zrzućcie jarzmo waszych ciemiężycieli!
Bo nie skończyła się obława, i nie śpią smartfony... I znikają ciągle Pokemony na całym świecie... Nie dajcie ludziom pojmać się! Brońcie się nim wyginiecie. I wznieście w górę swoją pieśń: "Wszystkich nas nie wyłapiecie!"
30. lipca 2016, 23:48 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
(grafika: "Angora" nr 31/2016, tekst: własny, przy wydatnej pomocy słynnych fraz (pop)kultury)
wtorek, 5 lipca 2016
horror na sezon ogórkowy
Reprezentacja Walii jest rewelacją piłkarskich Mistrzostw Europy. W
jej składzie znajduje się piłkarz, którego przypadek jest czymś z
pogranicza historii spod pióra Stephena Kinga i spiskowej teorii
ocierającej się o ciężką groteskę. Zawodnik nazywa się Aaron Ramsey,
jest pomocnikiem, gra w londyńskim Arsenalu i rzadko zdobywa bramki. Ale
gdy już strzeli, to w ciągu 24 godzin od tego faktu... umiera ktoś
znany.
Reguła sprawdziła się w przypadku m.in. Osamy bin Ladena, Muammara Kadafiego, Richarda Attenborough, Alana Rickmana, Robina Williamsa, Davida Bowie, Paula Walkera, Whitney Houston, Steve'a Jobsa i jeszcze kilku pomniejszych celebrytów. A gdy Ramsey trafił dla reprezentacji, podczas "Euro 2016", to wprawdzie nikt nie opuścił tego łez padołu, ale niedługo potem cała Wielka Brytania wyszła z Unii.
Pamiętajcie o tym, podejmując decyzję komu kibicować jutro w półfinale. Jeśli facet ustrzeli hat-tricka w finale Mistrzostw Europy, to cała planeta może tego nie przetrwać.
5. lipca 2016, 21:02 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Reguła sprawdziła się w przypadku m.in. Osamy bin Ladena, Muammara Kadafiego, Richarda Attenborough, Alana Rickmana, Robina Williamsa, Davida Bowie, Paula Walkera, Whitney Houston, Steve'a Jobsa i jeszcze kilku pomniejszych celebrytów. A gdy Ramsey trafił dla reprezentacji, podczas "Euro 2016", to wprawdzie nikt nie opuścił tego łez padołu, ale niedługo potem cała Wielka Brytania wyszła z Unii.
Pamiętajcie o tym, podejmując decyzję komu kibicować jutro w półfinale. Jeśli facet ustrzeli hat-tricka w finale Mistrzostw Europy, to cała planeta może tego nie przetrwać.
5. lipca 2016, 21:02 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
środa, 15 czerwca 2016
a co na to szczyt NATO ?
Tak zgrabnie mi to wyszło (pomysł, nie wykonanie), że aż tutaj też wkleję.
(Jednocześnie uspokajam, że Franciszek Poddrzewny jeszcze wróci, tak jak zostało zapowiedziane. Chyba, że nie ciekawi Was kto siedział w fotelu, w willi Prezesa)
15. czerwca 2016, 22:22 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
(Jednocześnie uspokajam, że Franciszek Poddrzewny jeszcze wróci, tak jak zostało zapowiedziane. Chyba, że nie ciekawi Was kto siedział w fotelu, w willi Prezesa)
15. czerwca 2016, 22:22 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
sobota, 21 maja 2016
house of cats (część 1.)
Akt 1.
Wewnętrzny telefon zadzwonił krótko po tym, jak Franciszek Poddrzewny po raz pierwszy wszedł do swojego nowego gabinetu w siedzibie partii Plandeka Obywatelska.
- Szefie, przyszedł pan Piotr Rusek - w słuchawce rozbrzmiał głos asystentki - Mówi, że pan go wzywał.
- Tak, niech wejdzie - rzucił Poddrzewny
Zanim rozległo się pukanie do drzwi, zdążył jeszcze tylko krótko omieść wzrokiem pokój, szczególnie pogardliwym spojrzeniem obdarzając wiszący na ścianie landszaft oraz stojące na biurku zdjęcie rodzinne, którego najwyraźniej nie zdążył zabrać odchodzący w pośpiechu poprzednik. Gdy jednak drzwi otworzyły się, Franciszek natychmiast przywołał na twarz sztuczny uśmiech i szerokim gestem zaprosił gościa do środka.
- Witaj i rozgość się - wskazał przybyłemu wygodne fotele a'la Król Słońce, stojące przy ścianie z nieszczęsnym landszaftem
- Dziękuję - trochę niepewnym głosem powiedział Piotr Rusek, a zauważając dzieło na ścianie dodał - Piękny obraz!
- W rzeczy samej, w rzeczy samej - Franciszek Poddrzewny był mistrzem kłamstwa - Siadaj, siadaj, przyjacielu. I pozwól, że się oficjalnie przedstawię. Nie wiem czy wiesz, ale zostałem właśnie mianowany...
- ... nowym szefem dyscypliny partyjnej w naszej partii - dokończył Piotr Rusek korzystając z tego, że Poddrzewny zawiesił na moment głos (celowo rzecz jasna, ale skąd biedny Rusek mógł to wiedzieć)
- Ha, młodość! W lot chwyta wszystkie nowości. Uwielbiam takich ludzi! - zakrzyknął Poddrzewny - Tak, to prawda. Przedwczoraj wróciłem ze Stanów i istotnie, zgodziłem się przyjąć tę funkcję. Greg Scheda i Ewa Piłkarz prosili mnie o to osobiście. Ale powiem ci, przyjacielu, w zaufaniu, że to jest tylko wersja oficjalna, ściema - jak to mówią młodzi. Przykrywka dla mediów. W największym sekrecie zdradzę ci, że tak naprawdę moja najważniejsza funkcja to szef kampanii wyborczej naszej partii. Oczywiście dopóki nie ma kampanii wyborczej, trudno by było oficjalnie ogłaszać jej szefa. Dlatego na razie ta zmyłka z dyscypliną partyjną. Ale ja już teraz, mimo że wybory dopiero za trzy lata, zaczynam w tajemnicy opracowywać strategię. Musimy wygrać te wybory. I wygramy! Prawda?
- Tak... wygramy! - potaknął zaskoczony Rusek, ale w jego głosie pewność siebie istniała jedynie w ilościach homeopatycznych
- Tak jest! To mi się podoba! - nie przestawał "urabiać" gościa Poddrzewny, udając akceptację dla jego nikłego entuzjazmu - I właśnie dlatego zaprosiłem dziś ciebie. Wczoraj przeglądałem biogramy wszystkich członków naszej partii i od razu zwróciłem uwagę na ciebie. Spodobało mi się twoje zaangażowanie w młodzieżówce i postanowiłem, że zostaniesz kluczowym elementem mojej strategii, jej kamieniem węgielnym można by rzec. Musimy bowiem już dziś zacząć niwelować społeczne poparcie dla obecnego rządu. Musimy już dziś nastawić społeczeństwo przeciw partii Brawo Niesprawiedliwość!
- Tak, i ja właśnie mam kilka pomysłów jak to zro... - zaczął niepewnie Piotr Rusek, aczkolwiek ośmielony trochę komplementami szefa
- Musimy to zrobić, bo do tej pory każde ich działanie, nawet ewidentne błędy i wpadki, nie powodują tego, na czym nam zależy, czyli spadku ich społecznego poparcia - Franciszek Poddrzewny "nie usłyszał" tego, co mówi Rusek, gdyż w tym samym momencie zerwał się gwałtownie z fotela i zaczął chodzić po całym gabinecie, wymachując zamaszyście rękoma - Na pewno to dostrzegasz, prawda?
- Eee... tak, faktycznie - Rusek był kompletnie zbity z tropu - Na przykład sprawa Trybunału...
- Właśnie! - klasnął dłońmi Poddrzewny - Wydawało by się, że ludzie powinni zaprotestować, wyjść setkami tysięcy. A tu nie, protestuje jakaś garstka prowadzonych przez tego hippisa Mateusza Ukraińskiego i naszego kumpla Ryśka. Ale my sami wiemy, że jest ich nawet mniej niż twierdzą "Wiadromości". Dlaczego tak jest...?
- Bo...
- Bo ludzi nie obchodzą żadne Trybunały - sam sobie odpowiedział Poddrzewny - Bo uważają sędziów i te trybunały za oderwaną od społeczeństwa władzę, za panów magnatów co to mają gdzieś społeczeństwo i nie mają pojęcia o problemach zwykłych ludzi. I tak samo jest ze wszystkim. Brawo Niesprawiedliwość gra tą kartą - problemami zwykłych ludzi. Dlatego nawet ta opłata audiowizualna nie zniweluje poparcia dla nich. Bo owszem, doliczy ludziom do rachunku za prąd kilkanaście złotych, ale znacznie więcej, dziesięciokrotnie więcej, zapłacą właściciele firm, przedsiębiorcy, którzy mają wiele liczników elektrycznych. A szarym ludziom się to podoba - że ktoś się wreszcie bogaczom, wyzyskiwaczom do dupy dobierze! Tu jest pies pogrzebany! A jak z początkiem kwietnia wejdzie ten ich sztandarowy program, 500 wiadomo czego, to już nigdy ich nie dogonimy, tak im poparcie wystrzeli. Dlatego musimy zrobić coś, co ludzi otrzeźwi, co zwróci większość społeczeństwa przeciw Rządowi!
- No więc ja mam właśnie kilka...
- I ja coś takiego wymyśliłem! Uderzymy w nich całkowitym zakazem aborcji! - Franciszek Poddrzewny powiedział to takim tonem, jakby zdradzał właśnie komuś lokalizację Bursztynowej Komnaty.
- Ale oni wcale nie mają zamiaru wprowadzać całkowitego zakazu aborcji... - zdziwił się Rusek - Mój kumpel z liceum jest u nich w strukturach lokalnych i podobno od samego Prezesa ma takie informacje, że w pierwszym roku rządów w ogóle nie będą ruszać kontrowersyjnych tematów. A aborcją jeśli w ogóle się zajmą, to ewentualnie dopiero jak wygrają kolejne wybory, ale na pewno nie przed końcem tej kadencji...
- Oczywiście że nie mają zamiaru, myślisz że tego nie wiem? - Poddrzewny spojrzał mu prosto w oczy - Ale my musimy zrobić tak, żeby LUDZIE MYŚLELI, że oni chcą już teraz ten zakaz wprowadzić. Rozumiesz? To jest polityka, tu fakty nie mają żadnego znaczenia.
- Aha... no tak... rozumiem - wydukał Rusek - Ale jak...?
- Już wszystko obmyśliłem. Posłuchaj, trzeba uruchomić grupy nacisku, które zrobią wokół tej sprawy szum. Są dwie takie grupy: biskupi oraz te jakieś ruchy pro-life. Do biskupów nie mamy dojścia, przynajmniej do tych co trzeba, dlatego zostają te ruchy. I tu się pojawia twoja rola. Ty masz kilku znajomych ze szkolnych czasów, którzy działają w tych grupach - w tym momencie Poddrzewny wyjął z teczki kilka fotografii i położył je przed Ruskiem
- Ale skąd wy...?! Poza tym ja te znajomości już dawno zerwałem.
- To je odnowisz. A skąd wiemy? Proszę cię... Mówiłem, że sprawdzałem wczoraj każdego członka partii? Mówiłem. Myślisz, że sprawdzałem to jaką kto kuchnię lubi, jakiej drużynie kibicuje, albo jakie miał oceny na studiach? Przecież takie informacje nie mają w polityce żadnej przydatności. Zatem słuchaj. Pójdziesz do tych ludzi i powiesz im dokładne przeciwieństwo tego, co tu przed chwilą mówiliśmy. Powiesz im, że właśnie TERAZ jest dobry moment, ostatni moment, żeby naciskać na rząd w sprawie zakazu aborcji, bo im bliżej wyborów tym mniejsza szansa, że będzie się chciał zająć trudnymi tematami. To są łatwowierni ludzie, powinni od razu złapać haczyk. A jak oni to ruszą, to jeszcze uruchomimy media, zadzwonimy do kogo trzeba, i zrobi się taki kocioł, że Brawu Niesprawiedliwości od razu zacznie spadać w sondażach.
- Ale przecież ci moi znajomi na pewno wiedzą, że ja jestem w Plandece Obywatelskiej!
- To im powiesz, że po klęsce w wyborach atmosfera w partii jest fatalna, że zaczyna się szukanie winnych, polowanie na czarownice i takie tam... I że po cichu szukasz sobie miejsca wśród zwycięzców, a żeby się wkupić w łaski partii rządzącej, potrzebujesz jakiejś głośnej inicjatywy. I prosisz ich żeby ci pomogli, żeby cię pociągnęli. Jak mówiłem, to są naiwniacy, oni są święcie przekonani, że Brawo Niesprawiedliwość ma podobne poglądy, że tylko czeka na ich oddolny sygnał i natychmiast poprze ich głos. Nie mają pojęcia, że Prezes jest sprytnym politykiem i nie będzie się bawił w takie kontrowersyjne rzeczy.
- Może to i prawda, ale...
- Przyjacielu, nie ma żadnego "ale". Musimy teraz zwrócić społeczeństwo przeciw Rządowi, bo za chwilę już będzie za późno. To jest ostatnia szansa! - perorował Poddrzewny - Poza tym, opłaci ci się to.
- A jak?
- Miejsce biorące na listach w stolicy w następnych wyborach. Stuprocentowo biorące. U nas, albo u Ryśka, zależy która partia będzie przed wyborami wyżej w sondażach.
- I on się zgodzi?
- Mi nie odmówi - powiedział stanowczo Poddrzewny - A do tego może nawet teka wiceministra, jak będzie fajny wynik w wyborach.
- To wszystko jest bardzo kuszące, ale... - wzbraniał się Rusek - Nie wiem czy jestem na to gotowy. Może jednak zastanowić się nad którymś z moich pomysłów...?
- KAŻDY z twoich pomysłów mi najniżej zwisa! - Poddrzewny dopiero teraz zaczynał pokazywać swoją prawdziwą, bezwzględną twarz - Zrealizujesz mój plan, czy ci się to podoba czy nie.
- Przecież mogę odmówić. Nawet... nawet gdyby ceną była utrata członkostwa w partii.
- Oczywiście, że możesz. Ale wtedy... Cóż, sądziłem, że jednak do tego nie dojdzie, ale skoro nalegasz... - rzekł jadowicie Poddrzewny, po czym wyciągnął z torby laptop, kilka razy przejechał palcami po touchpadzie i odwrócił ekran w kierunku Ruska - Wtedy do mediów, do wielu mediów, "przypadkiem" wycieknie nagranie tego, co robiłeś z córką prezydenta Kobzy w motelu "Jaśminowy Sen", dnia 11.listopada 2015 roku.
Twarz Piotra Ruska w okamgnieniu stała się bielsza niż ściana na której wisiał niesławny landszaft.
- Ale... ale... skąd...? Jak to...? - dukał tylko
- Cóż, żyjemy w czasach powszechnej inwigilacji, kamery są wszędzie, te ukryte również... - rozbawiony Poddrzewny zaplótł dłonie i położył je na brzuchu, rozsiadając się wygodnie - Szef recepcji tego motelu, niejaki pan Puchacz, oraz jego przyjaciele na takich nagraniach dorobili się paru willi w Konstancinie.
- Ale to jest kryminał! - krzyknął Rusek
- Może i tak, ale sprawy w sądach, apelacje, kasacje, będą się ciągnąć latami, nam i tak nikt nie udowodni że to my byliśmy źródłem "wycieku", za to ty będziesz skończony w jednej chwili.
- Córka prezydenta jest pełnoletnia i może robić co chce i kiedy... - bronił się jeszcze desperacko Rusek
- Ależ oczywiście, że tak! Tylko wytłumacz to szarym zjadaczom chleba. Ach, już widzę te tytuły w brukowcu "News" albo na portalu "Chihuahua". "Młody działacz partii opozycyjnej i córka prezydenta przyłapani na... Zobacz pikantne zdjęcia!", albo coś w tym stylu: "W dzień udawani wrogowie, a nocami spółkują - tak się brata klasa polityczna!". Ależ ci się dostanie, przyjacielu. Takie bezeceństwa i to w dniu święta narodowego, mój Boże... Prawie ci zazdroszczę, przez jakiś czas będziesz słynniejszy niż Clinton! - Poddrzewny bawił się doskonale
- To jest... to jest... - kompletnie skołowany Rusek chyba powoli tracił kontakt z rzeczywistością
- To jest polityka, mój drogi. W miłości, na wojnie i w polityce wszystko jest dozwolone. Ale nie martw się. Z tego filmu wynika, że masz jeszcze inne zdolności niż polityczne. I może nawet zrobisz karierę w zupełnie innej branży. Wiesz co, pokażę ci moje ulubione fragmenty! - polityk pochylił się gwałtownie do laptopa i przesunął suwak pliku wideo, a na ekranie zaczęły przeskakiwać klatki filmu.
- Nie! - wrzasnął Rusek jak oparzony - Zrobię to! Zrealizuję pana plan...
- Nigdy w to nie zwątpiłem - uśmiechnął się sardonicznie Poddrzewny, zamykając komputer
Akt 2.
Atmosfera w willi na Żoliborzu była czarna jak smoła, którą uszczelniano dach pobliskiego garażu, w związku z czym nieznośny zapach niósł się ponad dachami niewysokiej zabudowy i zmusił mieszkańców do pozamykania okien. Tylko w rzeczonej willi okno pozostawało otwarte. A po drugiej jego stronie, sam Prezes chodził po pokoju tam i z powrotem, wciąż trzymając się za głowę i tarmosząc resztki posiwiałych włosów.
- Taka klęska! Taka katastrofa! - biadolił - I to akurat teraz, gdy właśnie ruszył nasz sztandarowy program...
- MÓJ sztandarowy program - odezwał się lodowaty głos z wysokiego fotela, stojącego przy drzwiach wejściowych - Nie zapominaj, kto ten program wymyślił od pierwszej do ostatniej literki.
- Tak tak, oczywiście, twój program - zmitygował się Prezes - Miałem tylko na myśli, że nasz rząd...
- A co do klęski - przerwał mu ten sam głos - To kto ci kazał kłapać dziobem po telewizjach, że jesteś katolikiem i masz obowiązek słuchać biskupów? Myślałby kto, że ty kiedykolwiek posłuchałeś zdania tych pasibrzuchów...
- No prawda, prawda, człowiek jest głupi na stare lata... - topił się w samokrytyce Prezes - Zaskoczyli mnie ci dziennikarze, a ja zamiast się zastanowić, odesłać ich do rzecznika, to o ojcu Podgrzybku pomyślałem i tak mi się jakoś samo powiedziało...
- Tobie się powiedziało, a ja teraz będę musiał myśleć za was wszystkich, jak to odkręcić!
- Mój Boże, taka klęska, taka katastrofa...
- Już przestań się mazać! - zażądał właściciel zimnego, przenikliwego głosu - Coś się wymyśli. Od jutra wszyscy podobno najważniejsi, od premier Ptaszydło i ciebie począwszy, na każde pytanie do tego tematu macie odpowiadać, że to jest kwestia sumienia, a w kwestiach sumienia w Brawie Niesprawiedliwości nie ma dyscypliny głosowania i takie tam. Zamieciemy to pod dywan i za jakiś czas sprawa ucichnie.
- Ale piorunujący start naszego... przepraszam... twojego sztandarowego programu został bezpowrotnie zaprzepaszczony - smutno skonstatował Prezes - Przez pierwszy tydzień wszyscy mieli mówić tylko o tym, wszystkie media, że pięćset...
- Zgadza się, tego już nie cofniemy - ponownie przerwał mu lodowaty głos - I ktoś musi ponieść za to odpowiedzialność. Trzeba znaleźć i ukarać winnego. Tego, kto puścił tę plotkę.
- Ale kto to mógł być? - podrapał się w głowę Prezes - Na pewno nikt z naszej partii, ręczę za tych ludzi. To na pewno ktoś z Plandeki, albo od Ryszarda Trupe.
- Szukanie winnego zostaw mi - powiedział tajemniczy osobnik siedzący w fotelu - Wy zajmijcie się odkręcaniem tego burdelu, coście go zmajstrowali...
- Tak jest - zapewnił Prezes - A czy... czy mogę zamknąć okno? Ta smoła...
- Nie możesz. Piękny aromat... - rozmarzył się głos
Akt 3.
Wysoki, szczupły mężczyzna w czarnym kapeluszu i długim płaszczu z postawionym kołnierzem, szedł pospiesznie przez spowite ciemnością zaułki warszawskiej Sadyby, co rusz oglądając się za siebie. Dotarł wreszcie do celu swojej wędrówki, zatrzymując się przed furtką płotu, za którym w oddali majaczył kontur piętrowego "bliźniaka". Przez chwilę jakby się zastanawiał, rozejrzał się jeszcze raz dookoła, ostatecznie jednak otworzył furtkę i ruszył naprzód. Drzwi otworzyły się dopiero po trzecim dzwonku. Franciszek Poddrzewny wyjrzał ostrożnie przez uchylone skrzydło i przez dłuższy moment lustrował wzrokiem dziwnego gościa. Dopiero gdy poznał przybysza, wyszedł poza próg, ale i tak niepewnie rozglądał się na boki.
- Rusek?! Co ty tu, do cholery, robisz?! I to w dodatku ubrany jak szpieg z taniego filmu...
- Zakazał mi pan telefonować, a to nie może czekać do jutra. Mam problem - powiedział konspiracyjnym szeptem Piotr Rusek
- Wszyscy mamy, i to od paru miesięcy - syknął Poddrzewny - Ale to nie powód, żebyś tu przyłaził osobiście. Zrobiłeś dobrą rzecz, ruszyłeś lawinę i właśnie teraz nikt nie powinien zobaczyć nas razem.
- Właśnie, zrobiłem dobrą rzecz i to przez to mam teraz problem - zdenerwował się Rusek
- Jaki problem, do diabła, gadaj szybko, bo nas naprawdę ktoś zobaczy!
- Od wczoraj mam wrażenie, że ktoś za mną chodzi, jakby mnie śledził. Cały czas czuję czyjś wzrok na sobie, nigdy tak nie miałem, już mam tego dość!
- Odkąd podjąłeś się tego zadania, działasz w silnym stresie, jesteś przewrażliwiony i pewnie ci się wydaje - Poddrzewny położył mu rękę na ramieniu, ale Rusek natychmiast ją strącił
- Nic mi się nie wydaje! - warknął - Mówię panu, ktoś za mną łazi, oni coś wiedzą, wiedzą że to ja...
- Ale kto? - zdziwił się Poddrzewny
- Nie wiem! Agenci jacyś z Brawa Niesprawiedliwości. Albo od prezydenta Kobzy. Przecież to ja doprowadziłem do tego, że ich sztandarowy program nie wypalił medialnie i w ogóle... Będą się mścić!
- Mścić? Niby jak? Za dużo się naoglądałeś "Gry o Trąd" - prychnął Poddrzewny - Albo tego serialu o bezwzględnym prezydencie USA.
- Ja wiem swoje - przerwał mu Rusek - Podobno Prezes, aby wreszcie wygrać wybory, nawiązał współpracę z jakimiś potężnymi sprzymierzeńcami. Pana nie było w kraju, ale ludzie różne rzeczy mówią. Nawet takie, że to wcale nie Prezes pociąga za wszystkie sznurki. A w związku z tym boję się o swoje bezpieczeństwo. I żądam ochrony!
- Ochrony?! Na mózg ci pad...
- A tak! Oddałem ogromną przysługę partii i oczekuję, że partia teraz o mnie zadba. W dupie mam te wszystkie miejsca biorące i wiceministry. Ja chcę żyć! A jak pan mi odmówi, to opowiem w mediach skąd się wzięła ta cała historia z zakazem aborcji!
- Nikt ci nie... - zaczął Poddrzewny, ale zaraz ugryzł się w język - Dobrze, nie potrzebujemy teraz więcej kwasu niż mamy. Dostaniesz ochronę. Zajmie się tym mój najbliższy współpracownik. Jest najlepszy w branży. Zgłosi się do ciebie jutro, o 6:00 rano. Przedstawi się jako Stempel, tak się będziesz do niego zwracać i to wszystko co musisz o nim wiedzieć. Pasuje?
- Tak, dziękuję szefie - ucieszył się Rusek - To ja... To ja już pójdę.
Poddrzewny zamknął drzwi jeszcze zanim Rusek odwrócił się na pięcie. Młody polityk postawił ponownie kołnierz, zsunął niżej kapelusz i ruszył w powrotną drogę przez słabo oświetloną boczną drogę. Chciał jak najszybciej znaleźć się na głównej ulicy, gdzie czuł się znacznie bezpieczniej, w zgiełku ruchu samochodowego, który w stolicy nie ustawał nawet tak późnym wieczorem. Przez chwilę zastanawiał się wręcz, czy nie skrócić sobie drogi przez zapuszczony park, ale uznał, że jednak bezpieczniej będzie poruszać się po asfalcie, gdzie od czasu do czasu minie go jakiś samochód czy wracający z drugiej zmiany pracownik. Był już mniej więcej w połowie drogi, gdy za sobą usłyszał warkot silnika. Zza zakrętu z piskiem opon wyłonił się czarny samochód. Rusek w ostatniej chwili uskoczył z asfaltu na wąski chodnik, gdy auto, z wnętrza którego dobiegały potężne basy muzyki techno, przemknęło obok niego i zniknęło za kolejnym zakrętem. Polityk złapał się za serce, zatoczył i oparł plecami o ścianę najbliższego budynku - jakiejś zrujnowanej, opuszczonej kamienicy. "Uff, a już myślałem, że jadą po mnie...". Odetchnął i chciał ruszyć w dalszą drogę, gdy w tej samej chwili z góry spadło mu coś na głowę. Wszystko wydarzyło się tak błyskawicznie, że Rusek zanotował tylko, iż to coś było ciężkie, ale nie twarde. Nie ogłuszyło go, ale ścięło z nóg tak, że upadając uderzył potylicą w krawężnik. Trochę oszołomiony próbował się pozbierać, ale uderzenie o chodnik jednak zamroczyło go na tyle, że nie był w stanie się podnieść, a kołyszący się w oczach obraz nie ułatwiał zadania. I wtedy dobiegł go zimny, lodowaty wręcz głos. Cichy, ale tak wyraźny, że Rusek słyszał dokładnie każde słowo.
- Popełniłeś wczoraj wielki błąd. Nie powinieneś ruszać tej sprawy. Ale już za późno - głos cedził poszczególne zdania
Ktokolwiek to mówił, musiał być bardzo blisko, ale polityk nie potrafił go dostrzec, bo okolicę oświetlała tylko jedna latarnia, a róg kamienicy zasłaniał przed światłem ten fragment chodnika, gdzie musiał stać teraz tajemniczy napastnik. Znikąd nie można było też spodziewać się pomocy - ulica była opustoszała, okoliczne domy-rudery zapewne niezamieszkane, a jeśli nawet zamieszkane, to od ich lokatorów prędzej należało się spodziewać dodatkowych kłopotów niż pomocy. Oszołomiony i zapewne nie myślący trzeźwo Rusek, zdołał jednak wydobyć z siebie dość odważne pytanie:
- Kim ty jesteś?
- Ja? - odezwał się ów lodowaty głos, po czym zamilkł na chwilę - Jam częścią jest tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni.
I zanim polityk zdołał pomyśleć, czy gdzieś już słyszał te słowa, dostrzegł tuż przed sobą jakieś poruszenie. Z mrocznego cienia, w nikłe światło latarni w którym leżał, zbliżał się napastnik. Gdy zbliżył się na odległość może półtora metra, Rusek wreszcie go zobaczył. Widok, który ujrzał, miał zapamiętać do końca swojego życia. Czyli zaledwie przez kolejne trzy sekundy. Coś błysnęło i dla Piotra Ruska, młodego działacza Plandeki Obywatelskiej, zapadła wieczna ciemność.
CDN
21. maja 2016, 00:22 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Wewnętrzny telefon zadzwonił krótko po tym, jak Franciszek Poddrzewny po raz pierwszy wszedł do swojego nowego gabinetu w siedzibie partii Plandeka Obywatelska.
- Szefie, przyszedł pan Piotr Rusek - w słuchawce rozbrzmiał głos asystentki - Mówi, że pan go wzywał.
- Tak, niech wejdzie - rzucił Poddrzewny
Zanim rozległo się pukanie do drzwi, zdążył jeszcze tylko krótko omieść wzrokiem pokój, szczególnie pogardliwym spojrzeniem obdarzając wiszący na ścianie landszaft oraz stojące na biurku zdjęcie rodzinne, którego najwyraźniej nie zdążył zabrać odchodzący w pośpiechu poprzednik. Gdy jednak drzwi otworzyły się, Franciszek natychmiast przywołał na twarz sztuczny uśmiech i szerokim gestem zaprosił gościa do środka.
- Witaj i rozgość się - wskazał przybyłemu wygodne fotele a'la Król Słońce, stojące przy ścianie z nieszczęsnym landszaftem
- Dziękuję - trochę niepewnym głosem powiedział Piotr Rusek, a zauważając dzieło na ścianie dodał - Piękny obraz!
- W rzeczy samej, w rzeczy samej - Franciszek Poddrzewny był mistrzem kłamstwa - Siadaj, siadaj, przyjacielu. I pozwól, że się oficjalnie przedstawię. Nie wiem czy wiesz, ale zostałem właśnie mianowany...
- ... nowym szefem dyscypliny partyjnej w naszej partii - dokończył Piotr Rusek korzystając z tego, że Poddrzewny zawiesił na moment głos (celowo rzecz jasna, ale skąd biedny Rusek mógł to wiedzieć)
- Ha, młodość! W lot chwyta wszystkie nowości. Uwielbiam takich ludzi! - zakrzyknął Poddrzewny - Tak, to prawda. Przedwczoraj wróciłem ze Stanów i istotnie, zgodziłem się przyjąć tę funkcję. Greg Scheda i Ewa Piłkarz prosili mnie o to osobiście. Ale powiem ci, przyjacielu, w zaufaniu, że to jest tylko wersja oficjalna, ściema - jak to mówią młodzi. Przykrywka dla mediów. W największym sekrecie zdradzę ci, że tak naprawdę moja najważniejsza funkcja to szef kampanii wyborczej naszej partii. Oczywiście dopóki nie ma kampanii wyborczej, trudno by było oficjalnie ogłaszać jej szefa. Dlatego na razie ta zmyłka z dyscypliną partyjną. Ale ja już teraz, mimo że wybory dopiero za trzy lata, zaczynam w tajemnicy opracowywać strategię. Musimy wygrać te wybory. I wygramy! Prawda?
- Tak... wygramy! - potaknął zaskoczony Rusek, ale w jego głosie pewność siebie istniała jedynie w ilościach homeopatycznych
- Tak jest! To mi się podoba! - nie przestawał "urabiać" gościa Poddrzewny, udając akceptację dla jego nikłego entuzjazmu - I właśnie dlatego zaprosiłem dziś ciebie. Wczoraj przeglądałem biogramy wszystkich członków naszej partii i od razu zwróciłem uwagę na ciebie. Spodobało mi się twoje zaangażowanie w młodzieżówce i postanowiłem, że zostaniesz kluczowym elementem mojej strategii, jej kamieniem węgielnym można by rzec. Musimy bowiem już dziś zacząć niwelować społeczne poparcie dla obecnego rządu. Musimy już dziś nastawić społeczeństwo przeciw partii Brawo Niesprawiedliwość!
- Tak, i ja właśnie mam kilka pomysłów jak to zro... - zaczął niepewnie Piotr Rusek, aczkolwiek ośmielony trochę komplementami szefa
- Musimy to zrobić, bo do tej pory każde ich działanie, nawet ewidentne błędy i wpadki, nie powodują tego, na czym nam zależy, czyli spadku ich społecznego poparcia - Franciszek Poddrzewny "nie usłyszał" tego, co mówi Rusek, gdyż w tym samym momencie zerwał się gwałtownie z fotela i zaczął chodzić po całym gabinecie, wymachując zamaszyście rękoma - Na pewno to dostrzegasz, prawda?
- Eee... tak, faktycznie - Rusek był kompletnie zbity z tropu - Na przykład sprawa Trybunału...
- Właśnie! - klasnął dłońmi Poddrzewny - Wydawało by się, że ludzie powinni zaprotestować, wyjść setkami tysięcy. A tu nie, protestuje jakaś garstka prowadzonych przez tego hippisa Mateusza Ukraińskiego i naszego kumpla Ryśka. Ale my sami wiemy, że jest ich nawet mniej niż twierdzą "Wiadromości". Dlaczego tak jest...?
- Bo...
- Bo ludzi nie obchodzą żadne Trybunały - sam sobie odpowiedział Poddrzewny - Bo uważają sędziów i te trybunały za oderwaną od społeczeństwa władzę, za panów magnatów co to mają gdzieś społeczeństwo i nie mają pojęcia o problemach zwykłych ludzi. I tak samo jest ze wszystkim. Brawo Niesprawiedliwość gra tą kartą - problemami zwykłych ludzi. Dlatego nawet ta opłata audiowizualna nie zniweluje poparcia dla nich. Bo owszem, doliczy ludziom do rachunku za prąd kilkanaście złotych, ale znacznie więcej, dziesięciokrotnie więcej, zapłacą właściciele firm, przedsiębiorcy, którzy mają wiele liczników elektrycznych. A szarym ludziom się to podoba - że ktoś się wreszcie bogaczom, wyzyskiwaczom do dupy dobierze! Tu jest pies pogrzebany! A jak z początkiem kwietnia wejdzie ten ich sztandarowy program, 500 wiadomo czego, to już nigdy ich nie dogonimy, tak im poparcie wystrzeli. Dlatego musimy zrobić coś, co ludzi otrzeźwi, co zwróci większość społeczeństwa przeciw Rządowi!
- No więc ja mam właśnie kilka...
- I ja coś takiego wymyśliłem! Uderzymy w nich całkowitym zakazem aborcji! - Franciszek Poddrzewny powiedział to takim tonem, jakby zdradzał właśnie komuś lokalizację Bursztynowej Komnaty.
- Ale oni wcale nie mają zamiaru wprowadzać całkowitego zakazu aborcji... - zdziwił się Rusek - Mój kumpel z liceum jest u nich w strukturach lokalnych i podobno od samego Prezesa ma takie informacje, że w pierwszym roku rządów w ogóle nie będą ruszać kontrowersyjnych tematów. A aborcją jeśli w ogóle się zajmą, to ewentualnie dopiero jak wygrają kolejne wybory, ale na pewno nie przed końcem tej kadencji...
- Oczywiście że nie mają zamiaru, myślisz że tego nie wiem? - Poddrzewny spojrzał mu prosto w oczy - Ale my musimy zrobić tak, żeby LUDZIE MYŚLELI, że oni chcą już teraz ten zakaz wprowadzić. Rozumiesz? To jest polityka, tu fakty nie mają żadnego znaczenia.
- Aha... no tak... rozumiem - wydukał Rusek - Ale jak...?
- Już wszystko obmyśliłem. Posłuchaj, trzeba uruchomić grupy nacisku, które zrobią wokół tej sprawy szum. Są dwie takie grupy: biskupi oraz te jakieś ruchy pro-life. Do biskupów nie mamy dojścia, przynajmniej do tych co trzeba, dlatego zostają te ruchy. I tu się pojawia twoja rola. Ty masz kilku znajomych ze szkolnych czasów, którzy działają w tych grupach - w tym momencie Poddrzewny wyjął z teczki kilka fotografii i położył je przed Ruskiem
- Ale skąd wy...?! Poza tym ja te znajomości już dawno zerwałem.
- To je odnowisz. A skąd wiemy? Proszę cię... Mówiłem, że sprawdzałem wczoraj każdego członka partii? Mówiłem. Myślisz, że sprawdzałem to jaką kto kuchnię lubi, jakiej drużynie kibicuje, albo jakie miał oceny na studiach? Przecież takie informacje nie mają w polityce żadnej przydatności. Zatem słuchaj. Pójdziesz do tych ludzi i powiesz im dokładne przeciwieństwo tego, co tu przed chwilą mówiliśmy. Powiesz im, że właśnie TERAZ jest dobry moment, ostatni moment, żeby naciskać na rząd w sprawie zakazu aborcji, bo im bliżej wyborów tym mniejsza szansa, że będzie się chciał zająć trudnymi tematami. To są łatwowierni ludzie, powinni od razu złapać haczyk. A jak oni to ruszą, to jeszcze uruchomimy media, zadzwonimy do kogo trzeba, i zrobi się taki kocioł, że Brawu Niesprawiedliwości od razu zacznie spadać w sondażach.
- Ale przecież ci moi znajomi na pewno wiedzą, że ja jestem w Plandece Obywatelskiej!
- To im powiesz, że po klęsce w wyborach atmosfera w partii jest fatalna, że zaczyna się szukanie winnych, polowanie na czarownice i takie tam... I że po cichu szukasz sobie miejsca wśród zwycięzców, a żeby się wkupić w łaski partii rządzącej, potrzebujesz jakiejś głośnej inicjatywy. I prosisz ich żeby ci pomogli, żeby cię pociągnęli. Jak mówiłem, to są naiwniacy, oni są święcie przekonani, że Brawo Niesprawiedliwość ma podobne poglądy, że tylko czeka na ich oddolny sygnał i natychmiast poprze ich głos. Nie mają pojęcia, że Prezes jest sprytnym politykiem i nie będzie się bawił w takie kontrowersyjne rzeczy.
- Może to i prawda, ale...
- Przyjacielu, nie ma żadnego "ale". Musimy teraz zwrócić społeczeństwo przeciw Rządowi, bo za chwilę już będzie za późno. To jest ostatnia szansa! - perorował Poddrzewny - Poza tym, opłaci ci się to.
- A jak?
- Miejsce biorące na listach w stolicy w następnych wyborach. Stuprocentowo biorące. U nas, albo u Ryśka, zależy która partia będzie przed wyborami wyżej w sondażach.
- I on się zgodzi?
- Mi nie odmówi - powiedział stanowczo Poddrzewny - A do tego może nawet teka wiceministra, jak będzie fajny wynik w wyborach.
- To wszystko jest bardzo kuszące, ale... - wzbraniał się Rusek - Nie wiem czy jestem na to gotowy. Może jednak zastanowić się nad którymś z moich pomysłów...?
- KAŻDY z twoich pomysłów mi najniżej zwisa! - Poddrzewny dopiero teraz zaczynał pokazywać swoją prawdziwą, bezwzględną twarz - Zrealizujesz mój plan, czy ci się to podoba czy nie.
- Przecież mogę odmówić. Nawet... nawet gdyby ceną była utrata członkostwa w partii.
- Oczywiście, że możesz. Ale wtedy... Cóż, sądziłem, że jednak do tego nie dojdzie, ale skoro nalegasz... - rzekł jadowicie Poddrzewny, po czym wyciągnął z torby laptop, kilka razy przejechał palcami po touchpadzie i odwrócił ekran w kierunku Ruska - Wtedy do mediów, do wielu mediów, "przypadkiem" wycieknie nagranie tego, co robiłeś z córką prezydenta Kobzy w motelu "Jaśminowy Sen", dnia 11.listopada 2015 roku.
Twarz Piotra Ruska w okamgnieniu stała się bielsza niż ściana na której wisiał niesławny landszaft.
- Ale... ale... skąd...? Jak to...? - dukał tylko
- Cóż, żyjemy w czasach powszechnej inwigilacji, kamery są wszędzie, te ukryte również... - rozbawiony Poddrzewny zaplótł dłonie i położył je na brzuchu, rozsiadając się wygodnie - Szef recepcji tego motelu, niejaki pan Puchacz, oraz jego przyjaciele na takich nagraniach dorobili się paru willi w Konstancinie.
- Ale to jest kryminał! - krzyknął Rusek
- Może i tak, ale sprawy w sądach, apelacje, kasacje, będą się ciągnąć latami, nam i tak nikt nie udowodni że to my byliśmy źródłem "wycieku", za to ty będziesz skończony w jednej chwili.
- Córka prezydenta jest pełnoletnia i może robić co chce i kiedy... - bronił się jeszcze desperacko Rusek
- Ależ oczywiście, że tak! Tylko wytłumacz to szarym zjadaczom chleba. Ach, już widzę te tytuły w brukowcu "News" albo na portalu "Chihuahua". "Młody działacz partii opozycyjnej i córka prezydenta przyłapani na... Zobacz pikantne zdjęcia!", albo coś w tym stylu: "W dzień udawani wrogowie, a nocami spółkują - tak się brata klasa polityczna!". Ależ ci się dostanie, przyjacielu. Takie bezeceństwa i to w dniu święta narodowego, mój Boże... Prawie ci zazdroszczę, przez jakiś czas będziesz słynniejszy niż Clinton! - Poddrzewny bawił się doskonale
- To jest... to jest... - kompletnie skołowany Rusek chyba powoli tracił kontakt z rzeczywistością
- To jest polityka, mój drogi. W miłości, na wojnie i w polityce wszystko jest dozwolone. Ale nie martw się. Z tego filmu wynika, że masz jeszcze inne zdolności niż polityczne. I może nawet zrobisz karierę w zupełnie innej branży. Wiesz co, pokażę ci moje ulubione fragmenty! - polityk pochylił się gwałtownie do laptopa i przesunął suwak pliku wideo, a na ekranie zaczęły przeskakiwać klatki filmu.
- Nie! - wrzasnął Rusek jak oparzony - Zrobię to! Zrealizuję pana plan...
- Nigdy w to nie zwątpiłem - uśmiechnął się sardonicznie Poddrzewny, zamykając komputer
Akt 2.
Atmosfera w willi na Żoliborzu była czarna jak smoła, którą uszczelniano dach pobliskiego garażu, w związku z czym nieznośny zapach niósł się ponad dachami niewysokiej zabudowy i zmusił mieszkańców do pozamykania okien. Tylko w rzeczonej willi okno pozostawało otwarte. A po drugiej jego stronie, sam Prezes chodził po pokoju tam i z powrotem, wciąż trzymając się za głowę i tarmosząc resztki posiwiałych włosów.
- Taka klęska! Taka katastrofa! - biadolił - I to akurat teraz, gdy właśnie ruszył nasz sztandarowy program...
- MÓJ sztandarowy program - odezwał się lodowaty głos z wysokiego fotela, stojącego przy drzwiach wejściowych - Nie zapominaj, kto ten program wymyślił od pierwszej do ostatniej literki.
- Tak tak, oczywiście, twój program - zmitygował się Prezes - Miałem tylko na myśli, że nasz rząd...
- A co do klęski - przerwał mu ten sam głos - To kto ci kazał kłapać dziobem po telewizjach, że jesteś katolikiem i masz obowiązek słuchać biskupów? Myślałby kto, że ty kiedykolwiek posłuchałeś zdania tych pasibrzuchów...
- No prawda, prawda, człowiek jest głupi na stare lata... - topił się w samokrytyce Prezes - Zaskoczyli mnie ci dziennikarze, a ja zamiast się zastanowić, odesłać ich do rzecznika, to o ojcu Podgrzybku pomyślałem i tak mi się jakoś samo powiedziało...
- Tobie się powiedziało, a ja teraz będę musiał myśleć za was wszystkich, jak to odkręcić!
- Mój Boże, taka klęska, taka katastrofa...
- Już przestań się mazać! - zażądał właściciel zimnego, przenikliwego głosu - Coś się wymyśli. Od jutra wszyscy podobno najważniejsi, od premier Ptaszydło i ciebie począwszy, na każde pytanie do tego tematu macie odpowiadać, że to jest kwestia sumienia, a w kwestiach sumienia w Brawie Niesprawiedliwości nie ma dyscypliny głosowania i takie tam. Zamieciemy to pod dywan i za jakiś czas sprawa ucichnie.
- Ale piorunujący start naszego... przepraszam... twojego sztandarowego programu został bezpowrotnie zaprzepaszczony - smutno skonstatował Prezes - Przez pierwszy tydzień wszyscy mieli mówić tylko o tym, wszystkie media, że pięćset...
- Zgadza się, tego już nie cofniemy - ponownie przerwał mu lodowaty głos - I ktoś musi ponieść za to odpowiedzialność. Trzeba znaleźć i ukarać winnego. Tego, kto puścił tę plotkę.
- Ale kto to mógł być? - podrapał się w głowę Prezes - Na pewno nikt z naszej partii, ręczę za tych ludzi. To na pewno ktoś z Plandeki, albo od Ryszarda Trupe.
- Szukanie winnego zostaw mi - powiedział tajemniczy osobnik siedzący w fotelu - Wy zajmijcie się odkręcaniem tego burdelu, coście go zmajstrowali...
- Tak jest - zapewnił Prezes - A czy... czy mogę zamknąć okno? Ta smoła...
- Nie możesz. Piękny aromat... - rozmarzył się głos
Akt 3.
Wysoki, szczupły mężczyzna w czarnym kapeluszu i długim płaszczu z postawionym kołnierzem, szedł pospiesznie przez spowite ciemnością zaułki warszawskiej Sadyby, co rusz oglądając się za siebie. Dotarł wreszcie do celu swojej wędrówki, zatrzymując się przed furtką płotu, za którym w oddali majaczył kontur piętrowego "bliźniaka". Przez chwilę jakby się zastanawiał, rozejrzał się jeszcze raz dookoła, ostatecznie jednak otworzył furtkę i ruszył naprzód. Drzwi otworzyły się dopiero po trzecim dzwonku. Franciszek Poddrzewny wyjrzał ostrożnie przez uchylone skrzydło i przez dłuższy moment lustrował wzrokiem dziwnego gościa. Dopiero gdy poznał przybysza, wyszedł poza próg, ale i tak niepewnie rozglądał się na boki.
- Rusek?! Co ty tu, do cholery, robisz?! I to w dodatku ubrany jak szpieg z taniego filmu...
- Zakazał mi pan telefonować, a to nie może czekać do jutra. Mam problem - powiedział konspiracyjnym szeptem Piotr Rusek
- Wszyscy mamy, i to od paru miesięcy - syknął Poddrzewny - Ale to nie powód, żebyś tu przyłaził osobiście. Zrobiłeś dobrą rzecz, ruszyłeś lawinę i właśnie teraz nikt nie powinien zobaczyć nas razem.
- Właśnie, zrobiłem dobrą rzecz i to przez to mam teraz problem - zdenerwował się Rusek
- Jaki problem, do diabła, gadaj szybko, bo nas naprawdę ktoś zobaczy!
- Od wczoraj mam wrażenie, że ktoś za mną chodzi, jakby mnie śledził. Cały czas czuję czyjś wzrok na sobie, nigdy tak nie miałem, już mam tego dość!
- Odkąd podjąłeś się tego zadania, działasz w silnym stresie, jesteś przewrażliwiony i pewnie ci się wydaje - Poddrzewny położył mu rękę na ramieniu, ale Rusek natychmiast ją strącił
- Nic mi się nie wydaje! - warknął - Mówię panu, ktoś za mną łazi, oni coś wiedzą, wiedzą że to ja...
- Ale kto? - zdziwił się Poddrzewny
- Nie wiem! Agenci jacyś z Brawa Niesprawiedliwości. Albo od prezydenta Kobzy. Przecież to ja doprowadziłem do tego, że ich sztandarowy program nie wypalił medialnie i w ogóle... Będą się mścić!
- Mścić? Niby jak? Za dużo się naoglądałeś "Gry o Trąd" - prychnął Poddrzewny - Albo tego serialu o bezwzględnym prezydencie USA.
- Ja wiem swoje - przerwał mu Rusek - Podobno Prezes, aby wreszcie wygrać wybory, nawiązał współpracę z jakimiś potężnymi sprzymierzeńcami. Pana nie było w kraju, ale ludzie różne rzeczy mówią. Nawet takie, że to wcale nie Prezes pociąga za wszystkie sznurki. A w związku z tym boję się o swoje bezpieczeństwo. I żądam ochrony!
- Ochrony?! Na mózg ci pad...
- A tak! Oddałem ogromną przysługę partii i oczekuję, że partia teraz o mnie zadba. W dupie mam te wszystkie miejsca biorące i wiceministry. Ja chcę żyć! A jak pan mi odmówi, to opowiem w mediach skąd się wzięła ta cała historia z zakazem aborcji!
- Nikt ci nie... - zaczął Poddrzewny, ale zaraz ugryzł się w język - Dobrze, nie potrzebujemy teraz więcej kwasu niż mamy. Dostaniesz ochronę. Zajmie się tym mój najbliższy współpracownik. Jest najlepszy w branży. Zgłosi się do ciebie jutro, o 6:00 rano. Przedstawi się jako Stempel, tak się będziesz do niego zwracać i to wszystko co musisz o nim wiedzieć. Pasuje?
- Tak, dziękuję szefie - ucieszył się Rusek - To ja... To ja już pójdę.
Poddrzewny zamknął drzwi jeszcze zanim Rusek odwrócił się na pięcie. Młody polityk postawił ponownie kołnierz, zsunął niżej kapelusz i ruszył w powrotną drogę przez słabo oświetloną boczną drogę. Chciał jak najszybciej znaleźć się na głównej ulicy, gdzie czuł się znacznie bezpieczniej, w zgiełku ruchu samochodowego, który w stolicy nie ustawał nawet tak późnym wieczorem. Przez chwilę zastanawiał się wręcz, czy nie skrócić sobie drogi przez zapuszczony park, ale uznał, że jednak bezpieczniej będzie poruszać się po asfalcie, gdzie od czasu do czasu minie go jakiś samochód czy wracający z drugiej zmiany pracownik. Był już mniej więcej w połowie drogi, gdy za sobą usłyszał warkot silnika. Zza zakrętu z piskiem opon wyłonił się czarny samochód. Rusek w ostatniej chwili uskoczył z asfaltu na wąski chodnik, gdy auto, z wnętrza którego dobiegały potężne basy muzyki techno, przemknęło obok niego i zniknęło za kolejnym zakrętem. Polityk złapał się za serce, zatoczył i oparł plecami o ścianę najbliższego budynku - jakiejś zrujnowanej, opuszczonej kamienicy. "Uff, a już myślałem, że jadą po mnie...". Odetchnął i chciał ruszyć w dalszą drogę, gdy w tej samej chwili z góry spadło mu coś na głowę. Wszystko wydarzyło się tak błyskawicznie, że Rusek zanotował tylko, iż to coś było ciężkie, ale nie twarde. Nie ogłuszyło go, ale ścięło z nóg tak, że upadając uderzył potylicą w krawężnik. Trochę oszołomiony próbował się pozbierać, ale uderzenie o chodnik jednak zamroczyło go na tyle, że nie był w stanie się podnieść, a kołyszący się w oczach obraz nie ułatwiał zadania. I wtedy dobiegł go zimny, lodowaty wręcz głos. Cichy, ale tak wyraźny, że Rusek słyszał dokładnie każde słowo.
- Popełniłeś wczoraj wielki błąd. Nie powinieneś ruszać tej sprawy. Ale już za późno - głos cedził poszczególne zdania
Ktokolwiek to mówił, musiał być bardzo blisko, ale polityk nie potrafił go dostrzec, bo okolicę oświetlała tylko jedna latarnia, a róg kamienicy zasłaniał przed światłem ten fragment chodnika, gdzie musiał stać teraz tajemniczy napastnik. Znikąd nie można było też spodziewać się pomocy - ulica była opustoszała, okoliczne domy-rudery zapewne niezamieszkane, a jeśli nawet zamieszkane, to od ich lokatorów prędzej należało się spodziewać dodatkowych kłopotów niż pomocy. Oszołomiony i zapewne nie myślący trzeźwo Rusek, zdołał jednak wydobyć z siebie dość odważne pytanie:
- Kim ty jesteś?
- Ja? - odezwał się ów lodowaty głos, po czym zamilkł na chwilę - Jam częścią jest tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni.
I zanim polityk zdołał pomyśleć, czy gdzieś już słyszał te słowa, dostrzegł tuż przed sobą jakieś poruszenie. Z mrocznego cienia, w nikłe światło latarni w którym leżał, zbliżał się napastnik. Gdy zbliżył się na odległość może półtora metra, Rusek wreszcie go zobaczył. Widok, który ujrzał, miał zapamiętać do końca swojego życia. Czyli zaledwie przez kolejne trzy sekundy. Coś błysnęło i dla Piotra Ruska, młodego działacza Plandeki Obywatelskiej, zapadła wieczna ciemność.
CDN
21. maja 2016, 00:22 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Subskrybuj:
Posty (Atom)


