wtorek, 16 czerwca 2009

epitafium

Czytając te słowa, pewnie przecieracie oczy ze zdumienia. Bo przecież dwa dni temu powiesiłem tu wpis o zaprzestaniu blogowej aktywności. A tu nagle głos zza grobu. Nie, nie ma życia po śmierci. Po prostu uznałem, że nie wypada odchodzić bez wyjaśnień i bez pożegnania. Z szacunku dla tych nielicznych Czytelników, którzy regularnie odwiedzali to miejsce i dla których - jak sądzę - w jakimś chociaż stopniu ważne było to, co robiłem. Dzięki wielkie za wszystko. Ten tekst jest z dedykacją dla Was.

To będzie chyba najbardziej osobisty wpis w krótkiej historii tego bloga. Pewnie powinny się tu znaleźć powody mojej decyzji. Hmm... Na dzień dzisiejszy nie widzę perspektyw rozwoju tego miejsca. Brak motywacji, nastroju, pomysłów - tak, to wszystko częściowo prawda. Ale tylko częściowo. Cała prawda jest pewnie o wiele bardziej złożona. I możliwe, że nawet ja sam jej sobie nie uświadamiam.

Genialny felietonista "Nieznanego Świata", ukrywający się pod pseudonimem "Byk", wielokrotnie przedstawiał metaforyczny "cel życiowy" w postaci pasji, której człowiek całkowicie się poświęca. Pamiętam szczególnie dwie jego opowieści. Pierwsza, gdy będąc na pogrzebie przyjaciela-lotnika, ów "Byk" spojrzał w niebo i zobaczył lecący samolot. I uświadomił sobie wówczas, jak będzie wyglądać to miejsce, to "niebo", do którego dążymy i gdzie się wszyscy znajdziemy po śmierci. Każdy z nas będzie tam przez wieczność zajmował się tym, czemu poświęcił się za życia. Piloci będą latać samolotami, szachiści rozgrywać nieskończone partie swojej ukochanej gry, malarze - malować, poeci - pisać wiersze, majsterkowicze - składać różne rzeczy, psychologowie - ... (zabrakło mi wyobraźni ;]). Piękna wizja! A druga opowieść to wspomnienie z odwiedzin duszpasterskich. Wszedł do mieszkania "Byka" niezwykły ksiądz. I zamiast odklepać regułki, pokropić wodą i zainkasować odpowiednią kwotę w kopercie, ksiądz ten rozejrzał się po pokoju, dotknął zdziwionego rozmówcę palcem w pierś i zapytał tubalnym głosem: "A masz Ty, człowieku, jakąś pasję?". A potem sam opowiadał przez pół godziny, nie o dogmatach i niepokalanych poczęciach, ale o swoich pasjach, jak na księdza nietypowych: motocyklach i zaawansowanych technikach łączności radiowej.

Mieć pasję. Poświęcić czemuś większość swojego życia, czasu, energii, zaangażowania. Może to jest spełnienie? I nieważne, jakiej dziedzinie, jakiej aktywności. Ważne, że z przekonania, z potrzeby serca. Ostatnia "Angora" opisuje emeryta, który jest fanem brazylijskich telenowel. Ogląda je każdego dnia po kilka godzin z rzędu, wie o nich wszystko, nagrywa na kasety VHS (których ma już ponad 200), pokój ma oklejony plakatami Latynosek śpiewających serialowe przeboje w stylu: "cambio dolor por libertad". To też wspaniała pasja. Wspaniała, bo prawdziwa.

Ja nie pasuję do tego świata, wiem to od dawna. A może jest tak, jak trafnie powiedziała mi pewna, wciąż ważna dla mnie osoba, że to ten świat nie pasuje do mnie. W każdym razie faktem jest, że jakiś Kosmiczny Rozum musiał się pomylić, kierując mnie właśnie na tą planetę; moim przeznaczeniem był zapewne któryś inny świat. I jak dotąd mi to specjalnie nie przeszkadzało, tak właśnie teraz - nie wiem, dlaczego akurat teraz - zaczyna mi to trochę doskwierać. Mając do wyboru dwie ścieżki: zmienić się, aby ludzie mnie bardziej lubili, albo pozostać sobą, uciekając od świata w inne formy aktywności, decyzja wydaje się być - przynajmniej dla mnie - oczywista. I tak każda z tych dróg kiedyś postawi przed nami pytanie zasadnicze: czy kroczyć nią dalej, czy powiedzieć sobie - jak George Eastman w swoich ostatnich słowach - my work is done, why wait?. A ostateczna perspektywa jest przecież jedna. We all, we will die alone - śpiewał zrozpaczonym głosem Ville Laihiala podczas pożegnalnego koncertu niezapomnianego SENTENCED.

Zatem, czy ja mam jakąś pasję, której mógłbym się poświęcić? Właśnie niby mam, ale tu zaczyna się problem. Nie można mieć wszystkiego, nie można wiedzieć wszystkiego, nie można zajmować się wszystkim. A ja chciałbym... Chciałbym jednocześnie poświęcić się fotografii, psychologii, pisaniu, niewyjaśnionym zjawiskom, chciałbym wziąć udział w jakichś wyścigach samochodowych, chciałbym nauczyć się grać na jakimś instrumencie (chociaż mam dębowe ucho), chciałbym jeszcze tak wiele... Tak wiele pytań, tak mało odpowiedzi. Czy starać się pogodzić to wszystko, czy wybrać? A jeśli wybrać, to którą? A jeśli wybiorę, to czy za x lat nie dopadnie mnie poczucie, że może to był zły wybór? Że zmarnowałem mnóstwo czasu na coś, co kiedyś dawało mi satysfakcję, a teraz już nie. A na zmianę jest za późno... A jeśli starać się godzić wszystkie, to czy nie będzie tak, że w każdym momencie któraś będzie zaniedbana?

Ostatnio na przykład strasznie zaniedbałem fotografię. Owszem, tą moją "małpką" już wiele więcej się nie da zrobić, a prędzej poborowy założy hełm na lewą stronę, niż ja zaoszczędzę na lustrzankę, ale faktem jest, że od początku roku zrobiłem może pięć zdjęć, z których jestem w miarę zadowolony. Zaniedbałem fotografię na rzecz pisania właśnie. Nie tylko tego bloga, chociaż w dużej mierze. Ale także - uwaga! teraz będzie coming out, bo ujawnię coś, o czym wiedzą na razie tylko dwie osoby - na rzecz książki, którą postanowiłem jakiś czas temu stworzyć. Napisałem w moim pierwszym tekście tutaj, że w dogodnej chwili zdradzę skąd taki tytuł bloga. Szkoda, że akurat w takiej chwili, ale już teraz mogę zdradzić - to jest jednocześnie tytuł mojej książki. Chciałem tu na bieżąco relacjonować postępy w pracy, ale teraz widzę, że tych dwóch aktywności pogodzić się za bardzo nie da. Może ta przerwa w blogowaniu pozwoli mi trochę bardziej ruszyć z książką? A może jednak uda mi się kiedyś prowadzić obydwie pisarskie działalności jednocześnie? I fotografię? I psychologię? I...? Wciąż za dużo pytań, a za mało odpowiedzi. Ale takie już jest życie na tej planecie - to szereg pytań, na które sami musimy szukać odpowiedzi. Albo - jak mawiała "klasyczna" pani profesor - "nasze życie jest scenariusz niezakończonych gestaltów".

Wciąż mam nadzieję, że to nie jest mimo wszystko epitafium dla tego bloga. Nie mogę Wam obiecać, że wrócę. Ale mogę obiecać, że jak tylko poczuję, że mam coś mądrego do powiedzenia, jak tylko poczuję potrzebę, jak tylko ponownie złapię to "coś", co pozwoliło mi stworzyć to miejsce, to natychmiast siądę do klawiatury. Nie wiem kiedy to może nastąpić. Może za tydzień, za miesiąc, za rok, albo nigdy... Ale jestem pewny, że gdy ten moment nadejdzie i będę jeszcze wtedy wśród żywych, to nie będę się zastanawiać ani sekundy.

Nie wiem, naprawdę nie wiem, co tu jeszcze powiedzieć... Nie przypuszczałem, że taka chwila tak szybko nadejdzie. Jeszcze raz dziękuję Wam - stałym Czytelnikom - za obecność, za aktywność, za komentarze, za wszelkie uwagi i sugestie. Nawet się nie domyślacie, jak bardzo było to dla mnie ważne. Dzięki Wam wiem, że w razie czego mam dokąd wracać.

Pozwólcie, że pożegnam się z Wami słowami kończącymi jedną z najpiękniejszych opowieści, jakie znam. W finałowej scenie filmu "K-PAX" prot zwraca się do każdego z nas w ten sposób:
Powiem Ci coś, czego nie wiesz, a K-PAXjanie wiedzą, bo żyją dłużej. Wszechświat się rozrośnie, a potem zawali. I ten proces będzie się powtarzać w nieskończoność.
Ale nie wiesz, że za każdym razem wszystko będzie tak samo. Błędy z tego życia, powielisz w następnym. Każdy błąd będziesz powtarzał w kółko i na okrągło. Więc tym razem postaraj się, bo nie będziesz miał drugiej szansy
...

16. czerwca 2009, 22:50 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

niedziela, 14 czerwca 2009

time out

Z wielu przyczyn, o których pisać tu nie miejsce i nie czas, zawieszam wszelką aktywność, także blogową, na czas nieokreślony. Mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy.

14. czerwca 2009, 15:30 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

czwartek, 4 czerwca 2009

festiwal obłudy

"Proszę Państwa, 4. czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm" - te słowa Joanny Szczepkowskiej przeszły do historii. Problem w tym, że owego dnia do historii przeszedł nie komunizm, a co najwyżej socjalizm. Chociaż niektórzy twierdzą - częściowo nie bez racji - że trwa do dzisiaj. A komunizm skończył się w Polsce znacznie wcześniej - kwestią jest tylko, czy w momencie śmierci Bieruta, Stalina, czy może w 1956 roku, po X zjeździe KPZR. Osobiście skłaniam się ku tej pierwszej wersji, ale ze mnie taki historyk jak z koziej... ;]

Zresztą 4. czerwca jest tylko - podobnie jak np. 11. listopada - symbolem ważnych, ale długotrwałych wydarzeń. Żadne przemiany bowiem nie następują z dnia na dzień. Owszem, w tym dniu odbyły się wybory - częściowo tylko wolne, o czym wielu zapomina (tylko 35% miejsc w Sejmie otrzymał OKP, zbudowany wokół "Solidarności"). Ale jest to symbol ważny i potrzebny. Tak jak Stocznia Gdańska, Okrągły Stół i wielki długopis Lecha Wałęsy.

Ale dziś zamiast świętować, obserwujemy festiwal hipokryzji. Z jednej strony większość gazet i portali napisała dziś swoje tytuły słynną "solidarycą", a z drugiej strony w tych samych miejscach wykorzystuje się okazję, żeby politycznym przeciwnikom wrzucić kamyczek do ogródka. Nawet autorzy mojego ulubionego bloga wkleili obłudny tekst Igora Jankego, całkowicie się z nim solidaryzując... Przykład jednak idzie z góry. Politycy wzajemnie wkładają sobie kije w oczy (tym bardziej, że wybory tuż tuż), a Jaśnie Wielmożny Pan Prezydent narzeka znudzonym głosem, że święto to nie jest takie, jak powinno być i jemu jest z tego powodu bardzo przykro. Naprawdę, trzeba być kompletnym **** (nie napiszę, bo jeszcze mnie zamkną), żeby nie dostrzegać, że samemu się do takiej sytuacji doprowadziło. Polowanie na czarownice, szukanie TW, rozliczanie przeszłości przy udziale różnych Wildsteinów, ipeenów i innych Zyzaków etc.

Naprawdę nie obchodzi mnie, czy to wszystko było ukartowane, czy bezpieka kierowała ustaleniami przy Okrągłym Stole, a potem w Magdalence, czy Lech Wałęsa był Bolkiem, Lolkiem czy Reksiem, i czy przez płot Stoczni przerzucała go SB do spółki z wojskową generalicją. Pewnie coś w tym jest, ale całej prawdy i tak nie dowiemy się nigdy. Chociaż reżim musiał być słaby, bo inaczej Ruscy nigdy nie siedli by do rozmów, tylko zrobiliby to samo, co wcześniej na Węgrzech i w Czechosłowacji. Problem w tym, że zajmujemy się bezcelowym rozliczaniem przeszłości, zamiast choć trochę być dumnym z tamtych wydarzeń, które zwieńczyły niezwykły czas przemian w tej części Europy. Mur Berliński, Aksamitna Rewolucja, Stocznia Gdańska - te nazwy wymienia się jednym tchem. Scorpionsi śpiewali "Wind of Change", U2 - "New Year's Day", na całym świecie nazwisko Lecha Wałęsy jest chyba jedynym (obok Papieża) tak silnie kojarzącym się z Polską. Ciarki przechodziły po plecach, gdy mówił w Kongresie "We, the People"... Za przeproszeniem - nawet Murzyni skaczący po drzewach wiedzą, że "Wałęsa to ten, który obalił komunizm". A my nie potrafimy być z tego dumni, nawet jeśli prawda nie jest aż tak kolorowa, jakbyśmy chcieli. Czy naprawdę taka musi być ta polska mentalność? Nawet jak coś nam się uda, to i tak musi być źle, musimy wszystko spieprzyć, rozmienić na drobne, na siłę szukać dziury w całym...?

Dzieci mają tak czasami, że gdy zakryją rękami oczy, to są pewne, że ich nie widać. Panowie z Supergiganta, bracia K., wszyscy PiSowcy i wy, którym "Lechu" tak bardzo przeszkadza - jesteście jak te dzieci. Myślicie, że gdy się o Wałęsie ostentacyjnie będzie milczeć, to wszyscy o nim zapomną? Jeśli tak, to jesteście w błędzie. Jesteście małymi ludźmi i aż bije od was zazdrość, że to on zajął miejsce w historii, a was wiatr tej historii po prostu zmiecie. Wstyd mi za was. Trzeba wiedzieć, kiedy po prostu wypada siedzieć cicho. Nie będę, za waszym przykładem, życzyć nikomu niczego z okazji 4. czerwca, ani nikomu dziękować z pretensjonalną egzaltacją. To nie jest wasze święto, nie macie do niego moralnego prawa!

Zwykłych ludzi nie interesowały wtedy polityczne ustalenia na szczycie, mało ich pewnie obchodzą również teraz. Oni szli 4. czerwca do wyborów z nadzieją, że uda się coś zrobić razem, zmienić teraźniejszość i przyszłość. Taka była idea "Solidarności" - razem, bez podziałów. Ja miałem wtedy 6 lat i żałuję, że nie mogłem być bardziej świadomym świadkiem tamtych wydarzeń. Bo kolejnego takiego czasu w tym kraju już pewnie nie doczekam (proszę, nie mówcie mi, że mecz którejś reprezentacji w którąś piłkę jednoczy naród). Owszem, można mi zarzucić, że to ja powinienem siedzieć cicho, bo tamtych wydarzeń nie przeżyłem. Ale chyba jednak wiem wystarczająco dużo żeby tekst, w którym dziękuje się Michnikowi, Gwieździe, Kaczorom i Tuskowi, a perfidnie pomija się Lecha Wałęsę, uznać za Himalaje hipokryzji. Niezależnie od tego, co Wałęsa zrobił, robi i co zrobi jeszcze w przyszłości, jest legendą.

Maciej Pietrzyk śpiewał wtedy "o tych dniach pełnych nadziei, pełnych rozmów i sporów gorących, o tych nocach kiepsko przespanych, o tych sercach mocno bijących (...) o tych ludziach, którzy poczuli, że są teraz wreszcie u siebie, solidarnie walczą o dzisiaj i o jutro także dla Ciebie". Aż dziwne, że te słowa mogły powstać w tym kraju, że to się działo naprawdę. A jednak... I zamiast być z tego dumni... Ech...

Przykro, po prostu przykro...

4. czerwca 2009, 23:20 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

sobota, 30 maja 2009

listel ibn Ladena do celebrytów

Kilkanaście dni temu internet rozgrzała do czerwoności debata nad językiem polskim. A pretekstem do niej nie były bynajmniej wyniki matury, choć na kreatywność młodzieży kończącej szkoły średnie jak zwykle można było liczyć (w tym roku niekwestionowanym zwycięzcą jest maturzysta, który napisał, że Antoni Czechow był pierwszym prezydentem Rosji). Internautów podzielił były pracownik oświaty, pan Edward Janczarek, który domaga się reformy ortografii i ujednolicenia pisowni "podwójnych literek", spędzających sen z powiek milionom uczniów (i nie tylko). Pan Edward nie tylko domaga się tego w domowym zaciszu, ale też powysyłał stosowne pisma do wszystkich świętych, profesorów, polonistów, a także do Janusza Palikota (poważnie!).

Oczywiście mało kto spośród marzących, żeby było tylko jedno "u", "żet" i "ha" wie, że nie jest to pierwsza próba tego typu. Już przed wojną powołano Komitet Ortograficzny, którego członkowie w 1936 roku ostro popili (co jest tajemnicą poliszynela) i przeprowadzili reformę, która "przyklepała" większość poprzednich zmian pisowni, oraz wprowadziła kilka własnych propozycji (przedtem np. słowo "puhar" pisało się właśnie tak). Podobno członkowie tegoż Komitetu ustalili również, że na następnym spotkaniu zlikwidują te sławetne "podwójne literki". Wybuch II wojny światowej uniemożliwił jednak kolejne zebranie, dzięki któremu członkowie Komitetu mogli uzyskać nieśmiertelną sławę oraz wieczną cześć i uwielbienie milionów dzieciaków, którym po nocach śnią się dyktanda i klasówki z polskiego. Może nawet otrzymaliby pomnik. Z inskrypcją: "Wspaniałym Dobroczyńcom - wdzięczna młodzież szkolna miast i wsi".

Wracając jednak do internetowej dyskusji. O wiele ciekawsze niż rozstrząsanie czy powinno być "ce-ha" i "samo ha", jest zadanie sobie pytania, w jaki sposób kształtuje się język którym mówimy, oraz jak bardzo my - jako jego użytkownicy - mamy prawo w niego ingerować. Poszukiwanie odpowiedzi na to pytanie prowadzi nas wprost do osoby wybitnego językoznawcy szwajcarskiego - Ferdinanda de Saussure. Dokonał on słynnego rozróżnienia na la langue (język sam w sobie, jako system znaków i reguł ich tworzenia) oraz parole (indywidualne przykłady użycia języka, czyli konkretne wypowiedzi pojedynczych osób). Ponieważ parole jako sposób mówienia (w sensie dobieranych słów) charakterystyczny dla każdego z nas jest kwestią indywidualną, nie podlega żadnym ograniczeniom. Kwestią wolności każdego człowieka jest, czy ten sam sens komunikatu wyrazi za pomocą słów: "Spier***" czy: "Może byś tak uprzejmie sprawdził, czy nie ma cię w drugim pokoju i został tam, uprzednio zamykając za sobą drzwi, ponieważ pokój nie lubi być pusty". Zastanówmy się jednak kto, kiedy i na jakiej podstawie może dokonywać zmian w la langue, narzucając wszystkim komunikującym się danym językiem reguły poprawności. Kto lub co uprawnia grupkę profesorów do ingerowania w sam rdzeń kodu komunikacji?

Współcześnie jednak niewielki procent ogółu społeczeństwa stosuje się do reguł brodatych członków Rady Języka Polskiego, więc - możecie powiedzieć - pytanie to nie ma sensu, bo "profesorowie sobie, a każdy i tak będzie mówił jak chce". Zgoda, idźmy tym tropem. Jeśli nie językoznawcy, to kto ma współcześnie wpływ na to, jak mówimy, jakich słów dobieramy, jakimi wyrażeniami się posługujemy? Rodzina, koledzy, otoczenie społeczne. W porządku. A oni skąd czerpią inspiracje? Eee... z mediów...? Bingo! To media kształtują, mniej lub bardziej, sposób w jaki mówimy. Czy tego chcemy, czy nie. Gorzej, gdy media zaczynają być tego świadome i starają się kształtować nasz język według własnego "widzimisię". Szczególnie celuje w tym tygodnik "Polityka", który swego czasu próbował przeforsować polską wersję słowa "e-mail". Ponieważ "poczta elektroniczna" jest za długie i tym samym niepraktyczne, wymyślono słówko "listel" (jako skrót od "list elektroniczny"). No, sprytne, fajne, tylko w ogóle się nie przyjęło, mimo usilnych starań "Polityki", kampanii i artykułów prasowych (do dziś chyba ta wersja widnieje w stopce każdego numeru pisma). Po prostu Polacy wcześniej zasymilowali słowo "mejl" i już się teraz ich siekierą od tej wersji nie odrąbie. Oczywiście, to nie tylko polska specyfika, skąd. Na całym świecie na określenie komputera przyjęły się różne warianty angielskiego słowa "computer", nagięte tylko do potrzeb danego języka. Z najpopularniejszych języków chyba tylko francuski i hiszpański mają własne odpowiedniki tego słowa (odpowiednio "ordinateur" i "ordenador"), chociaż sprytni Hiszpanie praktycznie nie używają wersji narzuconej im przez brodatych, lecz posługują się też kalką z angielskiego: "el computador".

Wracając jednak do słowotwórczych zapędów polskich mediów. Nowszym, wspólnym pomysłem "Polityki" i "Wyborczej" jest lansowanie słówka "celebryci" na określenie osób, które są znane z tego, że są znane. Oczywiście, spolszczenie słowa celebrities jest tak sztuczne jak nos Michaela Jacksona, ale publicyści owych gazet posługują się tym potworkiem (słowem, nie nosem Michaela Jacksona rzecz jasna) we wszelkich dyskusjach i programach telewizyjnych, aby je właśnie na siłę spopularyzować. Inny przykład. Po zamachach 11.września głośno stało się na całym świecie o pewnym Arabie nazwiskiem... no właśnie... "Wyborcza" pisała "ben Laden", "Rzeczpospolita" - "ibn Laden", a jeszcze inne pisma - "bin Laden". No to jak on się w końcu nazywa?! Poszukując właściwej pisowni natkniemy się naturalnie na mnóstwo sprzecznych źrodeł. Jedni twierdzą, że to zależy od tego, czy używamy arabskiego klasycznego, czy nie; inni - że istotne jest, czy przed naziwskiem podajemy imię czy nie (czyli "Osama bin Laden był tu i tu", ale "zwolennicy ibn Ladena"). Cały ten cyrk sprawiał wrażenie, że każda z gazet chciała pokazać, jaka to jest "ynteligentna" posługując się inną formą nazwiska niż konkurenci. Cud, że nie doszło pomiędzy zwolennikami wymienionych pism do rękoczynów, w celu udowodnienia poprawności własnej wersji pisowni nazwiska diabłu ducha winnego Araba. Owszem, co nas obchodzi przywódca... hmm... Al-Kaidy? (spotkałem się też z wersją Al-Qaida...). Ale aż strach pomyśleć, co by się działo, gdyby jedni dziennikarze pisali "Tusk", a inni "Tósk"...

Zresztą - co jest chyba oczywiste - każdy język jest specyficzny. Więc dosłowne tłumaczenie na nasz język wszystkiego co się rusza, często naraża jedynie na śmieszność. A w najlepszym przypadku na nieporozumienia i zagubienie sensu pierwotnych aluzji i ukrytych znaczeń, które w oryginale były oczywiste. Wiedzą o tym najlepiej tropiciele błędów w tłumaczeniach zagranicznych tytułów filmów i list dialogowych na język polski. Dlatego znacznie lepiej jest zostawić coś w oryginalnym brzmieniu, niż dokonać takiego morderstwa, jakie popełniono na tytule najpopularniejszego obecnie serialu medycznego. Nawet w USA chyba tylko niewielki procent fanów Grey's Anatomy dostrzega prostą, ale genialnie subtelną aluzję w tytule, czytelną zapewne dla wszystkich studentów medycyny w krajach anglojęzycznych. Niestety, ten kto tak topornie przetłumaczył ten tytuł jako "Chirurdzy", pozbawił możliwości odkrycia tego smaczku co bystrzejszych polskich widzów. A takich przykładów są setki...

Konkludując, wszelkie próby ingerowania w język, jakim posługują się ludzie, są bezsensowne. I nie tylko dlatego, że chęć narzucenia społeczeństwu własnej wersji jakiegoś słowa przypomina zawracanie Wisły kijem; ludzie będą mówić między sobą jak im się żywnie podoba, a nie jak im ktoś narzuci. I to właśnie zmiany w parole powinny kształtować la langue, a nie odwrotnie. Powinniśmy obserwować jak mówi większość i na tej podstawie modyfikować rdzeń języka. Jeśli większość posługuje się słowem "imejl" a nie "listel", to należy włączyć "imejl" do naszego języka. Wiem, że to bardzo egalitarystyczne podejście, ale akurat w przypadku języka uzasadnione. Bo to język jest dla ludzi, a nie ludzie dla języka. Bo to ludzie asymilują język, są warunkiem sine qua non jego istnienia (spójrzcie na setki dialektów, które zanikają, bo wymierają ci, którzy się nimi posługiwali), wreszcie - to ludzie przekazują język, jako podstawę tradycji, kultury, kolejnym pokoleniom. Dzieci uczą się mówić słuchając innych, rodziców, kolegów, a nie czytając "Słownik Języka Polskiego". Bez Rady Językowej i Komitetu Ortograficznego nasz język przetrwa, bez nas - nigdy... Bo język to my.

30. maja 2009, 23:20 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

sobota, 23 maja 2009

K-PAX

Jesteś psychologiem klinicznym. Pracujesz w renomowanej klinice psychiatrycznej. Od lat stosujesz te same lekarstwa, przywiązany jesteś do tych samych technik, terapii. Jesteś pewny, że nic Cię już nie jest w stanie zaskoczyć.

Pewnego wiosennego dnia przywożą pacjenta. Na dworcu napadnięto kobietę, on był w pobliżu, pomógł jej wstać. Policjanci przesłuchiwali świadków, on nie miał przy sobie dokumentów i utrzymywał, że przybył z kosmosu. Więc policja wysyła go do kliniki. Bo gdzieżby indziej. Tajemniczy pacjent intryguje Cię. Decydujesz się wziąć jego "sprawę". Na pierwszy rzut oka wygląda i zachowuje się jak człowiek, mówi Twoim językiem. No, może tylko te ciemne okulary, które nosi przez cały czas. Ale gdy w gabinecie, podczas sesji, zasłaniasz okna i przyciemniasz lampy, zdejmuje te okulary. Może po prostu ma nadwrażliwość na światło. W międzyczasie laboranci przeprowadzają na nim wszelkie testy. Zdrowie, pamięć, wszelkie zmysły - wszystko w jak najlepszym porządku. Zgadza się, ma nadwrażliwość na jasne światło, a poza tym odbiera promieniowanie w zakresie 300-400 angstremów (czyli po prostu "widzi" ultrafiolet). To już jest niebywałe - myślisz, ale próbujesz bagatelizować tą anomalię. W trakcie sesji starasz się poznać go lepiej, ponad to, co mówią testy medyczne. Odkrywasz, że ma niesamowitą wiedzę ogólną, praktycznie ze wszystkich dziedzin nauki, a z matematyki i fizyki - wręcz wybitną. Geniusz - myślisz - zdarzają się tacy. Obserwujesz, jak zachwyca się smakiem owoców. Pewnie je uwielbia - notujesz w myślach. Chcesz wiedzieć o nim więcej, poznać jego osobowość, relacje społeczne, przeszłość, odkryć dlaczego ucieka w inną tożsamość, dlaczego podaje się za kosmitę. Ale on nie daje Ci tej szansy. Przedstawia Ci zadziwiająco spójny świat. Jest z innej planety, podróżuje po wszechświecie, obserwuje jak się żyje w różnych galaktykach, teraz trafił na Ziemię. Nie operuje znanymi Tobie kategoriami pojęciowymi. Rodzina, szkoła, dzieciństwo, bracia, siostry, przyjaciele - czegoś takiego nie ma na jego planecie. A przy tym jest dla Ciebie przerażająco logiczny. W jego opowiadaniu nie ma nutki wahania, ani jednego zająknięcia, wszystko pasuje do siebie jak w najlepszej układance. Tak jakby to była faktycznie prawda... Ale to nie może być prawda! - protestujesz. Przecież on nie może być kosmitą. Nie ma życia na innych planetach!

Chcesz, żeby Ci opowiedział więcej o swoim świecie. Masz w rodzinie astronoma, prosisz go o przygotowanie jakichś podchwytliwych pytań. Ale Twój pacjent na wszystkie odpowiada bez zarzutu, co więcej - opisuje Ci w szczegółach swoją planetę i jej otoczenie. I okazuje się, że to faktycznie niedawno odkryty gwiazdozbiór. Wszystko się zgadza! Ale o tym wie tylko trzech profesorów na świecie. Skąd wie o tym znaleziony na dworcu schizofrenik?! Zaczynasz zadawać sobie coraz więcej pytań... Zapraszasz go do domu na niedzielny obiad. Może widok szczęśliwej rodziny coś w nim odblokuje... Ale on porozumiewa się z Twoim psem! Przedstawia Ci świat z perspektywy Twojego psa - jak go traktujesz Ty, Twoje dzieci... Wciąż starasz się przekonywać siebie, że to "normalny" pacjent, ale zaczyna brakować Ci argumentów...

A co najgorsze on zaczyna leczyć innych pacjentów z Twojej kliniki! Pacjenci z maniami, fobiami, schizofrenią - wszyscy po rozmowie z nim zaczynają się zmieniać. Właśnie, po rozmowie! Mógłbyś pomyśleć, że on ma jakieś zdolności bioenergoterapeutyczne, jakieś specyficzne uzdolnienia, przecież zdarzają się tacy. Ale nie! On z nimi tylko rozmawia. A oni twierdzą, że po tych rozmowach czują się lepiej, że to im pomaga. Ludzie, których swoimi "sprawdzonymi" metodami nie potrafiłeś wyleczyć od lat. Spełnia się Twój zły sen - on jest dla nich kimś ważniejszym niż Ty, słuchają jego, nie Ciebie, wierzą jemu, nie Tobie. A przecież on tylko mówi, że słucha ich i mówi do nich ich językiem. Nic więcej. Co za bezczelność! Tak, jak Ty byś mówił do nich do tej pory po chińsku... Trafia na oddział dziecięcy. Jest tam mały pacjent z autyzmem. Bardzo zaawansowanym. Nikomu jeszcze nie udało się nawiązać z nim kontaktu. Ale Twój pacjent podchodzi do chłopca. I następuje niemal cud! Podczas tej rozmowy widzisz przez kilka minut zdrowe, normalne dziecko, swobodnie komunikujące się z nim. Właśnie - z nim. On odchodzi, a mały pacjent wraca do swojego smutnego stanu. Ty znowu stoisz przed nieprzekraczalną barierą autyzmu...

Nie potrafisz go rozgryźć. Ten jego spokój, opanowanie, konsekwencja, a przede wszystkim skuteczność, są dla Ciebie wręcz denerwujące. Czasami wydaje ci się, że on z Ciebie drwi. Najgorsze jest to, że Ty zaczynasz mniej myśleć o nim, a bardziej o sobie. Bo on z każdym kolejnym dniem rozbiera na kawałki Twoją pewność siebie, dekonstruuje Twój wygodny, spokojny, przewidywalny świat. Naraża na szwank Twoją zawodową opinię, karierę. Nie reaguje na żadne leki. Raz nawet znika na kilka dni. Może jakoś wymknął się niezauważony - myślisz, ale chyba już sam w to nie wierzysz... Ale nie! Nie poddasz się tak łatwo! On musi mieć jakiś słaby punkt. Każdy ma. Znajdziesz ten słaby punkt. Udowodnisz, że to człowiek taki jak my, tylko z problemami. Tymczasem Twój pacjent mówi Ci, że 27. lipca wraca na swoją planetę. Tradycyjna wiedza psychologiczna podpowiada Ci, że w tym dniu może on sobie albo komuś zrobić krzywdę. Masz mało czasu. Trzy tygodnie. Wpadasz na pomysł. Jest sposób, jak go rozszyfrować. Chwytasz się ostatniej chyba deski ratunku, jaką jest hipnoza...

On nazywa się prot (tak, z małej litery) i pochodzi z planety K-PAX. Ty jesteś mieszkańcem planety, którą my nazywamy Ziemią, a mieszkańcy wszechświata - planetą B-TIK. Ty nie wierzysz w życie na innych planetach, ani żadne międzygwiezdne podróże na promieniu światła. On też chyba nie ma złudzeń, że uwierzysz. Ale ma jeszcze nadzieję, że na swój świat spojrzysz z nieco innej perspektywy, że zaczniesz dostrzegać piękno tego świata, które jest tuż obok Ciebie, a którego nie zauważasz, goniąc za pieniędzmi, imprezami, sławą, karierą... Że zaczniesz słuchać swoich pacjentów, a nie tylko ich leczyć... Że zrozumiesz, że każdy zasługuje na swoją szansę, niezależnie od tego, jaki jest, w co wierzy, co o sobie mówi...

Wbrew pozorom to nie jest opowieść o nim. To jest opowieść o Tobie...

Nie mogłem napisać tego tekstu w ramach recenzji, gdyż zarówno książka Gene'a Brewera "K-PAX", jak i powstały w oparciu o nią wybitny film Iana Softley'a (o tym samym tytule) tworzą nierozerwalną całość. A ponadto - w mojej opinii - wykraczają daleko poza standardową twórczość. Dla mnie są czymś w rodzaju "way of life", miały pewien wpływ na wybór moich studiów, na tytuł tego bloga, na moje zainteresowania... W trakcie niesamowitej sceny, kiedy prot rozmawia z autystycznym chłopcem, wręcz ciarki przechodziły mi po plecach. I pewnie będę nieobiektywny twierdząc, że książka ta powinna być lekturą obowiązkową na studiach psychologicznych. Bo to nie jest fantastyka pełna zielonych ludzików z antenkami, trójgłowych potworów i gwiezdnych wojen. To jest historia zwykłych ludzi, którzy stykają się z czymś niezwykłym. To jest opis procesu, podczas którego lekarz staje się pacjentem, a pacjent - lekarzem. To jest potwierdzenie tezy, że nie zawsze akademicki tytuł i lata doświadczeń wystarczają, aby skutecznie pomagać innym. Wreszcie - jest to moje prywatne przekonanie - że kosmici (a kto mnie zna, ten wie, że wierzę w życie pozaziemskie) jeśli kiedykolwiek pojawią się wśród nas, to nie w widowiskowy sposób znany z filmów typu "Dzień Niepodległości", tylko właśnie tak. Może właśnie ktoś z nas spotka na swojej drodze takiego prota, który odczyta nas jak otwartą książkę i przewróci do góry nogami nasz wygodny, przewidywalny świat... I co wtedy zrobimy? Nawiążemy z nim dialog, czy wyślemy go do "psychiatryka" i niech tam się martwią, co z nim zrobić...?

23. maja 2009, 22:10 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

niedziela, 17 maja 2009

lubię Eurowizję ;)

Konkurs piosenki Eurowizji to impreza, podczas której poziom kiczu, tandety oraz muzycznego i estetycznego bezguścia przekracza wszelkie europejskie normy. A jednak każdego roku poświęcam te dwie godziny, aby transmisję z Eurowizji obejrzeć. Nie, nic mi się w głowę nie stało. Naprawdę oglądam Eurowizję ;) Owszem, nie z nosem przyklejonym do ekranu telewizora, tylko robiąc jednocześnie coś innego. Dlaczego jednak w ogóle tracę czas, żeby śledzić występy podczas festiwalu, który jest już synonimem złego stylu i artystycznego banału?

Na pewno dlatego, że jest to impreza z ogromną tradycją. Również dla "sąsiedzkiego" głosowania (zwykle państwa głosują nie na piosenki, ale najwyższe noty przyznają zaprzyjaźnionym i sąsiedzkim krajom: Niemcy - Turkom, Andora - Hiszpanii, Białoruś - Rosji itd.). Także dla genialnego komentarza Artura Orzecha. W inteligentnie ironiczny, a nieraz złośliwy wręcz sposób wyśmiewa on wszelkie wady Eurowizji oraz kiczowatość rozmaitych artystycznych popisów, a jednocześnie potrafi docenić to, co naprawdę nietuzinkowe. Oglądam festiwal też dlatego, że pośród morza tandety zawsze znajdzie się choćby jedna propozycja wybitna (vide bośniacki zespół Hari Mata Hari sprzed bodaj trzech lat).

Ale przede wszystkim oglądam Eurowizję dla tych wszystkich artystów, którzy z kiczowatej konwencji Eurowizji robią sobie po prostu jaja. Tak tak, oglądam Eurowizję, żeby się pośmiać. Parodie na Eurowizji były, są i - mam nadzieję - będą. Chociaż może nie są już tak doceniane jak kiedyś, już nie zajmują czołowych miejsc. Ale nadal trzymają się nieźle. Wystarczy kilka przykładów z ostatnich lat. Przede wszystkim należy wspomnieć zwycięstwo fińskiego zespołu LORDI w 2006 roku (muzycy poprzebierani jak bestie z horroru). Norwegowie kiedyś przysłali zespół w stylu KISS, z wokalistą-transwestytą, Mołdawię reprezentowała folk-punkowa kapela ze staruszką grającą na ogromnym bębnie, Łotysze poprzebierali się za piratów, a Niemcy z kolei wystawili zespół country - muzycy poprzebierani za kowbojów, kręcące się gitary i kaktusy na scenie :D Zawsze można w tej materii liczyć na Francuzów: dwa lata temu przysłali kapelę facetów ubranych na różowo, a rok temu wystąpił sam wielki Sebastian Tellier, który na scenę wjechał melexem, potem nawdychał się helu z trzymanej w ręku gumowej kuli i śpiewał piskliwym głosem, a akompaniował mu chórek kobiet z brodami. Rok temu znakomity był również bośniak Elvir "Laka" Laković, który podczas swojego występu rozwiesił na scenie pranie, z towarzyszeniem babć poubieranych w ślubne suknie. Chociaż i tak mistrzostwo wszechczasów należy się Ukrainie. W 2007 roku reprezentował ich facet przebrany za kobietę skrzyżowaną z teletubisiem, z wielką ruską gwiazdą na głowie i piosenką pełną politycznych i seksualnych aluzji. Naprawdę niemal umarłem ze śmiechu oglądając ten występ; dla takich popisów warto poświęcić te dwie godziny w majowy, sobotni wieczór.

W tym roku też nie było najgorzej. Nie brakowało ludzi, którzy pokazali, co myślą o obecnej formule Eurowizji i zmieszali z błotem całą konwencję tego festiwalu. Belgów reprezentował klon Elvisa Presleya, Czesi przysłali zespół cygański, kabaret zrobili Łotysze, dla Niemców śpiewał amerykański wokalista, Francuzi wystawili słynną Patricię Kaas, a wszystkich i tak przebili Serbowie - kapitalny występ faceta z fryzurą z kategorii "piorun w rabarbar". Niestety, większość tych parodii nie przeszła nawet fazy półfinałowej... Europejczycy woleli miałkie, popowe pioseneczki. Więc zamiast zachwycać się dziś tegorocznym zwycięzcą - urodziwym, młodym Norwegiem i jego kompletnie bezbarwnym utworem, powróćmy pamięcią do najlepszego eurowizyjnego występu ever. Enjoy! :)



17. maja 2009, 14:10 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

sobota, 16 maja 2009

my way

"Co dzień,
gdy przejdziesz próg,
jest tyle dróg
co w świat prowadzą

I znasz sto mądrych rad,
co drogę w świat wybierać radzą

I wciąż ktoś mówi ci,
że właśnie w tym tkwi sprawy sedno

Byś mógł z tysiąca dróg
wybrać tę jedną


Gdy tak zrządzi traf,
że świata praw
nie zechcesz zmieniać

I gdy kark umiesz zgiąć,
gdy siłą wziąć
sposobu nie ma

Gdy w tym nie zgubisz się,
nie zwiodą cię niełatwe cele

Wierz mi, na drodze tej
osiągniesz wiele


Znajdziesz na tej jednej z dróg
i kobiet śmiech, i forsy huk

Choćby cię kląć świat cały miał,
lecz w oczy nikt nie będzie śmiał

Chcesz łatwo żyć,
to śmiało idź, idź taką drogą


I nim, nie raz, nie sto,
osiągniesz to, mój przyjacielu

I nim przetarty szlak wybierzesz,
jak wybrało wielu

I nim w świat wejdziesz ten,
by podług cen
pochlebstwem płacić

Choć raz, raz pomyśl,
czy czegoś nie tracisz...


Bo przecież jest niejeden szlak,
gdzie trudniej iść, lecz idąc tak

Nie musisz brnąć w pochlebstwa dym
I karku giąć przed byle kim
Rozważ tę myśl, a potem idź,
idź swoją drogą..."

(słowa: Paul Anka dla Franka Sinatry, tłumaczenie: Wojciech Młynarski)

Często myślę, że to chyba najpiękniejszy i najprawdziwszy tekst, jaki napisano na tej planecie. Ale jeszcze częściej chciałbym, żeby te słowa jednak nie były prawdą...

16. maja 2009, 00:30 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego