Niezwykle rzadko zdarza mi się mówić jednym głosem ze środowiskiem tzw. feministek. Nadeszła jednak odpowiednia okazja. Oto bowiem w miniony weekend media umiarkowanie głośno, ale z nieskrywanym entuzjazmem informowały, iż już niedługo "walka z rakiem będzie obowiązkowa". Ministerstwo Zdrowia jest bowiem "zdeterminowane", aby jak najszybciej wprowadzić ustawę, która sprawi, że badania mammograficzne i cytologiczne będą obligatoryjne. I przeciw temu piramidalnemu kretyństwu odważyły się publicznie zaprotestować jedynie feministki.
Oczywiście - badania umożliwiające wczesne wykrywanie raka i innych poważnych chorób powinno się wykonywać. Ale żadne państwo nie ma prawa nakazać swoim obywatelom, aby takie badania robili. Bo w tym momencie rozpoczyna się już totalitaryzm. Właśnie tak, totalitaryzm - gdyż państwo, które wie lepiej od obywatela, co jest dla tego obywatela dobre, jest państwem totalitarnym. I niczym nie różni się od tego, co w swojej najsłynniejszej książce opisał swego czasu Eric Arthur Blair (ksywa: George Orwell).
Ludzie zakażeni polityczną poprawnością oburzają się często, gdy np. Janusz Korwin-Mikke określa Unię Europejską czy nawet nasze wspaniałe państwo mianem organizacji faszystowskich. Co z tego, że mało kto wie, czym właściwie jest faszyzm; ważne, że na dźwięk tego strasznego słowa na "F" zapala się ludziom w głowach szereg wstrząsających skojarzeń: Hitler, II wojna światowa, Oświęcim. Więc jakie ma znaczenie, że Hitler nie był faszystą tylko nazistą, a faszyzm jako doktryna polityczna wcale nie ma w programie prowadzenia wojny ze wszystkimi dookoła i eksterminacji jegomościów w gustownych jarmułkach. Zgoda, Korwin-Mikke czasami zbyt ochoczo szafuje "faszyzmem" w politycznych debatach, ale tego co planuje Ministerstwo Zdrowia nie można nazwać inaczej, jak działaniem w stylu państwa totalitarnego.
W normalnym ustroju, dorosły, zdrowy na umyśle człowiek jest odpowiedzialny za siebie. Nie chce zrobić mammografii, nie chce ubrać kasku jadąc na rowerze, nie chce zapiąć pasów w samochodzie - jego sprawa. I państwu nic do tego. W razie czego bowiem - ucierpi tylko on sam. Oczywiście, wymaga to zlikwidowania państwowej służby zdrowia, gdzie za leczenie człowieka X płaci "całe społeczeństwo", a nie sam zainteresowany człowiek X, ale to jest szybko do zrobienia. Najtrudniejsza będzie zmiana świadomości ludzi, gdyż w reakcji na taki pomysł jak wyżej opisywany, powinni wyjść na ulice liczniej niż ta cała "Solidarność", która zmobilizowała do walki z socjalizmem pół kraju, a chodziło przecież tylko o podwyżkę cen kiełbasy, a nie o najbardziej intymną wolność osobistą. W Stanach, gdy ten czarnoskóry pajac forsował przymusowe ubezpieczenie zdrowotne, z transparentami wyszło parę milionów ludzi. U nas odwagę mają tylko marginalizowane feministki, a większość ludzi komentuje propozycję ustawy słowami w rodzaju: "Bardzo dobry przepis, dzięki temu na pewno uratuje się wiele kobiet".
Bardzo możliwe, że tak. Ale w takich przypadkach nie chodzi o efekty, a o zasadę. Zasadę, że nie wolno - w imię niczego - naruszać wolności wyboru dorosłego, odpowiedzialnego człowieka. Gdyż jeden taki przepis jest jak wstawienie stopy w drzwi i pociągnie za sobą kolejne. I pewnego dnia obudzicie się w państwie, które nakazuje Wam robić o wiele bardziej naruszające intymność rzeczy niż mammografia, rzekomo dla Waszego własnego dobra. "Obudzicie się", gdyż mnie to już nie będzie dotyczyć. Współczuję kobietom, ale jak wielokrotnie obiecywałem, w dniu, w którym nasze państwo - na sztandarach walki z czymśtam - wprowadzi jakiekolwiek obowiązkowe badania medyczne dla mężczyzn, zrzeknę się formalnej przynależności do tego państwa (popularnie zwanej "obywatelstwem"). A w skrajnej ostateczności - wyjadę. Do kraju, gdzie rządzi jakiś bandyta, bo paradoksalnie tam jest więcej wolności niż w Nowej Wspaniałej Unii Europejskiej.
24. maja 2011, 21:23 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
P.S. Zastanawia mnie jeszcze, jakie będą konsekwencje niepodporządkowania się nowemu prawu. Czy powstaną Patrole Cytologiczne, siłą doprowadzające dziewczyny na badania. Czy od razu ewaporacja...?
wtorek, 24 maja 2011
niedziela, 15 maja 2011
Suomi on maailman paras !!!
Całe życie czekałem na ten obrazek...

Poprzedniego (i jedynego do wczoraj) mistrzostwa świata w hokeju dla Finów nie pamiętam. To było 16 lat temu. 16 długich lat niepowodzeń, upokorzeń i przede wszystkim niebywałego pecha. Porażki po karnych, po dogrywkach, po bramkach traconych w ostatnich sekundach.

Jakoś to jest wszystko nierzeczywiście hollywoodzkie. To poprzednie Mistrzostwo - z 1995 roku - zdobyte zostało w Szwecji, po zwycięstwie w finale ze Szwecją. I teraz też zwycięski finał ze Szwecją. Z tą Szwecją, z którą mecze zostały jakby obłożone klątwą. Z tą Szwecją, z którą w ostatnich latach Finowie przegrali wszystko, co najważniejsze, z finałem olimpijskim w Turynie na czele. I z tą koszmarną klęską, która do dziś pewnie śni się niektórym po nocach - w ćwierćfinale 2003 roku, na własnych lodowiskach, gdy w połowie 2. tercji było 5-1 dla Finów, a skończyło się 5-6.
Jakoś to jest tak patetycznie banalne, że ten szwedzki kompleks udaje się przełamać w najważniejszym momencie, jak gdyby zły los na moment odwrócił swoją twarz i pozwolił się odegrać za wszystkie dotychczasowe dramaty. Bo to nie było zwycięstwo. To była egzekucja! 6-1!!! Trzecia tercja: 5-0.
Zresztą, do diabła z symboliką. Przez te ostatnie lata zaczynałem się obawiać, że nie dożyję tej chwili...

Warto było czekać! :D
Nie wyobrażam sobie, co teraz się dzieje w Helsinkach...
15. maja 2011, 23:31 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

Poprzedniego (i jedynego do wczoraj) mistrzostwa świata w hokeju dla Finów nie pamiętam. To było 16 lat temu. 16 długich lat niepowodzeń, upokorzeń i przede wszystkim niebywałego pecha. Porażki po karnych, po dogrywkach, po bramkach traconych w ostatnich sekundach.

Jakoś to jest wszystko nierzeczywiście hollywoodzkie. To poprzednie Mistrzostwo - z 1995 roku - zdobyte zostało w Szwecji, po zwycięstwie w finale ze Szwecją. I teraz też zwycięski finał ze Szwecją. Z tą Szwecją, z którą mecze zostały jakby obłożone klątwą. Z tą Szwecją, z którą w ostatnich latach Finowie przegrali wszystko, co najważniejsze, z finałem olimpijskim w Turynie na czele. I z tą koszmarną klęską, która do dziś pewnie śni się niektórym po nocach - w ćwierćfinale 2003 roku, na własnych lodowiskach, gdy w połowie 2. tercji było 5-1 dla Finów, a skończyło się 5-6.
Jakoś to jest tak patetycznie banalne, że ten szwedzki kompleks udaje się przełamać w najważniejszym momencie, jak gdyby zły los na moment odwrócił swoją twarz i pozwolił się odegrać za wszystkie dotychczasowe dramaty. Bo to nie było zwycięstwo. To była egzekucja! 6-1!!! Trzecia tercja: 5-0.
Zresztą, do diabła z symboliką. Przez te ostatnie lata zaczynałem się obawiać, że nie dożyję tej chwili...

Warto było czekać! :D
Nie wyobrażam sobie, co teraz się dzieje w Helsinkach...
15. maja 2011, 23:31 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
wtorek, 10 maja 2011
chichot historii
poniedziałek, 2 maja 2011
wojna o pokój
Amerykanie podobno wysłali wreszcie Osamę bin Ladena do Krainy Wiecznych Łowów. Nie rozumiem jedynie płynących zewsząd gratulacji i zachwytów. Przecież to wstyd! Najpotężniejsza armia świata, dysponująca najnowocześniejszą technologią i uzbrojeniem, potrzebowała prawie 10 lat i kilkunastu tysięcy zabitych po swojej stronie, aby zlikwidować faceta, ukrywającego się w kraju biednym jak mysz kościelna. A największe jaja były na początku operacji, jeszcze w 2001 roku, gdy jeden z zastępców bin Ladena - słynny mułła Omar - wymknął się z oblężonej przez Amerykanów twierdzy i uciekał przez pustynię na motorze. Na motorze! I go nie złapali! Mając do dyspozycji supernowoczesne urządzenia naprowadzające, radiolokacyjne i satelity, które z przestrzeni kosmicznej potrafią na powierzchni ziemi przeczytać gazetę.
Dziwne są też te wszystkie peany pochwalne od przywódców państw, które swoich wojsk do Afganistanu nie wysłały. Przypominają trochę takie lizusowskie wazeliniarstwo w stylu: "Wy, Amerykanie, nasi wspaniali przyjaciele. Dziękujemy wam za odwalenie za nas mokrej roboty". Ale najbardziej zdziwił mnie jeden z komentarzy, uroczo obficie kopiowany potem w sieci, jakoby upolowanie bin Ladena było "wielkim zwycięstwem demokracji". Demokracji?! Co ma demokracja wspólnego z operacją wojskową? Chyba, że w oczach kogoś, kto dzieli świat na dwie kategorie: my, wszyscy dobrzy ludzie = demokracja vs. wszyscy źli ludzie = terroryzm. Ów ktoś jest oczywiście kretynem, jego sprawa, ale dlaczego zajmuje się dyplomacją albo polityką?
Ta wojna nauczyła nas jeszcze jednego. Konfrontacja z bezkompromisowymi muzułmanami obnażyła wszelkie słabości armii poborowej, złożonej z normalnych chłopaków z normalnych rodzin, którzy na froncie nabawiają się PTSD i tym podobnych. Armie powinny być już nawet nie zawodowe, ile wręcz prywatne - coś na wzór amerykańskiej Blackwater. I złożone wyłącznie z dobrze opłacanych najemników, pozbawionych skrupułów, pozbawionych wszelkich religijnych ograniczeń i wszelkiej moralności. Takich hybryd Rambo z Robocopem, dla których zabić człowieka to jak pstryknąć palcami. Oczywiście - pokój jest jedną z najważniejszych wartości, ale jeśli już ktoś nas napadnie, to będę pewny swojego bezpieczeństwa tylko wówczas, gdy bronić mnie będzie właśnie taki osiłek, zdolny bez mrugnięcia okiem ukręcić wrogowi głowę, a nie dwudziestolatek, który jak przypadkowo zastrzeli przeciwnika, to zaraz musi biec do psychologa.
Amerykanie stracili kilkanaście tysięcy takich chłopaczków polując na JEDNEGO Araba. Co będzie, gdy takich Arabów - żądnych naszej krwi, bezlitosnych, nie wahających się nożem do obierania ziemniaków poderżnąć gardło - przyjdzie kilka tysięcy?
2. maja 2011, 18:55 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Dziwne są też te wszystkie peany pochwalne od przywódców państw, które swoich wojsk do Afganistanu nie wysłały. Przypominają trochę takie lizusowskie wazeliniarstwo w stylu: "Wy, Amerykanie, nasi wspaniali przyjaciele. Dziękujemy wam za odwalenie za nas mokrej roboty". Ale najbardziej zdziwił mnie jeden z komentarzy, uroczo obficie kopiowany potem w sieci, jakoby upolowanie bin Ladena było "wielkim zwycięstwem demokracji". Demokracji?! Co ma demokracja wspólnego z operacją wojskową? Chyba, że w oczach kogoś, kto dzieli świat na dwie kategorie: my, wszyscy dobrzy ludzie = demokracja vs. wszyscy źli ludzie = terroryzm. Ów ktoś jest oczywiście kretynem, jego sprawa, ale dlaczego zajmuje się dyplomacją albo polityką?
Ta wojna nauczyła nas jeszcze jednego. Konfrontacja z bezkompromisowymi muzułmanami obnażyła wszelkie słabości armii poborowej, złożonej z normalnych chłopaków z normalnych rodzin, którzy na froncie nabawiają się PTSD i tym podobnych. Armie powinny być już nawet nie zawodowe, ile wręcz prywatne - coś na wzór amerykańskiej Blackwater. I złożone wyłącznie z dobrze opłacanych najemników, pozbawionych skrupułów, pozbawionych wszelkich religijnych ograniczeń i wszelkiej moralności. Takich hybryd Rambo z Robocopem, dla których zabić człowieka to jak pstryknąć palcami. Oczywiście - pokój jest jedną z najważniejszych wartości, ale jeśli już ktoś nas napadnie, to będę pewny swojego bezpieczeństwa tylko wówczas, gdy bronić mnie będzie właśnie taki osiłek, zdolny bez mrugnięcia okiem ukręcić wrogowi głowę, a nie dwudziestolatek, który jak przypadkowo zastrzeli przeciwnika, to zaraz musi biec do psychologa.
Amerykanie stracili kilkanaście tysięcy takich chłopaczków polując na JEDNEGO Araba. Co będzie, gdy takich Arabów - żądnych naszej krwi, bezlitosnych, nie wahających się nożem do obierania ziemniaków poderżnąć gardło - przyjdzie kilka tysięcy?
2. maja 2011, 18:55 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Poisonblack - "Drive"
Dawno już nie polecałem w tym miejscu żadnej płyty, ale też już dawno nie ukazało się nic nowego, co zasługiwałoby, aby w tym miejscu się pojawić (nie ma to jak wysokie mniemanie o sobie). I oto - jak to zwykle bywa - zaskoczenie przychodzi w najmniej spodziewanym momencie. Ale ab ovo.Poisonblack to autorska kapela pana, który nazywa się Ville Laihiala i kiedyś był frontmanem nieodżałowanego zespołu SENTENCED. Aha - zauważy ktoś - będę nieobiektywny, gdyż skoro ubóstwiam dotychczasową twórczość lidera Poisonblack, to pogrążony w tęsknocie za SENTENCED będę koić ból wszystkim, co jest w jakimś stopniu z nim związane. Zgoda, kochałem SENTENCED artystyczną miłością bezwarunkową, jednak nie przeszkadzało mi to krytycznie spojrzeć na późniejszą twórczość Villego Laihiali. Cztery poprzednie albumy Poisonblack były wybitnie nierówne. Każdy zawierał kilka kapitalnych kawałków, ale też każdy - może poza "Dead Heavy Day" - pełny był ścieżek, które niczym szczególnym się nie wyróżniały. Każdy zawierał też jakiś feler - a to wokal Villego brzmiał jakby w dniu nagrania rozcieńczył Koskenkorvę kranówą, a to gitary grały sobie a muzom. I wreszcie błąd kardynalny - nad każdą płytą unosił się - w mniejszym lub większym stopniu - duch SENTENCED. To nie zbrodnia oczywiście, jednakże wykopywanie i reanimowanie trupa udało się dotąd tylko pewnemu szalonemu doktorowi nazwiskiem Frankenstein.
Dlatego - tak, przyznaję - postawiłem na Poisonblack pewnego rodzaju krzyżyk. Od zeszłorocznego "Of Rust And Bones" byłem przekonany, że odtąd będą już nagrywać solidne albumy, takie na szkolną czwórkę, które się fajnie słucha, ale jakoś się specjalnie do nich nie tęskni. A tu niespodzianka! Bez fanfar i fajerwerków kilka dni temu ukazał się "Drive". Nawet mi się specjalnie doń nie spieszyło - przecież zaledwie kilkanaście miesięcy upłynęło od ostatniej płyty, czyżby panowie z Oulu dostąpili w tym czasie twórczego olśnienia? Na pewno nie dostąpił go grafik - okładka jest koszmarna, dawno nie widziałem takiego paskudztwa, a myślałem, że po okładce ostatniej płyty zespołu Lordi nic mnie już nie zdziwi. Świnia z papierosem i gilotyna na kółkach. No, błagam...
Jednak, jak głosi stare przysłowie, nie ocenia się ludzi po okładce. I słusznie głosi, gdyż w środku mamy doszlifowany brylant. Muzycy wreszcie odesłali do diabła zabłąkanego ducha poprzednich dokonań i nagrali prawdopodobnie najlepszą płytę w karierze. Album jest w 100% zgodny z tytułem - od początku do końca mamy prawdziwą jazdę. Owszem, jest w tym też sporo tej charakterystycznej, cudownej, fińskiej melancholii. Ale wreszcie naprawdę wszystko ze sobą współgra - kapitalny wokal Villego, jak za najlepszych czasów SENTENCED, do tego energia, rasowe gitary, rewelacyjne melodie, radość grania. To wszystko już się szczątkowo pojawiało na poprzednich albumach, ale wreszcie dostajemy z tego spójną całość. 10 kawałków i żadnego "zapychacza" (może tylko "Futile Man" trochę się nudzi), a wręcz przeciwnie - co jeden, to hit. Bo i znakomity opening w postaci "Piston Head". I promujący płytę "Mercury Falling" (OK, teledysk kiepski) z miażdżącym początkiem a'la kultowy "Neverlasting" z przedostatniej płyty SENTENCED. I boska końcówka "Maggot Song". I chwytający za serce "Scars". I może nawet najlepszy z tego całego towarzystwa "The Dead-End Stream".
Nie mam pojęcia do ścinania czego służy ta gilotyna na okładce, ale jeśli to jest to, o czym myślę (otwór cokolwiek nieduży), a o czym przed dwudziestą trzecią mówić nie wypada, to panowie z Poisonblack wciąż to mają. Bo rozkręcali się długo, ale wreszcie nagrali album z jajami. Mamy dopiero maj, ale jak na razie - płyta roku.
Poisonblack - "Drive"
2011, Hype Records
ocena: 8,5/10
2. maja 2011, 01:05 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
wtorek, 26 kwietnia 2011
bajka o żelaznym wilku
Dawno, dawno temu, żyły sobie małpy. Trosk nie znały, ich jedynym zmartwieniem było jak dobrze zjeść, gdzie dobrze się wyspać i jak uniknąć niebezpieczeństwa. Potem pojawili się ludzie. Istoty, które dotarły nieco dalej niż małpy na drodze ewolucji. Chociaż wielu przedstawicieli nowego gatunku preferowało dotychczasowy styl życia.
Ludzie byli bardzo różni, choć gdyby przyjąć pewne kryterium, można byłoby zauważyć, że jednak są pod wieloma względami do siebie podobni. Ale był wśród nich pewien odmieniec. Nie stawał w szranki i konkury, nie interesowały go hulanki i swawole, ni złota i przepychy. Jedyne co chciał, to wszystko poznać, wszystko wiedzieć. Jego rozum wciąż nowe zagadki dostrzegał, wciąż nowych odpowiedzi poszukiwał. Kto doił krowy, gdy nie było ludzi? Dlaczego kobiety otwierają usta, gdy się malują? Jak nazywali się Mama i Tato Muminka zanim mieli Muminka?
Wiele życia mu zbiegło na rozwiązywaniu tajemnic i gromadzeniu wiedzy. A mimo, że to lubił, coraz częściej odczuwał, że czegoś mu brakuje, że coś jest nie tak. I poszukiwał wszędzie kogoś, kto by mu rady jakiejś udzielił, ale nikt nie potrafił. Wreszcie dowiedział się, że za siedmioma rzekami, na skraju bezkresnej gęstwiny mieszka mędrzec stary. Człek roztropny, który ponoć zna odpowiedź na każde pytanie. Wie, gdzie raki zimują i gdzie pieprz rośnie. Wie co w trawie piszczy, komu bije dzwon i gdzie jest Nemo. Wie również co jest grane, gdzie diabeł mówi dobranoc i gdzie się podziały tamte prywatki. Wie podobno także kto skreślił "lub czasopisma", co gryzie Gilberta Grape'a, a nawet kto zabił Laurę Palmer, choć w jego krainie nikt go o to nie pyta.
To mój człowiek - pomyślał sobie odmieniec i ruszył na poszukiwania owego pustelnika. Rzeki przepłynął, góry pokonał, wielkim lasem szedł, nocy nie przespał... Aż wreszcie odnalazł mędrca tego i zgryzotę swoją mu wyjawił. Odrzekł mu mąż uczony:
- Sprawa twoja nie jest z tego świata. Dla innych ludzi świat ten zaprojektowany został. Ale po co cię to tak zajmuje, skoro jak oni, tak i ty jednako swój żywot zakończycie, w grobie ciemnym w proch się obrócicie.
- No, ekwifinalność - odrzekł odmieniec - Ale frasuje mnie to, bo poszukuję jak szczęścia zaznać zanim się na tamten świat przeniosę.
- Kiedy ci mówię jak komu dobremu, że niemożliwe to jest.
- Jakże to?! Nie rozumiem?
- Boś trąba zardzewiała! Słuchaj mnie tedy. Objąć wszystkiego i tak nie zdołasz, bo gdy nawet już ci się wyda, że wszystko wiesz, zrazu pojawi się coś nowego i nowego i tak w nieskończoność. A kiery radości w samym poznawaniu poszukujesz, tedy musisz wiedzieć, że jej nigdy nie odnajdziesz. Powiedz sam, jak na tym świecie żyć jest łatwiej - tak, jako ty chcesz, czy tak, jako inni żyją?
- No przecie, że tak, jako inni.
- Toć i słusznie prawisz. Bo tak przez wieki ludzie ten świat urządzili, coby im się jak najłatwiej żyło, coby ich przywary im w tym nie przeszkadzały. I tylko żyjąc podług prawideł tego świata, szczęście osiągnąć możesz. Dlatego zaprawdę powiadam ci - jeśli będziesz inaczej próbować niż to jest ogólnie zadane, radości ty nie dostąpisz.
Nakopał mu jeszcze do tyłka pustelnik dla zapamiętania i dał mu na drogę kamień zielony. Wyszedł zatem strapiony nasz odmieniec i drapiąc się w głowę wędrował przez las, aż nagle olśnienia dostąpił: Przecie ten mędrzec jest także z tego świata. Więc nie może on inaczej mówić, boby prawidłom tego świata się sprzeniewierzył. Muszę ja znaleźć takiego kogoś, kto duchem tego świata skażony nie jest. On dopiero prawdę jedyną mi objawi.
I szukał kogoś takiego po borach i lasach, po kniejach i bezdrożach. I choć nie znalazł, drogi swojej nie porzucił. I żył długo i nieszczęśliwie. Ale z własnego wyboru.
26. kwietnia 2011, 19:03 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Ludzie byli bardzo różni, choć gdyby przyjąć pewne kryterium, można byłoby zauważyć, że jednak są pod wieloma względami do siebie podobni. Ale był wśród nich pewien odmieniec. Nie stawał w szranki i konkury, nie interesowały go hulanki i swawole, ni złota i przepychy. Jedyne co chciał, to wszystko poznać, wszystko wiedzieć. Jego rozum wciąż nowe zagadki dostrzegał, wciąż nowych odpowiedzi poszukiwał. Kto doił krowy, gdy nie było ludzi? Dlaczego kobiety otwierają usta, gdy się malują? Jak nazywali się Mama i Tato Muminka zanim mieli Muminka?
Wiele życia mu zbiegło na rozwiązywaniu tajemnic i gromadzeniu wiedzy. A mimo, że to lubił, coraz częściej odczuwał, że czegoś mu brakuje, że coś jest nie tak. I poszukiwał wszędzie kogoś, kto by mu rady jakiejś udzielił, ale nikt nie potrafił. Wreszcie dowiedział się, że za siedmioma rzekami, na skraju bezkresnej gęstwiny mieszka mędrzec stary. Człek roztropny, który ponoć zna odpowiedź na każde pytanie. Wie, gdzie raki zimują i gdzie pieprz rośnie. Wie co w trawie piszczy, komu bije dzwon i gdzie jest Nemo. Wie również co jest grane, gdzie diabeł mówi dobranoc i gdzie się podziały tamte prywatki. Wie podobno także kto skreślił "lub czasopisma", co gryzie Gilberta Grape'a, a nawet kto zabił Laurę Palmer, choć w jego krainie nikt go o to nie pyta.
To mój człowiek - pomyślał sobie odmieniec i ruszył na poszukiwania owego pustelnika. Rzeki przepłynął, góry pokonał, wielkim lasem szedł, nocy nie przespał... Aż wreszcie odnalazł mędrca tego i zgryzotę swoją mu wyjawił. Odrzekł mu mąż uczony:
- Sprawa twoja nie jest z tego świata. Dla innych ludzi świat ten zaprojektowany został. Ale po co cię to tak zajmuje, skoro jak oni, tak i ty jednako swój żywot zakończycie, w grobie ciemnym w proch się obrócicie.
- No, ekwifinalność - odrzekł odmieniec - Ale frasuje mnie to, bo poszukuję jak szczęścia zaznać zanim się na tamten świat przeniosę.
- Kiedy ci mówię jak komu dobremu, że niemożliwe to jest.
- Jakże to?! Nie rozumiem?
- Boś trąba zardzewiała! Słuchaj mnie tedy. Objąć wszystkiego i tak nie zdołasz, bo gdy nawet już ci się wyda, że wszystko wiesz, zrazu pojawi się coś nowego i nowego i tak w nieskończoność. A kiery radości w samym poznawaniu poszukujesz, tedy musisz wiedzieć, że jej nigdy nie odnajdziesz. Powiedz sam, jak na tym świecie żyć jest łatwiej - tak, jako ty chcesz, czy tak, jako inni żyją?
- No przecie, że tak, jako inni.
- Toć i słusznie prawisz. Bo tak przez wieki ludzie ten świat urządzili, coby im się jak najłatwiej żyło, coby ich przywary im w tym nie przeszkadzały. I tylko żyjąc podług prawideł tego świata, szczęście osiągnąć możesz. Dlatego zaprawdę powiadam ci - jeśli będziesz inaczej próbować niż to jest ogólnie zadane, radości ty nie dostąpisz.
Nakopał mu jeszcze do tyłka pustelnik dla zapamiętania i dał mu na drogę kamień zielony. Wyszedł zatem strapiony nasz odmieniec i drapiąc się w głowę wędrował przez las, aż nagle olśnienia dostąpił: Przecie ten mędrzec jest także z tego świata. Więc nie może on inaczej mówić, boby prawidłom tego świata się sprzeniewierzył. Muszę ja znaleźć takiego kogoś, kto duchem tego świata skażony nie jest. On dopiero prawdę jedyną mi objawi.
I szukał kogoś takiego po borach i lasach, po kniejach i bezdrożach. I choć nie znalazł, drogi swojej nie porzucił. I żył długo i nieszczęśliwie. Ale z własnego wyboru.
26. kwietnia 2011, 19:03 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
niedziela, 24 kwietnia 2011
venite ad me omnes
Mówią o nim, że jest przaśny, bogoojczyźniany i wąsaty. Mówią, że zamiast świadomej refleksji wymaga recytowania regułek i internalizowania dogmatów. Że wprowadza nowe trendy w modzie (ach, te spodnie na kancik i te buty "kościółkowe"). Że pomaga kształtować kapitał społeczny (jakie to przeróżne grupy dyskusyjne się tworzą w słoneczny dzień wśród dżentelmenów stojących przed wejściem). I że sprawia, iż dorośli ludzie dziecinnieją, specyficzną manierę językową przyjmując, gdy zaczynają prawić o "Bozi" i "paciorku".
Mówią o nim różne rzeczy. A jaki naprawdę jest? Polski katolicyzm, bo o nim mowa. Nie wiem, nie podejmuję się osądzać, nie odważę się generalizować żadnej z powyższych obserwacji. Ale wiem o nim coś na pewno. Wiem, i będę tego bronić jak Rokita Nicei, że polski katolicyzm ma jedną zasadniczą cechę charakterystyczną. Dwa razy do roku w jego udziale dokonuje się cud wielki, większy niż w Kanie Galilejskiej.
Otóż dwa razy do roku, przy okazji dwóch najważniejszych świąt chrześcijaństwa, tysiące wiernych, którym w każdą niedzielę jest do kościoła za daleko i nie po drodze, w cudowny sposób ścieżkę do świątyni odnajdują. 24. grudnia na Pasterkę oraz w Wielką Sobotę z koszyczkiem, płyną do kościołów strumienie ludzi szerokie niczym Amazonka. Ludzi, których w każdą zwykłą niedzielę od najbliższej świątyni dzieli teren nie do przebycia, najeżony polami minowymi i bezkresnymi bagnami pełnymi krwiożerczych krokodyli. Nie zamierzam oczywiście nikomu zaglądać w religijność i sporządzać list czyichś kościelnych (nie)obecności - to rzecz jak najbardziej prywatna. Ale niezmiernie - jako niespełnionego socjologa - fascynuje mnie samo zjawisko. Spać przez to w nocy nie mogę, tak mnie to nurtuje. Dlaczego ludzie, którzy się deklarują jako "wierzący, ale niepraktykujący", w te dwa dni jednak praktykują? Dlaczego na te dwa dni robią wyjątek od swojego świadomego wyboru, od światopoglądowego postanowienia? Zakładam bowiem rzecz jasna, że taka deklaracja ("jestem wierzący-niepraktykujący") ma wszelkie znamiona świadomej i przemyślanej decyzji. A nie jest podyktowana na przykład... hmm... wygodą? I tym, że w niedzielę lubimy dłużej pospać, a popołudniu poimprezować. Więc mszę świętą trudno już jakoś upchnąć w ten grafik.
Od razu uprzedzam, że nie uprawiam tutaj żadnej katechezy, a jedynie udałem się na poszukiwania zaginionej hipokryzji. Bo czym jest opisany w poprzednim akapicie "cud", jak nie robieniem w konia zdrowego rozsądku i egzekucją na zwykłej przyzwoitości. Rozwadnianiem czegoś, co rozwadniane być nie powinno. Gdyż mimo że jestem zwolennikiem świata pełnego wszelkich odcieni szarości pomiędzy bielą a czernią, akurat w tym przypadku to jest wybór zero-jedynkowy. Jestem niepraktykujący to nie praktykuję. I już. Nie można być trochę w ciąży i tak samo nie można być trochę niepraktykującym. Niepraktykującym wtedy, kiedy mi jest wygodnie, kiedy mi pasuje.
A kiedy pasuje, żeby jednak sobie trochę popraktykować? Udajmy się zatem w poszukiwanie zaginionej hipokryzji. Dlaczego ludzie, którzy przez cały rok omijają kościoły łukiem wielkim niczym ten Triumfalny, gdy przychodzi pewna magiczna data, w świątyni stawiają się niezawodnie? Trop pierwszy - ważne święta są "nakazane". Zgoda, ale podobnie jak każda niedziela. Pismo wyraźnie powiada: "pamiętaj, abyś dzień święty święcił" - a Chrystus za "dzień święty" uważa przecież każdą niedzielę, a nie tylko swoje urodziny i Zmartwychwstanie. To może trop drugi - "tradycja tak każe"? No, to jest wymówka genialna. Jak słyszę coś w stylu: "polska tradycja nakazuje iść na Pasterkę i jajeczka na Wielkanoc poświęcić", to współczuję wszystkim głęboko i autentycznie religijnym ludziom, których najważniejsze Święta takie tłumaczenie sprowadza do pozycji kolejnego elementu, który trzeba "odbębnić" w imię jakiejś bliżej niesprecyzowanej "polskiej tradycji".
Wyjaśnień bym szukał raczej bliżej gruntu. Najbardziej przyziemny trop to oczywiście lęk. Zagłuszanie wyrzutów sumienia czymś w rodzaju: "Wierzę w jakąś postać Nieba i Piekła, ale do tego kościoła to mi się naprawdę nie chce chodzić co tydzień (ewentualnie: nie pasuje mi/mam co do innego roboty/muszę odetchnąć po tygodniu harówy). Więc może jak pójdę chociaż w te najważniejsze święta, to Pan Bóg jakoś przez palce na mnie spojrzy, jak będzie wydawał decyzje kto na niebiańskie pastwiska, a kto do kotła". Żałosne. Jeszcze lepsze są tropy owcze: "Wszyscy w święta idą do kościoła, to ja też". Albo snobizm: "W święta wszyscy będą w kościele. I ta Kowalska z trzeciego piętra. I prezes Iksiński z żoną. To my też pójdziemy się pokazać, zajedziemy umytym autem, niech zobaczą moją nową sukienkę od Armaniego". Lub też pantoflarstwo spod znaku: "Na święta przyjeżdża ciocia Gienia spod Białobrzegów i dziadek Antoni też będzie, nie będę robić scen - już pójdę do tego kościoła, niech myślą, że nadal jestem zagorzałym katolikiem".
Zamiast błyskotliwej - jak zawsze - konkluzji, powtórzę: nie mam nic do tych, których w kościele nie pamiętają najstarsi ministranci. Nawet ich w pewien sposób podziwiam. Rozkłada mnie natomiast styl myślenia tych, którzy w niedzielę świątyni nie zaszczycają bo im się nie chce, dorabiają do tego ideologię "jestem wierzący-niepraktykujący", ale w Święta do kościoła biegną na wyścigi. Z przyzwyczajenia, bo się tak utarło, bo w święta w kościele jest tak uroczyście, aby ugłaskać rozgniewaną Opatrzność. Albo po prostu "bo tak wypada". Fuj!
24. kwietnia 2011, 23:04 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Mówią o nim różne rzeczy. A jaki naprawdę jest? Polski katolicyzm, bo o nim mowa. Nie wiem, nie podejmuję się osądzać, nie odważę się generalizować żadnej z powyższych obserwacji. Ale wiem o nim coś na pewno. Wiem, i będę tego bronić jak Rokita Nicei, że polski katolicyzm ma jedną zasadniczą cechę charakterystyczną. Dwa razy do roku w jego udziale dokonuje się cud wielki, większy niż w Kanie Galilejskiej.
Otóż dwa razy do roku, przy okazji dwóch najważniejszych świąt chrześcijaństwa, tysiące wiernych, którym w każdą niedzielę jest do kościoła za daleko i nie po drodze, w cudowny sposób ścieżkę do świątyni odnajdują. 24. grudnia na Pasterkę oraz w Wielką Sobotę z koszyczkiem, płyną do kościołów strumienie ludzi szerokie niczym Amazonka. Ludzi, których w każdą zwykłą niedzielę od najbliższej świątyni dzieli teren nie do przebycia, najeżony polami minowymi i bezkresnymi bagnami pełnymi krwiożerczych krokodyli. Nie zamierzam oczywiście nikomu zaglądać w religijność i sporządzać list czyichś kościelnych (nie)obecności - to rzecz jak najbardziej prywatna. Ale niezmiernie - jako niespełnionego socjologa - fascynuje mnie samo zjawisko. Spać przez to w nocy nie mogę, tak mnie to nurtuje. Dlaczego ludzie, którzy się deklarują jako "wierzący, ale niepraktykujący", w te dwa dni jednak praktykują? Dlaczego na te dwa dni robią wyjątek od swojego świadomego wyboru, od światopoglądowego postanowienia? Zakładam bowiem rzecz jasna, że taka deklaracja ("jestem wierzący-niepraktykujący") ma wszelkie znamiona świadomej i przemyślanej decyzji. A nie jest podyktowana na przykład... hmm... wygodą? I tym, że w niedzielę lubimy dłużej pospać, a popołudniu poimprezować. Więc mszę świętą trudno już jakoś upchnąć w ten grafik.
Od razu uprzedzam, że nie uprawiam tutaj żadnej katechezy, a jedynie udałem się na poszukiwania zaginionej hipokryzji. Bo czym jest opisany w poprzednim akapicie "cud", jak nie robieniem w konia zdrowego rozsądku i egzekucją na zwykłej przyzwoitości. Rozwadnianiem czegoś, co rozwadniane być nie powinno. Gdyż mimo że jestem zwolennikiem świata pełnego wszelkich odcieni szarości pomiędzy bielą a czernią, akurat w tym przypadku to jest wybór zero-jedynkowy. Jestem niepraktykujący to nie praktykuję. I już. Nie można być trochę w ciąży i tak samo nie można być trochę niepraktykującym. Niepraktykującym wtedy, kiedy mi jest wygodnie, kiedy mi pasuje.
A kiedy pasuje, żeby jednak sobie trochę popraktykować? Udajmy się zatem w poszukiwanie zaginionej hipokryzji. Dlaczego ludzie, którzy przez cały rok omijają kościoły łukiem wielkim niczym ten Triumfalny, gdy przychodzi pewna magiczna data, w świątyni stawiają się niezawodnie? Trop pierwszy - ważne święta są "nakazane". Zgoda, ale podobnie jak każda niedziela. Pismo wyraźnie powiada: "pamiętaj, abyś dzień święty święcił" - a Chrystus za "dzień święty" uważa przecież każdą niedzielę, a nie tylko swoje urodziny i Zmartwychwstanie. To może trop drugi - "tradycja tak każe"? No, to jest wymówka genialna. Jak słyszę coś w stylu: "polska tradycja nakazuje iść na Pasterkę i jajeczka na Wielkanoc poświęcić", to współczuję wszystkim głęboko i autentycznie religijnym ludziom, których najważniejsze Święta takie tłumaczenie sprowadza do pozycji kolejnego elementu, który trzeba "odbębnić" w imię jakiejś bliżej niesprecyzowanej "polskiej tradycji".
Wyjaśnień bym szukał raczej bliżej gruntu. Najbardziej przyziemny trop to oczywiście lęk. Zagłuszanie wyrzutów sumienia czymś w rodzaju: "Wierzę w jakąś postać Nieba i Piekła, ale do tego kościoła to mi się naprawdę nie chce chodzić co tydzień (ewentualnie: nie pasuje mi/mam co do innego roboty/muszę odetchnąć po tygodniu harówy). Więc może jak pójdę chociaż w te najważniejsze święta, to Pan Bóg jakoś przez palce na mnie spojrzy, jak będzie wydawał decyzje kto na niebiańskie pastwiska, a kto do kotła". Żałosne. Jeszcze lepsze są tropy owcze: "Wszyscy w święta idą do kościoła, to ja też". Albo snobizm: "W święta wszyscy będą w kościele. I ta Kowalska z trzeciego piętra. I prezes Iksiński z żoną. To my też pójdziemy się pokazać, zajedziemy umytym autem, niech zobaczą moją nową sukienkę od Armaniego". Lub też pantoflarstwo spod znaku: "Na święta przyjeżdża ciocia Gienia spod Białobrzegów i dziadek Antoni też będzie, nie będę robić scen - już pójdę do tego kościoła, niech myślą, że nadal jestem zagorzałym katolikiem".
Zamiast błyskotliwej - jak zawsze - konkluzji, powtórzę: nie mam nic do tych, których w kościele nie pamiętają najstarsi ministranci. Nawet ich w pewien sposób podziwiam. Rozkłada mnie natomiast styl myślenia tych, którzy w niedzielę świątyni nie zaszczycają bo im się nie chce, dorabiają do tego ideologię "jestem wierzący-niepraktykujący", ale w Święta do kościoła biegną na wyścigi. Z przyzwyczajenia, bo się tak utarło, bo w święta w kościele jest tak uroczyście, aby ugłaskać rozgniewaną Opatrzność. Albo po prostu "bo tak wypada". Fuj!
24. kwietnia 2011, 23:04 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Subskrybuj:
Posty (Atom)