wtorek, 20 marca 2012

psychologia czajniczka

W jednym ze swoich ostatnich kazań, niezastąpiony ksiądz Natanek dobrał się do psychologów. Filmik hitem internetu wprawdzie jeszcze nie jest, może dlatego, że lobby psychologiczne ma inne rzeczy na głowie (coś słyszałem o jakiejś ustawie...). Gdyby bowiem suspendowany prezbiter wypowiedział się na temat internautów w takim tonie, jak swego czasu Jarosław Kaczyński, zostałby zjedzony na surowo, a gdyby zdarzyło mu się powiedzieć coś niepochlebnego o gejach - nie pomogłyby mu nawet zastępy niebieskie.

Co jednak konkretnie powiedział ksiądz Natanek o psychologii? No właśnie, nic zaskakującego. Bo że psychologia to kolejne z natchnionych dzieł Szatana, to przecież żadna niespodzianka. A poza tym nadmienił tylko, iż psychologowie to szczwane lisy, co to uzurpują sobie prawo do bycia suwerenami w dziedzinie, którą przecież każdy (kapłan) z odpowiednim doświadczeniem i zmysłem obserwacji opanować potrafi. Mogliby go przechwycić w swoje szeregi ci przeciwnicy testów projekcyjnych, którzy ostatnio demonstrują. Ale wówczas pewnie rorschachiści wezwaliby na pomoc samą Twórczynię akmeologii duchowości i dopiero by się porobiło.

Trzeba jednak księdzu przyznać, że potrafił mnie zmusić do refleksji nad przedziwnymi relacjami pomiędzy psychologią a zinstytucjonalizowaną religią. Niby wszystko jest pomiędzy nimi w porządku jak w najlepszej koalicji rządowej; na mojej Alma Mater jest nawet kilku księży, którzy są jednocześnie co najmniej doktorami psychologii, a warto wspomnieć, że psychologię studiował również najsłynniejszy w tym kraju człowiek, który nie został papieżem... tfu!... kapłanem, czyli Szymon Hołownia. Gdyby jednak spojrzeć na sprawę z innej strony, to psychologia z religią powinny się szczerze nienawidzić. Powinny konkurować o to, która z nich będzie wyjaśniać psychiczne przeżycia człowieka i pomagać mu w duchowych rozterkach. Zgodnie z zasadą, według której kiedyś człek z problemami spieszył do konfesjonału, dzisiaj kładzie się na przysłowiowej kozetce psychologa. Jak wiadomo, nie jest to jednak takie proste. Kogoś z zaburzeniami psychicznymi, zwłaszcza o organicznym podłożu, nie wyleczy na pewno żaden ksiądz. I odwrotnie - jeśli ktoś odczuwa silną potrzebę pojednania z Bogiem (bo nie każdy ją przecież odczuwa!) i głęboko w owego Boga wierzy (bo nie każdy wierzy), to nie pomoże mu najlepszy psychoanalityk.

Zatem jeśli ktoś chce pogodzić w swojej wizji świata osiągnięcia psychologii i doktrynę wyznawanej religii, to zrobi to bez trudu, tak jak intelektualnych akrobacji dokonują posoborowi hierarchowie Kościoła próbując włączyć w katolicką teologię teorię ewolucji. "Umysł jest dziwną maszyną, która potrafi łączyć ze sobą oferowane jej materiały na najbardziej zaskakujące sposoby" - miał kiedyś powiedzieć sam Bertrand Russell, do którego zresztą wrócimy jeszcze w dzisiejszym odcinku. Natomiast tym, co mnie teraz najbardziej fascynuje są wzajemne relacje pomiędzy nie tyle psychologią, ale nauką w ogóle, a religią, zwłaszcza katolicką.

Przecież one się powinny zwalczać na każdym kroku! Człowiek potrafi uczynić sobie wroga z każdego, zrobić awanturę z najmniejszej różnicy poglądów. Dość powiedzieć, że dwie centrolewicowe partie, które miały kiedyś (i nadal w dużej mierze mają) wręcz identyczny program i które pospołu miały budować nową Polskę, czyli PO i PiS, dziś są w opozycji większej niż kibice Wisły i Cracovii, lub mieszkańcy Zielonej Góry i Gorzowa Wlkp. Instytucjonalna religia miałaby dość powodów, by nie znosić nauki, nauka - by religią gardzić, by wykazywać jej ignorancję, gdzie popadnie. A tak - poza skrajnymi przypadkami - jednak nie jest. Metafory wzajemnych relacji nauki i religii są raczej zoologiczne: albo te dwie dziedziny podchodzą do siebie jak przysłowiowy pies do jeża, albo odwracają kota ogonem.

"Tego świata, w którym teraz żyjemy, zrozumieć się nie da" - powiedział w jednym z ostatnich odcinków "Rancza" jeden z jego bohaterów, człowiek życiem niewątpliwie doświadczony. Tego, jak religia i nauka mają problemy z odnalezieniem swojego miejsca w światopoglądowym galimatiasie, też zrozumieć niełatwo. Niby odmienne w każdym calu, a czasami potrafią stanąć ramię w ramię. Na poziomie akademickim religia i psychologia idą pod rękę, gdy ta sama psychologia ze strony ortodoksyjnej nauki bywa czasem atakowana, jako nadmiernie subiektywna. Ale gdy spojrzymy na przykład na alternatywne metody leczenia, homeopatię, akupunkturę etc., Kościół i ścisła nauka mówią jednym głosem, mając naprzeciwko siebie ezoteryczne środowisko spod znaku "Nieznanego Świata". A wydawałoby się przecież, że to nauka ma monopol na "szkiełko i oko", a religia na to, co pozazmysłowe, niepoznawalne, duchowe i eteryczne. Bo już gdy chodzi o duchy - nauka swoje, a religia - ostrożnie - swoje.

W Opolu ma miejsce właśnie seria "Wielkopostnych Wykładów Otwartych", które prowadzą księża-wykładowcy akademiccy, a które traktują m.in. o takich zagadnieniach: "Zjawiska paranormalne - zagrożenie czy wyzwanie dla wiary?", "Medycyna alternatywna - alternatywa dla medycyny, okultyzm czy wiara zdesperowanych?", "Niekonwencjonalne metody leczenia - medyczna zagadka czy zagrożenie?".

Czy chodzi tylko o zwalczanie konkurencji i pozyskiwanie zwolenników? Też, ale mam nieodparte wrażenie, że również o coś więcej. I to sprawia, że stanowisko - zwłaszcza oficjalnej nauki Kościoła - w niektórych kwestiach przewidzieć jest naprawdę niełatwo. Wydaje mi się, że zwłaszcza w kwestiach medycznych poglądy przedstawicieli Kościoła wybitnie zależą od sytuacji. Jak atakują nas jacyś zwolennicy leczenia kadzidełkami, to wraz z akademicką medycyną stajemy pod bronią, ale jak owa medycyna stwierdza coś nie po naszej myśli, to też stajemy, tyle że okoniem. A życie pozaziemskie? Nauka ścisła nie mówi "nie", chociaż dla wielu ludzi UFO to większe przesądy niż czary, homeopatia i wywoływanie duchów razem wzięte. A religia w ogóle nie wie, jak się zabrać do sprawy. Ani to duchowe, bo może zielone ludziki są jednak z krwi (też zielonej?) i kości, ale jednak Pismo o nich słowem nie wspomina... A że zabrać do sprawy by się chciała, przekonuje choćby fakt, że powstają takie pozycje bibliograficzne jak "UFO w perspektywie chrześcijańskiej". Natomiast psychologia stawia wiarę w życie pozaziemskie na równi z tradycyjnymi przesądami w rodzaju tych o pechowości czarnego kota. W każdym razie chaos jest tak potężny, że gdyby tu wylądował - nomen omen - ktoś z Kosmosu, zwłaszcza przyzwyczajony do dychotomicznych podziałów, natychmiast zwariowałby, próbując nas zrozumieć.

I tylko czajniczek Russela orbituje sobie gdzieś tam wysoko nad naszymi głowami, gwiżdżąc na to wszystko...

20. marca 2012, 22:44 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

wtorek, 13 marca 2012

ale plama

Znowu będzie tekst "z branży". Ponieważ znowu jest głośno w mediach o psychologii, i to bynajmniej nie z jej najjaśniejszej strony. Kilkuset studentów i wykładowców psychologii w całym kraju, do spółki z Klubem Sceptyków Polskich, zainicjowało akcję "Psychologia to nauka, nie czary", która ma na celu nagłośnienie protestu przeciw stosowaniu przez psychologów klinicznych testów projekcyjnych, zwłaszcza tzw. testu plam atramentowych Rorschacha.

Trzeba przyznać, że takiego odśrodkowego buntu już dawno nie było. W środowisku zawrzało, bo psycholodzy występują przeciw psychologom. Do tej pory to lekarze, tudzież sceptycy właśnie protestowali przeciw psychologom. A teraz się okazuje, że jednak sami psychologowie mają dość traktowania przez społeczeństwo swojej profesji jako magii z elementami czytania w myślach. Choć trzeba przyznać, że sami są sobie po części winni. Dorosłym, którzy przychodzą z problemem, każą rysować drzewo, a potem dziwią się, że tzw. człowiek z ulicy widzi psychologa jako osobliwą hybrydę czarnoksiężnika, świeckiego kaznodziei i darmozjada. Po części, bo istnieje oczywiście druga strona medalu. Gdy ów delikwent z ulicy trafi do niedouczonego lekarza, który postawi mu taką diagnozę, że stetoskop się jeży, to nie wyciąga od razu z tego faktu wniosków, że cała medycyna jest do bani, tylko, że miał pecha trafić na konowała. Natomiast po wizycie u średnio rozgarniętego psychologa często kwestionuje się sens istnienia psychologii w ogóle.

Dlatego nie wiem, czy autorzy akcji "Psychologia to nauka..." wybrali właściwą formę protestu. Koszulki, w których studenci chodzą na zajęcia, wielkie plakaty, profile na Fejsbuku. Trochę chyba zbyt dużo w tym tromtadracji, zwłaszcza jak na sprawę, która wywołała rozłam w samym środowisku. Ja bym był raczej zdania, żeby zacząć od porządnej, naukowej debaty we własnym gronie - wśród psychologów; wystosować pismo do PeTePu, zorganizować może jakiś panel, jakąś debatę oksfordzką z udziałem autorytetów, może jakieś badania, aby przekonać się ilu globalnie jest zwolenników, a ilu przeciwników stosowania testów projekcyjnych w praktyce. I na tej podstawie zmienić przepisy. Jeśli natomiast pisać o tym w czasopismach, to jedynie branżowych - jakiś "Przegląd Psychologiczny" na przykład, co najwyżej "Charaktery".

A tak, cała sprawa przeniosła się do tzw. dyskursu publicznego (rany, jakie to wyrażenie jest głupie...), a profesorowie przerzucają się argumentami w ogólnodostępnych mediach, zamiast na specjalistycznych konferencjach (jeszcze brakuje, żeby o testach projekcyjnych zaczęli się wypowiadać wszystkowiedzący politycy, na przykład w programie Bogdana Rymanowskiego). Czy to źle? Moim zdaniem trochę tak, bo w ten sposób - jako psychologowie - budujemy wrażenie, iż rzecz dotyczy każdego obywatela, który powinien się nią zainteresować. A nie powinien, bo się na tym nie zna, nawet jeśli wydaje mu się inaczej. Profesorowie medycyny nie dyskutują o specjalistycznych kwestiach na forum publicznym. Psychiatrzy nie debatują w "Newsweeku" ani w "Wyborczej", czy do leczenia schizofrenii lepiej nadaje się poczciwy Haloperidol, czy może neuroleptyki drugiej generacji. I tak samo psychologowie nie powinni wciągać społeczeństwa w branżowy spór, czy testy projekcyjne to złote narzędzie kliniczne, a może jednak natchnione dzieło Szatana. Po przeczytaniu jednego artykułu w gazecie i garści informacji na stronie KSP czy na Fejsbuku, laik nie pojmie raczej różnicy pomiędzy testem projekcyjnym a zadaniem, które tylko przypomina dziecięcą zabawę, a tak naprawdę jest rzetelną i sprawdzoną metodą. I ryzykujemy w ten sposób, że przyjdzie nam taki klient do gabinetu, będziemy mu chcieli zrobić Wechslera, a on zaprotestuje na widok Klocków czy Układanek, bo "gdzieś słyszał, że takie testy są niewłaściwe".

Mam zatem pewne zastrzeżenia co do formy protestu, natomiast zgadzam się, jeśli chodzi o jego przedmiot. Testy projekcyjne są wykorzystywane obecnie w takim zakresie, że sam Hermann Rorschach złapałby się za głowę. Owszem, mogą służyć jako pomocnicze narzędzie w diagnostyce, ale tylko jako pomocnicze, i tylko w rękach doświadczonych klinicystów, pracujących na nich od lat. Tymczasem są podobno udokumentowane przypadki, że na podstawie Rorschacha czy TAT ktoś poszedł siedzieć, a komuś innemu odebrano jego własne dziecko. I stawiam dolary do orzechów, że ten ktoś nie widział w plamie jak "diabeł zjada mózg niemowlęcia", tylko coś znacznie bardziej niewinnego.

Wydaje mi się, że zwłaszcza na temat testu Rorschacha mogę skreślić parę słów, bo ponad pół roku temu spędziłem kilkanaście niezapomnianych godzin nad jego interpretacją. Wszystkie testy projekcyjne są subiektywne, ale ten wręcz szalenie, co kolosalnie obniża jego przydatność jako narzędzia w jakiejkolwiek działalności naukowo-badawczej. Analiza pewnych aspektów wypowiedzi badanego jest - na pierwszy rzut oka - jednoznacznie określona kodami z podręcznika, i to przy użyciu dowolnej metody - czy to systemu całościowego Exnera, czy polskiej metody niejakiego Piotrowskiego. Są jednak pewne "kwiatki". Określa się na przykład tzw. "poziom formy". Czyli jeśli badany mówi, że na tym rysunku widzi motyla, i faktycznie dana plama obiektywnie przypomina motyla, to dajemy "+" w protokole. Jeśli natomiast plama za chińskiego papieża nie przypomina motyla - wówczas dajemy "-". Co jednak w bardziej skomplikowanych przypadkach, gdy badany ma jakieś "odjechane" skojarzenia? Teoretycznie można dać "+/-", ale taka sygnatura jest mniej diagnostyczna, więc podręcznik zaleca, żeby jednak spróbować określić się na plus, albo minus. I wówczas wychodzi cała subiektywność. Jednemu psychologowi tablica nr VII będzie przypominać głowę kosmity i da "+", a innemu nie i temu samemu badanemu policzyłby "-". I już jest inna interpretacja. To dlatego prof. Anastasi powiedziała kiedyś, że test Rorschacha bada przede wszystkim "sekretny świat" przeprowadzającego test psychologa. A owa głowa kosmity to i tak jest przykład bardzo niewinny. Mój badany miał m.in. takie skojarzenia (na różne tablice): "szkielet małpy z nogą konia", "potwór jadący na motocyklu" i "kot Sylwester rozjechany na asfalcie". I teraz - jak to mówią - bądź tu mądry i pisz wiersze.

Jasne, to nie jest też tak, że interpretacje poszczególnych skojarzeń twórcy testu wzięli z księżyca. Że usiedli i powiedzieli: "no, to OK, ustalamy, że jak tu ktoś widzi meble i wazony, to oznacza to u niego brak silnych zainteresowań, a jak ktoś widzi małe, nieagresywne zwierzęta, to znaczy, że jest uległy wobec swoich rodziców". Te interpretacje wywodzą się z psychoanalizy, mają też źródła w badaniach robionych na próbach klinicznych. I z tych badań wywodzono statystyczne generalizacje, że schizofrenicy w tej i tej plamie częściej niż inni widzą to i to, a ludzie z depresją to i tamto. Chociaż bardzo swobodne podejście psychoanalizy do jakichkolwiek metod statystycznych jest kolejnym zarzutem dla testu Rorschacha.

Najistotniejsze jest jednak to, o czym paradoksalnie nie mówi nikt z autorytetów, biorących udział w debacie. Już bowiem na starcie akcji "Psychologia to nauka, nie czary", jej inicjatorzy osiągnęli praktycznie swój cel. Zarówno Wikipedia, Klub Sceptyków Polskich, jak i niektóre media (np. "Polityka" nr 9/2012) opublikowały oryginalne tablice do testu Rorschacha, a KSP nawet najczęściej powtarzające się, tzw. "bezpieczne" odpowiedzi (jeśli udzielimy właśnie ich, niemal na pewno nie zdiagnozują nam żadnego zaburzenia). W tym momencie należy więc zaprzestać stosowania tego testu gdziekolwiek, skoro zarówno tablice, jak i sugerowane odpowiedzi są powszechnie dostępne. Taki test nie mierzy już niczego (nawet jeśli do tej pory mierzył jeszcze cokolwiek), jego trafność jest już zerowa. To mniej więcej tak, jakby w kwietniu opublikować zadania na najbliższą maturę (i do tego jeszcze klucz odpowiedzi na test z "polskiego"), albo zamieścić w internecie pytania do najbliższej edycji "Jednego z Dziesięciu". Do tej pory były jeszcze jakieś pozory tajności, test chroniony był prawami autorskimi, chociaż kto chciał, to i tak tablice jakoś zdobył. Teraz jeśli jakiś psycholog zdiagnozuje cokolwiek na podstawie samego Rorschacha, to właśnie jego należałoby umieścić w zakładzie odosobnionym.

Chyba, że stworzymy nowe plamy.

13. marca 2012, 22:34 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

niedziela, 4 marca 2012

kolej dużych kosztów

Katastrofy kolejowe poruszają mnie jakoś bardziej niż inne, zwłaszcza drogowe. Może dlatego, że pociągiem podróżuję relatywnie często i - uwaga, wariat! - naprawdę to lubię. Ale chyba też dlatego, że na kolei pasażer, a po części maszynista również, jest o wiele bardziej bezradny. W samochodzie kierowca jest sam sobie sterem, żeglarzem i co tam jeszcze poeta miał na myśli. On dobiera odpowiednią prędkość, dostosowuje się do warunków na drodze etc. Jasne, nie ma wpływu na to, że wjedzie w niego z podporządkowanej jakiś pijany maniak, ale jeśli chodzi o prowadzenie pojazdu, jego kierowca jest niemal suwerenem. W pociągu - przeciwnie. Sprawne poruszanie się kilkuset ton metalu zależy od współdziałania wielu osób i urządzeń technicznych, tych w pociągu i tych rozstawionych wzdłuż torów. Jeśli nastawniczy lub dyżurny ruchu wpuści pociąg na niewłaściwy tor, maszynista nie może nic zrobić, jeśli nie ma wiedzy, że człowiek z obsługi "naziemnej" popełnił błąd. Kierowca samochodu często może - jeśli ma refleks - zareagować w ostatniej chwili, zmienić sytuację. Maszynista pociągu w ostatniej chwili nie może już praktycznie nic (pociąg pasażerski rozpędzony do 120 km/h hamuje na odcinku ponad 1 km). Pasażer samochodu też teoretycznie może się skulić, zasłonić rękami twarz, cokolwiek. Pasażer pociągu jest nieświadomy nieuchronnego wypadku do samego końca.

I tak było również wczoraj, w katastrofie kolejowej pod Szczekocinami (czy Chałupkami, whatever) na zjeździe z CMK. Pociągi nie hamowały, bo obaj maszyniści byli zapewne przekonani, że jadą prawidłowo. Nawet widząc w oddali przed sobą światła przeciwległego pociągu, nie nabrali podejrzeń. W nocy wręcz niemożliwe jest ocenić, czy te światła poruszają się po tym samym torze, czy po torze obok. Maszynista mógł również sądzić, że to pracuje jakiś pociąg techniczny albo sieciowy. Każdy z nich zorientował się zapewne, gdy pociągi były w odległości około kilkuset metrów od siebie. Jak mówią Amerykanie - way too late...

Przyczyna tej katastrofy będzie zatem prozaiczna. Zawinił ten, kto wpuścił dwa pociągi na ten sam tor. A czy był to błąd człowieka czy urządzenia, to - miejmy nadzieję - ustalą eksperci. Ale żadna tam awaria lokomotywy, żadna nadmierna prędkość i inne sensacyjne hipotezy. W transporcie katastrofy są nieuniknione niestety. Kwestia, aby ustalić przyczynę i wyciągnąć właściwe wnioski na przyszłość. A a'propos tych wniosków, wczorajsza kraksa może dać wiele do myślenia. Łatwo bowiem wpaść w pułapkę stereotypu, że polska kolej jest w tragicznym stanie i stąd biorą się wszystkie nieszczęścia. Owszem, w najlepszym nie jest, ale mimo to jest nadal najbezpieczniejszym środkiem transportu w tym kraju. Jednak w kontekście tej jej fatalnej kondycji, na podatny grunt społecznej opinii padają plany budowy w Polsce Kolei Dużych Prędkości. Mając takie nowoczesne pociągi - myśli szary człowiek - byłoby bezpiecznie i komfortowo.

Wczoraj pod Szczekocinami obydwa pociągi nie jechały zbyt szybko, na pewno nie więcej niż 120 km/h. Po pierwsze dlatego, że taka tam jest prędkość szlakowa (i - co więcej - również rozkładowa), a po drugie - gdyż prowadząca pociąg InterRegio ciężka lokomotywa towarowa ET22 po prostu szybciej jechać nie da rady (jej prędkość konstrukcyjna to bodajże 125 km/h). A i tak skutki są opłakane. Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby pociągi uderzyły w siebie z naprawdę dużą prędkością, 220-240 km/h na przykład. Mokra plama... Tymczasem plany budowy kolei pędzących z jeszcze większą prędkością forsował do niedawna nasz Rząd. Nie chcę przez to powiedzieć, że mamy mieć w Polsce wyłącznie koleje wlokące się w tempie żółwim, skądże. Koleje Dużych Prędkości są bezpieczne. Pod warunkiem, że sprawnie działają wszelkie systemy sterowania ruchem i urządzenia zabezpieczające. I od tego powinniśmy się zabrać do modernizowania kolei w Polsce, chociaż to może mało medialne, a nie od futurystycznych projektów polskiego odpowiednika TGV. Bo może wagony i lokomotywy mamy nie pierwszej młodości, może tory nie są faktycznie najwyższej jakości (wspinam się na wyżyny sztuki eufemizowania), ale jeśli chodzi właśnie o systemy sterowania ruchem, tu jest prawdziwy dramat i muzeum. Bezpieczeństwo ruchu kolejowego opiera się na sygnalizacji świetlnej (semafory), na łączności radiowej, na archaicznym systemie SHP, którego elektromagnesy i tak coraz częściej kradną złomiarze... W całym kraju jest zaledwie kilkanaście LCS-ów (Lokalnych Centrów Sterowania - to, w skrócie, takie supernowoczesne automatyczne systemy, które sterują ruchem pociągów na określonym odcinku, integrują wszystkie urządzenia nastawcze i zapewniające bezpieczeństwo na szlaku). Linia kolejowa nr 64, na której miał miejsce wczorajszy wypadek, nie tylko nie jest objęta "nadzorem" LCS, ale nie jest nawet wyposażona w Samoczynną Blokadę Liniową. A to jest przecież zjazd z CMK, jednej z najbardziej obciążonych linii kolejowych w kraju...

Tymczasem kilka tygodni temu "Rzeczpospolita" oddała całą stronę byłemu Ministrowi Sprawiedliwości - panu Krzysztofowi Kwiatkowskiemu, który sążniście przekonuje tam, że rezygnacja z projektu Kolei Dużych Prędkości będzie błędem i nasz Rząd powinien jednak wywalić ok. 40 miliardów złociszy na to przedsięwzięcie. Przejrzałem biografię pana Kwiatkowskiego - prawnika z wykształcenia i nie znalazłem żadnych informacji na temat jego kwalifikacji do wypowiadania się na tematy kolejowe (ani nawet tego, że jest pasjonatem tej tematyki). Ale cóż, w państwie, w którym Ministrem Sprawiedliwości jest filozof, a Ministrem Sportu - osoba nie mająca o sporcie kolorowego pojęcia, nie ma w tym przecież nic dziwnego. A skoro zatem o kolejnictwie może kategorycznie wypowiadać się prawnik, to mogę i ja. A co!

Otóż uważam, że KDP to ostatnia rzecz, na którą aktualnie trzeba nam wydać pieniądze. 40 miliardów to jest suma astronomiczna, za którą można zmodernizować połowę polskiej kolei. Jedno LCS kosztuje ok. 100 milionów, więc za tą sumę hipotetycznie można byłoby zbudować ich nawet 400. Oczywiście aż tylu ich nie potrzeba, ćwierć tego wystarczyłaby, aby zapewnić bezpieczeństwo na niemal wszystkich liniach kolejowych, po których poruszają się pociągi pospieszne i ekspresowe. Za resztę można byłoby modernizować tory, trakcję, kupić nowe lokomotywy i wagony... Jasne, fajnie jest widzieć oczyma wyobraźni, jak podróżujemy futurystycznym składem w rodzaju TGV z Warszawy do Wrocławia w niecałe dwie godziny. Ale pamiętajmy, że projekt KDP zakłada połączenie (siecią w kształcie literki Y) czterech dużych miast (Warszawy z Poznaniem i Wrocławiem przez Łódź). I tylko mieszkańcy tych czterech metropolii skorzystaliby na powstaniu (w dalekiej przyszłości) słynnego już "igreka". Reszta sieci kolejowej w kraju pozostałaby na obecnym poziomie, z muzealnymi zabezpieczeniami. Dlaczego? No, przecież skoro rząd wydałby tak bajońskie sumy na KDP, to trudno oczekiwać, że wysupła coś jeszcze na jakieś tory pod Rzeszowem czy Białymstokiem. A przynajmniej nie od razu. Przy czym warto pamiętać, że owe 40 mld to przypuszczalnie wierzchołek góry lodowej. KDP to nie tylko tory i składy. To cała infrastruktura wokół nich. Zupełnie inna trakcja, nasypy, mosty, tunele, kładki dla pieszych, przejścia dla zwierząt etc. Linie na których pociągi mogą rozwijać większą prędkość niż 160 km/h muszą być całkowicie bezkolizyjne - czyli nie może być tam ani jednego przejazdu drogowego ze szlabanami. Całościowa realizacja takiego przedsięwzięcia nawet na krótkim odcinku, a potem jego eksploatacja i utrzymanie, to są naprawdę zawrotne sumy.

Tymczasem pan minister w swoim tekście przytacza argumenty, które każą przypuszczać, że na kolei zna się jeszcze gorzej ode mnie. Przekonuje, że KDP są niezbędne, bo rosnący ruch towarowy sprawi, że składy towarowe będą na trasie spowalniać pociągi pasażerskie i czas podróży na dalekich odległościach jeszcze się wydłuży. Nie wiem, czy pan minister słyszał, że na kolei oprócz konduktorów i kasjerek pracują również dyżurni ruchu czy dyspozytorzy. A ich zadaniem jest dbać, aby ruch na torach przebiegał płynnie. I owszem, zdarzają się niekompetentni w tym fachu, którzy puszczą regionalny "kibel" (tak mówią miłośnicy kolejnictwa na popularne w całej Polsce "ezetki", czyli jednostki elektryczne) przed Express InterCity, który potem musi zwalniać, a nawet zatrzymać się w polu, żeby tamtego nie dogonić. Ale to można rozwiązać w znacznie prostszy (i tańszy!) sposób, np. właśnie dzięki LCS-om (czytałem wywiad z szefem firmy budującej te systemy, który twierdzi, że LCS pozwala zwiększyć przepustowość linii nawet o 600 %).

Dalej pan minister przekonuje, że KDP po prostu potrzebujemy, aby kolej mogła konkurować z samolotami i autokarami w zakresie połączeń pomiędzy dużymi miastami. I znowu pytanie - duże miasta OK, a co z resztą linii - mają zarosnąć trawą, skoro wszystkie środki na kolej wpompujemy w KDP? Tymczasem można te pieniądze wydać o wiele rozsądniej, tak aby wilk był syty i mniejsze miasta również. Gdyby tak większość głównych linii pasażerskich w Polsce przystosować powiedzmy do prędkości 200-220 km/h? Pewnie wydaje Wam się to niewiele, skoro TGV czy Shinkanseny w Japonii pędzą powyżej 350, a nawet 400 km/h? Ale idę o zakład, że nikt z Was (ja zresztą też nie) nie podróżował jeszcze w Polsce pociągiem nawet z prędkością 160 km/h. Bo po pierwsze istnieje tylko kilka odcinków, gdzie można taką prędkość rozwijać, a nawet gdyby było więcej, to nie ma w Polsce takich szybkich lokomotyw (większą prędkość niż 160 km/h mogą osiągać tylko słynne "Husarze", czyli lokomotywy EU44 od Siemensa, których mamy... aż 10 sztuk; 160 km/h teoretycznie mogą też osiągać EP09, których jest jakieś czterdzieści-kilka, a od wczoraj jeszcze o jedną mniej...). Zatem gdybyśmy przystosowali wszystkie główne szlaki w Polsce już tylko do prędkości 200 km/h, to czasy przejazdów skróciłyby się tak radykalnie, że w głowach by się pasażerom poprzewracało z tego dobrobytu. Z Poznania do Wrocławia podróżowałoby się niecałą godzinę (obecnie jedzie się 3 godziny z hakiem, w nocy bez haka), z Warszawy do Gdańska - godziny dwie (obecnie... 6-7 godzin). Wrocław od lat narzeka na brak dogodnego połączenia z Warszawą (obecnie jedzie się TLK-ą przez Częstochowę niecałe 7 godzin, Expresem przez Górny Śląsk - 6 godzin), dlatego mocno lobbował za KDP. Tymczasem wystarczyłoby wyremontować szlak z Opola do Częstochowy (to fragmenty dwóch linii - 61 i 144), oraz zrealizować projekt tzw. "protezy koniecpolskiej" - budowę krótkiej linii, która połączyłaby Częstochowę z CMK (czy - jak kto woli - linią kolejową nr 4), aby czas przejazdu z Wrocławia do Warszawy skrócić... o połowę (do 3 godzin z minutami). Jasne, to nie jest 1h45min, jakie zakładał projekt KDP, ale i koszty kilkadziesiąt razy mniejsze (ok. 500 milionów), i skorzystają na tym Opole, Częstochowa i kilka innych miast na trasie. Naprawdę, w Polsce pociągi jeżdżą teraz tak wolno, że nie trzeba nam od razu KDP, żeby pasażerowie odczuli różnicę. Tak dużą, że tego ministra, który im tą różnicę zapewni, z miejsca intronizują.

W jednym punkcie zgadzam się z ex-ministrem Kwiatkowskim: najlepiej byłoby realizować obydwa projekty jednocześnie - budowę KDP i modernizację dotychczasowych linii. Ale nas po prostu na to nie stać. I nie ma sensu nawet rozpoczynać projektu pod nazwą "KDP", bo po pierwsze i tak zabraknie nam funduszy i budowa stanie, a po drugie - to jest ściganie Zachodu na siłę. Oni swoje szybkie pociągi zaczęli budować kilkanaście, a może i kilkadziesiąt lat temu. Nie dogonimy ich za chińskiego papieża. Gdyby nawet w końcu, za iks lat, udało nam się stworzyć tego "igreka", w najbardziej rozwiniętych państwach byłby to już przestarzały środek transportu (pewnie by tam mieli jakieś latające poduszkowce, albo nawet by się już teleportowali...). O wiele rozsądniej jest wydać choćby część planowanych na KDP środków w celu modernizacji istniejących linii wraz z całym ich zapleczem. To nie tylko zauważalnie skróci czasy przejazdów, ale wydatnie poprawi bezpieczeństwo. A co do faktu, że z tym ostatnim nie można już dłużej czekać, po wczorajszej katastrofie nie ma chyba żadnych wątpliwości...

4. marca 2012, 22:44 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

sobota, 25 lutego 2012

ślepa kiszka odzyskała wzrok

Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio oglądałem w TV jakiś program kabaretowy. Pewnie będę niesprawiedliwy, a już na pewno nieobiektywny, ale konsekwentnie uważam, że polski kabaret w wersji z pierwszych stron telewizorów, leży i nie oddycha już od dobrych kilku lat.

Kiedyś byłem z tym fantem na bieżąco, oglądałem "Marzenia Marcina Dańca", kabaretony na Festiwalu Opolskim, "Mazurskie Noce Kabaretowe" w tym mieście, do którego prowadzą wszystkie drogi, a nie jest to Rzym etc. Jeszcze bodaj w 2005 roku na KFPP był całkiem przyzwoity program kabaretowy, ale potem już tylko znana wszystkim fizykom równia pochyła. Stare wiarusy (Piasecki, Kryszak, OT.TO, wspomniany Daniec) pokończyły kariery, albo zeszły na margines mainstreamu (i słusznie, bo trzeba dać szansę świeżej krwi). Z tym, że zanim zeszły, nie wychowały następców. Ani Mru Mru już od paru lat zjadają własny ogon (a szkoda), Mumio i Maciej Stuhr wybrali inną ścieżkę kariery, Grupa MoCarta i mim Krosny (on w ogóle jeszcze żyje?) to właściwie nie są kabarety sensu stricto... Coś tam próbuje trzymać na dobrym poziomie Artur Andrus, raz na ruski rok w miarę jadalny skecz wysmaży Kabaret Pod Wyrwigroszem... I to wszystko.

Chyba, że chcecie nazwać kabaretami to, co nazbyt często pokazuje TVP2 ok. 20:00 w tygodniu (a bywa, że i w weekendy). Już nawet nie chodzi o to, że powtarza się tam właściwie zestaw pięciu-sześciu tych samych ekip (przede wszystkim Neo-Nówka, Paranienormalni, a także Łowcy.B, Formacja Chatelet, Limo, DNO, Kabaret Młodych Panów), anonsowanych przez konferansjerów, jako uwielbiane przez cały naród kabaretowe bożyszcza. Gdyby to jeszcze działało na jakimś poziomie, to niechby występowali w tym zestawieniu do siódmej nieskończoności. Ale to, co oni nazywają działalnością kabaretową jest tak koszmarne, że szef "Dwójki" powinien zostać uhonorowany Nagrodą im. Karola Strasburgera za promowanie takiej żenady na swojej antenie. Zaraz dostanie mi się od zwapniałego ramola, co aż dymi nostalgią do Kabaretu Starszych Panów i artystów, którzy występowali w czasach, gdy latały jeszcze ostatnie pterodaktyle. Ależ skądże! Ja próbowałem dać wyżej w nawiasie wymienionym szansę. Niejedną. Naprawdę próbowałem oglądać ich popisy. Uwierzcie - nie dało się, przy całym oceanie dobrej woli z mojej strony. Debilne teksty, żarty "z dupy wzięte", wałkowanie wciąż tych samych tematów (lekka polityka, piłka nożna, resentymenty polsko-niemieckie). Poddałem się w momencie, gdy panowie kabareciarze doprowadzili do tego, że podczas ich występów zachowywałem się jak gdybym uczestniczył w konferencji emerytowanych hydrologów prowadzonej w języku aramejskim. I gdy publika ryczała ze śmiechu, ja się zastanawiałem, co jest ze mną nie w porządku, że nie śmieszy mnie ani jedno słowo w 50-minutowym programie.

I uprzedzam zarzut, że mam nieodwracalnie uszkodzone poczucie humoru. Bynajmniej! Potrafię się śmiać do łez z występów kabaretowych, ale tych w drugim obiegu. Na pokazach studenckich, przeglądach specjalistycznych, festiwalach lokalnych. Na imprezach, o których istnieniu widz telewizyjny nie ma kolorowego pojęcia. Nie twierdzę, że każdy tam występujący jest automatycznie orłem satyry, ale można wyłowić autentyczne perełki. Kabaret Chyba, Chwilowo Kaloryfer, Klakier, Ymlaut, Kabaret Dabz z mojego Opola, a przede wszystkim Kabaret A-Bzik z Dębicy, o którym pisałbym pochwalne poematy i śpiewał dziękczynne peany, gdybym tylko potrafił. Ale prędzej żołnierz hełm ubierze na lewą stronę niż większość z tych ekip choćby zbliży się do występu w ogólnopolskiej TV (pomijając sytuacje, gdy TV musi taki offowy kabaret pokazać, bo ośmielił on się np. zakwalifikować do finału PAKI).

Nie czekając na Narodową Strategię Kabareciarstwa, za naprawę tej sytuacji wziął się mimo wszystko ultra-mainstreamowy Kabaret Moralnego Niepokoju. Zawsze uważałem, że mimo niekwestionowanego talentu i świetnego warsztatu aktorskiego, zaprzedali się królowej Komercji. I będą już tylko robić skecze w stylu tych o "wyrywaniu lachonów", przed którymi powinno się wywieszać ostrzeżenia Ministra Zdrowia o możliwych katastrofalnych konsekwencjach dalszego oglądania dla inteligencji i osobowości widza. Dlatego z ogromną rezerwą (wojsko na szczęście już mamy zawodowe) obejrzałem dziś w TVP2 pierwsze dwa odcinki nowego cyklu: "Historia literatury według Kabaretu Moralnego Niepokoju". I słuchajcie - to naprawdę dało się oglądać! Owszem, na kolana nie powaliło, pewnych części ciała nie urwało. Ale ludzie - coś takiego w telewizji? W TVP?! To trochę tak, jakby ktoś na bagnie zaświecił nie iskierkę nadziei, ale od razu latarnię morską. Zgoda, pomysł na cykl niezbyt nowatorski, pewne rzeczy już robił np. nieodżałowany KOC (np. w Przeglądzie Książek Szkolnych), jednak trzeba docenić, że pan Górski i spółka zgrabnie wykopali się spod trzymetrowej warstwy mułu, gdzie telewizja skutecznie zagrzebała przez ostatnie lata polską sztukę kabaretową. Zamiast knajackich żartów - mnóstwo inteligentnych aluzji, czego dotąd unikano jak ognia, żeby nie stracić masowego widza, który przełączy kanał, bo nie zrozumie; a nie zrozumie, bo z literatury czyta jedynie instrukcję obsługi smarkfona. Świetne zaplecze techniczne - kostiumy, realizacja. Zagrywki w stylu wspomnianego KOC-a (np. "Staś i Hel"). I na finał mix "Pana Tadeusza" z "Tańcem z Gwiazdami" recytowany oczywiście trzynastozgłoskowcem. A i cel w sumie zbożny, bo może kogoś nie widzącego świata za firewallem, jakimś cudem skłoni do sięgnięcia po książkę.

Ubiegłej wiosny odzyskałem wiarę w polskie kino, teraz - w polski kabaret. Jak jeszcze jutro Agnieszka Holland dostanie Oscara, to chyba faktycznie będzie w grudniu ten koniec świata.

25. lutego 2012, 22:24 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

wtorek, 21 lutego 2012

hipokryzys

Dziś obchodziliśmy hucznie - nie, nie Ostatki - Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego! Z tej okazji dziennikarze pochylili się z troską nad kondycją naszej rodzimej lingwistyki. Większość materiałów, na jakie udało mi się natrafić, była skonstruowana w oparciu o tezę na poziomie wczesnego gimnazjum: "język polski zanika, bo zbyt dużo zapożyczamy z innych języków, a i młodzieżowy slang polszczyźnie nie służy". Do tego oczywiście wizualna ilustracja rzeczonego upadku naszej mowy - wizyta w szkole (a tam uczeń narzekający na "gastrofazę"), oraz rzut oka na forum dla informatyków (i przerażająca fraza: "upgrade driverów na mobo"). Wystarczająco, by co bardziej konserwatywnych (o "naszo-dziennikowych" nie wspominam) skłonić do pesymistycznej refleksji: O tempora, o mores...

A właśnie - jak to jest? Gdy wtrącamy w mowie lub piśmie zwroty i wyrażenia z francuska albo z łaciny, to świadczy to o erudycji, natomiast gdy wtrącamy anglicyzmy - to snobizm i tanie efekciarstwo. Kto zgrabnie wplecie w wypowiedź "sine qua non", ten niewątpliwie człek światły i błyskotliwy, ale gdy zarzuci angielskim - od razu kabotyn. Gdzie tu, przepraszam, logika? Bo angielski to język tych bufoniastych Amerykanów? No, błagam... A argumentacja, że skoro na "upgrade driverów" mamy polski odpowiednik ("aktualizacja sterowników"), więc należy używać rodzimego, jest tym bardziej śmieszna. Bo na "vis-a-vis" też mamy polski odpowiednik, całkiem fajny, podobnie jak na "sensu stricto" i tysiąc innych zapożyczeń z łaciny czy z języka Napoleona. Dlaczego zatem używamy tych obcych fraz i jeszcze nam to nabija punktów za uczoność? Wytłumaczy mi ktoś ten paradoks? Anyone?

Wiem, że ząb czasu uszlachetnia pewne przywary. Dwieście lat temu snobowano francuskim tak samo, jak teraz (podobno) snobuje się angielskim. Ale zapożyczenia były, są i będą (tylko z francuskiego pochodzą "fryzjer", "gorset", "butik" i setki innych, które traktujemy dziś jako własne). Język ewoluuje, musi się zmieniać, dostosowywać do wymogów rzeczywistości. Taplanie się we własnym błotku, usilne poszukiwanie polskich odpowiedników na pewne pojęcia, zwłaszcza techniczne, skazuje na brnięcie w dzikie ostępy absurdu (ot, choćby ten niesławny "listel", który swego czasu lansowała "Polityka" jako polski zamiennik dla "e-maila"). Skala wybiórczości, z jaką Rodacy podchodzą do angielskich zapożyczeń jest przerażająca (oświećcie mnie, proszę, dlaczego "e-mail" jest OK i używamy go na co dzień, ale już "update" to kabotynizm i zamach na naszą tradycję i korzenie ojców mowy?) i dorównuje tylko skali niewiedzy, mimo której wypowiadamy się (jako tzw. opinia publiczna) na tematy lingwistyczne z pewnością ekspertów. Jasne, nie każdy musi znać się na etymologii, ale może czasami warto zajrzeć do słownika, zamiast zgrzytać zębami na widok szyldów "Studio Kwiatowe" czy "Studio Fryzur". Gwoli wyjaśnienia: słowo "studio" pochodzi od łacińskiego "studium", które oznacza zajęcie, usiłowanie, czy naukę. Zatem każde miejsce, w którym ludzie czymś się zajmują (zwłaszcza zarobkowo), niezależnie czy robią tam zdjęcia biometryczne do paszportu, układają kompozycje kwiatowe czy gotują makaron, ma pełne prawo nazywać się "studiem". A że przez lata (zwłaszcza socjalizmu) "studio" przylgnęło li tylko do miejsc związanych z techniką audiowizualną... Cóż, interesujące, że taką zachowawczość prezentują zwykle ludzie, którym "konserwatyzm" staje kością w gardle.

Owszem, też denerwują mnie niezmiernie neologizmy typu "domówka" i wynalazki w stylu: "lajkowanie na fejsie". Ale znacznie bardziej alergicznie reaguję, gdy ktoś oburza się na zagraniczne zapożyczenia, a z językiem polskim ma elementarne problemy. Koronnym przykładem niech będzie "bynajmniej", używane nagminnie w znaczeniu "przynajmniej" ("Nie zobaczyliśmy wszystkich zwierząt w ZOO, bo zaczęło padać, ale bynajmniej widzieliśmy goryle" - gdyby za każde tego typu zdanie wypowiadający je płacił złotówkę do kasy państwa, bylibyśmy drugą gospodarką świata...). Nóż mi się w kieszeni otwiera, gdy ktoś niechlujnie zjada końcówki czasowników w pierwszej osobie ("Ja nie umie", "Ja rozumie"), gdy sypie pleonazmami aż miło ("cofnijcie się wszyscy do tyłu", "wrócił z powrotem"), o kwitnących zastosowaniach słowa na literkę "j" nie wspominając. A niedawno usłyszałem z ust dziennikarza (dziennikarza!, w telewizji!): "Kondycja (czegoś tam) jest w złym stanie"...

Tak, zaraz dostanie mi się od bufonów, co to pozjadali wszystkie rozumy. Wiem, sam nie jestem doskonały. Mam ogromne problemy z interpunkcją. I patologicznie często rozpoczynam zdania od spójników (zwłaszcza "ale", "zatem", oraz "i"). Ale wydaje mi się, że przynajmniej się staram. I tego samego życzę wszystkim rejtanowskim obrońcom mowy polskiej przed zalewem amerykanizacji. Skoro tak cenna jest ta nasza polszczyzna, na którą Jankes nastaje, to dbajmy o nią mową, uczynkiem i postępowaniem.

21. lutego 2012, 22:42 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

wtorek, 7 lutego 2012

głos pokolenia

"Pierwszy raz od lat młodzi w Polsce wyszli na ulicę i krzyczą jednym głosem (...) przeciw próbie odebrania im internetu. Nazywa się ich już pokoleniem ACTA". Myślałem, że spadnę z krzesła, gdy zobaczyłem to zdanie w najnowszym "Newsweeku Polska". Rany koguta, jeszcze jedno pokolenie?! Tylko dlatego, że przez kilka dni z rzędu młodzi ludzie, których poza tym nic nie łączy (!), protestowali we wspólnej sprawie? Może wyłazi ze mnie skostniały konserwatyzm, ale wydaje mi się, że kiedyś, aby nazwać jakąś zbiorowość społeczną "pokoleniem", potrzeba było przede wszystkim długiej perspektywy czasowej, aby w niej zobaczyć spajające owo pokolenie idee, a poza tym spoiwo to powinno być chyba znacznie silniejsze niż szereg demonstracji i akcji protestacyjnych.

Nie wiem, może wykształciło się współcześnie jakieś społeczne zapotrzebowanie na "pokolenia", ale wygląda na to, że z powyższych kryteriów żadne nie jest zachowane przy wyodrębnianiu kolejnych "pokoleń". Wystarczy, że - tak jak w tej piosence - "gdzie dwaj, albo trzej zebrani w imię moje są...". Przecież tych "generacji" i "pokoleń" obwołano już tysiące, było pokolenie JP2, JP3, JP, JP100%, HWDP, było pokolenie X, pokolenie Y, pokolenie Z (a nie, przepraszam, Z to była mrówka...), pokolenie IKEA, yuppie, zero, pokolenie 1200, 1500 brutto, 1386 brutto, pokolenie nic, pokolenie GG, Facebooka, Google, CV, a wcześniej brulionu i kolumbów.

Nie tak dawno bulwersowałem się, że w Polsce nie da się nic zbudować ani stworzyć bez Narodowej Strategii. Bo jest Narodowa Strategia Spójności, Integracji, Budowy Dróg, Zrównoważonego Rozwoju, Edukacji Ekologicznej, Zatrudnienia, a ostatnio powstaje... Narodowa Strategia Melioracji. Gorzką konkluzją było, że w kolejności czeka już tylko Narodowa Strategia Wywozu Śmieci. Generalnie żadna z tych strategii nie ma związku z mnożącymi się jak króliki po Viagrze pokoleniami, ale wspominam o tym dlatego, ponieważ obydwie sprawy wydają się mieć podobną genezę. Narodowe Strategie są tworzone przez armie urzędników, którzy w normalnych warunkach byliby niepotrzebni, ale paląca konieczność opracowania i wdrożenia Strategii uzasadnia ich istnienie i pobieranie pensji z publicznych pieniędzy. Natomiast powoływanie do życia kolejnych "pokoleń" uzasadnia egzystencję nieprzebranych rzesz socjologów, mających o czym pisać książki, artykuły naukowe i rozprawiać na naukowych konferencjach wzajemnej adoracji.

Jednak "pokolenia ACTA" nie wymyślili socjologowie. Z całym szacunkiem dla ich refleksu, nie zdążyli zareagować. Kluczowe natomiast jest tutaj wyrażenie-wytrych: "Nazywa się ich już pokoleniem ACTA". "Nazywa się" - bez wskazania autora. Ale kto konkretnie nazywa? Oczywiście, że nie szarzy obywatele, nie tzw. opinia publiczna, nie ludzie przed telewizorami, bo ich terminologia naukowa jest tak odtwórcza jak muzyka Piotra Rubika. Nazwę tą skonstruowali sami dziennikarze, a bezosobowa forma pozwala im sprytnie ukryć ten fakt. I tylko cel mają ten sam, co socjologowie - ależ będzie teraz można płodzić analizy i organizować telewizyjne debaty z udziałem wszystkich świętych, od posła Rozenka, przez profesor Staniszkis po Zbigniewa Hołdysa.

"Każde pokolenie ma własny czas" - gra i trąbi zespół Kombi. Całe szczęście, że Albert Einstein już dawno odkrył względność czasu i to, że w pewnych warunkach można go "rozciągnąć". Dzięki temu może wystarczy go dla tych wszystkich pokoleń. Bo to, że nie wystarczy ludzi do obsadzenia każdej nowo obwołanej generacji, jest już przesądzone. Chyba, że nagle ludzie zaczną się dzielić mitotycznie...

7. lutego 2012, 15:18 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

czwartek, 2 lutego 2012

zbrodnia doskonała

Nigdy nie rozumiałem, dlaczego media tak szeroko i wnikliwie relacjonowały wszelkie fakty dotyczące porwania niejakiego Krzysztofa Olewnika. Owszem, prób porwania dla okupu jest w Polsce relatywnie mało i jest to niewątpliwie atrakcja dla gawiedzi. Owszem, ojciec denata jest dużym przedsiębiorcą (z branży wędliniarskiej zresztą, a co drugi mafioso w tym kraju ma mięsną ksywę - ciekawe, prawda?). Ale nasza kochana czwarta władza podchodziła do sprawy, jak gdyby uprowadzono co najmniej jakiegoś królewicza. Każdy nowy fakt, nieistotne czy znaleziono włos, nowe nagranie telefoniczne czy powiesił się kolejny zamieszany w tą sprawę, natychmiast był na pierwszych stronach gazet i w czołówkach serwisów informacyjnych, pod sensacyjnym nagłówkiem "Przełom w sprawie porwania Krzysztofa Olewnika". Naprawdę, nic mi facet nie zrobił złego, a dzięki mediom mam go dość o wiele bardziej niż katastrofy smoleńskiej. Może ludzie uwielbiają śledzić kryminalno-sensacyjne story, ale to niech sobie pooglądają jakieś Kryminalne Zagadki CSI. W "Faktach" oczekuję bowiem naprawdę ważnych dla kraju i świata informacji.

Porwanie "Madzi z Sosnowca" to nieco inna sprawa. To epatowanie newsami o jej zaginięciu - zgoda, też było nachalne - jestem jednak w stanie zrozumieć. I domyślać się (wiedzieć nie mogę), co czują rodzice, oraz jak bardzo są zdesperowani, żeby postawić na nogi cały kraj, by odnaleźć dziecko. Zwykle w takich przypadkach szanse na powodzenie są bowiem minimalne. Gdy do roboty biorą się profesjonalni porywacze, mają przygotowany plan działania, w ciągu kilku godzin dziecko może być na drugim końcu Polski, odpowiednio przebrane i ukryte. A wówczas to jest już igła w stogu siana.

Dlatego sprawę z konieczności znał w Polsce chyba każdy, kto ma w domu telewizor. I oto nieoczekiwanie mamy rozwiązanie. Banalne do bólu. Słynny detektyw, co był kiedyś w partii pana Leppera, odnajduje ciało. Matka dziewczynki przyznaje się do "wszystkiego": dziecko wypadło jej z rąk w domu, uderzyło głową o podłogę - matka w szoku, nie wie co robić, nie wzywa pogotowia, zamiast tego ukrywa zwłoki pod drzewem na odludziu, wymyśla historyjkę z porwaniem... Przerażająco proste.

Jeszcze bardziej przerażające jest jednak, że jednej zdesperowanej kobiecie udało się postawić na nogi cały kraj, wodzić za nos tysiące ludzi, profesjonalne służby... Nie oceniam jej zachowania, skądże, nikt z nas nie wie, jak zachowałby się w stanie podobnie silnego szoku. Niesamowite jest jednak, że nikt ze śledczych niczego się nie domyślił. Zgoda - były różne teorie, policja przyjmowała różne wersje wydarzeń. Mi też coś w tej sprawie nie pasowało: brak jakichkolwiek świadków, chociaż miejsce podobno było "uczęszczane", brak motywu (rodzina nie miała wrogów ani długów). Osobiście obstawiałem porwanie na zlecenie dla rodziny (z drugiego końca Polski lub nawet z zagranicy), która nie chce przechodzić przez żmudne procedury adopcyjne. Może ewentualnie porwanie przez osobę z zaburzeniami psychicznymi, przez jakąś kobietę, która sama niedawno straciła własne dziecko i przywłaszczyła sobie cudze, oszukując się, że jest to jej własne, ubierając je identycznie jak własne itd. (był świetny odcinek "Lie To Me" z podobnym przypadkiem). Ale nie przypuszczałem, że rozwiązanie będzie właśnie takie.

Na porwaniu "Madzi" zbudowano gigantyczną akcję. Ulotki, plakaty, nagrody dla świadków, materiały w TV, w gazetach, konferencje prasowe, m.in. ta spektakularna, gdy rodzina apelowała, że w zamian za zwrot dziecka wycofa wszelkie oskarżenia. I mam wrażenie, że wszyscy daliśmy się zrobić w tak zwanego konia. Matkę dziewczynki przesłuchiwały tabuny specjalistów (sam słyszałem w TV, że "psychologowie potwierdzili autentyczność jej wersji zdarzeń"- tej z niezidentyfikowanym mężczyzną, który miał ją tropić i w końcu przyłożyć jej w głowę czymś ciężkim), wokół wypowiadały się najtęższe umysły znające się na wszelkich uprowadzeniach, słynny superbohater profilerów policyjnych Bogdan Lach, skonstruował portret psychologiczny rzekomego sprawcy (mężczyzna, ok. 30-tki...). I co? Nikt nie zwrócił uwagi na nic podejrzanego! Owszem, policja działała zapewne wielotorowo, rozpatrując wszystkie możliwości, ale wciąż głównym wątkiem było porwanie.

Jakie z tej historii płyną refleksje? Może taka, że wszystkie te kryminalne i psychologiczne techniki można potłuc o kant kuli. Nie potrafię sobie ułożyć w głowie tego, że nikt nie zauważył nic zastanawiającego. Już nawet nie specjaliści, ale rodzina, bliscy, znajomi. Jeśli matka dziewczynki była w szoku, to nie mogła - o ile nie była psychopatką - trzymać się ściśle jednej wersji wydarzeń, realizować długo wykuwanego w umyśle planu. Zdarzenie było nagłe, wszystkie reakcje potem - spontaniczne, nie było czasu na ułożenie sobie w głowie spójnej wersji wydarzeń. Osoba w szoku po prostu musi się gdzieś pogubić, musi konfabulować, muszą być dziury w jej zeznaniach i nie wierzę, że nic takiego nie miało miejsca. Ale trzeba było grubo ponad tygodnia, żeby wreszcie dojść do prawdy. Jeśli przeciętna, zszokowana kobieta potrafiła przez tak długi czas mylić tropy najlepszych specjalistów w kraju, to aż strach pomyśleć, co będzie, gdy do dzieła wezmą się profesjonalni przestępcy, inteligentni, wyposażeni w wiedzę, doświadczenie, technikę... Może zbrodnia doskonała jednak jest możliwa?

Ale można też wyciągnąć inny morał z tej bajki. Że jednak warto interesować się psychologią i tym, co dzieje się u człowieka pod czaszką. Sam marzyłem kiedyś, żeby być kimś w rodzaju takiego mindhuntera na wzór amerykański - intelektualnego superhero przygotowującego profile psychologiczne sprawców przestępstw. I nadal uważam, że jest coś w tym ważnego i potrzebnego. Wiedzieć dlaczego ludzie działają właśnie tak, jak matka Magdy z Sosnowca. Dlaczego w stanie silnego szoku konstruują alternatywną wersję wydarzeń i stawiają na nogi pół kraju. Jaki jest mechanizm? Co się wówczas dzieje w ich mózgu? Jak sobie radzą z emocjami? A jak odpierają - na pewno tłukącą im się do świadomości niczym świadkowie Jehowy do drzwi - prawdziwą wersję zdarzenia? A może wypierają ją do freudowskiej nieświadomości?

I nawet jeśli ktoś jest twardym materialistą, to również pragmatyczny powód dla tego rodzaju intelektualnych przedsięwzięć można mu znaleźć. Ile bowiem zaoszczędzono by sił i środków finansowych, gdyby tydzień wcześniej ktoś przyparł matkę dziewczynki do muru, albo bardziej zgłębił inne wyjaśnienia niż najbardziej oczywiste porwanie...

2. lutego 2012, 23:45 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego