piątek, 30 listopada 2012

listopadowy SMOK

Jak tradycja stara każe, ostatniego dnia każdego miesiąca SMOK * wychodzi ze swojej pieczary, aby dowiedzieć się, co w kulturze piszczy.

Książka: Niezwykłe perełki można czasem wykopać na kiermaszach książki. Za 30% ceny okładkowej nabyłem ostatnio książkę "Talki w podróży" autorstwa - rzecz jasna - Leszka Talko. Że pan Talko pisać potrafi naprawdę nie byle jak, nie muszę pewnie przekonywać. Ta książka ma jednak dodatkowo taki przyjemny, trochę tajemniczy klimat. I przekonuje, że najlepsze scenariusze jednak pisze samo życie (w co na swoim blogu wątpił niedawno Michał Zaczyński). Trzeba tylko dobrze ich poszukać. I niekoniecznie na prowincji. Scena z gonieniem gołębia na krakowskim Rynku i towarzyszącym temu dialogiem starszych pań - wyborna!

Film: Zaniedbuję ostatnio kino. Jednak w związku z tym, co przeżywa ostatnio X Muza w Polsce, nie cierpię z tego powodu na straszne wyrzuty sumienia. Maciejowi Stuhrowi dostało się za to, że zagrał co mu napisali, w filmie, który szkaluje. Z kolei Marianowi Opani dostało się za to, że nie zagra tego, czego jeszcze nie napisali, w filmie ku chwale i pamięci. Polskie kino dogorywa z dzwoniącym mu w uszach szekspirowskim pytaniem: Grać czy nie grać? Na które odpowiedź jest raczej hiobowa, skoro niezależnie od wyboru, rezultat jest podobny.

Muzyka: Po fenomenalnym projekcie pod nazwą Cain's Offering, kolejną odsłoną współpracy Janiego Liimatainena (gitara) i Timo Kotipelto (wokal) jest akustyczna płyta "Blackoustic". Znajdziemy na niej przeważnie wersje unplugged kawałków z dorobku macierzystych formacji obydwu panów - czyli Sonaty Arctica i Stratovarius, ale też kilka klasyków. Niektóre aranżacje trochę przesadzone, niektóre wersje rozmydlone, ale głos Timo ratuje całą koncepcję. A jak zagrali akustycznie "My Selene" z repertuaru Sonaty, to kapcie mi spadły z wrażenia.

Telewizja: Koniec listopada to smutny okres dla telemaniaków. Jak ostatnie liście z drzew, z ramówki spadają ostatnie odcinki jesiennych sezonów seriali i szołów. W tej sytuacji ekscytować pozostaje się migracjami dziennikarzy pomiędzy stacjami telewizyjnymi. A oni - o dziwo - uciekają ze stacji komercyjnych do TVP, gdzie przecież bieda aż piszczy, bo abonament RTV i AGD płaci w tym kraju już tylko Maciej Kurzajewski. Jednak po głębszej refleksji, ten kierunek transferowy już nie dziwi. Odkąd pewien reżyser zaproponował, aby fizycznie wyeliminować dziennikarzy TVN (oraz pewnej gazety, w której podobno piszą starozakonni), nie jest już tam bezpiecznie i niedługo w stacji pana Waltera pozostaną wyłącznie korespondenci wojenni. A jeśli również pan Brunon o wiosennym nazwisku pozostawił po sobie wyznawców, to i na sprawozdawcę sejmowego będzie ciężko znaleźć kandydatów.

* Subiektywny Miesięczny Odcinek Kulturalny

piątek, 2 listopada 2012

człowiek kwadratowy

Niedoszły student gdańskiej ASP pozostanie właśnie studentem niedoszłym, ponieważ - po zdaniu, niełatwych zapewne, egzaminów wstępnych - odmówił podpisania treści ślubowania. Studenci z całego kraju, którzy pomyślnie zaliczyli ten ostatni etap dzielący ich od Alma Mater, musieli być w niezłym szoku. Zdał egzaminy, a odmówił ślubowania - to mniej więcej tak, jakby facet pokonał wpław kanał La Manche, a po wyjściu na brzeg utopił się w kałuży na nabrzeżu portu w Dover. Ba, niektórzy studenci musieli być pewnie zdziwieni, że na uczelni w ogóle istnieje coś takiego jak ślubowanie. Rozentuzjazmowani faktem zakwalifikowania w poczet społeczności akademickiej, od momentu gdy zobaczą swoje nazwisko na liście przyjętych, podpisują wszystko jak leci, byle się tylko czcigodna wszechnica nie rozmyśliła. Szkoda, że nikt nie wpadł na pomysł, aby dla tak zwanych jaj, w tekście ślubowania umieścić przysięgę wierności Makowej Panience, ideom Kasi Cichopek, albo zobowiązanie do przyrządzania dwa razy w miesiącu makaronu z masłem według przepisu Mamy Muminka.

Natomiast niedoszły student z Gdańska nie dość, że treść przysięgi przeczytał, i to ze zrozumieniem, to jeszcze wyłuszczył, co mu się w niej nie podoba i z czym on nie jest się w stanie pogodzić. Trochę może dziwić, że - chociaż deklaruje się jako monarchista - jest w stanie pogodzić monarchizm i demokrację, przeciw której nie ma nic naprzeciwko, ale nie czepiajmy się kazuistyki. Przede wszystkim bowiem sumienie nie pozwala mu ślubować wierności ideałom humanizmu. I ja go rozumiem. Bo co to właściwie jest "humanizm"? Gdyby przeprowadzić mój ulubiony test - czyli zapytać na ulicy sto losowo wybranych osób - odpowiedzi byłyby ko(s)miczne. Kiedyś autorzy programu "Podróże z żartem" wypytywali przechodniów o znaczenie pojęć związanych z Dalekim Wschodem. Dzięki temu dowiedzieliśmy się od ludzi, że Czomolungma to murzyński władca, Katmandu - gatunek papugi, a Bramini to tacy żule, co cały dzień stoją w bramie, pijąc tanie wino. Zgoda, humanizm niby narodził się pod inną, bliższą nam, długością geograficzną, ale odpowiedzi nie oczekiwałbym trafniejszych. A już cytować na ulicach frazy: "Homo sum, humani nihil a me alienum puto" nie polecam tym bardziej, bo zamiast poprawnego tłumaczenia, można dostać w miskę. Wprawdzie sum to tylko ryba, ale homo wciąż dość niepoprawne politycznie, humani może zostać uznane za kryptoreklamę sklepu z butami, a już nie daj Boże, żeby napatoczył się jakiś Hiszpan. Wówczas za ostatnie słowo maksymy Terencjusza, można nawet pójść do kryminału.

Zaraz będzie, że się nabijam z niewiedzy społecznej. Skąd! Sam nie mam kolorowego pojęcia, jak zdefiniować humanizm. Gdyby mnie ktoś zaczepił na tę okoliczność, wydukałbym, że to jest koncepcja w kulturze, która afirmuje (przepraszam za słowo) wszystko, co jest związane z człowiekiem. Ale tak prywatnie humanizm kojarzy mi się bynajmniej nie z człowiekiem, a z małpą (bo jest taki gatunek - hanuman; nic nie poradzę na sugestywność książek Alfreda Szklarskiego). W każdym razie pod tak ogólną definicję humanizmu można podciągnąć niemal wszystko, co się wiąże z rozwojem czy potrzebami człowieka (czyli wszystko, bo ludzie w tej chwili opanowali wszelką przestrzeń, od dna oceanu po - ostatnio - górne warstwy stratosfery). Dlatego rozumiem prawie-studenta ASP, że nie chciał przysięgać na wierność tak niekonkretnej idei. Jeszcze mu potem każą robić coś dziwnego, na przykład tańczyć kozaka w czapce frygijskiej, intonując jednocześnie piosenkę "My jesteśmy krasnoludki" oraz grając na banjo - i sztuka to, i czysty humanizm, i jeszcze przenikanie się kultur. A gdy odmówi, to powiedzą mu: "Przecież ślubowałeś...".

Zuch chłopak. A jeśli już przysięgać, to konkretnie. Jak lekarze. Nie będę kroił, nawet cierpiącego na kamień (i od razu wiadomo w czym rzecz), lecz pozostawię to mężom, którzy rzemiosło to wykonują (a ja sobie popatrzę). Tak mi dopomóż Asklepios, Higiena i Pacanea... pardon... Panacea.

Jaki natomiast płynie wniosek z historii niedoszłego studenta ASP? Żeby czytać, co się podpisuje? Też. Jednak również taki, że nawet jeśli nie wiemy, czym właściwie jest humanizm, to i tak postępujemy na ogół humanitarnie (i na przykład - pomimo medialnych wyjątków - nie ukrywamy uprzednio zamordowanych noworodków w beczkach na kiszoną kapustę albo w tapczanie). Tak jak ten przysłowiowy trzmiel nie musi znać się na aeronautyce, żeby latać, tak nie potrzebujemy humanizmu, żeby być (dla siebie) ludźmi. Ot, taki osobliwy modus vivendi.

2. listopada 2012, 22:40 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

wtorek, 30 października 2012

październikowy SMOK

SMOK (Subiektywny Miesięczny Odcinek Kulturalny) jeszcze żyje i na zakończenie kolejnego miesiąca ma trochę do powiedzenia w następujących kwestiach kulturalnych.

Książka: Richard Wiseman "Paranormalność. Dlaczego widzimy to, czego nie ma?" (W.A.B., 2012). Dwa lata temu, po wydaniu "Dziwnologii", Richard Wiseman stał się w naszym kraju zaskakująco popularny. Ukazały się nawet wznowienia jego wcześniejszych książek, a teraz - przy całkiem niezłej promocji - pojawiła się "Paranormalność". Wbrew pozorom to nie jest podręcznik mentalisty, a psychologia z krwi i kości, ale polecić warto każdemu, kogo ciekawi, dlaczego iluzjoniści, magicy i media (te od duchów, nie od wiadomości z szerokiego świata) tak łatwo robią człowieka w tak zwanego konia.

Film: W tym miesiącu nie miałem okazji obejrzeć żadnego dokonania kinematograficznego. Chociaż na kinowym bezrybiu ruch był ostatnio jak w ulu. Niemniej jednak, w kwestii "Skyfall" poczekam, aż za przyjemność oglądania Daniela Craiga i jego marynarki nie trzeba będzie płacić. Z kolei "Jesteś Bogiem" to nie dla mnie (z uwagi na wrodzoną, niezwykle silną alergię na wszystko, co choćby leżało w pobliżu polskiego hip-hopu), a "Bitwę pod Wiedniem" profilaktycznie ominąłem, aby - jako zrobiony w konia - nie stać się przykładem manipulacji opisywanych w najnowszej książce Richarda Wisemana. W każdym razie znamienne jest, że o wszystkich w/w filmach szum był jak w żydowskiej herbaciarni. A w przypadku filmu, jeśli mówi się i pisze więcej o jego otoczce niż o samym dziele, to dla producentów dobrze, ale dziesiąta muza niekoniecznie musi być w siódmym niebie.

Muzyka: W tej dziedzinie też się trochę działo, ale album "Time (I)" projektu Wintersun (Nuclear Blast, 2012) przyćmił wszystko pozostałe. W wolnej chwili może napiszę osobną notkę, ale dość powiedzieć, że Jari Maenpaeae stworzył dzieło kosmiczne, być może najlepszą płytę od dobrej dekady.

Telewizja: W siódmej odsłonie powrócił Dexter i mimo wyczerpywania się formuły trzeba mu przyznać, że trzyma się nieźle. Niby everything has changed, ale pewne rzeczy pozostały po staremu. Jest hawajski outfit Batisty, jest wkurzający behavior Quinna, a Debra nawet zwiększyła ilość fucków na minutę wypowiedzi (impossible is nothing). I wreszcie Isaac - nowy czarny charakter (?) jest kapitalny. Jak nie lubiłem żadnego z przeciwników Dextera, tak ten gość mnie wręcz hipnotyzuje.

A skoro o hipnozie mowa, to ponownie wracamy do Wisemana. Zatem: ...adin... dwa... tri... - do biblioteki (tudzież księgarni) marsz i czytać "Paranormalność"! A teraz obudzisz się, niczego nie pamiętając. PSTRYK.

30. października 2012, 23:38 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

piątek, 19 października 2012

chichot Charona


Rozumiem, że tematyka funeralna to temat delikatny, a tzw. "czarny humor" czasami zbyt beztrosko przekracza granice dobrego smaku. Jednak abstrahując od konkretnych sytuacji i jednostkowych przykładów, nawet na tematy ostateczne można (a może i należy) spojrzeć z dystansem.

Autor tego ogłoszenia z pewnością miał najlepsze intencje - zareklamować swoje usługi, a zarazem przybliżyć ludziom specyfikę swojego zakładu i oswoić ich z procesem, który tam przebiega. W naszym kraju wciąż wiele osób ma zrozumiałe wątpliwości i opory w kwestii korzystania z takich usług. Dlatego wszelkie inicjatywy, które pomogą zwiększyć świadomość związaną z procesem kremacji, zasługują na pochwałę. Chyba jednak w tym przypadku niezbyt właściwie dobrano środki przekazu. Bo i nazwa "Dzień otwarty" bardziej pasuje do szkoły, uniwersytetu czy urzędu, ale też pewne wyrażenia mogą budzić dwuznaczne skojarzenia. W kontekście cmentarno-funeralnym takie skojarzenia nasuwają zwłaszcza słowa "otwarty", "wstać" etc. Dość dawno temu, chyba jeszcze w "Idolu", Kuba Wojewódzki stwierdził, że fragment refrenu słynnej piosenki zespołu Ich Troje ("Wstań, powiedz: nie jestem sam...") semantycznie pasuje do pozytywki nagrobnej.

I może przesadzam, ale podobnie niefortunnie brzmią w omawianym ogłoszeniu również inne frazy. "Duże zainteresowanie kremacjami" (brzmi trochę jakby chodziło o jakąś nową modę), "możliwość zapoznania się z procesem kremacji" (ale chyba tylko teoretycznie...?), "serdecznie zapraszamy" (trochę wisielczo być serdecznie zaproszonym do takiego przybytku; i tak dobrze, że nie "gorąco zapraszamy"), a zwłaszcza "rozwiejemy wątpliwości". Była kiedyś nawet taka czarna anegdotka: pracownik krematorium nieopatrznie kichnął, a teraz nie wie kto gdzie...

Żebym jednak nie został źle rozumiany. Nie zamierzam tu ani drwić, ani czepiać się treści ogłoszenia. Zdaję sobie sprawę, że ułożenie jego treści w taki sposób, aby nie wzbudzało żadnych skojarzeń, wymagałoby akrobatycznego żonglowania słownictwem. A właściciele takich zakładów mają przecież inne rzeczy na głowie, niż redagowanie anonsów prasowych. Dlatego takie dwuznaczności będą na myśl przychodzić. A czy mogą gorszyć? Pewnie tak, ale wszystko raczej rozbija się o właściwe wyczucie tego, kiedy na pewien dystans do spraw ostatecznych można sobie pozwolić.

19. października 2012, 23:46 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

wtorek, 9 października 2012

lekarz na tropach Yeti

W kameralnym gronie Prawo i Sprawiedliwość zorganizowało dzisiaj debatę na temat służby zdrowia i jej niekończących się problemów. W trakcie jej trwania, reporter "Faktów" TVN przeszedł się po szpitalnych korytarzach, aby sprawdzić czy pacjenci z poziomu swoich łóżek śledzą "pierwszą od wielu lat poważną dyskusję" na - wydawałoby się - bezpośrednio dotyczący ich temat. Niestety, reporter nie znalazł osób śledzących to wydarzenie z zapartym tchem nawet na oddziale pulmonologicznym.

Co potwierdza tylko znaną od lat tezę, że pacjentowi (a zwłaszcza choremu pacjentowi, bo tacy też czasem się zdarzają) jest potrzebny lekarz, pielęgniarka, ratownik medyczny, a nie służba zdrowia. Chorzy w chwilach cierpienia wołają przecież: "Lekarza!", "Doktora!". A widzieliście kiedyś, aby złożony gorączką człowiek krzyczał: "Służby zdrowia!" ? No właśnie...

Służba zdrowia jest bezwzględnym zombie, trupem nieustannie defibrylowanym wyłącznie po to, aby krewni i znajomi tak zwanego Królika mogli na ciepłych posadach, podgrzewanych paliwem podatników, doczekać szczęśliwej emerytury. "To jest obora. Tu się doi!" - cytując posła Ruchu Palikota. Zresztą nawet zakładając kryształową uczciwość wszystkich zaangażowanych, projekt ten już u samych podstaw jest skazany na niepowodzenie. Służba zdrowia polega - ogromnie upraszczając - na tym, że płacimy państwu w formie przeróżnych składek na ubezpieczenie zdrowotne mnóstwo pieniędzy, aby potem - gdy przyjdzie potrzeba - otrzymać od tego państwa "bezpłatnie" usługi lekarskie. I wszystko fajnie, tylko ktoś te pieniążki, które państwu płacimy, musi przeliczać, naliczać, wyliczać, rozliczać. Zajmują się tym urzędnicy służby zdrowia, którzy muszą gdzieś te czynności wykonywać (stąd konieczność wybudowania budynków, ogrzania ich i wyposażenia w komputery najnowszej generacji) i otrzymać za to pensje. A skąd forsę na to wszystko? Oczywiście trzeba potrącić z tych pieniążków, które niby wpłacamy na poczet przyszłych usług ratujących życie.

Nigdy zatem nie będzie tak, że choćby w teorii mielibyśmy zagwarantowaną możliwość wykorzystania 100% tych środków, które wpłaciliśmy. Innymi słowy - nie da się w służbie zdrowia zrobić tak, aby wyjąć tyle, ile się włożyło. Bo z tego, co się włożyło, musi się jeszcze wyżywić aparat biurokracyjno-urzędniczy. A jest to monstrum wielogłowe i żarłoczne jak mało co.

Wniosek - to się nie ma prawa udać, nawet gdyby nie kradli w służbie zdrowia tak, jak kradną, oraz niezależnie od tego, kto jest u władzy i jak genialnego projektu ratowania tej hydry by nie przedstawił. Co zatem robić? Pewnym pomysłem jest, aby samemu, bez pośredników w postaci służby zdrowia, dysponować własnymi środkami przeznaczonymi na leczenie. Czy to jednak mogłoby zadziałać w praktyce, czy jest jedynie snem srebrnym nieuleczalnych libertarian - na zawsze pozostanie mroczną zagadką dziejów. Bo nie tylko w Polsce na dźwięk słowa "prywatyzacja" kto żyw ucieka, gdzie pieprz zimuje.

Dawniej powiadano, że są cztery rodzaje białej śmierci: sól, cukier, kokaina i służba zdrowia. Dziś wiemy już, że jest ich znacznie więcej - bo jeszcze mąka, lawina, Yeti, Simo Haeyhae (fiński snajper, który w czasie Wojny Zimowej osobiście odesłał ponad 700 rosyjskich żołnierzy do Krainy Wiecznych Łowów), a podobno nawet także mleko. Gdy jednak mamy do czynienia z systemem, który decyduje, kogo wysłać na tomografię od razu, a kogo w przyszłym roku, z darmowym biletem na przeprawę przez Styks w pakiecie, to żarty się kończą. Ale od rozmów wzajemnej adoracji na najwyższym choćby szczeblu, nic się w tej kwestii nie zmieni. Najlepiej wiedzą o tym ci, którzy urzędniczego obola otrzymali i przechowują pod szpitalną poduszką mokrą od łez. A "eksperckie" debaty mają dokładnie w tym miejscu, w którym ich ma system służby zdrowia.

9. października 2012, 00:06 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

niedziela, 30 września 2012

wrześniowy SMOK

W niezapomnianym KOC-u Grzegorz Wasowski z grobowym obliczem kierował do telewidzów ponurym głosem słowa: "Witam Państwa w MSW...". Po czym wesoło dodawał: "... czyli w Magazynie Słynnych Wynalazków". SMOK też może na pierwszy rzut oka wywoływać konsternację, wszak ostatnie osobniki wymarły wraz z dinozaurami i jeden tylko ostał się w podziemiach Wawelu, jak dowodził słynny profesor dendrologii. Na szczęście tym razem chodzi o Subiektywny Miesięczny Odcinek Kulturalny. W wydaniu wrześniowym zatrzymam się przy następujących pozycjach.

Książka: Andrzej Pilipiuk "Szewc z Lichtenrade" (Fabryka Słów, 2012)
Nie jest to wprawdzie "Wampir z M-3", ale czyta się świetnie. Jak zwykle u Pilipiuka jest zręczny mix. Tym razem do zupy dodano mnóstwo smakowitej demonologii oraz posiłków z ludowych wierzeń i zabobonów - efekt jest przepyszny! A że do głównych bohaterów zaliczają się antykwariusz i archeolog, pokryte jest to wszystko urzekającą patyną. Stare koronki zatem są, arszenik - miejscami (w postaci zamienników) też. W końcu jak długo można ciągnąć na bimbrze i czosnku... Polecam szczerze!

Film: "Iron Sky", Finlandia, Australia, Niemcy, 2012
Właśnie ukazało się na DVD, a to dobry powód, aby rzucić na dzieło okiem, dla tego, kto nie widział w kinie. Hitlerowcy, którzy w 1945 roku ukryli się po ciemnej stronie Księżyca, a 60 lat później powracają na Ziemię w sile i gotowości - fabuła albo banalna, albo genialna. Quod capita tot sensus - jak mawiali Rzymianie, z których dorobku zresztą naziści trochę czerpali. Rację mają ci, którzy twierdzą, że można było z tego zrobić jeszcze lepszy film. Ale i tak warto obejrzeć. Już choćby dlatego, że takiego beztroskiego pomieszania gatunków (bo ni to parodia, ni sci-fi) już dawno nie było (nie licząc Zuckerowych pastiszów, ale to inny świat). Plus ścieżka dźwiękowa (Laibach!). Plus stacja orbitalna MIR w wersji bojowej!

Muzyka: płyta "Privateering" Marka Knopflera (Mercury, 2012)
Nauczycielka matematyki z liceum zauważyła w mojej klasie specyficzną prawidłowość - im ktoś był mniej pewny wykonując zadanie przy tablicy, tym większe cyfry pisał kredą. Mark Knopfler kopiuje tą regułę. Kiedyś potrafił rzucić słuchacza na kolana jedną piosenką (po "5:15 a.m." czy "What It Is" długo szukałem własnych zębów na podłodze), teraz wydał dwupłytowy album, a ucho niespecjalnie jest na czym zawiesić... Marny singiel promujący, dwa, może trzy kawałki mogą się spodobać, ale gdzie im choćby do czasów albumu "Shangri-la", o wcześniejszych nie wspominając. Szkoda pieniędzy, niezależnie od tego, czy to ostatnia (pewnie nie) płyta Knopflera. Ale i tak pozostaje najwybitniejszym gitarzystą wszech czasów, i niech mi się ktoś spróbuje sprzeciwić ;)

Telewizja: serial "Siła Wyższa" (TVP, chociaż produkcja 2011, to na ekranach premierowo dopiero teraz). Robert Brutter i Jerzy Niemczuk od pewnego czasu "jadą na opinii" twórców "Rancza", chociaż niepotrzebnie - bez jakiegokolwiek słowa na ten temat, nawet kosmita rozpoznałby, że to dzieło tych samych scenarzystów. Powtarzające się schematy, do bólu identyczne teksty, te same maniery bohaterów... I w trzecim kolejnym serialu pana Bruttera drugoplanową, ale ważną postacią jest policjant. No, ileż można... A mimo tego wszystkiego, serial naprawdę da się oglądać. Ma pewien klimat (chociaż pierwszy sezon "Rancza" jest o lata świetlne...), są niezłe wątki, które mogą się rozwinąć, jest kilka postaci z potencjałem (a brat Wojciech to odkrycie roku!). Gdyby jeszcze tylko nie nazywali Franciszkanów mnichami, byłaby mocna czwórka z plusem. Znaczy, z krzyżykiem.

30. września 2012, 23:29 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

poniedziałek, 24 września 2012

leczenie kanałowe

Za cyklem reklam (wiadomej firmy) z serii "Serce i Mózg" nie przepadam (wiem, jak ja mogę i w ogóle...), ale najnowszy (?) klip z tekstem "Dentysta nie zając", oraz przede wszystkim z kapitalnym wykorzystaniem wyrażenia "leczenie kanałowe" w telewizyjnym kontekście, jest najwyższej próby. Ale ja dziś nie chciałem ani o sercu, mózgu czy innych podrobach, lecz o tym, że wraz z początkiem września telewizja wdrożyła na swoich użytkownikach kolejną serię leczenia kanałowego. Bez znieczulenia. A że abonamentu nie płacicie, a seriale ściągacie z osła (to tylko tak dziwnie brzmi), to i nic dziwnego, że coraz częściej włączenie odbiornika TV jest większym aktem odwagi niż wizyta u stomatologa. Jeszcze trochę i obudzimy się w rzeczywistości, gdzie pod koniec sierpnia głos z ekranu przywita nas mniej więcej w następujący sposób.

Drodzy Telewidzowie, jesienna ramówka pełna będzie zarówno Waszych ulubionych pozycji, jak i też zupełnie nowych, spektakularnych programów. Przyjrzyjmy się jej w najdrobniejszych szczegółach.

SERIALE ZAGRANICZNE

"Gra o Trąd" - Kolejny sezon serialowego hitu zza oceanu. Gdy z tajnego laboratorium w paryskim Instytucie Pasteura znikają fiolki zawierające śmiertelne niebezpieczną, eksperymentalnie zmodyfikowaną bakterię wywołującą trąd, los ludzkości leży w rękach specjalnie powołanego zespołu naukowców. Wraz z towarzyszącymi im agentami służb specjalnych i najemnikami Legii Cudzoziemskiej muszą odnaleźć złodziei, zanim będzie za późno.

"Kompania Gaci" - Niezwykle popularny serial przedstawiający codzienne życie w pralni wojskowej na terenie bazy marines w Afganistanie. Miłosne perypetie bohaterów przedstawione są na tle wojennej rzeczywistości i przeplatają się z procesami prania chemicznego i wodnego. Fani doskonale kojarzą już złotą dewizę serialu: "Nie ma takiej plamy, której nie można usunąć".

"The Walking Head" - Zupełnie nowa propozycja dla fanów klasycznego horroru w odcinkowym wydaniu, z nutką kostiumowej finezji. Szalony naukowiec w czasach rewolucji francuskiej ukrywa swoje laboratorium w niedostępnych podziemiach Bastylii. Nocami krąży w pobliżu miejsc, na których ustawiono szafoty i zbiera zgilotynowane głowy mniej szanowanych ofiar, do których nikt nie spieszy z pochówkiem. W chwili, w której udowadnia, że głowa może swobodnie funkcjonować bez reszty ciała, rządy Jakobinów i Żyrondystów zadrżą w posadach. Niestety, jest jeden "kruczek" - głowy mogą poruszać się wyłącznie podczas bezksiężycowych nocy.

"Dentalista" - Zapomnijcie o Doktorze Housie. Sarkoidoza i toczeń to bajeczki dla grzecznych dzieci. Bohater nowego serialu - dentysta z prywatnej kliniki na przedmieściach Orlando - zmaga się ze schorzeniami, na dźwięk których naprawdę bolą zęby. W tym sezonie naprzeciwko genialnego diagnosty staną między innymi: suchy zębodół, osteonekroza szczęki i nadziąślak.

SERIALE POLSKIE

"Dekarze" - zupełnie nowa propozycja dla fanów rodzimych produkcji. Paweł Małaszyński wciela się w postać początkującego dekarza, którzy marzy o tym, aby zostać skoczkiem narciarskim, ale jego szef jest pragmatykiem twardo stąpającym po więźbie. Aktorowi znanemu między innymi z roli w hitowym serialu "Czas Odoru", towarzyszy Magdalena Różczka jako urzędniczka Komisji Nadzoru Finansowego.

"Ojciec Ateusz" - Modest Ożejko, szanowany w Żytomierzu inspektor policji, wychowuje swoje dzieci w duchu jedynie słusznych zasad marksizmu-leninizmu. Gdy w spokojnej dotąd miejscowości otwiera swoje podwoje nowa świątynia Kościoła Ewangelicko-Reformowanego, światopogląd poczciwego stróża prawa zostanie wystawiony na próbę, a jego potyczki z duchownym Zaskrońskim doprowadzą do wielu zabawnych sytuacji.

ROZRYWKA

"Bitwa Na Kłosy" - Kółka rolnicze, koła gospodyń wiejskich i terenowe oddziały Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa na jednej arenie! Ich przedstawiciele zmierzą się ze sobą w niezliczonych konkurencjach wymagających sprytu, odwagi oraz wiedzy z zakresu uprawy gruntów ornych i łąkarstwa. Możemy spodziewać się ogromnych emocji, zgodnie z dewizą "Chłop żywemu nie przepuści!"

"Trudne Strawy" - Magda Gessler wspiera początkujących adeptów sztuki kulinarnej w przygotowaniu potraw i dań nierozerwalnie wiążących się z Polską. Nie zabraknie wśród tych frykasów między innymi pierogów ruskich, karpia po żydowsku, kołdunów litewskich, ryby po grecku, barszczu po ukraińsku oraz szwedzkiego stołu.

"Zjawa dla Reportera" - Elżbieta Jaworowicz udaje się z kamerą tam, gdzie diabeł nie może. Niestrudzenie tropi wszelkie przejawy działania bytów paranormalnych. Wstrząsające relacje w każdy wtorek o 23:00, a już w pierwszym odcinku po wakacyjnej przerwie bardzo mocny punkt - wywiad z wampirem.

"Taniec z Gazdami" - Na fali rosnącego zainteresowania kulturą góralską, celebrytki sprawdzą się w nowym, hitowym formacie telewizji PolWsad, gdzie ich zadaniem będzie wykonanie wraz z rdzennym mieszkańcem Podhala, jednego z tradycyjnych tańców spod samiuśkich Tater. W jury zasiądą: Sebastian Kurpiel-Bagietka, Alicja Gąsienica-Dżdżownica, bracia Stolec, oraz Zbigniew Wodecki.

"MasterKrzew" - Pasjonaci ogrodnictwa zmierzą się w kolejnej edycji wspaniale przyjętego przez polską widownię show, w którym wcielają w życie piękną dewizę Agnieszki Osieckiej: "pamiętajcie o ogrodach". Tak, jak w poprzednim roku, wygrywa najlepiej utrzymany ogród, ze szczególnym uwzględnieniem roślin ozdobnych i dekoracyjnych. Gościem specjalnym drugiej edycji będzie John le Carre.

"Rozmowy w Mroku" - Ewa Strzyga startuje z nowym cyklem programu spod znaku talk-show, przeznaczonego dla gotów i członków subkultur emo. Przyciemnione studio zapewni specyficzny klimat do rozmowy, kamery będą rejestrować obraz wyłącznie w podczerwieni, a publiczność zostanie wyposażona w noktowizory.

FILM

Tej jesieni nie zabraknie na Państwa ekranach również najnowszych hollywoodzkich superprodukcji, które jeszcze przed chwilą gwarantowały stuprocentową frekwencję w kinowych salach. Wśród nich zobaczymy z pewnością takie hity jak:

"Mroczny Rycerz powstaje z jęczmienia" - Po ciężkiej nocy Batman budzi się na środku pól uprawnych, wiele mil od Gotham. Zanim oprzytomnieje i przypomni sobie wydarzenia z poprzedniego dnia, jego miasto zdąży już opanować tajemniczy przestępca o pseudonimie Likier. Batman, pozbawiony wsparcia nowoczesnych technologii, będzie zmuszony wezwać na pomoc siły natury.

"Złom w głębi lasu" - Daniel Radcliffe w roli chciwego właściciela leśnych hektarów w jednym z rolniczych stanów USA będzie musiał zmierzyć się z dobrze zorganizowaną społecznością lokalnych meneli, którzy w jednym z jego lasów odnajdują ważący kilkanaście ton wrak rosyjskiego sztucznego satelity z okresu "zimnej wojny". Od momentu, gdy koneserzy alkoholu podejmą próby przetransportowania znaleziska do skupu złomu, rozpocznie się prawdziwa akcja.

"President Evil - Dystrybucja" - Prezydent supermocarstwa opanowany przez wrogie siły, zastąpiony sobowtórem, zmuszony do działania wbrew swemu narodowi - to wszystko już widzieliście. Ale tego, jak w podziemiach Białego Domu produkuje się zombie przy pomocy pasty do butów, a następnie za pomocą samochodów kurierskich FedEx rozwozi je pod adresy najbardziej wpływowych ludzi w USA - z pewnością nie. Przygotujcie się na wielkie kino.

"Rezus z Nazaretu" - Historia biblijna widziana oczami małpki z gatunku makaków. Podróżujący po Bliskim Wschodzie wraz z grupą kupców aramejskich rezus o imieniu Harry jest świadkiem przełomowych dla chrześcijaństwa wydarzeń, znanych nam z kart Nowego Testamentu.

INFORMACJE I PUBLICYSTYKA

W nowym sezonie nieodmiennie zapraszamy na stałe pozycje na liście Państwa programów informacyjnych: "Kwakty", "Wydalenia" i "Wiadromości". Powraca również Monika Olejnik ze swoją "Kropką nad pi", a nowym programem publicystycznym będzie poniedziałkowy "Tomasz Lis zażywa". W każdym odcinku prowadzący, wraz z zaproszonym przedstawicielem Ruchu Palikota, debatować będą nad własnościami przeróżnych substancji psychoaktywnych.

A POZA TYM...

Oczywiście, to nie są jedyne pozycje w nowej, jesiennej ramówce. W październiku nadamy bezpośrednią relację ze spotkania pomiędzy reprezentacją Polski a reprezentacją Wysp Tonga, w ramach eliminacji do piłkarskich Mistrzostw Europy. Natomiast już w listopadzie gorąco oczekiwany przez fanów koncert chyba najpopularniejszej obecnie grupy muzycznej - na lotnisku Bemowo zagra specjalnie dla Was zespół Coldklej.

Z kolei w grudniu rozpocznie się emisja zupełnie nowego programu, którego tematyka będzie oscylować wokół wielkich zagrożeń ludzkości w kontekście zbliżającego się końca świata. Trzy kluczowe zagadnienia poruszane w tym programie dotyczyć będą epidemii, anomalii pogodowych oraz nowych źródeł energii, na czele z energią jądrową. Roboczy tytuł tego pasjonującego popularnonaukowego widowiska brzmi: "Tyfus, Gromek i Atomek".

Zostańcie z nami!

24. września 2012, 23:50 DST, 52.435 °N, 15.142 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego