Złotą Pigułę 2013 za wybitne zasługi na polu marketingu medycznego powinien otrzymać autor tego plakatu, który w podobnej postaci wisi na wielu aptekach, nie tylko tej sieci.
Z daleka przekaz jest oczywisty (z bliska zresztą też) - to jest apteka, gdzie można kupić tańsze leki. Zwłaszcza dla kogoś, komu brakuje w oku kilku dioptrii, albo jest emerytem i wzrok nadgryzł mu już ząb czasu. Dopiero po naprawdę dokładnych oględzinach okazuje się, że napis jest zupełnie inny, a kluczem jest tutaj malutka czcionka pomiędzy żółtymi słowami. Plakat głosi bowiem: "APTEKA informuje o możliwości nabycia TAŃSZYCH odpowiedników LEKÓW refundowanych". Sztuczka marketingowa, że nic tylko przyklasnąć. Zwłaszcza, jeśli się jest aptekarzem.
Apteki to w ogóle jest interesująca tematyka. Szczególnie, gdy mowa o moralności w handlu. Super- i hipermarketom zakazano prawnie nabijać punkty lojalnościowe za transakcje dotyczące alkoholu i tytoniu. Apteki programy lojalnościowe rozwijają radośnie. Chociaż hasło takiej placówki: "Bądź naszym stałym klientem!" - brzmi co najmniej dwuznacznie. Nawet moja Babcia posiada kartę stałego klienta właśnie, na której gromadzi się punkty jak na stacji benzynowej, a po uzbieraniu odpowiedniej ich liczby można otrzymać jakąś korzyść rzeczową - a to poduszkę, a to opaskę na nadgarstek, a to aparat do mierzenia ciśnienia tętniczego krwi, chociaż do tego ostatniego to trzeba być naprawdę konkretnie chorym, bo ilość punktów wymaganych do takiego prezentu oznacza konieczność zostawienia w kasie apteki czterocyfrowej sumy złotych polskich. W każdym razie, im kto bardziej chory, tym lepiej. Dla apteki i dla jej klienta. Win-win game. Cud handlowy! A potem dziwią się co poniektórzy, że Polacy spożywają najwięcej leków w Europie (obok Francuzów podobno, ale oni mają tyle gatunków sera, że to akurat nic zaskakującego).
Zresztą nie tylko w zakresie moralnie wątpliwych praktyk handlowych apteki są interesującym zagadnieniem. To jest zupełnie inne środowisko, z własnym systemem zachowań, z własnym specyficznym językiem zawodowym, z własnym nazewnictwem i z paranormalnymi zdolnościami (w końcu czytają pismo lekarskie tak swobodnie, jakby to była kaligrafia). Mają nawet swoje branżowe anegdoty, in-dżouki, kawały tylko dla wtajemniczonych zrozumiałe. Ba, nawet dostępny szerszym masom humor aptekarski nie może się z niczym podobnym porównywać. To już nie są brodate dowcipy o wstydliwym jegomościu, który konspiracyjnym szeptem prosi w aptece o prezerwatywy. Poza tym, kto teraz kupuje "gumki" w aptece? Chyba tylko ludzie, którzy wychowywali się w czasach tej słynnej Kaczki, co to w aptece zaopatrywała się w mleko, i to na dekagramy. No, może jeszcze hipsterzy, bo po nich się można wszystkiego spodziewać. Natomiast współczesny humor aptekarski to teraz anegdotki, jak ta o rosyjskiej babuszce, która wchodzi do apteki właśnie i wskazując małą białą tabletkę pyta: "Szto eto?". Na to farmaceuta odpowiada: "Eto piryna". A jeśli nie brzmi to jeszcze jak czerstwe żarty dziadka Karola, to tylko dlatego, że mało kto rozumie puentę (bynajmniej nie z braku umiejętności lingwistycznych).
O aptekach i aptekarzach można długo i bez sensu. Można o tym, że zawłaszczyli sobie tytuł magistra i teraz spróbujcie zwrócić się na uczelni do doktorantki per "pani magister", to jeszcze się obrazi, że ona przecież w aptece nie pracuje (ja przynajmniej nigdy nie zaryzykowałem). Można też o tym, że na wsiach coraz częściej powstają tzw. punkty apteczne, które odznaczają się tym, że więcej leków niż w tych punktach można znaleźć w "Biedronce". Na marginesie, złośliwi znajdują jeszcze jedną różnicę między punktem aptecznym a klasyczną apteką - w tym pierwszym, zamiast farmaceuty, obsługuje farmer.
Abstrahując od braku lingwistycznych powiązań pomiędzy farmerem i farmaceutą, trzeba im oddać jedno podobieństwo. Obaj sprawiają, że wzrasta. Ten pierwszy sprawia, że wzrasta zboże, ten drugi - że liczba aptek (i ilość pustego miejsca w portfelu klienta, ale to osobna kwestia). Co do liczby aptek, nie da się ukryć, że mnożą się one jak przysłowiowe króliki po viagrze. Nawet pamiętając o Polaków rekordowej konsumpcji medykamentów, musi być między farmaceutami konkurencja nieziemska. A mimo to, bankructwo apteki obserwuje się rzadziej niż zaćmienie Słońca. I to jest chyba największy cud handlowy naszych czasów. Fenomenem jest, w jaki sposób apteki nie tylko utrzymują stałych klientów, ale wciąż pozyskują nowych, nawet gdy weźmiemy pod uwagę wspomniane programy lojalnościowe i takie "kwiatki" jak na zdjęciu powyżej.
Przecież wystarczy tylko rzucić okiem na pierwsze z brzegu nazwy aptek, aby się przekonać, że już samym szyldem powinny one odstraszać pacjentów. Kilka przykładów: "Europejska" (ceny też europejskie?), "Fortuna" (trzeba mieć fortunę, żeby tam kupować?), "Lux" (towary, jak i ceny, luksusowe?) czy "Olimpijska". Oczywiście, nazwy te nie są reprezentatywne. Zwykle miano apteki w jakiś sposób, czasami bardzo - trzeba przyznać - odległy, kojarzy się ze zdrowiem: "Dbam o zdrowie", "Eskulap", "Paracelsus" (to ten gość, co powiedział, że wszystko jest trucizną, decyduje tylko dawka), "Na dobre i na złe" (chociaż to już trochę jest dwuznaczne). Apteki są też często nazywane imionami żeńskimi (ciekawe, że nie męskimi; co by komu szkodziła apteka "Stefan" albo "Izydor"...?), lub po prostu są pod czymś. Pod Orłem, Baranem, Różami, Słońcem, Arkadami, Gryfem, Pegazem, Jaworem, Lwem (względnie Złotym Lwem), ale też pod Matką Boską, świętym Franciszkiem, a nawet pod Bazyliką i pod świętym Antonim (najlepsze leki na sklerozę?).
Aczkolwiek apteki mają też nazwy znacznie bardziej odjazdowe. Jest w Polsce apteka "Ale leki!" (jak berety!), apteka "Słonik", jest apteka "Magiczna" (największe cuda przy kasie), apteka "Flora" (bardziej pasuje do sklepu zielarskiego), apteka "Jak zdrówko?" (do dupy, a jak?! - jak by było dobrze, to bym tu nie przychodził, nie?), czy apteka "Wystrzałowa". Jest apteka "Galen" (dziś w promocji czarna żółć?), apteka "Arkadia" (po tych lekach trafia się wprost do nieba), albo apteka "Aretuza" (ten, kto wie co to Aretuza, powinien tam dożywotnio mieć rabaty; podpowiedź: to nie jest rodzaj studni). Są też wreszcie takie nazwy, w które już naprawdę trudno uwierzyć, ale one rzeczywiście istnieją. Apteka "Kwiaty polskie" (wtf?), apteka "Superjednostka" (mi się z tym określeniem kojarzy złoty strzał...), jest nawet apteka "Maria Magdalena"...
Zatem, skoro wszystko chwyta, to chętnie podsunę społeczności farmaceutycznej kilka dodatkowych pomysłów na nazwy aptek, trochę w stylu andrusowo-olbratowskim. Chciałbym, żeby powstała apteka "Pacaneum" (ceny takie, że zbaraniejesz!), apteka "Nemo" (będziesz zdrów jak ryba!), albo apteka "Matuzalem" (z nami do późnej starości!). A tak już naprawdę to marzę, żeby usłyszeć kiedyś w aptece taki dialog:
- Poproszę aspirynę, cholinex, syrop na kaszel...
- I co jeszcze...?
- ...i buprom.
17. października 2013, 23:44 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
czwartek, 17 października 2013
piątek, 11 października 2013
biała śmierć
Ze wszystkich sfer życia dostępnych przeciętnemu zjadaczowi pieczywa, jedną z najbardziej upokarzających jest kontakt z tak zwaną publiczną służbą zdrowia. Z miesiąca na miesiąc jestem do tego stwierdzenia (własnego autorstwa zresztą) coraz bardziej przekonany. Pomijając nierzadkie zapewne wyjątki, pacjent w zetknięciu z okienkiem rejestracji jest jednak zbyt często traktowany jak co najmniej zło koniecznie. Lub jak ktoś, kto chce coś wyłudzić, naciągnąć przychodnię, orżnąć system. I całą rzecz sprowadza się do tego, aby znaleźć tylko odpowiedni przepis, który pozwoli interesanta pogonić gdzie pieprz kwitnie. Nie mam na myśli wyłącznie podejścia "pań-rejestratorek", które nieraz mogą konkurować z "paniami z dziekanatu" w konkurencji rodem z "Misia", pod roboczą nazwą: "obiad jem! nie widać?!". Chodzi właśnie o system, o to, że zbudowano coś, co z założenia ma być przyjazne, ale skoro jest obudowane milionem przepisów, regulacji, zastrzeżeń, druczków, skierowań, zaświadczeń i harmonogramów, to siłą rzeczy przyjazne być nie może. Jeśli wchodzę do przychodni, która ma z uśmiechem na ustach dbać o moje zdrowie, a pierwsze co widzę, to bijące po oczach nakazy i zakazy, to wiem już, że o moje zdrowie psychiczne nie dba ona z pewnością, a i co do pozostałych rodzajów zdrowia mam wątpliwości. "Rejestracji do lekarza POZ dokonuje się WYŁĄCZNIE na podstawie okazanego dowodu ubezpieczenia oraz ważnej książeczki RUM", "Skierowania na badania od lekarzy prywatnych nie będą uznawane", to czy tamto wymaga okazania tego, przedstawienia zaświadczenia, udowodnienia że... etc. Gdy trzeba cały czas udowadniać, zaświadczać, okazywać, a najmniejsza literówka w dowolnym dokumencie wzbudza podejrzenia wszechwładnego Systemu, reprezentowanego przez panią z okienka, to jak nie zakładać, że jest to instytucja represyjna, a co najmniej w wysokim stopniu podejrzliwa?
Służba zdrowia to w istocie ani "służba", ani "zdrowia". To jest jakaś wyrosła na zdeformowanym socjalistycznym gruncie gra, której celem jest przechytrzyć drugą stronę, zanim ona się w tym połapie. Zadaniem pacjenta jest od państwa (w osobie tejże służby zdrowia) jak najwięcej wydębić, zadaniem Służby jest, aby się nie dać orżnąć. Ergo: wygrać grę. W tym celu należy stworzyć przepisy, które pozwolą na podejrzanym (czyli na każdym) pacjencie wymóc konieczność dostarczenia dowolnego zaświadczenia, które pozwoli jego niecne czyny zdemaskować i tym samym pozbawić go prawa do świadczenia, o które on usilnie się stara (a które zapewne jest mu potrzebne jak rybie ręcznik, a stara się o nie wyłącznie ze swojej niepohamowanej próżności, lub dlatego, że akurat chwilowo nie ma nic ciekawszego do roboty).
Wyobraźmy sobie, że na podobnej zasadzie jak służba zdrowia, działa publiczny transport zbiorowy; kolej na przykład. Co nie jest takim zupełnie bezsensownym porównaniem, zważywszy na fakt, że do niektórych kategorii pociągów (w naszym kraju choćby do pospiesznych marki TLK) państwo dopłaca, jako do pociągów objętych tzw. służbą publiczną. Dzięki temu bilety na nie są tylko trochę drogie, a nie drogie bardzo. W każdym razie działałoby to na takiej zasadzie, że ludzkość pracująca miast i wsi płaciłaby kolejny podatek (pod eufemistyczną nazwą: "ubezpieczenie podróżnicze"). Dawałoby to prawo do bezpłatnych przejazdów pociągami. Po czym szłoby się do kasy na dworcu, po bilet do Gdańska na najbliższy wtorek, przedstawiałoby się książeczkę BRUM (to nie jest akronim), dowód ubezpieczenia na 15 lat wstecz i dowód osobisty, a dowiadywałoby się, że nasze ubezpieczenie pozwala jedynie na podróż do Częstochowy i to najprędzej w przyszły piątek. A do Gdańska pojutrze to sobie możemy pojechać prywatnie, skoro nam tak zależy. A poza tym - wszystko to byłoby zapisane w centralnym Komputerze - przecież dopiero co (dwa miesiące temu) podróżowaliśmy do Wrocławia na koszt państwa, więc co nas tak rwie, aby się co chwilę ruszać z domu po nie wiadomo jaką cholerę. Ewentualnie możemy dostarczyć zaświadczenie od szefa, pięciu niezależnych członków rodziny i od proboszcza, że faktycznie do tego Gdańska jechać musimy. Wówczas może łaskawie dostaniemy bilet, miejscówka stojąca w korytarzu, obok toalety, limit wagowy bagażu, jaki możemy ze sobą zabrać: 0,75 kilograma.
Wyobrażacie sobie, że właśnie w ten sposób działa kolej? No właśnie. A służba zdrowia, jako całość, właśnie tak działa. Te wszystkie kolejki do rejestracji, oczekiwanie pół dnia pod gabinetem, w towarzystwie fruwających wokół bakterii i wirusów, o jakich się epidemiologom nie śniło. Problemy z załatwieniem wizyty, bo brakuje pieczątki albo daty na potwierdzeniu ubezpieczenia. Wyznaczanie terminu konsultacji u specjalisty na dwa lata do przodu, zabiegu na pięć lat w przyszłość, operacji na osiemnaście... Konieczność studiowania 168-stronicowego poradnika pacjenta w PDF, żeby dowiedzieć się, czy te badania mogę zrobić w innym województwie, albo czy przyjmie mnie lekarz podlegający pod inny NFZ niż mój.
Nie mam kolorowego pojęcia, dlaczego społeczeństwo marudzi i narzeka, ale akceptuje taki stan rzeczy bez większego mrugnięcia okiem. Czy lata PRL-u nastawiły nas na nieuleczalny urzędowy masochizm? Zawsze zdumiewa mnie sposób, w jaki ludzie myślą o publicznej służbie zdrowia jako o bezpłatnej. Jaka ona bezpłatna? Przecież oddajemy państwu w podatkach 60-80 % naszych pensji. I w zamian dostajemy usługę tak bardzo niepełnowartościową, że gdyby nam podobny towar sprzedali w supermarkecie, to nawet niemowa zrobiłby taką aferę, że kierownik tego supermarketu schowałby się ze strachu we własnym biurku.
Wiem, że współcześnie takie rozumowanie jest jednoznacznie pojmowane jako demagogia, ale na Teutatesa, zamiast płacić państwu "ubezpieczenie zdrowotne", zróbmy tak, żeby te pieniądze zostały nam w kieszeniach i wówczas sami będziemy płacić za lekarzy, za badania, za zabiegi. Nie będziemy sobie (poza grupą hipochondryków nieuleczalnych) robić badań na zapas i chodzić na wizyty lekarskie bez przyczyny, tylko dlatego, że są darmowe. Za to będziemy mieć świadomość, że gdy tylko zajdzie potrzeba, otrzymamy najlepszą z możliwych, profesjonalną i szybką pomoc. Miałem już kontakt z prywatnymi przychodniami, prywatnymi gabinetami stomatologicznymi, prywatnymi szkołami i o każdym z tych miejsc mogę się wypowiadać wyłącznie w jak najlepszych słowach. Prywatny internista, gdy poszedłem z bólem gardła, zrobił mi taki wywiad, jaki spotyka się w amerykańskich serialach medycznych (lekarz rodzinny na NFZ ograniczał się zwykle do zajrzenia do gardła, i to bez latarki). Do prywatnego stomatologa chodzę z największą ochotą (o "publicznych" dentystkach rozmawiało się kiedyś używając określeń typu "Mengelina"). A czas nauki w prywatnej szkole języków obcych wspominam jako jeden z najprzyjemniejszych okresów w moim życiu.
Dlatego marzy mi się śmierć publicznej, "bezpłatnej" służby zdrowia. A w jej miejsce potężna sieć prywatnych placówek, błyszczących i lśniących czystością, z nowoczesnym sprzętem, z kompetentnymi lekarzami, z profesjonalną i miłą obsługą, która ma świadomość, że gdy potraktujemy pacjenta jak śmiecia, to on pójdzie ze swoimi pieniędzmi do konkurencji, a my nic nie zarobimy. Powiecie pewnie, że to szklane domy. Zgoda, ale ja nic nie poradzę na to, że w obecnej służbie zdrowia widzę aparat represji, a kontakt z nią jako często upokarzający dla każdego szanującego się człowieka.
Zresztą, słynny aforyzm o tym, że są cztery rodzaje białej śmierci: sól, cukier, kokaina i służba zdrowia, też pewnie nie wziął się znikąd. Trawestując Einsteina - co do dwóch pierwszych są jeszcze pewne wątpliwości...
11. października 2013, 18:24 DST, 52.435 °N, 15.142 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Służba zdrowia to w istocie ani "służba", ani "zdrowia". To jest jakaś wyrosła na zdeformowanym socjalistycznym gruncie gra, której celem jest przechytrzyć drugą stronę, zanim ona się w tym połapie. Zadaniem pacjenta jest od państwa (w osobie tejże służby zdrowia) jak najwięcej wydębić, zadaniem Służby jest, aby się nie dać orżnąć. Ergo: wygrać grę. W tym celu należy stworzyć przepisy, które pozwolą na podejrzanym (czyli na każdym) pacjencie wymóc konieczność dostarczenia dowolnego zaświadczenia, które pozwoli jego niecne czyny zdemaskować i tym samym pozbawić go prawa do świadczenia, o które on usilnie się stara (a które zapewne jest mu potrzebne jak rybie ręcznik, a stara się o nie wyłącznie ze swojej niepohamowanej próżności, lub dlatego, że akurat chwilowo nie ma nic ciekawszego do roboty).
Wyobraźmy sobie, że na podobnej zasadzie jak służba zdrowia, działa publiczny transport zbiorowy; kolej na przykład. Co nie jest takim zupełnie bezsensownym porównaniem, zważywszy na fakt, że do niektórych kategorii pociągów (w naszym kraju choćby do pospiesznych marki TLK) państwo dopłaca, jako do pociągów objętych tzw. służbą publiczną. Dzięki temu bilety na nie są tylko trochę drogie, a nie drogie bardzo. W każdym razie działałoby to na takiej zasadzie, że ludzkość pracująca miast i wsi płaciłaby kolejny podatek (pod eufemistyczną nazwą: "ubezpieczenie podróżnicze"). Dawałoby to prawo do bezpłatnych przejazdów pociągami. Po czym szłoby się do kasy na dworcu, po bilet do Gdańska na najbliższy wtorek, przedstawiałoby się książeczkę BRUM (to nie jest akronim), dowód ubezpieczenia na 15 lat wstecz i dowód osobisty, a dowiadywałoby się, że nasze ubezpieczenie pozwala jedynie na podróż do Częstochowy i to najprędzej w przyszły piątek. A do Gdańska pojutrze to sobie możemy pojechać prywatnie, skoro nam tak zależy. A poza tym - wszystko to byłoby zapisane w centralnym Komputerze - przecież dopiero co (dwa miesiące temu) podróżowaliśmy do Wrocławia na koszt państwa, więc co nas tak rwie, aby się co chwilę ruszać z domu po nie wiadomo jaką cholerę. Ewentualnie możemy dostarczyć zaświadczenie od szefa, pięciu niezależnych członków rodziny i od proboszcza, że faktycznie do tego Gdańska jechać musimy. Wówczas może łaskawie dostaniemy bilet, miejscówka stojąca w korytarzu, obok toalety, limit wagowy bagażu, jaki możemy ze sobą zabrać: 0,75 kilograma.
Wyobrażacie sobie, że właśnie w ten sposób działa kolej? No właśnie. A służba zdrowia, jako całość, właśnie tak działa. Te wszystkie kolejki do rejestracji, oczekiwanie pół dnia pod gabinetem, w towarzystwie fruwających wokół bakterii i wirusów, o jakich się epidemiologom nie śniło. Problemy z załatwieniem wizyty, bo brakuje pieczątki albo daty na potwierdzeniu ubezpieczenia. Wyznaczanie terminu konsultacji u specjalisty na dwa lata do przodu, zabiegu na pięć lat w przyszłość, operacji na osiemnaście... Konieczność studiowania 168-stronicowego poradnika pacjenta w PDF, żeby dowiedzieć się, czy te badania mogę zrobić w innym województwie, albo czy przyjmie mnie lekarz podlegający pod inny NFZ niż mój.
Nie mam kolorowego pojęcia, dlaczego społeczeństwo marudzi i narzeka, ale akceptuje taki stan rzeczy bez większego mrugnięcia okiem. Czy lata PRL-u nastawiły nas na nieuleczalny urzędowy masochizm? Zawsze zdumiewa mnie sposób, w jaki ludzie myślą o publicznej służbie zdrowia jako o bezpłatnej. Jaka ona bezpłatna? Przecież oddajemy państwu w podatkach 60-80 % naszych pensji. I w zamian dostajemy usługę tak bardzo niepełnowartościową, że gdyby nam podobny towar sprzedali w supermarkecie, to nawet niemowa zrobiłby taką aferę, że kierownik tego supermarketu schowałby się ze strachu we własnym biurku.
Wiem, że współcześnie takie rozumowanie jest jednoznacznie pojmowane jako demagogia, ale na Teutatesa, zamiast płacić państwu "ubezpieczenie zdrowotne", zróbmy tak, żeby te pieniądze zostały nam w kieszeniach i wówczas sami będziemy płacić za lekarzy, za badania, za zabiegi. Nie będziemy sobie (poza grupą hipochondryków nieuleczalnych) robić badań na zapas i chodzić na wizyty lekarskie bez przyczyny, tylko dlatego, że są darmowe. Za to będziemy mieć świadomość, że gdy tylko zajdzie potrzeba, otrzymamy najlepszą z możliwych, profesjonalną i szybką pomoc. Miałem już kontakt z prywatnymi przychodniami, prywatnymi gabinetami stomatologicznymi, prywatnymi szkołami i o każdym z tych miejsc mogę się wypowiadać wyłącznie w jak najlepszych słowach. Prywatny internista, gdy poszedłem z bólem gardła, zrobił mi taki wywiad, jaki spotyka się w amerykańskich serialach medycznych (lekarz rodzinny na NFZ ograniczał się zwykle do zajrzenia do gardła, i to bez latarki). Do prywatnego stomatologa chodzę z największą ochotą (o "publicznych" dentystkach rozmawiało się kiedyś używając określeń typu "Mengelina"). A czas nauki w prywatnej szkole języków obcych wspominam jako jeden z najprzyjemniejszych okresów w moim życiu.
Dlatego marzy mi się śmierć publicznej, "bezpłatnej" służby zdrowia. A w jej miejsce potężna sieć prywatnych placówek, błyszczących i lśniących czystością, z nowoczesnym sprzętem, z kompetentnymi lekarzami, z profesjonalną i miłą obsługą, która ma świadomość, że gdy potraktujemy pacjenta jak śmiecia, to on pójdzie ze swoimi pieniędzmi do konkurencji, a my nic nie zarobimy. Powiecie pewnie, że to szklane domy. Zgoda, ale ja nic nie poradzę na to, że w obecnej służbie zdrowia widzę aparat represji, a kontakt z nią jako często upokarzający dla każdego szanującego się człowieka.
Zresztą, słynny aforyzm o tym, że są cztery rodzaje białej śmierci: sól, cukier, kokaina i służba zdrowia, też pewnie nie wziął się znikąd. Trawestując Einsteina - co do dwóch pierwszych są jeszcze pewne wątpliwości...
11. października 2013, 18:24 DST, 52.435 °N, 15.142 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
wtorek, 1 października 2013
Ghost Brigade - "Until Fear No Longer Defines Us"
Na tak zwany chłopski rozum to się nie miało prawa udać. Grupa dość anonimowych nawet we własnej ojczyźnie muzyków. We wcześniejszym dorobku - dwie płyty, które przeszły bez jakiegoś większego echa. Plus supportowanie Amorphis podczas jednej z ich tras po Europie Środkowo-Wschodniej, co też nie jest czymś wpisywanym ochoczo w swoje koncertowe CV. I wypracowany swój styl, rzecz w tym wszystkim może najcenniejsza, bo dla zbyt wielu twórców nieosiągalna przez całe dziesięciolecia swojej aktywności.
Z tym, że ten styl - między Bogiem a prawdą - niczym oryginalnym się nie charakteryzuje. Urzekające melodie umiejętnie wplecione w tryby ciężkiego grania już wcześniej "opatentował" wspomniany Amorphis. Perfekcyjna współpraca czystego wokalu i growlu znacznie efektowniej wyszła panom z nieodżałowanego Before The Dawn. Z kolei w melancholii nikt jeszcze przez długie stulecia nie dorówna Swallow The Sun. Na gitarach pewnie też inni lepiej grają. Co zatem miał w tym kontekście do zaproponowania średnio kojarzony szerzej zespół o dość pretensjonalnej w dodatku nazwie? Kolejną porcję melodyjnego, klimatycznego metalu wprost z Finlandii? Melancholię, którą w tym kraju znaleźć można w twórczości praktycznie każdego, niezależnie od tego czy gra na gitarze, klarnecie czy na banjo? Naprawdę, z tym do ludzi? Może dla zaludniających koncertowe sale, przepojonych piwem, długowłosych, zmęczonych nocą polarną rodaków to nie miałoby większego znaczenia - oni łykną wszystko jak gęś kluski, byle było głośno i headbanging na scenie. Ale dla koneserów, szukających w odmętach ciężkiego grania nowych pomysłów niczym powietrza, niczym świętego Graala w obliczu śmierci? Podejrzewam, że zapowiedź powyższa byłaby dla nich równie ekscytująca jak dla ponadprzeciętnie wyrobionego użytkownika Filmwebu fraza: "kolejny serial o lekarzach" (lub o agentach FBI/CIA/CBI/CSI - niepotrzebne skreślić).
Dlatego ukłon do samej ziemi należy się Ghost Brigade już za to, że słuchacza przekonanego o zawartości albumu jeszcze przed jego odwinięciem z folii, potrafili zaskoczyć. Nie pomysłem, bo - jak wspomniałem - nic oryginalnego tutaj nie ma. Bardziej wykonaniem. Tym, że stworzyli płytę tak nadzianą emocjami jak Roman Abramowicz twardą walutą. Że doprowadzili do perfekcji własny styl, ruszony już ostrożnie na poprzedniej płycie (a zwłaszcza w promującym ją "Into the Black Light") - styl nie odkrywczy, w żaden sposób nowatorski, a tak bardzo zarazem magiczny i wciągający. Szkoda czasu na produkowanie banałów, że w zawartości "Until Fear..." można się zatopić i takie tam. Chociaż gdybym chciał pisać klasyczne recenzje, musiałbym takie frazesy teraz tłoczyć w niniejszy tekst w wielkiej obfitości. Jak jednak inaczej podkreślić, ile się na tym krążku dzieje, jak przeplatają się emocje, których na "Until Fear..." jest więcej niż w książce Ekmana? Huśtawka nastrojów w "Clawmaster" (znakomity teledysk!) z taką dawką optymizmu w finale, jakiej naprawdę nie pamiętam od dłuższego czasu. Niezwykła moc w "Divine Act of Lunacy", kapitalna energia w "Torn", jesienna zaduma w "Chamber", pesymistyczny "Breakwater" i chyba najlepszy w tym towarzystwie "Grain", leniwie zaczynający się marzycielską melodyjką jakby nie z tego świata. Talent do chwytających za serce melodii panowie z Ghost Brigade mają zresztą przedni, a co najważniejsze - w tym daniu żadna z nut nie pływa w przesłodzonym sosie, a za klawisze odpowiada gościnnie Aleksi Munter ze Swallow The Sun, co niech wystarczy za rekomendację.
Nazwijcie to sobie jak dusza zapragnie, melodyjny doom, atmosferyczny metal, sludge metal (cokolwiek to ostatnie oznacza). Dla mnie to po prostu album idealnie wpasowujący się w to, co właśnie zaczyna się za oknami. W walkę złota z szarością, w opadające mgły, wcześnie zapadające zmierzchy, w słoty i szarugi. W mięknące światło słoneczne. W napędzany wiatrem taniec opadających liści. W zadumę i rozmarzenie.
Od wydania tej płyty minęły już ponad dwa lata, ale nie znam lepszej propozycji do posłuchania na jesień.
Ghost Brigade - "Until Fear No Longer Defines Us"
2011, Season of Mist
ocena: 9/10
1. października 2013, 22:40 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Z tym, że ten styl - między Bogiem a prawdą - niczym oryginalnym się nie charakteryzuje. Urzekające melodie umiejętnie wplecione w tryby ciężkiego grania już wcześniej "opatentował" wspomniany Amorphis. Perfekcyjna współpraca czystego wokalu i growlu znacznie efektowniej wyszła panom z nieodżałowanego Before The Dawn. Z kolei w melancholii nikt jeszcze przez długie stulecia nie dorówna Swallow The Sun. Na gitarach pewnie też inni lepiej grają. Co zatem miał w tym kontekście do zaproponowania średnio kojarzony szerzej zespół o dość pretensjonalnej w dodatku nazwie? Kolejną porcję melodyjnego, klimatycznego metalu wprost z Finlandii? Melancholię, którą w tym kraju znaleźć można w twórczości praktycznie każdego, niezależnie od tego czy gra na gitarze, klarnecie czy na banjo? Naprawdę, z tym do ludzi? Może dla zaludniających koncertowe sale, przepojonych piwem, długowłosych, zmęczonych nocą polarną rodaków to nie miałoby większego znaczenia - oni łykną wszystko jak gęś kluski, byle było głośno i headbanging na scenie. Ale dla koneserów, szukających w odmętach ciężkiego grania nowych pomysłów niczym powietrza, niczym świętego Graala w obliczu śmierci? Podejrzewam, że zapowiedź powyższa byłaby dla nich równie ekscytująca jak dla ponadprzeciętnie wyrobionego użytkownika Filmwebu fraza: "kolejny serial o lekarzach" (lub o agentach FBI/CIA/CBI/CSI - niepotrzebne skreślić).
Dlatego ukłon do samej ziemi należy się Ghost Brigade już za to, że słuchacza przekonanego o zawartości albumu jeszcze przed jego odwinięciem z folii, potrafili zaskoczyć. Nie pomysłem, bo - jak wspomniałem - nic oryginalnego tutaj nie ma. Bardziej wykonaniem. Tym, że stworzyli płytę tak nadzianą emocjami jak Roman Abramowicz twardą walutą. Że doprowadzili do perfekcji własny styl, ruszony już ostrożnie na poprzedniej płycie (a zwłaszcza w promującym ją "Into the Black Light") - styl nie odkrywczy, w żaden sposób nowatorski, a tak bardzo zarazem magiczny i wciągający. Szkoda czasu na produkowanie banałów, że w zawartości "Until Fear..." można się zatopić i takie tam. Chociaż gdybym chciał pisać klasyczne recenzje, musiałbym takie frazesy teraz tłoczyć w niniejszy tekst w wielkiej obfitości. Jak jednak inaczej podkreślić, ile się na tym krążku dzieje, jak przeplatają się emocje, których na "Until Fear..." jest więcej niż w książce Ekmana? Huśtawka nastrojów w "Clawmaster" (znakomity teledysk!) z taką dawką optymizmu w finale, jakiej naprawdę nie pamiętam od dłuższego czasu. Niezwykła moc w "Divine Act of Lunacy", kapitalna energia w "Torn", jesienna zaduma w "Chamber", pesymistyczny "Breakwater" i chyba najlepszy w tym towarzystwie "Grain", leniwie zaczynający się marzycielską melodyjką jakby nie z tego świata. Talent do chwytających za serce melodii panowie z Ghost Brigade mają zresztą przedni, a co najważniejsze - w tym daniu żadna z nut nie pływa w przesłodzonym sosie, a za klawisze odpowiada gościnnie Aleksi Munter ze Swallow The Sun, co niech wystarczy za rekomendację.
Nazwijcie to sobie jak dusza zapragnie, melodyjny doom, atmosferyczny metal, sludge metal (cokolwiek to ostatnie oznacza). Dla mnie to po prostu album idealnie wpasowujący się w to, co właśnie zaczyna się za oknami. W walkę złota z szarością, w opadające mgły, wcześnie zapadające zmierzchy, w słoty i szarugi. W mięknące światło słoneczne. W napędzany wiatrem taniec opadających liści. W zadumę i rozmarzenie.
Od wydania tej płyty minęły już ponad dwa lata, ale nie znam lepszej propozycji do posłuchania na jesień.
Ghost Brigade - "Until Fear No Longer Defines Us"
2011, Season of Mist
ocena: 9/10
1. października 2013, 22:40 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
poniedziałek, 23 września 2013
to już jest koniec
Tytuł z gatunku onetowo-tabloidowych, ale nie oznacza bynajmniej końca niniejszego bloga. Chociaż, gdyby jego funkcje życiowe mierzyć aktywnością pisarską, do ich wykrycia faktycznie potrzeba by wyjątkowo czułej aparatury. Niemniej jednak, gdy będzie mi dane obwieścić kres tego miejsca, forma będzie zupełnie inna, a już na pewno nie tak dosłowna, jak zamieszczony wyżej tytuł. Będą fanfary, będą śpiewać chóry anielskie, będzie monstrualny patos i egzaltacja jak stąd do Moskwy. Będą wielkie słowa, aluzje rodem z Kosmosu, będą nawiązania do myśli filozoficznej starożytnych Gumisiów i będzie wreszcie nieśmiertelny cytat z Jima Hensona (twórcy Muppetów), o tym dlaczego życie podobne jest do filmu (i co trzeba robić, żeby napisać jego własny koniec).
A dzisiaj właściwie też będzie o tytułach. Ściślej - o tytułach ostatnich odcinków słynnych seriali. Chwila ku temu jest o tyle odpowiednia, że właśnie kończy się kilka amerykańskich serii, co mnie - domorosłego serialologa - musiało skłonić do nikomu niepotrzebnych refleksji. Wczoraj wyemitowano ostatni odcinek "Dextera", za tydzień ducha wyzionie "Breaking Bad", a tego samego dnia, zgodnie z zasadą "Umarł król", rozpocznie się ostatni sezon "Mentalisty". Z góry zaznaczam, że skupiam się wyłącznie na produkcjach zza wielkiej wody, bo w Polsce, o ile ze świecą wielkości latarni morskiej można czasem znaleźć coś, co nosi jakiekolwiek znamiona serialu (a nie produktu serialopodobnego), to już rzadko kiedy to coś kończy się w sposób zaplanowany. Znacznie częściej żywot serii skraca oświadczenie producenta o tym, że z sobie tylko i partii znanych powodów tytuł nie uzyskał finansowania na kolejne odcinki, co równa się zawieszeniu (bezterminowemu) produkcji. A gdy już raz udało się zaprogramować śmierć serialu (mam na myśli "Ranczo") i znakomicie pozamykać wszystkie wątki w ostatnim odcinku, to pod presją widzów bezpośrednią (listy do telewizorni) i pośrednią (słupki oglądalności), serial przedłużono aż o cztery sezony. Witamy w Polsce.
Tymczasem za oceanem jak sobie coś postanowią, to - z niechlubnymi wyjątkami - nie ma zmiłuj. Egzystuje również w ojczyźnie wuja Sama inna reguła: jak by się serial nie zepsuł, jak bardzo by wiernych fanów nie odrzucał, jak bardzo by nie zmuszał do obniżenia noty na Filmwebie, zakończenie musi być z tak zwanym przytupem. Tak, jakby scenarzyści na moment odstawili rudą gorzałkę i wykrzesali z zakamarków swojej kory mózgowej resztki dawnej pomysłowości, dzięki której parę lat wcześniej wspięli się na telewizyjny Olimp. Jednym z tego przejawów są tytuły ostatnich odcinków, których już samo brzmienie sprawia, że mrówki po ciarce przebiegają. Ot, taki "House", który w końcówce momentami rozkładał się szybciej niż ciała pacjentów, których genialny diagnosta z PPTH nie zdołał ocalić. Ale ostatni odcinek, co by o nim nie mówić - z klasą, zaspokoił nadszarpnięte zaufanie wielu fanów. I ten aluzyjny tytuł: "Everybody Dies". Jest w tym i zagadka (czy twórcy zechcą uśmiercić na finał większą część obsady?), i nawiązanie do ulubionego powiedzonka tytułowego lekarza ("Everybody lies"), ale przede wszystkim klamra spinająca całą serię, wszystkie osiem sezonów, które rozpoczęły się pilotem noszącym - o czym mało kto pamięta - oficjalny podtytuł "Everybody Lies" właśnie.
Smaczków w tytułach ostatnich odcinków jest oczywiście więcej. Jak bardzo by się nie wyżywać na żenującym momentami, zwłaszcza w siódmym sezonie, "Dexterze", finałowe odcinki serialu trzymają w tak zwanym napięciu, a tytuł ostatniego - "Remember the Monsters?" przynajmniej mnie zachwycił do głębi i jeszcze wyostrzył ciekawość co do zwieńczenia tej historii. Równie enigmatyczny będzie tytuł ostatniego odcinka "Breaking Bad" - "Felina". Czy to odniesienie do popkultury? A może nawiązanie do hiszpańskiego przymiotnika feliz (szczęśliwy)? A może coś zdecydowanie bardziej banalnego, co jednak poprzez podanie w tak zagadkowej otoczce, ten banał przemienia w legendę?
Gdy mowa o legendach, to warto wspomnieć niekwestionowany serial wszech czasów, czyli "Twin Peaks", którego odcinki na początku... w ogóle nie miały tytułów. Nadano je jakiś czas później, chyba na wniosek niemieckiej telewizji, co nie przeszkodziło finałowej odsłonie przejść do legendy już za sprawą samego tytułu właśnie. "Beyond Life and Death" - z pozoru grafomańskie, w sam raz na tytuł płyty jakieś gotyckiej kapeli, ale ma w sobie coś niezwykłego, podsumowującego całą mroczną atmosferę serialu. A jeszcze w połączeniu z fabułą ostatniego odcinka (nie, nie zdradzę tu w czym rzecz), tytuł ten nabiera dodatkowej mocy.
Oczywiście, pewna dosłowność również nie przeszkadza w tworzeniu okołoserialowej mitologii. Najbardziej niedoceniany chyba serial z mojego katalogu, kapitalny, zwariowany "Malcolm In The Middle" zakończył się odcinkiem pod tytułem "Graduation". Niby wprost odnosiło się to do wydarzeń z owego odcinka, ale wciąż mam wrażenie, że kryło się w tym drugie dno. Zresztą, nawet tego drugiego dna czasem nie trzeba, by człowiek po usłyszeniu samego tytułu zbierał zęby z podłogi. "Mentalistę" zwieńczy odcinek zatytułowany - po prostu - "Red John". Dla znających serial - niczego nie trzeba dodawać (chociaż i nie znających zachwyci być może rzut oka na listę odcinków, gdzie tytuł każdego z nich zawiera jakąś aluzję do czerwieni). A na przykład "Archiwum X"? Tam ostatni epizod nosił znamienny tytuł "The Truth", którego symbolika w kontekście fabuły jest aż nadto wymowna (od spisków wszelkich tajnych organizacji i rządu, mających na celu wszelką prawdę jak najgłębiej ukryć, po jedno z najsłynniejszych zdań kultury masowej: "The truth is out there").
Wniosek natomiast niech jest chwilowo taki, że nie ma uniwersalnej receptury na rzucający o ziemię tytuł finałowego odcinka. Wyważenie proporcji pomiędzy zagadką a dosłownością wydaje się zadaniem niewykonalnym. A gdy komuś brakuje kreatywności, niech zakończy serial tak, jak zrobili to twórcy "Lost" - odcinkiem pod tytułem "The End". I w kontekście całości, również jest genialnie.
23. września 2013, 14:02 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
A dzisiaj właściwie też będzie o tytułach. Ściślej - o tytułach ostatnich odcinków słynnych seriali. Chwila ku temu jest o tyle odpowiednia, że właśnie kończy się kilka amerykańskich serii, co mnie - domorosłego serialologa - musiało skłonić do nikomu niepotrzebnych refleksji. Wczoraj wyemitowano ostatni odcinek "Dextera", za tydzień ducha wyzionie "Breaking Bad", a tego samego dnia, zgodnie z zasadą "Umarł król", rozpocznie się ostatni sezon "Mentalisty". Z góry zaznaczam, że skupiam się wyłącznie na produkcjach zza wielkiej wody, bo w Polsce, o ile ze świecą wielkości latarni morskiej można czasem znaleźć coś, co nosi jakiekolwiek znamiona serialu (a nie produktu serialopodobnego), to już rzadko kiedy to coś kończy się w sposób zaplanowany. Znacznie częściej żywot serii skraca oświadczenie producenta o tym, że z sobie tylko i partii znanych powodów tytuł nie uzyskał finansowania na kolejne odcinki, co równa się zawieszeniu (bezterminowemu) produkcji. A gdy już raz udało się zaprogramować śmierć serialu (mam na myśli "Ranczo") i znakomicie pozamykać wszystkie wątki w ostatnim odcinku, to pod presją widzów bezpośrednią (listy do telewizorni) i pośrednią (słupki oglądalności), serial przedłużono aż o cztery sezony. Witamy w Polsce.
Tymczasem za oceanem jak sobie coś postanowią, to - z niechlubnymi wyjątkami - nie ma zmiłuj. Egzystuje również w ojczyźnie wuja Sama inna reguła: jak by się serial nie zepsuł, jak bardzo by wiernych fanów nie odrzucał, jak bardzo by nie zmuszał do obniżenia noty na Filmwebie, zakończenie musi być z tak zwanym przytupem. Tak, jakby scenarzyści na moment odstawili rudą gorzałkę i wykrzesali z zakamarków swojej kory mózgowej resztki dawnej pomysłowości, dzięki której parę lat wcześniej wspięli się na telewizyjny Olimp. Jednym z tego przejawów są tytuły ostatnich odcinków, których już samo brzmienie sprawia, że mrówki po ciarce przebiegają. Ot, taki "House", który w końcówce momentami rozkładał się szybciej niż ciała pacjentów, których genialny diagnosta z PPTH nie zdołał ocalić. Ale ostatni odcinek, co by o nim nie mówić - z klasą, zaspokoił nadszarpnięte zaufanie wielu fanów. I ten aluzyjny tytuł: "Everybody Dies". Jest w tym i zagadka (czy twórcy zechcą uśmiercić na finał większą część obsady?), i nawiązanie do ulubionego powiedzonka tytułowego lekarza ("Everybody lies"), ale przede wszystkim klamra spinająca całą serię, wszystkie osiem sezonów, które rozpoczęły się pilotem noszącym - o czym mało kto pamięta - oficjalny podtytuł "Everybody Lies" właśnie.
Smaczków w tytułach ostatnich odcinków jest oczywiście więcej. Jak bardzo by się nie wyżywać na żenującym momentami, zwłaszcza w siódmym sezonie, "Dexterze", finałowe odcinki serialu trzymają w tak zwanym napięciu, a tytuł ostatniego - "Remember the Monsters?" przynajmniej mnie zachwycił do głębi i jeszcze wyostrzył ciekawość co do zwieńczenia tej historii. Równie enigmatyczny będzie tytuł ostatniego odcinka "Breaking Bad" - "Felina". Czy to odniesienie do popkultury? A może nawiązanie do hiszpańskiego przymiotnika feliz (szczęśliwy)? A może coś zdecydowanie bardziej banalnego, co jednak poprzez podanie w tak zagadkowej otoczce, ten banał przemienia w legendę?
Gdy mowa o legendach, to warto wspomnieć niekwestionowany serial wszech czasów, czyli "Twin Peaks", którego odcinki na początku... w ogóle nie miały tytułów. Nadano je jakiś czas później, chyba na wniosek niemieckiej telewizji, co nie przeszkodziło finałowej odsłonie przejść do legendy już za sprawą samego tytułu właśnie. "Beyond Life and Death" - z pozoru grafomańskie, w sam raz na tytuł płyty jakieś gotyckiej kapeli, ale ma w sobie coś niezwykłego, podsumowującego całą mroczną atmosferę serialu. A jeszcze w połączeniu z fabułą ostatniego odcinka (nie, nie zdradzę tu w czym rzecz), tytuł ten nabiera dodatkowej mocy.
Oczywiście, pewna dosłowność również nie przeszkadza w tworzeniu okołoserialowej mitologii. Najbardziej niedoceniany chyba serial z mojego katalogu, kapitalny, zwariowany "Malcolm In The Middle" zakończył się odcinkiem pod tytułem "Graduation". Niby wprost odnosiło się to do wydarzeń z owego odcinka, ale wciąż mam wrażenie, że kryło się w tym drugie dno. Zresztą, nawet tego drugiego dna czasem nie trzeba, by człowiek po usłyszeniu samego tytułu zbierał zęby z podłogi. "Mentalistę" zwieńczy odcinek zatytułowany - po prostu - "Red John". Dla znających serial - niczego nie trzeba dodawać (chociaż i nie znających zachwyci być może rzut oka na listę odcinków, gdzie tytuł każdego z nich zawiera jakąś aluzję do czerwieni). A na przykład "Archiwum X"? Tam ostatni epizod nosił znamienny tytuł "The Truth", którego symbolika w kontekście fabuły jest aż nadto wymowna (od spisków wszelkich tajnych organizacji i rządu, mających na celu wszelką prawdę jak najgłębiej ukryć, po jedno z najsłynniejszych zdań kultury masowej: "The truth is out there").
Wniosek natomiast niech jest chwilowo taki, że nie ma uniwersalnej receptury na rzucający o ziemię tytuł finałowego odcinka. Wyważenie proporcji pomiędzy zagadką a dosłownością wydaje się zadaniem niewykonalnym. A gdy komuś brakuje kreatywności, niech zakończy serial tak, jak zrobili to twórcy "Lost" - odcinkiem pod tytułem "The End". I w kontekście całości, również jest genialnie.
23. września 2013, 14:02 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
poniedziałek, 29 lipca 2013
tajemnice Wszechświata
Ulubioną anegdotkę mojego Wujka słyszałem z jego ust wiele razy, ale nigdy nie udało mi się dokładnie zapamiętać treści. W każdym razie chodziło w niej mniej więcej o to, że gdzieś na polskiej prowincji rozbił się latający spodek nie z tej ziemi. Pilotujący go Kosmita przeżył w całkiem dobrej kondycji. Wieść ta natychmiast dotarła do wielkomiejskich dziennikarzy. Pędzą oni na złamanie karku, aby jak najprędzej przekazać sensacyjną informację w swoich mediach. Gdy docierają na miejsce, wszędzie ani żywego ducha. Żadnych śladów pozaziemskiego przybysza, żadnych tubylców. W końcu skonsternowani dziennikarze dostrzegają chłopa, leniwie prowadzącego krowy drogą. Podbiegają i pytają go, gdzie jest ten ufoludek, który się tu podobno rozbił. Rolnik leniwie wskazując kierunek mówi, jakby od niechcenia: "A tam, w tamtej stodole, nasi go tłuką, żeby im zdradził te tajemnice Wszechświata".
W przeciwieństwie do anegdotycznych rolników, rolnicy realni nie mieli zamiaru czekać, aż im z nieba spadnie jakiś Kosmita. Sami postanowili wybrać się w przestworza i zgłębić tajemnice Wszechświata. A konkretnie nie tyle rolnicy na własną rękę, co Polskie Stronnictwo Ludowe (zwane dalej PSL), które zaproponowało utworzenie polskiej agencji zajmującej się sektorem kosmicznym.
No i nie rozumiem, co w tym takiego śmiesznego. Kto jak kto, ale właśnie PSL ma wszelkie dane ku temu, aby się w podbój Kosmosu zaangażować. Po pierwsze, kolorem-symbolem Stronnictwa jest zielony, a nie od dziś wiadomo, że w przestrzeni kosmicznej żyją ludziki nie innej barwy, jak właśnie zielonej. W dodatku są to zielone ludziki z antenkami, a w temacie transmisji wszelkich danych PSL ma doświadczenie wręcz nieziemskie (od pasjonata nowinek technologii komunikacyjnej - ex-prezesa Pawlaka, po szefa Kółek Rolniczych, który na nagrywaniu właśnie wybił się niczym na orbitę). Po drugie, w logo PSL znajduje się czterolistna koniczynka, a roślina ta - podobnie jak naczelne hasło Ludowców ("Człowiek jest najważniejszy", że tak przypomnę) - w przyrodzie jest spotykana równie często jak Kosmita w dobrym zdrowiu. I wreszcie, powód czysto przyziemny, gospodarze zrzeszeni w PSL mają największe moralne prawo, aby ufoludkom dobrać się do skóry, za te wszystkie kręgi w zbożu, którymi złośliwi przybysze utrudniają żniwa spracowanemu polskiemu rolnikowi.
Abstrahując od tego, jakie owoce przyniesie ta odyseja kosmiczna PSL-u, i czy nie będą to przypadkiem kosmiczne jaja, zastanawiam się, jak powinien nazywać się polski odpowiednik Gagarina czy Armstronga (Neila rzecz jasna, bo polskich odpowiedników Lance'a Armstronga znalazłoby się na tak zwane pęczki). A to jest istotne, bo to potem idzie w świat. Amerykanie wysyłali w Kosmos astronautów, Związek Radziecki wystrzeliwał (mam nadzieję, że tylko w Kosmos, a nie bardziej dosłownie...) kosmonautów. Gdy do gry weszli Chińczycy, ich podróżników na orbitę nazwano tajkonautami. A nasz rodak jakie miano nosił będzie? Polonauta za bardzo kojarzy się z właścicielem poczciwego Poloneza (który pierwszej prędkości kosmicznej nie osiągał, ale trzeba mu jednak oddać, że jak dodał gazu, to można się było znaleźć na orbicie). Psychonauta, jakkolwiek by pasowało, jest już zajęte (i to bynajmniej nie dlatego, że Carl McCoy nagrał kiedyś taki kawałek z Fields Of The Nephilim). To może pojechać symbolami naszej Ojczyzny? Orłonauta, żubronauta, wierzbonauta? Zęby bolą...
Mimo tej całej czarnej dziury (która też jest niezłą metaforą kondycji naszego państwa) w potencjalnym nazewnictwie dla następców generała Hermaszewskiego, jest jednak światełko w tunelu. Polacy mają odwieczne predyspozycje i niezgłębione zdolności do wchodzenia w stan nieważkości. Nawet nie potrzebują do tego całej tej PSL-owskiej agencji kosmicznej. Dlatego kolejny nasz rodak, dumnie podbijający zakamarki Wszechświata, nosił będzie nie mniej dumne miano: alkonauta.
29. lipca 2013, 20:23 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
W przeciwieństwie do anegdotycznych rolników, rolnicy realni nie mieli zamiaru czekać, aż im z nieba spadnie jakiś Kosmita. Sami postanowili wybrać się w przestworza i zgłębić tajemnice Wszechświata. A konkretnie nie tyle rolnicy na własną rękę, co Polskie Stronnictwo Ludowe (zwane dalej PSL), które zaproponowało utworzenie polskiej agencji zajmującej się sektorem kosmicznym.
No i nie rozumiem, co w tym takiego śmiesznego. Kto jak kto, ale właśnie PSL ma wszelkie dane ku temu, aby się w podbój Kosmosu zaangażować. Po pierwsze, kolorem-symbolem Stronnictwa jest zielony, a nie od dziś wiadomo, że w przestrzeni kosmicznej żyją ludziki nie innej barwy, jak właśnie zielonej. W dodatku są to zielone ludziki z antenkami, a w temacie transmisji wszelkich danych PSL ma doświadczenie wręcz nieziemskie (od pasjonata nowinek technologii komunikacyjnej - ex-prezesa Pawlaka, po szefa Kółek Rolniczych, który na nagrywaniu właśnie wybił się niczym na orbitę). Po drugie, w logo PSL znajduje się czterolistna koniczynka, a roślina ta - podobnie jak naczelne hasło Ludowców ("Człowiek jest najważniejszy", że tak przypomnę) - w przyrodzie jest spotykana równie często jak Kosmita w dobrym zdrowiu. I wreszcie, powód czysto przyziemny, gospodarze zrzeszeni w PSL mają największe moralne prawo, aby ufoludkom dobrać się do skóry, za te wszystkie kręgi w zbożu, którymi złośliwi przybysze utrudniają żniwa spracowanemu polskiemu rolnikowi.
Abstrahując od tego, jakie owoce przyniesie ta odyseja kosmiczna PSL-u, i czy nie będą to przypadkiem kosmiczne jaja, zastanawiam się, jak powinien nazywać się polski odpowiednik Gagarina czy Armstronga (Neila rzecz jasna, bo polskich odpowiedników Lance'a Armstronga znalazłoby się na tak zwane pęczki). A to jest istotne, bo to potem idzie w świat. Amerykanie wysyłali w Kosmos astronautów, Związek Radziecki wystrzeliwał (mam nadzieję, że tylko w Kosmos, a nie bardziej dosłownie...) kosmonautów. Gdy do gry weszli Chińczycy, ich podróżników na orbitę nazwano tajkonautami. A nasz rodak jakie miano nosił będzie? Polonauta za bardzo kojarzy się z właścicielem poczciwego Poloneza (który pierwszej prędkości kosmicznej nie osiągał, ale trzeba mu jednak oddać, że jak dodał gazu, to można się było znaleźć na orbicie). Psychonauta, jakkolwiek by pasowało, jest już zajęte (i to bynajmniej nie dlatego, że Carl McCoy nagrał kiedyś taki kawałek z Fields Of The Nephilim). To może pojechać symbolami naszej Ojczyzny? Orłonauta, żubronauta, wierzbonauta? Zęby bolą...
Mimo tej całej czarnej dziury (która też jest niezłą metaforą kondycji naszego państwa) w potencjalnym nazewnictwie dla następców generała Hermaszewskiego, jest jednak światełko w tunelu. Polacy mają odwieczne predyspozycje i niezgłębione zdolności do wchodzenia w stan nieważkości. Nawet nie potrzebują do tego całej tej PSL-owskiej agencji kosmicznej. Dlatego kolejny nasz rodak, dumnie podbijający zakamarki Wszechświata, nosił będzie nie mniej dumne miano: alkonauta.
29. lipca 2013, 20:23 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
sobota, 22 czerwca 2013
glokalizacja
Zżymać się na to, co polscy tłumacze robią z tytułami zagranicznych filmów i seriali ma w sobie tyle samo oryginalności, co kierowanie pretensji do Karola Strasburgera, że opowiada na wizji czerstwe dowcipy. Znacznie bardziej odkrywcze jest doszukiwanie się w rezultatach mało twórczej pracy owych tłumaczy pewnych reguł. Jedną z nich jest powtarzanie się zwłaszcza w tytułach seriali dwóch niezniszczalnych słów.
Dążenia globalizacyjne, mocarstwowe wręcz, czy też może - jak powiedzieliby naukowcy - holistyczne, widać w nadużywaniu słowa "świat". "Świat według Kiepskich" jest tylko ironicznym (mam nadzieję) pastiszem tej tendencji. Bardziej irytuje ten "świat" tam, gdzie być go na pewno nie powinno. "Zwariowany świat Malcolma" (w oryginale: "Malcolm in the Middle"), "Świat według Ludwiczka" ("Life with Louie"), czy wreszcie "Świat według Bundych" (w oryginale - uwaga! - "Married with children"). Paradoksem absolutnym jest, że mało kto w ogóle ma pojęcie o dziele, w którym akurat ten "świat" jest jak najbardziej pożądany, czyli "Świecie według Garpa" ("World according to Garp"). Faktem jest, że pierwowzorem filmu była książka Irvinga (Johna, nie Washingtona), i to nie byle jaka, bo pod 500 stron, a dla zdecydowanej większości mieszkańców naszego kraju, to objętość przynajmniej o jedno zero za duża (są tacy, dla których i o dwa). A jeśli już coś ze "światem" jednak czytali, to prędzej "Świat według Clarksona", albo - ambitniejsi - "Świat według Mellera" (na szczęście Stefana, a nie Marcina, chociaż wszystko w rodzinie).
Z drugiej strony, dążenie do światowości równoważy tendencja w kierunku swojskości. Jej przejawem jest panoszące się wszędzie "miasteczko". Ponownie - panoszące się wszędzie tam, gdzie pojawiać się nie ma prawa. Kiedyś Magda Umer zaśpiewała "Miasteczko Bełz" do słów Agnieszki Osieckiej, ale nawet słynnej poetki nie podejrzewam o tak wielką siłę oddziaływania, więc pies jest zapewne pogrzebany gdzieś indziej. W każdym razie miasteczka się mnożą jak króliki po viagrze. "Miasteczko Salem" (w oryginale "Salem's Lot"), "Miasteczko Twin Peaks" (w oryginale po prostu "Twin Peaks" - nie można było tego tak zostawić, zamiast bezcześcić tytuł serialu wszech czasów?), "Miasteczko South Park" (jak wyżej, bez wzmianki o serialu wszech czasów, bo to jednak inny kaliber). Na fali tej miasteczkowości, TVN stworzył kiedyś nawet własny serial pt. "Miasteczko", co na marginesie wpisuje się w klimat niedawnej wypowiedzi bodaj Macieja Stuhra o tym, że był sobie serial "Dom", potem film "Dom zły", a teraz - jako zwieńczenie tej swoistej "trylogii" - zostanie zekranizowany Tyrmand i jego "Zły". Serial "Miasteczko" był jednak tak - nomen omen - zły, że nie pamiętają o nim już chyba nawet jego twórcy. Za to telewizji TVN podobnych eksperymentów się bynajmniej nie odechciało, ale to już zupełnie inna historia...
Procesy, które powstają na płaszczyźnie napięć pomiędzy tendencjami globalizacyjnymi a chęcią zachowania identyfikacji lokalnej, socjologowie nazwali "glokalizacją". Czasami jest to zjawisko dobre, czasami złe, słowem - jak zwykle w naukach społecznych - "to zależy". Trudno więc również powiedzieć, co z tego wyniknie w świecie szeroko rozumianej kultury popularnej. Ale w kraju, w którym tytuł filmu "The Burning Plain" ("Płonąca równina") tłumaczy się jako "Granice miłości", z pewnością nie będzie to nic dobrego...
22. czerwca 2013, 20:49 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Dążenia globalizacyjne, mocarstwowe wręcz, czy też może - jak powiedzieliby naukowcy - holistyczne, widać w nadużywaniu słowa "świat". "Świat według Kiepskich" jest tylko ironicznym (mam nadzieję) pastiszem tej tendencji. Bardziej irytuje ten "świat" tam, gdzie być go na pewno nie powinno. "Zwariowany świat Malcolma" (w oryginale: "Malcolm in the Middle"), "Świat według Ludwiczka" ("Life with Louie"), czy wreszcie "Świat według Bundych" (w oryginale - uwaga! - "Married with children"). Paradoksem absolutnym jest, że mało kto w ogóle ma pojęcie o dziele, w którym akurat ten "świat" jest jak najbardziej pożądany, czyli "Świecie według Garpa" ("World according to Garp"). Faktem jest, że pierwowzorem filmu była książka Irvinga (Johna, nie Washingtona), i to nie byle jaka, bo pod 500 stron, a dla zdecydowanej większości mieszkańców naszego kraju, to objętość przynajmniej o jedno zero za duża (są tacy, dla których i o dwa). A jeśli już coś ze "światem" jednak czytali, to prędzej "Świat według Clarksona", albo - ambitniejsi - "Świat według Mellera" (na szczęście Stefana, a nie Marcina, chociaż wszystko w rodzinie).
Z drugiej strony, dążenie do światowości równoważy tendencja w kierunku swojskości. Jej przejawem jest panoszące się wszędzie "miasteczko". Ponownie - panoszące się wszędzie tam, gdzie pojawiać się nie ma prawa. Kiedyś Magda Umer zaśpiewała "Miasteczko Bełz" do słów Agnieszki Osieckiej, ale nawet słynnej poetki nie podejrzewam o tak wielką siłę oddziaływania, więc pies jest zapewne pogrzebany gdzieś indziej. W każdym razie miasteczka się mnożą jak króliki po viagrze. "Miasteczko Salem" (w oryginale "Salem's Lot"), "Miasteczko Twin Peaks" (w oryginale po prostu "Twin Peaks" - nie można było tego tak zostawić, zamiast bezcześcić tytuł serialu wszech czasów?), "Miasteczko South Park" (jak wyżej, bez wzmianki o serialu wszech czasów, bo to jednak inny kaliber). Na fali tej miasteczkowości, TVN stworzył kiedyś nawet własny serial pt. "Miasteczko", co na marginesie wpisuje się w klimat niedawnej wypowiedzi bodaj Macieja Stuhra o tym, że był sobie serial "Dom", potem film "Dom zły", a teraz - jako zwieńczenie tej swoistej "trylogii" - zostanie zekranizowany Tyrmand i jego "Zły". Serial "Miasteczko" był jednak tak - nomen omen - zły, że nie pamiętają o nim już chyba nawet jego twórcy. Za to telewizji TVN podobnych eksperymentów się bynajmniej nie odechciało, ale to już zupełnie inna historia...
Procesy, które powstają na płaszczyźnie napięć pomiędzy tendencjami globalizacyjnymi a chęcią zachowania identyfikacji lokalnej, socjologowie nazwali "glokalizacją". Czasami jest to zjawisko dobre, czasami złe, słowem - jak zwykle w naukach społecznych - "to zależy". Trudno więc również powiedzieć, co z tego wyniknie w świecie szeroko rozumianej kultury popularnej. Ale w kraju, w którym tytuł filmu "The Burning Plain" ("Płonąca równina") tłumaczy się jako "Granice miłości", z pewnością nie będzie to nic dobrego...
22. czerwca 2013, 20:49 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
wtorek, 11 czerwca 2013
wydanie drugie, poprawione
Pomimo braku widocznych efektów aktywności, żyję. Znacznie ciekawsze jednak jest to, czym żyje ostatnio Polska i świat.
EDIT: 21:47 DST
- Sieć drogeryjna Rossmann wystartowała z nową kampanią reklamową. Jest nawet hasło przewodnie: "Pragnienia i potrzeby". Gdy po raz pierwszy to usłyszałem, pomyślałem, że Danuta Wałęsa napisała nową książkę. Bo dlaczego nie? "Marzenia i tajemnice" sprzedały się na tak zwanym pniu, a materiału by się znalazło nie tylko na trylogię, ale nawet na dekalog. Gdy któryś tom będzie poświęcony stricte wyczynom męża pani Danuty, co to i Matkę Boską w klapie nosił i przez płot skakał, tytuł "Wierzenia i obyczaje" będzie jak znalazł.
- Nową kampanię zainaugurował również Carlsberg Polska, producent znanego i cenionego piwa Harnaś. I tu zaskoczenie - reklama telewizyjna, w której harnaś ratuje bliżej nieokreślonego księcia, jest kapitalna. Zamiast prymitywnej balangi albo wyluzowanych piwoszy, mamy świetną animację, niesamowity klimat i muzykę jak spod ręki Hansa Zimmera. Polak filmów nie potrafi robić, dobrze więc, że chociaż klipy reklamowe. I to - o ironio - te, dotyczące naszego narodowego napoju. Gdyby każdy naród specjalizował się w reklamach dotyczących ich specjałów, nikt na świecie nie dowodziłby, że pizzę i hamburgery wymyślili Amerykanie.
- Japońscy naukowcy (bo naukowcy to jest taki gatunek, który dzieli się na dwie grupy: japońskich i amerykańskich) podobno odnaleźli sposób na nagrywanie snów człowieka. Jeśli to prawda i wkrótce ten wynalazek znajdzie powszechne zastosowanie, wskaźnik rozwodów osiągnie 105%, a na więzienia trzeba będzie przerobić nie tylko szkoły i szpitale, ale także kościoły.
- Amerykańscy naukowcy sklonowali natomiast ludzkie komórki macierzyste. Naukowcy z pozostałych państw natychmiast zaczęli snuć domysły, w jaki sposób wykorzystać to osiągnięcie dla dobra nauki. Coś mi mówi, że w następnym kroku rządy tych pozostałych państw wprowadzą rezolucję, zgodnie z którą - w celu przeciwdziałania dyskryminacji - nazwę "komórki macierzyste" zastąpi się nazwą "komórki tacierzyste". Dodatkowo, w Szwecji i Francji sprawdzi się, czy klonowanie tych komórek nie narusza praw gejów i lesbijek. A pani od ekologicznych jaj stwierdzi, że ona by tego kurkom nie dała. I słusznie - jaja mamy i bez niej.
- Spółka PKP Intercity z dumą ogłosiła zakup we włoskiej firmie Alstom składów zespolonych EMU 250 znanych szerzej pod ksywą "Pendolino". Po włosku oznacza to "wahadło", co jest określeniem jak znalazł na polskie warunki kolejowe. Ruch wahadłowy jest ostatnio w modzie na wielu odcinkach remontowanych linii kolejowych. Strajk włoski (tylko że bez strajku) zresztą też. A nawet chowanie głowy w piasek.
- Rod Stewart nagrał nową płytę. Od jego poprzedniego albumu minęło tyle czasu, że zdążyło już wymrzeć całe pokolenie, dlatego jest to wydarzenie niewątpliwe. Jeszcze większym wydarzeniem jest to, że płytę, która nosi tytuł "Time", reklamują sporej wielkości afisze na przystankach komunikacji miejskiej w Poznaniu. Przypominać pasażerom komunikacji miejskiej o czasie (zwłaszcza w Poznaniu, gdzie pół miasta jest rozkopane jak ruskie kartoflisko, a swoją stałą trasą nie kursuje nawet tramwaj turystyczny) jest zajęciem odważnym i ryzykownym (tym bardziej, że rzeczony artysta wkrótce zawita do Polski). No, chyba że wydawca płyty ma jakieś udziały w polisie na życie Stewarta.
- W Gorzowie Wielkopolskim otwarto nowe pole golfowe. Ciekawostką jest, że wybudowało je nie miasto czy publiczne stowarzyszenie sportowe, ani prywatny inwestor, ani nawet Piotr Gąsowski. Pole golfowe zafundowało Gorzowianom ZUO (wbrew pozorom to nie szataniści, tylko Zakład Utylizacji Odpadów). Być może zatem o to chodzi w tej śmieciowej rewolucji, o której ostatnio jest tak głośno - zakłady utylizacji zamiast śmieciami zaczną zajmować się budową obiektów sportowo-rekreacyjnych albo na przykład gotowaniem makaronu. A śmieci utylizować będą - dajmy na to - piekarze. Albo listonosze. Oni nawet mają doświadczenie w noszeniu makulatury. W każdym razie, jeśli to pole w Gorzowie faktycznie ma być zgodne z zasadami recyklingu, to nawierzchnia powinna być wykonana z kompostu, tyczki z kartonu, a zamiast piłeczek do dziury celować będziemy ogryzkami.
- Polscy piłkarze reprezentacyjni skompromitowali się w meczu z Mołdawią. Nie pierwszy raz zresztą, i nie trzydziesty również. Wierni kibice tej drużyny, jeśli jeszcze istnieją, powinni otrzymać rentę jakąś od państwa. I od sponsora reprezentacji również. "Adamiakowe" by to się nazywało (na zasadzie analogii z "becikowym"). Co tydzień torba wiktuałów z najnowszych promocji, za symboliczną złotówkę. W okresie wiosenno-letnim biedronki gratis.
- Zalało Warszawę. Też nie pierwszy raz przecież. W zeszłym roku najpierw metro, a potem Stadion Narodowy, a teraz od razu całą trasę przelotową. Zastanawiające zresztą, że akurat toruńską, bo na wody geotermalne te powodzie nie wyglądały. Słusznie za to zauważyła Pani Prezydent, że przecież klimat się zmienia, więc to normalne, że po ulicach będzie się wkrótce poruszać wodolotem. Poza tym, drodzy Warszawiacy, jak się ma w mieście Łazienki, to jak to sobie wyobrażacie bez wody?
- Justin Bieber poleci w kosmos. Zgoda, kosmici wiele zła nam wyrządzili - te wszystkie uprowadzenia, porwania, eksperymenty medyczne na ludziach i zwierzętach. Poza tym zboża wiele wydeptali, Predatora nam podesłali, a nawet zburzyli Empire State Building (co widział każdy, kto oglądał "Dzień Niepodległości", czyli każdy). Mimo to uważam, że zemsta ze strony Ziemian jest jednak zbyt okrutna.
EDIT: 21:47 DST
Subskrybuj:
Posty (Atom)

