piątek, 30 września 2022

gdzie są TE liczby?

Są takie sytuacje, gdy ze wszystkich dziedzin wiedzy, które nie są nauczane w szkole a być powinny, na pierwszy plan wysuwa się podstawowa wiedza o metodologii nauk, zwłaszcza tych statystycznych i społecznych. Wiedza taka pozwoliłaby obronić się przed szeregiem manipulacji i półprawd funkcjonujących w przestrzeni publicznej.

 
Kilka tygodni temu pojawiły się na ulicach nowe billboardy pewnej fundacji, która wcześniej pytała między innymi "gdzie są TE dzieci". Tym razem plakaty przedstawiają "statystyki" dotyczące rozpadających się małżeństw i natychmiast wywoływały w internecie tzw. shitstorm. 
 
 
Trzeba przyznać, że nawet zabawne jest obserwowanie jak dorośli ludzie wykłócają się o rzeczy, które w warunkach powszechności wiedzy o której była mowa wyżej, mogłyby być zwyczajnie zignorowane lub wyśmiane. Tymczasem kompromitują się dyskutanci po obydwu stronach sporu o treści na tych nieszczęsnych billboardach. 
 
Kompromitują się ich pomysłodawcy. Bo publikują bez podania źródła jakieś niefalsyfikowalne dane. Bo między wierszami usiłują przeforsować istnienie nieweryfikowalnego związku przyczynowo-skutkowego między rodzajem zawartego małżeństwa a rozwodami. A dodatkowo posługują się mnóstwem skrótów myślowych i uproszczeń (zrównują "rozpad małżeństwa" z "rozwodem", gdy ten drugi w przypadku małżeństw kościelnych jest niemożliwy; w grę wchodzi tylko "unieważnienie", a to po pierwsze nie to samo, a po drugie - jest to skrajnie trudne do uzyskania, o ile nie jest się na przykład byłym prezesem TVP o drobiowym nazwisku).
 
Paradoksalnie równie mocno kompromitują się krytykanci billboardów, którzy szaleńczo usiłują zdyskredytować przedstawione na nich dane, w przekonaniu, że gdyby te dane jednak okazały się prawdziwe, to udowadniałyby tezę, którą usiłują przeforsować fundatorzy plakatów.
I to niezwerbalizowane przekonanie widać niemal w każdym krytycznym wobec tych billboardów tekście.
- "Chcą nas przekonać, że bycie wierzącą i praktykującą parą zmniejsza prawdopodobieństwo rozpadu małżeństwa"
- "Nowe billboardy fundacji Kórnice usiłują dowodzić, że wspólna modlitwa i msza w kościele chronią przed rozwodem"
To tylko dwa z szeregu przykładów, ale przykłady wystarczająco przerażające. Bo dalej w tych tekstach idzie tak, jak zarysowałem wyżej - krytycy plakatów są najwyraźniej przekonani, że gdyby te dane które widać na zdjęciu okazały się prawdziwe, to udowadniałyby przedstawioną na nich tezę. Dlatego chcą za wszelką cenę poddać w wątpliwość prawdziwość tych danych, pytają o źródła, przekonują że badań z USA nie można przekładać na warunki polskie, zwracają uwagę, że nie sprecyzowano o jaką religię chodzi itd.
 

Tymczasem to czy te dane są prawdziwe czy wzięte z Księżyca jest kompletnie bez znaczenia. Kompletnie! Nawet jeśli dane z plakatów są prawdziwe (a bardzo możliwe, że nawet i są), to zupełne nic to nie oznacza. Wartość poznawcza tych danych jest niemal zerowa w kontekście postawionej tezy, a już tym bardziej nie udowadniają one wpływu rodzaju ślubu czy to na jakość tego małżeństwa czy też na ewentualność rozwodu. Bo tego udowodnić się po prostu nie da (przynajmniej na gruncie naukowym).
 
My - ludzie z gatunku homo sapiens sapiens - mamy wtórnie wdrukowany pewien niebezpieczny mechanizm. Gdy tylko widzimy zestawione ze sobą jakieś liczby albo procenty, bezwiednie zakładamy, że są ze sobą powiązane i że jedno ma wpływ na drugie, albo że jedno wynika z tego drugiego. Jeśli w dodatku jest to okraszone stwierdzeniami typu: "wykonano badania...", "zaobserwowano, że...", wówczas już nawet siekierą się nas nie odrąbie od przekonania, że zachodzi między tymi zestawami danych ścisły związek.
 
Tymczasem zaobserwowano jakiś czas temu, że na przykład w dni w które sprzedaje się więcej lodów znacznie wzrasta liczba utonięć. Związek był bardzo silny - im więcej sprzedanych lodów tym więcej utonięć. Wzrost sprzedaży o kilkadziesiąt procent w danym dniu niemal zawsze skutkował dużym wzrostem liczby utonięć. Spadek sprzedaży lodów to spadek liczby utonięć. Ale czy to oznacza, że lody w jakiś tajemniczy sposób sprawiają, że ludzie się topią w czym się da: od basenów przydomowych po plaże nad oceanami? Czy po zjedzeniu lodów stajemy się ociężali i tracimy umiejętność dobrego pływania? A może na odwrót - ktoś był świadkiem utonięcia i tak się zdenerwował, że musiał sobie natychmiast zjeść loda, żeby się lepiej poczuć? I to utonięcia wpływają na sprzedaż lodów, a nie na odwrót? Oczywiście, że nie. Ani jedno, ani drugie. To klasyczny przykład, że nawet jeśli dwie zmienne (czyli po prostu jakiekolwiek obserwacje, z badań lub z "codziennego życia") współzmieniają się ze sobą (czyli jak jedna rośnie to druga również coś w analogiczny sposób: też rośnie, albo maleje) to jeszcze nie oznacza, że jedna WPŁYWA na drugą, albo ta druga na tę pierwszą. 
 
A nawet więcej: one bardzo rzadko wpływają na siebie! W świecie, w którym jesteśmy wprost zasypani liczbami, procentami, różnorakimi danymi, takich związków można zaobserwować miliony.
- Część (zdecydowanie większa) to po prostu czyste przypadki, które muszą się pojawić przy takiej masie liczb jaka nas otacza.
- A część to będą korelacje, gdzie w grę wchodzi jakaś trzecia zmienna, niewidoczna na pierwszy rzut oka i nie podkreślona w relacji z obserwacji, która tłumaczy wzrost zarówno pierwszej jak i drugiej zmiennej. W przykładzie z lodami i utonięciami jest nią temperatura powietrza. Im goręcej, tym ludzie kupują więcej lodów. Im goręcej, tym ludzie chętniej idą nad wodę (i mają więcej okazji, żeby się utopić). Z kolei w podręcznikowym przykładzie z paradoksem straży pożarnej (im więcej jednostek straży jedzie do pożaru, tym większe są potem straty materialne w tym pożarze) trzecią zmienną jest wielkość pożaru. Ale nadal ta trzecia zmienna jest tylko zmienną pośredniczącą, która tłumaczy współzmienność dwóch pozostałych, ale jeszcze nie oznacza wyłącznego związku przyczynowo-skutkowego.
 
W nauce bowiem, żeby udowodnić że jedno wpływa na drugie, nie wystarczy gdy widzimy że jak jedno się zmienia, to drugie też. Nie wystarczy więc także, gdy widzimy, że przy ślubach kościelnych związek rozpada się rzadziej, a przy cywilnych częściej. Bo do udowodnienia wpływu jednego na drugie musimy absolutnie wykluczyć, że na to drugie działa w taki sam sposób coś innego niż to pierwsze. Ładnie to się nazywa wykluczeniem wpływu zmiennych zakłócających.
 
I taki fizyk albo chemik ma w tym zakresie trochę łatwiej. Załóżmy, że chemik bada jakąś substancję X i chce udowodnić, że gdy doleje do niej kwasu - powiedzmy - solnego, to ta substancja X zmieni kolor na kanarkowy. Pierwsze, co taki chemik zrobi, to umieści substancję X w szczelnej probówce, w sterylnym laboratorium i jeszcze dodatkowo w jakimś równie szczelnym urządzeniu. Dlaczego? Żeby mieć 100% pewności, że to właśnie kwas solny, który zaraz będzie dolewał, wywoła zmianę koloru substancji na kanarkowy. Bo gdyby to robił na brudnym biurku, w zatęchłej kanciapie woźnego, wówczas nie mógłby mieć takiej pewności, bo zmianę koloru mogło wywołać coś innego niż ten kwas solny, na przykład jakieś drobinki kurzu, które mogły się dostać do probówki podczas eksperymentu, jakiś pyłek który wleciał przez otwarte okno, tynk który odpadł z sufitu, albo gołąb, który wrzucił do roztworu kawałek bagietki (była taka sytuacja, bodaj przy pracach nad Zderzaczem Hadronów!)
Natomiast, gdy nasz chemik zadba o to, żeby nic innego nie mogło się dostać do substancji X poza tym kwasem który będzie dolewał, wówczas może mieć pewność, że zadbał o idealne warunki eksperymentu.
 
W naukach społecznych jest trochę trudniej. Wprawdzie możemy zamknąć człowieka na kilka godzin w laboratorium i prowadzić jakieś eksperymenty związane z jego zachowaniem, zdolnościami poznawczymi i tak dalej, jednak nigdy w stu procentach nie wyeliminujemy wpływu na jego zachowanie innych czynników niż te, którymi sterujemy i których wpływ badamy. A zatem nigdy nie będziemy mieć takiej pewności, jaką są w stanie osiągnąć fizyk czy chemik. I dlatego też korzystamy ze skali prawdopodobieństwa, czyli z metod statystycznych.
 
A one nakładają na badaczy określone reguły, które sprawiają, że jednoznaczny wpływ czegoś na coś innego to nie jest kwestia tylko tego, że się nam coś wydaje z liczb, które mamy przed sobą. Wyobraźmy sobie, że bierzemy 100 przypadkowo wybranych osób, dzielimy je losowo na dwie równe grupy (A i B). Każdej osobie z grupy A dajemy do wypicia pół litra spirytusu, a każdej osobie z grupy B - wodę mineralną. Potem dajemy im do zrobienia jakieś zadanie - obydwu grupom takie samo. W tym zadaniu można uzyskać od 0 do 10 punktów. I nawet jeśli widzimy potem, że w grupie, która piła spirytus średni wynik to 2,5 punktu, podczas gdy w grupie z wodą mineralną jest to prawie 8 punktów, to chociaż różnica jest wyraźna na pierwszy rzut oka, to nadal nie możemy powiedzieć, że rodzaj napoju wpływa na zdolności niezbędne do rozwiązania tego zadania, ani też na jego wyniki.
Najpierw trzeba bowiem spełnić szereg określonych założeń, które mają tak paskudne nazwy, że nie wypada mówić o nich głośno przed godziną dwudziestą trzecią. Trzeba więc sprawdzić czy rozkład wyników w każdej z grup jest zbliżony do rozkładu normalnego, ilustrowanego słynną krzywą Gaussa, a robimy to na przykład przy pomocy testu Kołmogorowa-Smirnowa. Trzeba też wykonać testy na (uwaga, będzie brzydkie słowo!) homogeniczność wariancji w tych grupach i dopiero wtedy, gdy wszystkie te założenia są spełnione, możemy wrzucić dane do programu statystycznego, który nam powie, czy różnica tych uzyskanych wyników jest istotna statystycznie.
 
I jeśli jest, to wreszcie pozwala nam wysnuć wniosek (ale tylko z 95-procentową pewnością, bo tak zwykle ustalamy poziom istotności i przedziały ufności), że rodzaj napoju (spirytus vs. woda) wpływa na wyniki uzyskane w tym zadaniu.
 
Czyli - nie jest łatwo. A chodzi tylko o jakiś prosty wpływ, jak wpływ wypitego napoju na wykonanie jednego zadania. Mimo to nadal nie mamy 100-procentowej kontroli nad innymi niż napój zmiennymi, mogącymi wpływać na jakość rozwiązywania zadania (ktoś mógł skopać zadanie, bo rano pokłócił się z teściową, wciąż o tym myślał i nie mógł się skoncentrować, a nie dlatego, że wypił przed chwilą pół litra spirytusu).
 
A co w przypadku tak skomplikowanej sytuacji jak małżeństwo?
 
Teoretycznie moglibyśmy zaprojektować eksperyment. Bierzemy 100 par damsko-męskich (zostawmy na razie na boku inne konfiguracje), dzielimy je losowo na dwie grupy. Jednym każemy wziąć ślub kościelny, drugim - tylko cywilny. Potem zamykamy ich wszystkich na rok w jakimś "domu wielkiego brata" (tylko bez kamer), zapewniamy im identyczne warunki życia, funkcjonowania, spędzania wolnego czasu itd. I za rok sprawdzamy, ile procent w poszczególnych grupach się sobą znudziło.
Pomijając już fakt, że przeprowadzenie takiego eksperymentu jest nierealne, nadal nie mamy kontroli nad innymi niż rodzaj zawartego ślubu zmiennymi wpływającymi na trwałość związku (takimi jak cechy psychologiczne małżonków, ich dojrzałość życiowa, motywacja do zawarcia związku, umiejętność rozwiązywania konfliktów, reagowania na różne sytuacje, temperament i milion innych zmiennych osobowościowych).
 
Nie mamy kontroli, a mamy tych ludzi przecież 24/7 pod kloszem. Zatem co dopiero w realnym życiu, gdzie dochodzą dodatkowo różne zewnętrzne czynniki związane z funkcjonowaniem w społeczeństwie, wydarzeniami losowymi, kłopotami rodzinnymi, finansowymi etc.
 
Dlatego nawet taki utopijny eksperyment nie pomógłby nam udowodnić, że rodzaj małżeństwa (kościelne vs. cywilne) wpływa na prawdopodobieństwo zerwania związku, bo jest to zbyt złożona kwestia, którą trudno sprowadzać do jednowymiarowego wpływu jakiegoś jednego, określonego czynnika. I tym bardziej nie pomoże nam w tym analiza statystyk "z życia wziętych", jak w tym badaniu z billboardów, gdzie kontroli nad tym, co się działo w życiu badanych ludzi nie mamy absolutnie żadnej. Jeśli ktoś z tych statystyk wnioskuje o wpływie rodzaju małżeństwa na jego trwałość, to głosi piramidalne brednie i nie ma pojęcia o czym mówi. A jeśli ktoś twierdzi, że jest w stanie zaprojektować badanie, które taki wpływ udowodni, wówczas należy mu szczerze życzyć powodzenia, dać na drogę przysłowiowy krzyżyk i jeszcze porcję rosołową.
 
Skąd zatem wyraźne różnice w statystykach z billboardu (zakładając oczywiście, że są prawdziwe)?
Mogą wynikać z każdego z wymienionych powodów. Mogą być tylko przypadkowymi związkami. Może się okazać, że stoi za nimi jakaś trzecia zmienna, na przykład poziom religijności. Która wyjaśnia zarówno większą gotowość do zawarcia związku sakramentalnego, jak i potem do nie zrywania go (dzięki dodatkowej, zewnętrznej motywacji do trwania w takim związku: presja środowiska, świadomość grzechu etc.).
 
Mogą je również wyjaśniać podstawowe prawa statystyki, w tym przypadku te mówiące o niebezpieczeństwach związanych z nierównolicznością badanych grup (liczba małżonków "cywilnych" daleko przekracza tych "kościelnych, którzy razem chodzą do kościoła i codziennie razem się modlą"). A z szeregu prawideł statystycznych, na czele z centralnym twierdzeniem granicznym, wiemy że w mało licznych grupach łatwiej o uwypuklenie się jakichś nietypowych, niereprezentatywnych tendencji, podczas gdy w dużych grupach te nietypowe wyniki są "wygładzane" przez ilość przypadków, a rozkład obserwacji dąży do rozkładu normalnego.
 
Nie chodzi teraz jednak o to, by usilnie wyjaśniać różnice uwidocznione w badaniach niewiadomego pochodzenia. O ile nawet istnieje taka korelacja i małżeństwa "cywilne" rozwodzą się statystycznie "częściej" niż "kościelne", to na poziomie pojedynczego przypadku ani żaden ślub, czy to kościelny czy cywilny, nas nie "chroni" przed rozwodem, ani żaden nie zwiększa czy nie zmniejsza prawdopodobieństwa rozpadu małżeństwa. Kto tej subtelnej różnicy nie pojmuje powinien zamiatać drucianą szczotką drogi dojazdowe do punktu skupu żywca wieprzowego, a nie zajmować się statystyką i naukami społecznymi, albo pisać o tych kwestiach w gazetach czy internecie.
 
Liczbami możemy zilustrować wszystko, ale nie zawsze będzie to zgodne ze stanem faktycznym. Możemy też różne rzeczy wprowadzić do programu statystycznego i on nam wszystko policzy, ale gdy nie przestrzegamy określonych reguł teoretycznych, to zazwyczaj to, co nam wyjdzie z tego komputera możemy od razu przerobić na pasztet, albo powiesić na gwoździu w "sławojce". "Liczby nie wiedzą skąd pochodzą" - głosi tytuł jednego z podręczników do statystyki dla studentów nauk społecznych i w tym jednym zdaniu jest więcej sensu niż się komukolwiek wydaje. A przysłowiowy pies jest pogrzebany w tym, że zbyt często niektórzy z korelacji lub przypadkowych związków wyciągają zbyt daleko idące wnioski, a nawet piszą o tym w gazetach czy internecie.
 
Bo brak umiejętności odróżniania korelacji (współwystępowania, współzmienności) od związku przyczynowo-skutkowego jest jedną z największych bolączek naszych czasów. Związki przyczynowo-skutkowe częściej starają się badać psychologowie, z różnym skutkiem, ale zazwyczaj są to jednak proste reakcje i proste sytuacje. Z kolei socjologowie zwykle analizują bardziej skomplikowane zagadnienia i częściej dostrzegają korelacje, korzystają przy tym z danych statystycznych, demograficznych, takich jak autorzy omawianych billboardów. Socjologowie bardziej podkreślają jednak trendy, wskazują na różnice w intensywności czy zmienności danego zjawiska w zależności od różnych czynników czy kategorii socjodemograficznych. Ale nie formułują wtedy tez o wpływie jednego na drugie.
 
Gdyby większość osób, które zetknęły się z tym billboardem miała podstawową wiedzę metodologiczną, każda z nich machnęłaby na ten plakat ręką. "Ot, ktoś sobie powyciągał jakieś dane, ale nawet jeśli są prawdziwe, to one NICZEGO nie dowodzą". A tak mamy obrzucanie się internetowym błotem. Jedni próbują przekonać, że samo zawarcie kościelnego małżeństwa magicznie sprawi, że będzie ono zazwyczaj trwalsze niż cywilne (bo w cywilnych wiadomo: zgroza, deprawacja, lewactwo i erozja wszelkiej moralności). Drudzy próbują zakwestionować prawdziwość tych cyferek z plakatu, gdyż boją się, że jeśli one są prawdziwe, to faktycznie udowadniają, że rodzaj małżeństwa wpływa na jego trwałość.
 
W gąszczu wzajemnego zakrzykiwania się i budowania opozycji: z jednej strony "religijni fundamentaliści" i "katoprawica", a z drugiej cyniczna młodzież wieku atomowego i upadek obyczajów, ktoś nieśmiało (a słusznie) podniósł, że te dane z billboardów nie mówią też niczego o jakości związku, a ona jest często podstawą jego trwałości. Głos rozsądku niknie jednak w obliczu chęci przyłożenia oponentowi ideologicznym młotkiem z jakimś moralnościowym napisem.
Czyli: na Zachodzie bez zmian.

23. września 2022, 17:34 CEST,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

sobota, 9 kwietnia 2022

efekt Lucyfera

Jednym z pomniejszych wydarzeń medialnych minionego tygodnia była afera wokół niespełnionego aktora o króliczym nazwisku, który postanowił zorganizować w Opolu walkę "bokserską" pomiędzy sobowtórami prezydentów Wołodymyra Zełenskiego i Władimira Putina. Powszechne oburzenie z tego powodu było o tyle zrozumiałe, co również naiwne i egzaltowane.

Walki bokserskie już od dawna trzeba traktować w kategoriach znacznie szerszych niż tylko jako psychodynamiczna sublimacja wrodzonego nam popędu agresji. Jednak od pewnego momentu w dziejach (dziwnie tożsamego z momentem upowszechnienia się szerokopasmowego internetu), kiedyś nawet stateczna i nawiązująca do korzeni antycznych igrzysk dyscyplina sportu, przepoczwarza się w kierunku czegoś, co każe zastanowić się, czy drugi człon terminu "homo sapiens" jest nadal zgodny z rzeczywistością empiryczną.

Otóż szaloną popularność zyskują pojedynki "freak fight", czyli coś, przy czym nawet pospolite mordobicie znane pod ksywką "MMA" wydaje się szlachetną klasyką. We "freak fight" okładają się po facjatach przedziwne osobistości, a celem naczelnym organizatorów jest zestawić walczących w jak najdziwniejsze pary (albo i większe grupy). Jakichś jutjuberów z influencerami, których personalia mówią cokolwiek tylko ludziom, którzy nie mają w życiu niczego ciekawszego do roboty niż oglądanie "filmików" w necie. Osiłki z osobami niskorosłymi. Kobiety z mężczyznami. Trzech na trzech lub pięciu na pięciu w klatce i bez rękawic. Jeden na jednego w ringu o powierzchni budki telefonicznej. Ostatnio była nawet walka: dziadek z wnuczkiem przeciw kobiecie! 

Co więcej, wyobraźnia ludzka jest nieograniczona, więc pomysłów na uczestników i specyfikę takich walk nie powinno zabraknąć przez najbliższe sześć tysięcy lat. Łysi kontra blondynki, gość bez ręki versus gość bez nogi, ślepy against głuchy, pięciu na jednego, rękawice z kolcami na kłykciach przeciw kastetom i bejsbolom, właściwie nic z tego nie potrafiłoby zdziwić już teraz...

Nasz mózg ma to do siebie, że bodźce powtarzane w tej samej dawce w końcu przestają mu wystarczać. I domaga się więcej, mocniej, szybciej, gwałtowniej. Chce konsekwentnego przesuwania granic, a gdy dojdzie się w końcu do ściany - wyburzenia tej ściany. Jak narkoman, któremu z upływem czasu potrzebne są coraz większe albo coraz silniejsze dawki. Jak widz reality-show, który startował od "Big Brothera" a doszedł przez "Hotel Paradise" do "Warsaw Shore". Jak uzależniony od pornografii, który zaczynał od "różowej landrynki" i "Twojego Weekendu", a skończył w miejscach, na widok których nawet PornHub płoni się rumieńcem niczym dziewiętnastowieczna pensjonarka. Ćwierć wieku temu za frywolny uważany był nawet niewinny talk-show "Na każdy temat" Mariusza Szczygła. Trzynaście lat temu oburzenie wywoływał "Moment prawdy", gdzie można było wygrać pieniądze, o ile przyznało się Zygmuntowi Chajzerowi ile razy zdradziło się żonę czy męża. Dzisiejsze "standardy" zaspokoiłaby chyba dopiero publiczna (w studiu) kopulacja zdradzających się, a i co do tego nie ma pewności.

Dziwi zatem powszechne oburzenie, gdy aktor któremu skończyła się już gaża z ostatniego filmu Patryka Vegi a trzeba z czegoś płacić alimenty żonie i kupować prezenty kochance, organizuje pojedynek sobowtórów prezydentów Ukrainy i Rosji. Gdzie były te wszystkie Rady Etyki Social Media, gdzie był bohaterski Prezydent Opola i jego "non possumus", gdzie byli obrońca piłkarskiej reprezentacji Polski i któraś z Sióstr Bohosiewicz, gdzie wreszcie dziennikarki z ich zgorszeniem nobliwych guwernantek i medialni etycy po korespondencyjnym kursie moralności, gdy od lat rozwijały się tuż pod ich bokiem, w największych polskich halach, coraz głupsze freak-fighty, często z błogosławieństwem największych stacji telewizyjnych...? Gdzie było ich oburzenie, gdy w zeszłym roku planowano zorganizować "galę MMA" pod patronatem Andrzeja Z., ksywa "Słowik" - byłego bossa mafii pruszkowskiej? Gdzie ich stanowcze protesty, gdy również w zeszłym roku powszechnie zachwycano się (że to taka awangarda!) walkami, podczas których dwóch osobników o aparycji goryli górskich daje sobie wzajemnie "z liścia" aż do skutku? Coś tam wprawdzie zawrzało, ale dopiero wtedy, gdy w efekcie takich pojedynków jeden z uczestników przeniósł się do Krainy Wiecznych Łowów, a i tak wszystko rozeszło się po tak zwanych kościach... 

Głównym problemem nie jest bowiem ta niedoszła, opolska gala z naparzaniem się sobowtórów Zełenskiego i Putina, ale fakt, że od lat pieczołowicie spulchnialiśmy podłoże pod uprawy, które teraz wysiewa ten czy inny "Królik", "Popek" albo "Kasjusz".

Czy jednak wciąż jesteśmy na trzeciej planecie od Słońca, czy jest to już planeta małp, to nadal źle postawione pytanie. Refleksja musi być znacznie bardziej gorzka, bo nie jesteśmy aż tak cywilizowani jak by nam się wydawało, a zbieżność naszych genów z genami tak zwanych naczelnych jest nie tylko ciekawostką dla biologów. Nasz "lizard brain" wciąż siedzi na tej samej gałęzi, na której siedzieli kilkadziesiąt tysięcy lat temu wspólni przodkowie człowieka i szympansa. A naszym zachowaniem wciąż rządzą te same mechanizmy, które rządziły zachowaniem tych, od których tak bardzo chcemy się odróżniać. Tych, którzy chadzali do Koloseum oglądać jak gladiatorzy odcinają sobie kończyny i jak lwy rozrywają skazańców; tych którzy tłumnie gromadzili się przy publicznych egzekucjach, niezależnie czy było to na granicy amazońskiej dżungli, w ponurej krainie Włada Palownika, czy w dystyngowanej i odnowionej "wielką rewolucją" osiemnastowiecznej Francji. My z chęcią oglądamy drastyczne "filmiki" na chronionych barierą 18+ kontach na YouTube, szukamy po szemranych zakamarkach sieci zdjęć ofiar katastrofy smoleńskiej albo nagrań z egzekucji przez dekapitację dokonywanych maczetą przez arabskich fundamentalistów. Kto nigdy w duchu nie zżymał się na fakt, że telewizje cenzurują nagrania z katastrof, zamazując "kwadracikami" "najlepsze" fragmenty, albo urywając w "kluczowym momencie"? Kto nie żałował, że kamera przemysłowa czy samochodowa nie nagrały ze szczegółami, jak zbyt szybko jadący pojazd widowiskowo rozbija się o drzewo, a jego pasażer wylatuje przez przednią szybę i wyziewa ducha gdzieś na asfalcie? Na pokazy lotnicze chodzimy przecież dlatego, że gdzieś po cichu mamy nadzieję, iż samoloty się zderzą, albo rozbije się chociaż jeden. Na walkach MMA czekamy aż jeden drugiemu tak przy***oli, że skończy się to przynajmniej trwałym, a najlepiej do tego spektakularnym kalectwem.

Filmy fabularne już nam nie wystarczają, bo podświadomie potrzebujemy poczucia, że to co widzimy jest realne, a nie jest jedynie wytworem sprytnego, pryszczatego specjalisty od komputerowej wizualizacji. I nie mamy nad tym kontroli. Gdzieś głęboko, pod nieskończonymi zwojami kory mózgowej, tkwi nasze prywatne jądro ciemności. Filogenetycznie najstarsza struktura naszego układu nerwowego, która karmi się tymi obrazami i łaknie ich jak deszczu potrzebuje ten grzyb, który nadaje się tylko na kotlety. Ręka, noga, mózg na ścianie. Krew, bebechy, urwane kończyny, okrucieństwo - tego potrzebuje nasz "gadzi mózg". A kwestią jedynie do akademickich dyskusji pozostaje, czy jego niewyczerpany apetyt na drastyczne sceny ma jakiś związek z atawistyczną potrzebą przetrwania, skorelowaną z hobbesowską wizją wojny wszystkich przeciw wszystkim (bo skoro kogoś właśnie ścinają na gilotynie czy rozszarpują lwami, to: a) jednak nie nas, b) ten konkretny nieszczęśnik już nam w przyszłości nie zagrozi).

Dlatego nie ma sensu oburzać się ani na tępotę aktora, który chciał zabłysnąć organizowaniem idiotycznej gali, ani na emfatyczne protesty przeciw niej. Zawodzi też socjologia, bo każde, absolutnie każde badanie społeczne w tej kwestii będzie tak potężnie obciążone "efektem ankietera", że jego wyniki od razu można przerobić na kiełbasę albo spuścić do oczyszczalni "Czajka". Wdrukowana nam w procesie tak zwanej socjalizacji społeczna moralność każe nam cenzurować popędy naszego mózgu, ale szczere odpowiedzi na wiele pytań w tak kontrowersyjnych kwestiach mogłyby nas szalenie zaskoczyć. To trochę tak jak z disco-polo: wszyscy znali najsłynniejsze teksty, ale mało kto się przyznawał do słuchania. Tak jak z PiS-em po wyborach: kogo by nie zapytać, na tę partię nie głosował, ale te 40 punktów procentowych z Księżyca nie spadło.

I gdyby walka sobowtórów Putina i Zełenskiego jednak doszła do skutku, ilu z nas faktycznie by ją obejrzało ("dla beki", "z ciekawości", "jak komuś przeszkadza, niech nie ogląda" etc.) wiedziałyby tylko milczące ściany naszych mieszkań. Które podobno mają uszy, ale na szczęście nie mają oczu. I może to lepiej dla naszego zbiorowego samopoczucia.
 

 

8. kwietnia 2022, 18:24 CEST,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

niedziela, 20 lutego 2022

El Profesor

Było wczesne popołudnie, osiemnastego maja 2013 roku, gdy w sztokholmskiej hali Ericcson Globe trener Jukka Jalonen bezradnie patrzył z ławki jak jego podopieczni - reprezentacja Finlandii w hokeju na lodzie - tracą kolejne bramki i przegrywają prestiżowy półfinał Mistrzostw Świata ze Szwecją 0-3. Następnego dnia Finowie polegli również w meczu o brązowy medal ze Stanami Zjednoczonymi, a pięcioletnia kariera Jukki Jalonena jako selekcjonera reprezentacji dobiegła końca.

Trener odchodził w słodko-gorzkim nastroju. Objął reprezentację będącą od lat w ścisłej, światowej czołówce, ale permanentnie niespełnioną. Jedno jedyne mistrzostwo świata z 1995 roku urastało wówczas w Finlandii do miana legendy, tak chwalebnej jak też coraz bardziej rozpływającej się w mrokach dziejów. Dorastało już pokolenie nie pamiętające tamtego turnieju i po kolejnych spektakularnych porażkach w finałach mistrzowskich turniejów traktujące tamten sukces z 1995 roku jak coś z pogranicza baśni. A opowieści o zwycięstwie drużyny Ville Peltonena, Saku Koivu i Jariego Kurri były przekazywane z tak romantyczną manierą, jak w Polsce wspomnienia o sukcesach piłkarskiej drużyny Kazimierza Górskiego czy złotym skoku Wojciecha Fortuny w Sapporo. Umówmy się zresztą, że w dyscyplinie w której Mistrzostwa Świata rozgrywa się co roku (a nie co cztery lata jak w piłce kopanej), a od wielu dekad wszystkie medale dzieli między siebie wąska grupa siedmiu zaledwie zespołów, uzyskanie przynajmniej kilku mistrzowskich tytułów będąc jednym z tej siódemki wydaje się wręcz statystycznym pewnikiem. Jednak w całym tym doborowym zestawie (Kanada, USA, Rosja, Szwecja, Czechy, Słowacja, Finlandia) to właśnie hokeiści kraju ze stolicą w Helsinkach doczołgali się do jednego zaledwie tytułu mistrzów świata.

Na taki stan rzeczy przybył w 2009 roku trener Jukka Jalonen. Objął drużynę bez tego przysłowiowego "genu zwycięzców", co do którego nikt nie ma pojęcia czym właściwie jest, ale w powszechnej opinii kibiców sportowych nie ulega wątpliwości, że niektórzy go mają, a inni wręcz przeciwnie. Drużynę grającą tak efektownie, jaki i naiwnie. Której najnowsza historia występów w turniejach rangi mistrzowskiej inkrustowana była spektakularnymi porażkami. Prowadzić w finale Mistrzostw Świata 2001 z Czechami 2-0, dać sobie strzelić dwie bramki w ostatniej tercji i przegrać w dogrywce? Proszę bardzo. Prowadzić z odwiecznym wrogiem Szwecją 5-1 w ćwierćfinale Mistrzostw Świata 2003 i przegrać mecz 5-6? Jak najbardziej, w dodatku przed własną publicznością, bo tamten turniej rozgrywano na fińskich lodowiskach. Grać najlepszy hokej w turnieju olimpijskim i na słabszy moment pozwolić sobie w meczu o złoty medal? Wystarczy spojrzeć na Igrzyska w Turynie w 2006 roku. Przezwyciężeniu niemocy w kluczowych momentach nie potrafiły zaradzić zmiany selekcjonerów, różne koncepcje zestawiania składu, a nawet dziwaczne eksperymenty, jak ten z kanadyjskim szkoleniowcem, który miał być wyborem na lata, a wyleciał z roboty po jednym sezonie, bo pod jego wodzą Finowie zagrali na Mistrzostwach Świata 2008 tak, że zęby zgrzytały w całym kraju, od Tampere na południu, po Oulu na dalekiej północy. A wyrachowania i instynktu zwycięzców nadal brakowało.

Jalonen dostał kredyt zaufania, przegrał dwa razy turniej Mistrzostw Świata już w ćwierćfinale, ale w 2011 roku, na słowackich lodowiskach, wreszcie dorównał legendarnemu sukcesowi z 1995 roku. W finale jego podopieczni zmiażdżyli znienawidzoną Szwecję 6-1, po jednej z najbardziej spektakularnych trzecich tercji w historii hokeja (5-0), biorąc rewanż za pamiętny ćwierćfinał z 2003 roku i odzyskując po szesnastu latach mistrzostwo świata. To, co miało być "początkiem dynastii" i wieloletnim powrotem na szczyt, okazało się jednak jednorazowym wyskokiem. Kolejne edycje Mistrzostw Świata - z 2012 i 2013 roku - Finowie zakończyli na czwartych miejscach, co zostało odebrane jednoznacznie jako porażka, zwłaszcza że ten pierwszy rozgrywany był właśnie w Finlandii. Jukka Jalonen przekazywał kadrę swojemu następcy z poczuciem tylko częściowego spełnienia. 

Kolejne lata fińskiej reprezentacji odmalowywały obraz z pierwszej dekady XXI wieku. Nieumiejętność zbalansowania składu pomiędzy graczami z NHL i z europejskich klubów. Dobry poziom sportowy aż do decydującego momentu, gdy tradycyjnie coś zawodziło. Widowiskowa gra, jak ta w turnieju z 2018 roku, gdzie w grupie Finowie wkładali każdemu rywalowi po sześć - osiem bramek, a w ćwierćfinale polegli z topornie grającym średniakiem - Szwajcarią. Przełomowych zmian nie wnosili kolejni trenerzy, chociaż w Finlandii eksplodował chyba największy wysyp hokejowych talentów w historii kraju (by na Sebastianie Aho, Patricku Laine, Mikko Rantanenie czy Kasperi Kapanenie poprzestać). Wprawdzie na jeden sezon dał się namówić na powrót legendarny mag Erkka Westerlund, ale z igrzysk przywiózł "tylko" brąz, a z Mistrzostw Świata "zaledwie" srebro. Potem było jeszcze gorzej. Jego osiągnięciom nie dorównał ani nader anemiczny Kari Jalonen (zbieżność nazwisk przypadkowa), ani młody i ambitny Lauri Marjamäki.

I tak przed sezonem 2019 fińską kadrę ponownie objął Jukka Jalonen. Na "dzień dobry" otrzymał nóż w plecy, gdy z wyjazdu na turniej Mistrzostw Świata na Słowacji zrezygnowali niemal wszyscy fińscy hokeiści z ligi NHL, którzy mogliby tam wystąpić. (Mistrzostwa Świata rozpoczynają się w maju - w czasie, gdy w lidze NHL trwa jeszcze finałowa faza, tzw. play-off, zatem gracze z kilkunastu najlepszych drużyn danego sezonu nie mogą zwykle wspomóc swoich reprezentacji, albo dojeżdżają na turniej MŚ w trakcie jego trwania, gdy ich kluby odpadają z rywalizacji o Puchar Stanleya). Tłumaczenia były różne, od chęci podratowania zdrowia po kaprys przedłużenia sobie wakacji. Wyłamało się tylko dwóch graczy z NHL, nie najbardziej znanych zresztą, nie przyjechał również nikt z KHL, w efekcie czego Jukka Jalonen musiał zestawić na mistrzostwa skład z graczy z rodzimej ligi, anonimowych nawet w swojej ojczyźnie, ba, znalazło się wręcz miejsce dla zawodnika z klubu chińskiego (!). Tę reprezentację Finlandii dziennikarze zgodnie określili jako najsłabszą w historii, obawiano się nawet, czy na słowackim turnieju da radę wyjść z grupy, co przy tak spolaryzowanej hierarchii w świecie hokejowym (siedem zespołów elity i potem długo, długo nic) brzmiało niemal jak obelga, aczkolwiek nie bezpodstawna.

Wówczas jednak stało się coś, co jest właściwie gotowym scenariuszem na jeszcze jedną, wyciskającą łzy wzruszenia hollywoodzką produkcję o underdogu pokonującym wielkiego mistrza. Ambitni i niedoceniani Finowie nie tylko wyszli z grupy, ale zdobyli trzecie w historii kraju Mistrzostwo Świata. A drabinka turniejowa wcale ich nie oszczędzała, bo w kolejnych meczach decydujących o medalach wpadli na naszpikowanych gwiazdami NHL rywali, na trzy najbardziej utytułowane reprezentacje w historii hokeja. W ćwierćfinale, po horrorze z dogrywką pokonali odwiecznych przeciwników - Szwedów. W półfinale, po jeszcze większym horrorze - Rosję, która przywiozła na tamte mistrzostwa skład tak mocny, że niektórzy bukmacherzy przestali przyjmować zakłady na jej zwycięstwo. Ostatnie dwie minuty tego meczu przejdą do annałów utrwalających heroiczne przykłady "obron Częstochowy". Przegrywający 0-1 Rosjanie rzucili do ataku największe gwiazdy i był to chyba jedyny moment w dziejach, gdy można było oglądać na lodzie w jednym momencie, w jednej drużynie, pięciu najwybtniejszych hokeistów jakich dochowała się Rosja w XXI wieku. Kowalczuk, Owieczkin, Małkin, Kuczerow i Kuzniecow jak wściekli ostrzeliwali bramkę żółtodzioba Kevina Lankinena, gościa którego parę tygodni wcześniej nie tylko poza ojczyzną nie kojarzył kompletnie nikt (grał na "farmie" w USA), ale stanu meczu nie wyrównali. I wreszcie, w meczu o złoty medal Finowie nie dali szans Kanadzie, dumnej ojczyźnie dyscypliny, reprezentacji która dzierży wszelkie medalowe rekordy, a byłyby one pewnie jeszcze okazalsze, gdyby nie zatargi z władzami światowego hokeja w latach siedemdziesiątych.

I jak każdy hollywoodzki film o sportowym underdogu ma swojego charyzmatycznego trenera, który z przeciętnych zawodników potrafi wykrzesać mistrzowskie możliwości, tak na tamtym turnieju taką archetypiczną postacią był właśnie Jukka Jalonen. Idealnie zestawił formacje, doskonale obrał taktykę na znacznie silniejszych przeciwników, w dramatycznym ćwierćfinale ze Szwecją utrzymał swój zespół w grze, biorąc "coach's challenge". A jego chyba największą sztuczką było uczynienie kapitanem zespołu niejakiego Marko Anttili. Oj, przedziwny był to gracz. 33-letni napastnik, właściwie przez całą karierę grający w przeciętnych klubach, głównie w rodzimej lidze, wyróżniał się do tej pory jedynie imponującym wzrostem. Człowiek mierzący 203 cm nadawałby się świetnie do koszykówki, siatkówki, rugby, odnalazłby się też w dziesiątkach innych sportów, ale raczej nie w hokeju na lodzie. Mimo, że podobno był dobrym duchem zespołu, w fazie grupowej tamtego turnieju nie zdobył ani jednej bramki (przypominam pozycję na lodowisku - napastnik). A w fazie pucharowej doszło do czegoś, co zapisane na kartach filmowego scenariusza zostałoby natychmiast podarte przez producenta jako zbyt pretensjonalne i patetyczne. Pokracznie poruszający się po lodzie, wysoki jak topola kapitan fińskiej zbieraniny strzelił cztery najważniejsze bramki w turnieju! Wyrównującą na 4-4 wynik ćwierćfinału ze Szwecją, na kilkadziesiąt sekund przed końcową syreną, potem jedyną w półfinale z Rosją i wreszcie dwie przesądzające o wyniku w finale z Kanadą. Dzięki zaufaniu trenera Jalonena zbliżający się już do emerytury, ligowy przeciętniak, nagle stał się kluczowym hokeistą drużyny zdobywającej sensacyjne Mistrzostwo Świata.

Tamten turniej z 2019 roku stał się nie tylko zagwozdką dla statystyków (okazało się, że Finowie Mistrzostwo Świata w XXI wieku zdobywają tylko wówczas, gdy trenerem jest Jukka Jalonen, a turniej rozgrywany jest na Słowacji), ale również punktem przełomowym dla fińskiego hokeja. Jeśli tamtych spotkań nie można by nazwać zaszczepieniem owego tajemniczego "genu zwycięstwa", to chyba nie można by nazwać w ten sposób niczego innego. Na kolejnych Mistrzostwach Świata (rozgrywanych po rocznej, "covidowej" przerwie) Finowie ponownie dotarli do finału, a taka seria zdarzyła się im w stuletniej historii mistrzostw wcześniej zaledwie dwa razy. I o mały włos, ponownie z nie najmocniejszym składem, a obroniliby Mistrzostwo Świata; przegrali jednak po dogrywce z Kanadą. Nie zmieniło to jednak ich postrzegania w hokejowej hierarchii. Nagle zespół do tej pory lekceważony, bo wiecznie przegrywający w kluczowych momentach, nawet jeśli zestawiony był z graczy wybitnych, stał się teraz - dzięki wypracowanemu "team spirit" - faworytem każdego turnieju niezależnie od tego, w jakim składzie nań przyjeżdżał.

Złoty medal igrzysk olimpijskich był ostatnim brakującym skalpem. Wszystkie reprezentacje ze światowej elity miały już ten krążek w dorobku. Wszystkie, oprócz Finlandii (i Słowacji, odkąd oddzieliła się od Czech). Odbijanie się przez lata od olimpijskiego finału było w Finlandii równie symptomatyczne jak spektakularne porażki w Mistrzostwach Świata. Jednak historia ostatnich trzech lat jasno wskazywała, że na Igrzyska do Pekinu Finowie pojadą jako jedni z głównych faworytów. A decyzja ligi NHL, która nie zezwoliła swoim graczom na udział w igrzyskach, jeszcze tę narrację wzmocniła. Z całym szacunkiem dla Finów, ale głębokość zasobów hokejowych w Kandzie i USA miażdży całą światową konkurencję na zasadzie "siła razy ramię". Za oceanem mogą wybierać z tysięcy kandydatów do gry w reprezentacjach. Cała Finlandia liczy sobie ledwie pięć i pół miliona mieszkańców, czyli połowę populacji aglomeracji Nowego Jorku. Dość powiedzieć, że w turniejach olimpijskich, w których uczestniczyli gracze z NHL (a w XXI wieku było takich cztery) aż trzy razy w finale była Kanada, a dwa razy USA. Dlatego chociaż Jukka Jalonen przekonywał w wywiadach, że chciałby na igrzyskach poprowadzić reprezentację złożoną z najzdolniejszych i najlepszych fińskich hokeistów grających na amerykańskich lodowiskach, oczywiste było, że w rywalizacji składów opartych na graczach z Europy i z ligi KHL Finlandia ma większą szansę na końcowy sukces. 

I tak się faktycznie stało, a trener po raz kolejny okazał się kluczową postacią i nie tracącym zimnej krwi dowódcą zespołu. W grupowym meczu ze Szwecją, teoretycznie o niczym nie decydującym, jako że obydwa zespoły niezależnie od wyniku awansowały do dalszych gier, przy stanie 0-3 zdecydował się na pokerową zagrywkę i wycofał bramkarza przy grze Finów w przewadze już na początku trzeciej tercji (!). Zdobyta wtedy bramka odwróciła losy meczu, gdyż Finlandia strzeliła potem jeszcze dwie kolejne, a w dogrywce przechyliła szalę zwycięstwa na swoją korzyść. A ten sukces okazał się jednak brzemienny w skutkach, ponieważ skierował Finów na "łatwiejszą" część drabinki w fazie pucharowej (gdy przejęli rozstawienie z numerem jeden po wyeliminowanych szybko graczach USA), podczas gdy inni faworyci do złotego medalu (Szwecja, Kanada, Rosja) wykrwawiali się w bezpośrednich bojach między sobą. Powtarzane przed finałem słowa Jukki Jalonena, że nie ma znaczenia, czy w decydującym meczu spotkają się z Rosją czy Szwecją, bo "i tak wygrają" nie były brakiem szacunku dla przeciwnika, ale zamanifestowaniem pewności siebie i zaszczepieniem jej w swoich zawodnikach, u których przez dziesięciolecia tej właśnie cechy brakowało. Nie sposób wyobrazić sobie, żeby ci ludzie, z tym trenerem, dali sobie wydrzeć zwycięstwo prowadząc 2-0 albo 5-1 jak niesławne ekipy w pamiętnych meczach z 2001 czy 2003 roku. I chociaż to Rosjanie (pardon... przedstawiciele Rosyjskiego Komitetu Olimpijskiego) pierwsi zdobyli bramkę, nie zmieniło to w żaden sposób planu taktycznego ani gry Finów. Konsekwentnie i z zimną krwią realizowali swoją grę i swoje założenia. W wyrachowany sposób wyszli na prowadzenie. Obydwie bramki padły przy udziale czwartego ataku (tak, tego właśnie w którym gra Marko Anttila). I uniknęli nawet dramatycznej końcówki pod własną bramką, bo po prostu nie dopuścili do jej oblężenia, trzymając Rosjan jak najdalej od swojej tercji. 

Od trzech lat Finowie nie grają już efektownie, nie strzelają ośmiu bramek nawet słabszym przeciwnikom jak to onegdaj bywało, grają za to do bólu skutecznie. Imponująco zespołowo (w klasyfikacji kanadyjskiej na igrzyskach w Pekinie punktowali wszyscy zawodnicy z rostera, oprócz rezerwowych bramkarzy). I bezwzględnie w obronie. Jeśli Holendrzy w latach 70-tych XX wieku wymyślili "futbol totalny", to Finowie właśnie konstruują totalny hokej. I nie sposób nie dostrzec w tym pracy i ręki trenera Jukki Jalonena, który potrafi wymyślić coś na każdego przeciwnika, przewiduje wszelkie możliwe wersje wydarzeń, a w trakcie meczu spokojnie czuwa nad przebiegiem gry i zawsze wie, jak pomóc swojej drużynie. Olimpijskie złoto w Pekinie to oczywiście największy sukces fińskiego hokeja w historii, ale również ostatnie trzy lata zapiszą się jako złote pasmo w dziejach tej dyscypliny sportu, w kraju ze stolicą w Helsinkach. I co najważniejsze, osiągnięcia te nie mają twarzy wybitnego pokolenia fińskich hokeistów, suto opłacanych gwiazd ligi NHL, nie są też zasługą szczęścia czy "dobrego" losowania. Nad wszystkimi tymi sukcesami stoi trener i podkreśla to w każdym wywiadzie każdy członek tej reprezentacji. Trener, który już wygrał więcej niż do tej pory wszyscy pozostali trenerzy w Finlandii razem wzięci. I który wcale nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Za niecałe trzy miesiące rozpoczynają się Mistrzostwa Świata w hokeju na lodzie. W tym roku rozgrywane na lodowiskach w... Finlandii. Od trzydziestu sześciu lat (sic!) nikt nie potrafi wygrać hokejowych Mistrzostw Świata będąc ich samodzielnym gospodarzem (ostatni raz udało się to Związkowi Radzieckiemu w 1986 roku). I tylko raz w historii zdarzyło się tak, że aktualny mistrz olimpijski w tym samym roku zdobył również Mistrzostwo Świata (w 2006 roku udało się to Szwedom). Sportowe almanachy uwielbiają takie nietykalne prawidłowości, ale kto miałby je łamać, jeśli właśnie nie ten człowiek...?


20. lutego 2022, 12:24 CET,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

sobota, 25 września 2021

cyniczna młodzież wieku atomowego

Niczym małż świętego Jakuba w karcie dań u Magdy Gessler, zabłysnął ostatnio Wielce Czcigodny Minister Edukacji Przemysław Czarnek, mówiąc że w przyrodzie nie istnieją małżeństwa jednopłciowe. I właściwie nie byłoby powodu, aby nad tym faktem strzępić klawiaturę, ale jest okazja, aby uzyskać kilka eskapistycznych "lajków" za trochę grafomańskiej pisaniny.

I rzecz nawet nie w tym, że minister niczego odkrywczego nie powiedział, bo w przyrodzie nie istnieją przecież małżeństwa w jakiejkolwiek konfiguracji, co usilnie starali się panu Czarnkowi udowodnić komentatorzy z Twittera. A przy tej okazji poseł Franciszek Sterczewski z Koalicji czy Platformy Obywatelskiej (jakkolwiek się ona nazywa) przydzwonił niczym przysłowiowy dzik w sosnę obwieszczając, że "sarna nie jest żoną jelenia", czym znakomicie zilustrował tezę, iż politycy niezależnie od frakcji mają niepohamowaną tendencję do wypowiadania się w kwestiach, o których nie mają kolorowego pojęcia. Bo sarna i jeleń, panie Franku, to dwa odrębne gatunki, a samicą jelenia jest łania. A co do stosunków płciowych, to u jednych zwierząt osobniki łączą się w pary na całe życie, u innych na sezon, a i homoseksualizm się zdarzy (czy to u osłów, czy u słoni, czy nawet u - za przeproszeniem - kaczek). Żadna to rewelacja i takie stwierdzenie nie wymaga wcale konsultacji z profesorem zoologii. 

Bardziej chodzi o to, że pan minister użył niezwykle ryzykownej taktyki, aby usankcjonować to, co jest "naturalne" lub "normalne". Bo jeśli za takowe ma uchodzić wyłącznie to, co "występuje w przyrodzie", to okaże się, że stąpamy po cienkim - excusez-moi! - lodzie. Są bowiem w przyrodzie gatunki, gdzie normą jest, że po ekhm... kopulacji (mam nadzieję, że panu ministrowi nie zapłoni się przy tym słowie zacne lico) partnerka zjada partnera, i to tak zwanym żywcem (niestety, nie wieprzowym). Są zwierzęta, i to wcale nie jakieś bezkręgowe robactwo, ale nasi starsi bracia w ewolucji - szympansy karłowate (znane lepiej pod ksywą "bonobo"), u których powszechnie praktykuje się promiskuityzm. Co to oznacza, pan minister sprawdzi sobie w Słowniku Wyrazów Obcych i Zwrotów Obcojęzycznych, a tymczasem czas postawić pytanie fundamentalne: czy skoro w przyrodzie występuje promiskuityzm, to gdy ktoś zwróci się z odpowiednim wnioskiem, stworzy to asumpt, aby promiskuityzm zalegalizować i promować w podstawie programowej szkół średnich?  

Odpowiedź jest oczywista, podobnie jak oczywiste jest to, że pan minister swojej wypowiedzi nie przemyślał. Chciał na szybko, pierwszym z brzegu przykładem i trochę demagogicznie, obronić swoją tezę, ale tak to już jest, gdy się coś robi na przysłowiowy chłopski rozum. A domyślam się, że chciał pan minister w ten sposób nakreślić znacznie głębszą analizę. Podług której małżeństwa jednopłciowe i sam homoseksualizm jako taki są współczesnym wymysłem cynicznej młodzieży wieku atomowego, zaczadzonej dobrami doczesnymi i zblazowanej szeroko pojętą dekadencją. Bo ani zwierzęta w lesie, ani nasi przodkowie, którzy nie mieli dostępu do Netfliksa, TikToka i piosenek Billie Eilish, na takie bezeceństwa nie wpadli.  

Ale to też pudło. Może pan minister nie czytał słynnej książki naszego wielkiego rodaka Bronisława Malinowskiego (tytułu nie wymienię, bo lico pana ministra zamiast spąsowieć zapłonęłoby szlachetnym cynobrem) o rdzennych mieszkańcach wysp południowego Pacyfiku, ale dzieją się tam rzeczy takie, że strach o nich rozprawiać przed dwudziestą trzecią.  

A starożytni filozofowie greccy? Na czele z Platonem (dla niezorientowanych - to nie był pies Myszki Miki). Których dorobek, obok religii chrześcijańskiej i prawa rzymskiego, stawiają niektórzy jako fundament naszej, europejskiej cywilizacji. Przecież oni, gdy przyszło co do czego, nie tylko nie zwracali uwagi na ostatnią cyfrę w PESEL-u (to ta, która - jak pan minister z pewnością wie - określa płeć), ale często również niespecjalnie interesowały ich dwie pierwsze... I nie tylko nie widzieli w tym niczego zdrożnego, ale wręcz uważali to za coś chwalebnego, za najbardziej doskonały szczebel relacji mistrz-uczeń, za przekazywanie swoim protegowanym bezcennych łyków ze studni życiowej mądrości... 

Mimo wszystko, postanawiam jednak pana ministra bronić. Mamy bowiem teraz takie czasy, że ministrem zdrowia nie musi już być lekarz (wystarczy ekonomista), a w roli ministra sprawiedliwości prawnika z powodzeniem wyręczy filozof. Co zatem stoi na przeszkodzie, aby minister edukacji nie musiał być wyedukowany, a minister nauki mógł być nieukiem?

20. września 2021, 19:01 CEST,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

poniedziałek, 26 kwietnia 2021

book-areszt

Jeśli ktoś oszczędza na kawie, a chciałby sobie tanim kosztem podnieść ciśnienie, polecam lekturę projektu "Ustawy o ochronie rynku książki". Natłok bredni, które tam zawarto sprawia, że w kieszeni otwiera się mnóstwo rzeczy, a nóż jest najmniej niebezpieczną z nich...

O pomyśle "stałej ceny książki", która miałaby być nadrukowana na okładce i jednakowa w całym kraju, niezależnie od wydania i kanału dystrybucji, mówiło się już od dłuższego czasu. Nie będę się tu już pastwić nad tym pomysłem, chociaż oczywiste jest, że jego twórcy trafili z nim jak przysłowiowy dzik w sosnę. Za to pierwszy raz chyba tak jednoznacznie wyartykułowano zakaz stosowania przez "sprzedawców końcowych" (czyli - przekładając z polskiego na nasze - rozmaite księgarnie, zwykłe i internetowe, a także inne sklepy sprzedające książki, z "Biedronką" na czele) jakichkolwiek rabatów i obniżek wyższych niż 5%, a także talonów, bonów, kodów rabatowych etc. 

 

 

Powiedzieć, że to trąci centralnym sterowaniem gospodarką to nic nie powiedzieć. Z tych kilku zdań bije taki socjalizm, że Marks z Engelsem zakrzyknęliby z radości. Nie trzeba wielkiej przebiegłości, żeby domyślić się, że tak toporny zamordyzm ma uderzyć przede wszystkim w Empiki, Amazony, Arosy i Bonita, które nie dość, że mają czelność sprzedawać ludziom książki tanio (bo stać je na to, jako dysponujące świetną logistyką, dużymi magazynami, szerokim asortymentem, tnące swoje marże itd.), to w dodatku nie chcą się dzielić zyskami z państwem, a po nocach tylko kombinują jak tu zrobić, żeby jeszcze bardziej nie płacić podatków w Polsce, a ewentualnie na Wyspach Kokosowych. Deklarowana przez Ustawodawców chęć obrony małych, lokalnych księgarń przed inwazją dużych sieci realizowana jest z subtelnością hipotetycznego państwa, które w celu obrony tradycyjnej Poczty ogranicza na swoim terenie dostęp do internetu, aby ludzie nadal pisali zwykłe listy, a nie e-maile. I z naiwnością dziewiętnastowiecznych luddystów, przekonanych że kijem są w stanie zawrócić rzekę przemian cywilizacyjnych.

Ten "genialny" pomysł uderza jednak nie tyle w Amazony (które i tak sobie poradzą), ale przede wszystkim w zdroworozsądkową swobodę działalności gospodarczej. Jeśli ktoś prowadzi prywatny biznes - np. właśnie sklep z książkami, to ma prawo te książki sprzedawać komu chce i za ile chce. Za pół ceny, za ćwierć ceny, a nawet za czapkę śliwek, gdy ma taką fantazję. Podobnie jeśli sprzedaje pomarańcze, ołówki albo wapno gaszone. A jeśli państwo mu narzuca, za ile może te książki czy pomarańcze sprzedawać, jakie rabaty stosować i kiedy, to już nie jest jego prywatny biznes, tylko w połowie państwowy. I to się tyczy każdej dziedziny i branży. Jeśli ktoś ma restaurację, to może w określone dni nie wpuszczać do niej np. rodziców z małymi dziećmi (był taki przypadek niedawno, bodaj w Poznaniu, i ogromna burza w soszalmidjach) albo ludzi, którzy noszą skarpetki do sandałów. Tak jak gdy ktoś prowadzi drukarnię, piekarnię, albo studio tatuażu i ma zachciankę, aby we wtorki nie obsługiwać gejów, katolików, sympatyków PSL-u albo ludzi o innym kolorze włosów niż czerwony. I nikomu nic do tego! Bo to jest jego prywatny biznes, on jest panem swojego losu, ryzykuje własnymi pieniędzmi i jeśli się powszechnie nie spodobają takie zachcianki właściciela, to po prostu zbankrutuje, w dodatku owiany infamią we wspomnianych soszalmidjach. To instytucje publiczne są dla wszystkich, bez wyjątku. Firmy prywatne są - jak sama nazwa wciąż wskazuje - prywatne.
 
I ktoś może powiedzieć, że piszę tak tylko dlatego, bo dbam wyłącznie o czubek własnego nosa, czyli o fakt, że chcę kupować książki tanio, bez względu na wszystko. Oczywiście, że chcę kupować książki tanio! A kto z Was woli kupować drogo zamiast tanio? Wszyscy kupujemy ciuchy w sieciówkach a nie w Bytomiu, a przy kasie przymykamy oko na fakt, że szyją te ciuchy biedni jak myszy kościelne obywatele Bangladeszu, za dolara dziennie, a pod koniec pracy są szczęśliwi, gdy hala w której pracują nie zawaliła się ani nie spłonęła. Wszyscy (poza niżej podpisanym) mają w kieszeniach smartfony, chcą żeby były jak najtańsze i jakoś starają się nie pamiętać, że kobalt niezbędny do funkcjonowania podzespołów ajfona wydobywają w pocie czoła dziesięcioletnie dzieciaki w Zairze, zwanym ostatnio dla niepoznaki "Demokratyczną" Republiką Konga.
 
Krzywdy na świecie nie brakuje i nie brakuje też okazji, aby użyć odgórnych regulacji do chociaż lekkiego wyprostowania tych kwestii przy pomocy siły państwowych dekretów. Z jakiegoś powodu wzięto się jednak za Bogu ducha winne książki, gdzie akurat o krzywdzie wytwórcy mówić raczej nie można. Być może przyczyny należy poszukiwać w tym, że niższe ceny książek to niższe wpływy do budżetu, który - przeorany epidemią i programami społecznymi - dziurawy jest niczym obrona polskiej reprezentacji piłkarskiej. Przecież "nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny i liberalny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy" - zauważył już dwa wieki temu Alexis de Tocqueville. A być może chodzi o to, że gdyby wprowadzono "stałą cenę piwa" i zakaz stosowania rabatów na ten trunek w Żabkach i Biedronach, to gdy wielbiciele owego napoju przyjechaliby protestować do Warszawy, ze stolicy nie zostałby kamień na kamieniu. Podczas gdy książki czytają - jak wieść niesie - wyłącznie potulne wykształciuchy i introwertyczni jajogłowi, a generalnie człowiek w krawacie jest - jak wiadomo - mniej awanturujący się i łyknie wszystko jak gęś kluski.
 
Jeśli ta ustawa ostatecznie "przejdzie", małe księgarnie i tak upadną, a dodatkowym jej skutkiem będzie drastyczny spadek czytelnictwa w Polsce, które ostatnio wzrosło do szalonego odsetka 42% osób, które w minionym roku "przeczytały chociaż jedną książkę" (bo chyba tak mówi metodologia badania). Nie trzeba do takiego stwierdzenia żadnych profetycznych zdolności. Że tak właśnie się stanie - cytując pewnego mojego śp. Profesora - "to nawet nietresowany orangutan to wie". Co więcej, wiedzą to chyba również autorzy projektu ustawy, którym akurat na poziomie czytelnictwa kompletnie nie zależy, a jedynie na tym, by przyłożyć dużym sieciom handlowym, quod erat demonstrandum. Wystarczy wczytać się w rozdziały Ustawy mówiące o społecznych i ekonomicznych skutkach wprowadzenia nowych regulacji, które to rozdziały są zresztą spłodzone na poziomie studenta pierwszego roku socjologii. I które inkrustowane są wyrażeniami i zwrotami, wyrażającymi niezachwianą, stuprocentową pewność co do zasadności wprowadzenia nowych przepisów: "przewiduje się, że...", "wydaje się, że...", "istnieją podstawy dla założenia, że..."

25. kwietnia 2021, 16:18 CEST,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

piątek, 26 marca 2021

opowieść o dwóch miastach

Kędzierzyn-Koźle. Prawdopodobnie najdziwniejsze miasto na świecie. Sztucznie sklejone z kilku miejscowości kaprysem socjalistycznych planistów, aby stworzyć urbanistyczno-administracyjne zaplecze dla dwóch przemysłowych gigantów: Zakładów Azotowych i Zakładów Chemicznych Blachownia. Co więcej, sklejone nie z dwóch miast, jak sugerowałaby to nazwa, ale z przynajmniej pięciu miasteczek i wsi (obok Kędzierzyna i Koźla to jeszcze największe z nich Sławięcice, a potem Kłodnica i Blachownia Śląska). I jak to zwykle bywa gdy chce się do urzędniczej dyrektywy nagiąć rzeczywistość, w rezultacie powstaje coś bezsensownego. Jak w jakimś absurdalnym filmie, gdzie załamuje się logika rzeczywistości, nic tam do siebie nie pasuje i nic nie jest na swoim miejscu. Kędzierzyn-Koźle sprawia wrażenie miasta na opak, wywiniętego wnętrzem na zewnątrz. Rynek jest na obrzeżach, a w środku miasta są pola i lasy. Każda część tego molocha to kompletnie inny świat. Gdy wydaje się, że wyjeżdżamy z miasta, okazuje się, że właśnie... wjeżdżamy do centrum. Z głównego dworca kolejowego nie odjeżdżają pociągi pospieszne, które za to zatrzymują się na przystanku kolejowym na peryferiach. Powodzi Tysiąclecia w 1997 roku Kędzierzyn właściwie nie zauważył, podczas gdy w tym samym momencie Koźle niemal w całości znalazło się pod wodą (sucha była właściwie tylko płyta wspomnianego Rynku). Podczas każdej wizyty w tym dziwolągu, w cieniu którego mieszkałem przez 23 lata, czułem się jak w Trybeczu z kart powieści Jozefa Kariki - gdy wydawało mi się, że jestem z jednej strony miasta, okazywało się zwykle, że jest to strona zupełnie przeciwna.
 
I właściwie na tym antyencyklopedycznym opisie miasta należałoby zakończyć niniejszy tekst, ponieważ na zilustrowanie skali i dramaturgii sportowego zwycięstwa, jakie stało się przedwczoraj udziałem siatkarskiego zespołu z Kędzierzyna-Koźle brakuje słów nie tylko w słowniku ludzi kulturalnych, ale w jakimkolwiek języku świata od esperanto aż po narzecza Eskimosów, którzy podobno znają sześćdziesiąt różnych określeń na śnieg. Takie - dajmy na to - słowo "sukces" trzeba by najpierw rozpędzić w Wielkim Zderzaczu Hadronów przesuwając wajchę do oporu i dopiero przy użyciu tego, co się po takiej operacji pojawi na końcu tunelu można starać się zobrazować ostatni mecz i całą tegoroczną batalię ZAKSY Kędzierzyn-Koźle w siatkarskiej Lidze Mistrzów.
 
Warto jednak oprzeć się pokusie budowania analogii do najpopularniejszego z istniejących sportów zespołowych. Chociaż łatwo byłoby przybliżyć postronnym triumf ZAKSY paralelą, że "to tak jakby" nasza Legia, Wisła czy inna Amica Wronki dokazywała w piłkarskiej Lidze Mistrzów, w ćwierćfinale tłukąc trzema bramkami Barcelonę bądź Real Madryt na jego terenie, po czym w półfinale odstrzeliła innego giganta, jakiś Bayern czy Manchester, po wielogodzinnym horrorze z dogrywkami i rzutami karnymi. W ten sposób zrobiły to czwartkowe "Wydarzenia" Polsatu i fakt jak dramatycznie chybione jest to porównanie zadziwia, chodzi bowiem o stację telewizyjną, która od bez mała dwóch dekad jest mecenasem polskiej siatkówki i powinna chociaż trochę znać proporcje.
 
Prostując tę koszmarnie nieścisłą analogię, trzeba zauważyć, że piłkarska Liga Mistrzów to elitarny klub wzajemnej adoracji, gdzie piją sobie z dzióbków i obsypują się astronomicznej wielkości forsą już za sam fakt zakwalifikowania się do fazy grupowej (co w przypadku tych najmocniejszych federacji nie wymaga pokonania ani jednego rywala, wystarczy zająć odpowiednie miejsce w krajowej lidze), podczas gdy do siatkarskiej Ligi Mistrzów na poszukiwania kandydatów do gry jeszcze do niedawna wyruszało się jak na łowy na grubego zwierza. Powodem jest szalony system, który sprawia, że poza gronem najbogatszych zespołów z najsilniejszych siatkarsko państw, nikomu innemu nie opłaca się przystępować do rywalizacji. Trzeba bowiem uiścić wpisowe, a potem płacić niemal za wszystko po drodze (od zakwaterowania sędziów, gdy mecz odbywa się na naszym terenie, po testy covidowe). Tym sposobem wyjść finansowo na przysłowiowe zero można dopiero awansując do najlepszej czwórki, a zarabia w tym towarzystwie cokolwiek jedynie ostateczny zwycięzca. Nie mając zatem jakichkolwiek, nawet nierealnych, perspektyw na zwrot inwestycji, ponad połowa europejskich krajów w ogóle nie wystawia swoich mistrzów do gry w Lidze Mistrzów (startuje w niej za to półamatorska Polonia Londyn reprezentująca Wielką Brytanię, której siatkarskie tradycje są porównywalne z sukcesami hokeja na lodzie w Abisynii) i tylko resztkom przyzwoitości, które pewnie przez roztargnienie ostały się w głowach szefów CEV zawdzięczamy, że w tych rozgrywkach nie rywalizują szóste czy siódme zespoły w końcowej klasyfikacji ligi włoskiej czy rosyjskiej.
 
Paralele siatkarsko-piłkarskie rujnuje jednak przede wszystkim nieporównywalna sytuacja polskich zespołów w obydwu dyscyplinach. W piłce nożnej bardzo byśmy chcieli, śnimy o potędze i żyjemy historią jak to drzewiej bywało gdy Górnik i Widzew, ale w rzeczywistości potykamy się o własne nogi, o rywali z Kazachstanu i Luksemburga, oraz o niekompetencje asystentów trenerów, którzy nie potrafią zliczyć żółtych i czerwonych kartek w gronie własnych piłkarzy. Podczas gdy w siatkówce należymy do ścisłej europejskiej elity, mając - obok Włoch i Rosji - prawo do wystawienia maksymalnej liczby (w tym sezonie: czterech) zespołów do rozgrywek Ligi Mistrzów.
 
I wydawałoby się, że skoro jesteśmy elitą, obecność w gronie ścisłych finalistów tych rozgrywek jest w tej sytuacji dla polskich zespołów wręcz obowiązkiem, a Puchar dla najlepszej drużyny Europy gości już w gablotach przynajmniej kilku naszych klubów. Paradoksalnie jednak (któryż to już paradoks!), wygląda to zupełnie inaczej. Pomimo mocno umotywowanych aspiracji do grona najlepszych na Starym Kontynencie, polski zespół tylko raz wygrał Puchar Europy na przestrzeni sześćdziesięciu lat istnienia tych rozgrywek. Dokonał tego nieistniejący już Płomień Milowice w Roku Pańskim 1978, czyli w zamierzchłych czasach, gdy sport zawodowy dopiero raczkował, siatkówka wyglądała zupełnie inaczej niż dziś (seta grało się do piętnastu, punkty licząc podobnie jak w tenisie), a w niektórych rejonach naszego globu latały jeszcze ostatnie pterodaktyle...

Przedziwność tej sytuacji nie mieści się nawet w kategoriach statystycznych prawdopodobieństw, zalatując bardziej praktykami z gatunku klątw i uroków. Niczym ten piłkarski Juventus Turyn, który od ćwierćwiecza odbija się od zwycięstwa w Lidze Mistrzów niczym pijany od zamkniętych drzwi sklepu monopolowego i nie jest mu w stanie pomóc w tym ani fortuna koncernu samochodowego ani nawet zakup najlepszego ponoć zawodnika na świecie. W piłce nożnej pieniądze - jak się mawia - nie grają, w siatkówce trochę jednak tak. Fakt, że polskie kluby są w siatkówce elitą ale taką raczej aspirującą, tłumaczy bowiem właśnie odwieczna siła sprawcza wszystkich różnic: stan konta. Mamy trzecią najlepszą ligę w Europie, ale jest to liga "tylko" a nie "aż" trzecia. Nad nami, jak w piosence zespołu Raz Dwa Trzy, sufit. Bynajmniej nie szklany, ale papierowy. Najlepsi zawodnicy na świecie, pomijając wyjątki potwierdzające przysłowiową regułę, zawsze będą grać we Włoszech, gdzie są największe siatkarskie tradycje, lub w Rosji, gdzie jeden dowolny klub, pompowany petrorublami czy bezdennymi dochodami gazowego kombinatu, dysponuje często budżetem większym niż wszystkie ekipy polskiej ligi razem wzięte.

I dlatego właśnie polskie zespoły siatkarskie już od ponad dekady są zbyt mocne dla całej reszty Europy, od Belgii przez Francję, Niemcy, po Grecję i Turcję, ale wciąż zbyt słabe dla najlepszych z Rosji i Włoch. Zdarzały się owszem, pojedyncze sukcesy, wygrane z gigantami w fazie grupowej czy w pierwszym meczu ćwierćfinału, ale gdy przychodziło do poważnego grania, gdy przegrywający odpada, wówczas działała bezlitosna reguła "nie ma zmiłuj". Niezależnie jak mocny byłby polski zespół, rywal zawsze osiągnął swój cel. Nieistniejące już Sisley Treviso, Iskra Odincowo, a także wciąż mające się dobrze Lube Civitanova, Zenit Kazań, Copra Piacenza, Itas Trentino, Lokomotiw Biełgorod, Modena Volley. Lista rosyjskich i włoskich zespołów, które w ostatnich latach odstrzeliły nasze marzenia o sukcesie w Europie jest długa niczym wykaz nieruchomości Daniela "Don Orleone" Obajtka.

Dopiero w tej perspektywie sukces ZAKSY nabiera właściwych kolorów. Przez ostatnią dekadę do finału Ligi Mistrzów dopchali się także inni polscy potentaci: Skra Bełchatów i Resovia Rzeszów, ale nie umniejszając niczego ich wyczynom, system rozgrywek był wówczas nieco inny. Wystarczyło wyjść z grupy (do czego wystarczało czasem nawet trzecie w niej miejsce, czyli pobicie zaledwie jednego rywala z Czarnogóry lub Słowenii), a potem zgłosić się do organizacji turnieju finałowego, co automatycznie dawało miejsce w czwórce najlepszych drużyn, omijając bajpasem wyniszczające play-offy. Gdy Skra i Resovia torowały sobie drogę do finału (rzecz jasna przegranego potem z rosyjskim i włoskim gigantem) przez zespoły klasy VFB Friedrichshafen i Arkasu Izmir, Kędzierzynianom w tym roku los zesłał z pieca na łeb dwie najbardziej utytułowane klubowe ekipy XXI wieku. Inkrustowane gwiazdami Lube Civitanova i Zenit Kazań wygrały łącznie 8 z 19 edycji Ligi Mistrzów od początku jej istnienia w tej formie. Jeśli przegrywają ważne mecze, to wyłącznie we własnym gronie, z równymi sobie potentatami z Włoch i Rosji, nigdy z kopciuszkiem z Turcji czy Niemiec, tak samo jak z aspirującym mistrzem Polski. Który może i ma składzie najlepszego rozgrywającego na świecie, najlepszego libero, pół reprezentacji kraju, ale bodaj to pierwszy raz? Polską klubową siatkówkę trawiła od lat choroba, na którą cierpiała również reprezentacja przed erą Raula Lozano: można było zbudować wyrastający ponad krajową rzeczywistość skład, można było z europejskimi potentatami walczyć i tłuc się punkt za punkt, ale od stanu 20-20 tamci włączali piąty bieg i bez trudu odskakiwali. Bo gdzieś w naszej mentalności tkwiło myślenie, że przecież "oni" są lepsi i jeśli będą chcieć, to wygrają. A "oni" o tym wiedzieli.

I to jest druga składowa, w świetle której na sukces ZAKSY trzeba patrzeć w kategoriach kosmicznych. Nie tylko bowiem odprawiliśmy na przestrzeni miesiąca dwie najlepsze ekipy na świecie, ale jeszcze zrobiliśmy to w okolicznościach, które wymykają się racjonalnym rozumowaniom. Po sensacyjnym i szybkim zwycięstwie w ćwierćfinale z Lube na jej terenie, Włosi równie szybko, chociaż po ciężkiej walce, wygrywają u nas. Dogrywka. Złoty set. Dziewięć na dziesięć polskich ekip padłoby w tym momencie psychicznie. Że było tak blisko, ale znowu się pewnie nie uda. ZAKSA nie padła i złoty set wygrała. Wydawało się, że już nic bardziej dramatycznego wydarzyć się nie może. Pierwszy półfinał z Zenitem przegrywamy 0-2 i 22-24, ale w tym momencie myli się rosyjski środkowy, który przez cały mecz atakował bezbłędnie. Ten błąd jest przełomowy, losy się odwracają, ZAKSA wygrywa najpierw przegrany set, a potem wygrywa przegrany mecz. Scenariusz niczym z najtańszego hollywoodzkiego filmu sportowego, o underdogu który w wyciskających łzy okolicznościach pokonuje uznanego mistrza. 
 
W rewanżu w Kędzierzynie wystarczy wygrać mecz (przy porażce wynikiem 2-3 potrzebna będzie kolejna dogrywka, ale takiego scenariusza nikt nawet nie rozważa). I ponownie, jak zły szeląg powróciła mantra, że wydawało się, iż już nic bardziej dramatycznego wydarzyć się nie może. Pierwszy set rewanżu przegrywamy bezdyskusyjnie. W drugim odbudowujemy się i to my rozbijamy Rosjan, podobnie w trzecim. Wydaje się, że rywale już się nie podniosą, bo do awansu potrzebują teraz nie tylko wygrania dwóch kolejnych setów, ale i dogrywki, a ZAKSA gra fenomenalnie. W czwartym secie ma już w górze piłkę meczową na awans, ale jej nie wykorzystuje, podobnie jak kilku kolejnych. Rosjanie wracają - jak mawia najstarsze sportowe porzekadło - z dalekiej podróży. Wygrywają seta, wyrównują mecz na 2-2, ale wciąż są bardzo daleko od finału. Zwłaszcza, że w kolejnym secie ZAKSA ponownie ma w górze piłki meczowe i ponownie ich nie wykorzystuje. Gwiazda rywali, enfant terrible światowej siatkówki Earvin N'Gapeth, bombarduje zagrywką i to Rosjanie wygrywają mecz 3-2.

Ponure prawidło siatkówki głosi, że jeśli nie wygrywasz meczu 3-0 prowadząc w nim 2-0, to przegrasz go 2-3. Nie ma w nim oczywiście żadnej statystycznej prawidłowości; bardziej chodzi o ilustrację faktu, jak wielką w tej grze rolę odgrywa psychika. Gdy rozbijasz rywala, ale nie dobijasz go ostatecznie, a pozwalasz mu podnieść się i odbudować, to on się tak nakręci, że odwróci losy pojedynku, podczas gdy w tobie siedzi świadomość niewykorzystanej szansy i narastająca z tego tytułu frustracja. Co z tego, że ZAKSA zbudowała najbardziej bodaj kompletną szóstkę w Europie nie mając do dyspozycji nawet najwyższego budżetu w Polsce, a gdzież tam dopiero równać do rosyjskich i włoskich. Co z tego, że dowodzi tym składem obdarzony niezwykłym instynktem, chyba najlepszy rozgrywający na świecie - Francuz Benjamin Toniutti, a tyły ubezpiecza wymykający się prawom fizyki i dynamiki libero Paweł Zatorski. Nie takie ekipy już pękały. Zwłaszcza polskie, mające wciąż gdzieś głęboko wszczepiony ten gen podszeptujący w krytycznych momentach do ucha, że przecież Włosi czy Rosjanie to rywale od lat lepsi, od lat udowadniający, że w decydujących momentach to ich doświadczenie, ich przewaga, ich ogranie są decydujące.

Zresztą, mniejsza z polską genetyką porażki. Po niewykorzystaniu ośmiu piłek meczowych, po niewykorzystaniu dwóch setów szans na awans z takim rywalem jak Zenit Kazań, który w latach 2014-2018 wygrał Ligę Mistrzów cztery razy z rzędu, załamałby się każdy zespół na świecie, obojętnie z jakich kozaków by się składał. Był w historii bodaj tylko jeden team, który byłby w stanie się podnieść po czymś takim. Reprezentacja Jugosławii (później Serbii) z początków XXI wieku. Która wdarła się przebojem do świata zdominowanego przez Włochy, Brazylię, Rosję, Kubę i Holandię, sensacyjnie zdobywając złoty medal igrzysk olimpijskich w Sydney w 2000 roku. Serbowie zaimponowali nie tylko skuteczną grą, ale przede wszystkim zachowaniem na boisku. W obliczu największych kłopotów nie dawali niczego po sobie poznać, wszystko tłumili w sobie, czym doprowadzali do wściekłości rywali sfrustrowanych, że przeciwnika nie da się złamać. Boleśnie przekonała się o tym reprezentacja Polski, która z tą właśnie drużyną przegrała pamiętny mecz w kwalifikacjach olimpijskich pomimo prowadzenia w czwartym secie 23-17. Ta ekipa graczy o kamiennych twarzach, reagujących na wydarzenia jak gdyby nie posiadali układu nerwowego, wypromowała wiele późniejszych gwiazd siatkówki. Ivan Miljković, Andrija Gerić, Goran Vujević, Vladimir Grbić, by wspomnieć tylko kilku. A dowodził nimi niezwykły rozgrywający, brat tego ostatniego. Nikola Grbić.

Tak się złożyło, dziecięcą naiwnością chcemy wierzyć, że zrządzeniem kosmicznych, ponadczasowych imperatywów, iż ów Nikola Grbić dwadzieścia lat później jako trener ZAKSY Kędzierzyn-Koźle siedział na ławce podczas tego horroru horrorów z Zenitem Kazań. Horroru podczas którego Kędzierzynianie nie załamali się, dwukrotnie przegrywając wygrane sety. Jakby nie pamiętali wydarzeń minionych odsłon, wyszli na dogrywkę i złamali Rosjan najpierw zagrywkami Kamila Semeniuka, a potem współpracą blok-obrona. Za trzecią próbą nie zmarnowali szansy, wygrali wygrany set i awansowali do wielkiego finału. Ile w tym zasługi trenera, który wiele lat wcześniej jako zawodnik wygrywał takie mecze, nigdy się pewnie nie dowiemy. Ale tak bardzo chcemy wierzyć, bo uwielbiamy przecież takie historie, że to właśnie Nikola Grbić, mając do dyspozycji solidnych, ale wcale nie najlepszych na świecie graczy, stworzył na europejskiej prowincji mentalnego potwora, który nie pęka w obliczu największych nawet tarapatów. Trzy godziny grania, sześć setów, dwa tie-breaki, dziewięć piłek meczowych. Chwile, podczas których minister zdrowia rwie włosy z głowy, bo wzrasta statystyka zawałów serca. A najwięksi introwertycy, jak niżej podpisany, wychodzą z siebie (nie pamiętam, kiedy ostatnio przed telewizorem odnotowałem u siebie tętno na poziomie 148).

Finał Ligi Mistrzów to wciąż tylko finał, wszystko jest jeszcze do przegrania, bo historia pamięta wyłącznie zwycięzców. Wciąż brakuje tego jednego kroku, który jest porównywalny do skoku przez przepaść w jaskini, w której Indiana Jones biegnie po Świętego Graala dla postrzelonego przez hitlerowców ojca. Porównywalny tak odległością, jak i od bardziej metafizycznej strony, bo w dużej mierze będzie to - jak w filmie - leap of faith, akt wiary. Pomijając jednak wszelkie imponderabilia, pamiętajmy teraz, przez najbliższe tygodnie o tym, jak wiele zostało już zrobione. Gdy jest już o milion lat świetlnych bliżej niż miesiąc temu do tego, aby za kilka tygodni wywinięte na zewnątrz miasto-dziwoląg, antymiasto które nie powinno w ogóle istnieć, stało się oficjalną, koronowaną siedzibą najlepszego klubowego zespołu siatkarskiego na świecie. Domem jednego z największych sukcesów w historii polskiego sportu.

grafika za: https://twitter.com/PlusLiga_

26. marca 2021, 12:20 CET,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

piątek, 7 sierpnia 2020

most na rzece kwa

Afera jaka się toczy od kilku tygodni wokół mostu nad Jeziorem Pilchowickim jest zgrabną ilustracją relacji polsko-amerykańskich na płaszczyźnie mniej oficjalnej. Właściwie chyba trudno o lepszą metaforę odwiecznej "przyjaźni polsko-amerykańskiej". We wszystkim, co się dzieje w tej sprawie widać resentymenty i emocje, których im bardziej istnienia chcemy odmawiać, tym silniej na wierzch wyłażą.

fot. Sebastian Łuczywo  (via www.rynek-kolejowy.pl)

"Polacy zawsze kochali Amerykę, a Ameryka zawsze miała nas w dupie" - mawiał jeden z bohaterów serialu "Ranczo". Obserwacja ta nie jest młoda i musiała weżreć się na dobre w mentalność kilku pokoleń mieszkańców kraju nad Wisłą, chociaż chcemy najczęściej zauważać tylko pierwszą jej część. Selektywna ślepota tego rodzaju doprowadziła do sytuacji, gdy na tym jednym zdaniu niektóre rządy postanowiły nawet budować swoją politykę zagraniczną. Aktualny nie jest tutaj wyjątkiem, a wręcz apoteozą, ale to akurat żadne odkrycie.

Politycy kształtują nasze relacje ze Stanami Zjednoczonymi z wdziękiem szkolnego losera, którego nikt nie lubi, bo jest przebiegły, złośliwy i upierdliwy, ale jednocześnie słaby i sam z siebie niewiele może. Dlatego zabiega o to, by kolegować się z przywódcą klasy, z najsilniejszym i najpopularniejszym chłopakiem, nawet nie po to, by się tym chwalić, ale bardziej po to, by grać na nosie pozostałym kolegom z klasy, kopać ich po kostkach, a gdy zechcą oddać - chować się za tym najsilniejszym i grozić tamtym, że on go obroni.

Jest w tym coś poniżającego, gdy kolejne rządy (bo chociaż obecny w tej dyscyplinie bije wszelkie rekordy, to poprzednie nie są bez winy) z nabożną czcią witają amerykańskie inwestycje, gdy przekonują, jaki to zaszczyt na nas spada, gdy jakikolwiek Amerykanin spojrzy z wysokości swojego majestatu na nasz skromny kraj. Mechanizm ten jest niezmienny niezależnie od tego, czy Google bądź Apple chce u nas budować serwerownię, Michael Jackson - park rozrywki, a agenci koszykarscy kontraktują do naszej ligi "perspektywicznych i gotowych do rozwoju" zawodników (w praktyce, Polską Ligę Koszykówki zalali swego czasu albo emeryci, albo zawodnicy, którym się wydawało że potrafią grać w koszykówkę, ale nie poznali się na ich talencie nawet w lidze Barbadosu). A my łykamy powiew amerykańskości z zachwytem, którego egzaltacja graniczy z szaleństwem jakie towarzyszyło otwarciu pierwszego w Polsce baru McDonald's w Warszawie, krótko po upadku "żelaznej kurtyny".

Raczej nikt z Amerykanów nie robi dla nas niczego powodowany platoniczną miłością do naszego kraju albo urzeczeniem sielskim krajobrazem z Wisłą, wierzbą płaczącą i bocianem (plus muzyką Chopina w tle). Nawet potomkowie polskich imigrantów w USA nauczyli się patrzeć w pierwszej kolejności na stan konta, a dopiero potem - na sentymenty. A dla pozostałych jesteśmy zazwyczaj tylko dzikim krajem gdzieś na końcu Europy, albo wręcz w Rosji. O białych niedźwiedziach na ulicach nie wypada już pisać, bo to jeden z tych stereotypów, który zaczął żyć własnym życiem. Natomiast mało kto pamięta, że gdy wspomniany Michael Jackson przyleciał do Polski w końcu lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, aby z prezydentem Kwaśniewskim podpisać umowę na budowę swojego wielkiego parku rozrywki na obrzeżach Warszawy, chodził po stolicy naszego państwa w maseczce na twarzy. Dokładnie takiej samej, jaką dzisiaj nosimy w walce z SARS-CoV-2. I raczej nie robił tego w obawie, że mu nos odpadnie, bo te problemy zaczęły się u niego kilka lat później. Nieznany kraj - nieznane zagrożenia, dlatego trudno się Jacko dziwić. Zresztą, nasze elity wykazują i dziś podobne procesy myślowe. Jarosław Kaczyński obawiał się swego czasu, jakie zarazy przywleką imigranci z Afryki, a Andrzej Duda ze swadą dzielił się ze środowiskiem akademickim (sic!) dykteryjką jak to pewien naukowiec pojechał do Afryki, zabłądził, a nie został przez tubylców ugotowany i zjedzony tylko dlatego, że wódz plemienia studiował wcześniej na UJ-ocie i rozpoznał swojego profesora. Swoją drogą, mechanizm transmisji takich kolonialnych stereotypów (Amerykanie o nas, my o "Murzynach" etc.) byłby ciekawym tematem na niejedno opracowanie.

Z mostem pilchowickim wyszło podobnie. Amerykanie szukali po świecie mostu, który jest niepotrzebny i można by go zburzyć. Rzecz jasna nie znaleźli, bo jak ktoś ma niepotrzebny most, to go rozbiera, chyba że most jest zabytkiem - wówczas o niego dba (o ile nie jest Talibem). I oto pojawili się Polacy, którzy z upojenia faktem, że Amerykanie będą chcieli u nich nakręcić hollywoodzki film, postanowili poświęcić most zabytkowy i unikatowy (bo to jeden z zaledwie kilku w kraju most wiszący z odwróconą konstrukcją kratownicową). Nie generalizując oczywiście, że to akurat Polacy. Na całym świecie znajdą się ludzie z kategorii tej, która dla pieniędzy zrobi niemal wszystko. Gdyby Amerykanie chcieli wysadzić Zamek Królewski w Warszawie, też pewnie w Ministerstwie Kultury znalazłyby się argumenty "na tak". Ostatecznie, w obecnym kształcie wznieśli go Szwedzi (dla Zygmunta III Wazy), a po wojnie odbudowywał zależny od ZSRR rząd socjalistyczny, więc jaki to polski zamek...? Poza tym czerwony, a wiadomo: red is bad.

Nie ma takiej jednostki na skali kompromitacji, jaką osiągają pokrętne tłumaczenia a to reżysera filmu (że nie chcą zburzyć całego mostu, a tylko te jego elementy "które i tak są do wymiany"), a to firmy producenckiej, a to polityków obozu rządzącego. Wszelkie rekordy pobił wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego (sic!), który błysnął stwierdzeniami, że nie wszystko co stare jest zabytkiem, a już zwłaszcza coś, co "niczemu nie służy". Mimowolnie wypełnił on też częściowo przepowiednię Rafała Steca. Dziennikarz ów kilka lat temu napisał: "Minister środowiska wycina Puszczę Białowieską, minister sportu likwiduje Orliki, tylko czekać aż minister zdrowia zacznie rozpylać wirusa grypy...". I wprawdzie minister zdrowia potyka się teraz z innym wirusem, ale za to minister dziedzictwa narodowego gotów jest wysadzać w powietrze właśnie narodowe dziedzictwo. 

Najbardziej chyba smutne jest w tym wszystkim to oburzone zdziwienie, z jakim podchodzą do sprawy ludzie, którzy byli motorem napędowym całej akcji. Miało być bowiem tak pięknie: wysadzi się jakiś stary most, i tak niepotrzebny... Amerykanie zapłacą (a premie do naszej kieszeni) i jeszcze będzie można w mediach pobrylować jak to się załatwiło, że samo Hollywood u nas film będzie robić. Interes - pierwsza klasa! A tu nagle jacyś ludzie protestują. Zamiast się cieszyć, że się dla nich amerykańską ekipę filmową załatwiło i sam Tom Cruise przyjedzie... Nienormalni jacyś! Daje im się rozrywkę najwyższej jakości - a to Zenka w TV, a to hollywoodzką akcję i rozwałkę, a im w głowie jakieś imponderabilia...

No więc ja też pobawię się w jasnowidza i napiszę już teraz, że - znając życie - z tym mostem to będzie tak:

Ekipa z Hollywood przyjedzie i film będzie na Dolnym Śląsku kręcić. Tom Cruise jednak nie przyjedzie, wymówi się jakąś niedyspozycją, a zresztą w sekwencjach katastrofy, które będą zaplanowane do realizacji w Polsce wystarczy dubler i kaskader; zbliżenia na twarz aktora dokręci się potem w studiu, po co ma się facet tłuc przez pół świata. Most nie zostanie wysadzony, ale podczas kręcenia "przypadkowo" ulegnie "nieodwracalnym uszkodzeniom" i ze względów bezpieczeństwa trzeba go będzie w całości rozebrać. Oczywiście premier i minister kultury na specjalnie zwołanej konferencji prasowej ogłoszą, że most zostanie odbudowany w oryginalnym kształcie, a Amerykanie będą w pełni partycypować w kosztach odbudowy. Później jednak okaże się, że przeleją tylko kilka tysięcy dolarów "kosztów operacyjnych", bo zniszczenie mostu nie nastąpiło z winy ekipy filmowej, ale wynikało z wątłej konstrukcji i wieku obiektu. Pieniądze te w całości trafią do kieszeni wysokich urzędników Ministerstwa Kultury i administracji rządowej; samorząd Dolnego Śląska nie zobaczy ani jednego zielonego papierka z wizerunkiem Abrahama Lincolna i ukrytym przekazem, że Reptilianie rządzą światem. Sekwencje nakręcone na moście nie wejdą do ostatecznej wersji filmu (zostaną zastąpione wygenerowanymi komputerowo efektami specjalnymi), gdyż reżyserowi podczas montażu nie spodobają się ujęcia, kąt padania światła słonecznego i głębia ostrości. Kilkanaście miesięcy później minister transportu ogłosi, że odbudowa mostu nie ma racjonalnych podstaw, ponieważ linia kolejowa i tak jest nieużywana i nie ma potencjału dla przywrócenia na niej ruchu pasażerskiego (a wszystkie środki przeznaczone na rozwój transportu i tak lepiej skierować teraz na budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego Baranów).

I chyba jedynym sensownym ratunkiem dla mostu jest diametralna zmiana narracji i przeformułowanie argumentów. Trzeba krzyczeć, że oto Tom Cruise - aktor należący do radykalnej sekty scjentologów,  oraz Hollywood, którym wiadomo jaka nacja trzęsie (i nie są to rdzenni Amerykanie), chcą zniszczyć jeden z najcenniejszych polskich zabytków techniki. Antychrześcijańska, okultystyczna sekta, do spółki z żydowską masonerią przemysłu filmowego wyciągają swoje chciwe łapska po miliony dolarów zysku kosztem słowiańskiego arcydzieła architektury, które - napełnione polskim duchem - w cudowny sposób przetrwało dwie wojny światowe i trzech okupantów.

Przykro to pisać, ale nic innego niż tak pretensjonalne argumenty (częściowo nawet nieprawdziwe, bo to nie Polacy wznieśli przecież Most Pilchowicki, ale kto o tym pamięta...) i tak egzaltowane postawienie sprawy na obecną władzę nie zadziała...

7. sierpnia 2020, 17:21 DST,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego