Nie ma już chyba w naszym kraju osoby, która nie słyszałaby o Mariuszu T., znanym szerzej jako Mariusz Trynkiewicz. Faceta jest tak pełno w mediach, że niedługo zacznie wychodzić też z każdej lodówki i z każdej mysiej dziury. Na razie wychodzi jednak z więzienia. I to w takim stylu, iż można odnieść wrażenie, że Polska przygotowuje się na to wyjście, jak na jakąś apokaliptyczną zagładę.
W takim przedstawianiu sprawy celują rzecz jasna media, których głównym zadaniem jest przesadzanie (i niestety nie roślin doniczkowych). Oczywiście nie ma nic złego w tym, że dziennikarze ostrzegli opinię publiczną i zaalarmowali państwo, które (po raz kolejny) nie zdało ważnego egzaminu na linii: litera prawa a jego duch. Media jednak, zwłaszcza informacyjne, to jest smok żarłoczny jak rzadko który i potrzebuje coraz to nowych treści (pokarmowych), aby karmić się sprawą przez wiele dni. Niedawno mączkę kostną stanowili pijani kierowcy, odkąd jednak jest głośno o "bestiach, które wychodzą na wolność", pijanych kierowców jakby zmiotło z powierzchni ziemi (z powierzchni ekranu i gazetowych szpalt zmiotło na pewno).
Gdyby w tych dniach przyjechał do nas ktoś z dalekiej zagranicy, albo i z Kosmosu, niechybnie odniósłby wrażenie, że z aresztu wychodzi jakiś zbrodniarz wszech czasów, jakiś geniusz zła, przy którym Hitler, Stalin i Breivik to słuchacze szkółki niedzielnej. Gdyby poczytał co niektóre tytuły prasowe, albo spędził kilka godzin w towarzystwie telewizji informacyjnej, byłby przekonany, że 11.lutego (gdy "szatan z Piotrkowa" przekroczy bramy więzienia) kraj zastygnie w niemym przerażeniu. Ludzie zabunkrują się w domach, uprzednio zabijając okna dyktą niczym Amerykanie z Florydy przed nadejściem huraganu "Andrew", matki nie wypuszczą swoich dzieci do szkół, które zresztą i tak będą tego dnia nieczynne. Wprowadzona zostanie godzina policyjna, złowieszczy wiatr toczył będzie śmieci i kurz po opustoszałych ulicach, a jedynym słyszalnym odgłosem będzie ryk wirników policyjnych i wojskowych helikopterów, które z powietrza przeczesywać będą każdy centymetr gruntu.
Jeśli przesadzam, to mam ku temu, niestety, konkretne przesłanki. Wczoraj w "Wiadomościach" TVP pojawili się - jak zwykle zresztą - goście. Jednym z nich była posłanka PO Julia Pitera. Rozmowa miała dotyczyć - a jakże! - Mariusza T. i tego, co państwo zrobi, aby zapobiec... I na dobry początek, prowadząca program Beata Tadla śmiertelnie poważnie zwraca się do Julii Pitery w te słowa: "Pani poseł, czy pani też boi się Mariusza T.?". Myślałem, że z krzesła spadnę! Obok posłanki siedział drugi gość, również (ex-) poseł, Jerzy Dziewulski. Były antyterrorysta, szkolony w siłach specjalnych Izraela, facet z taką fizjonomią, że w ciemnej ulicy przestraszyłby nawet umarłego. Słowo daję, gdyby i jego dziennikarka zapytała, czy boi się Mariusza T., to mógłbym z miejsca i oficjalnie przestać płacić abonament RTV, a w każdym sądzie obroniłby mnie najgłupszy adwokat.
Nie ulega wątpliwości, że w przypadku Mariusza T. i podobnych mu przestępców z rysem psychopatycznym (pardon, teraz się mówi: dyssocjalnym), tzw. resocjalizacja na niewiele może się zdać, a "instynkty", które każą im zabijać, mogą nie wygasnąć mimo dziesiątek lat spędzonych za kratami. Być może po wyjściu na wolność będą chcieli wrócić do dawnego procederu, być może nie. Ale żeby zapewnić społeczeństwu bezpieczeństwo, wystarczy wykonać porządną, policyjną robotę. Bo w naszym kraju wciąż więcej się mówi niż robi w takich (i nie tylko takich) sytuacjach. I zamiast tej porządnej, standardowej zresztą, policyjnej roboty, mamy mnóstwo bicia piany w mediach, jak gdyby chodziło o zagrożenie, z jakim ludzkość się dotąd nie zetknęła, wymagające specjalnych konferencji, nadzwyczajnych regulacji i niestandardowych środków.
Zresztą, czy my właściwie w ogóle jeszcze potrzebujemy policji? Media zastępują ją już od dawna, niemal w każdym aspekcie jej działania. Mariusz T. od momentu gdy postawi stopę na wolnej ziemi, będzie pod tak ścisłą obserwacją nie policjantów, a dziennikarzy właśnie, że nie będzie mógł ruszyć ręką, żeby nie uszło to czyjejś uwadze, o jakichkolwiek przestępstwach nie wspominając. A czytelnicy tabloidów z zapartym tchem śledzić będą kolejne nagłówki, krzyczące z pierwszych stron: "Szatan z Piotrkowa wyszedł do sklepu po bułki, masło i płytę Behemotha!", "Zobacz jak Wampir z Bytowa kupuje w osiedlowym warzywniaku czosnek!".
A nie, w to ostatnie, zwłaszcza w dobie "Zmierzchu", raczej nikt by chyba nie uwierzył...
15. stycznia 2014, 14:26 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
środa, 15 stycznia 2014
niedziela, 12 stycznia 2014
bitwa nad bzdurą
Przecudne rzeczy opowiadał w piątek premier Tusk przed kamerami telewizyjnymi. Wystąpił pan Prezes RM (to skrót od Rady Ministrów, nie od Radia Maryja, a wolę uściślić, bo w internecie różni ludzie czytają, nawet tacy co poza tym w ogóle nie czytają...) w czymś, co nazywało się "plany rządu na 2014 rok", wyglądało jak expose (to by chyba czwarte już było...), ale przypominało najbardziej baśnie z tysiąca i jednej nocy. Tyle było pięknych słów, lukru na serca słuchaczy, kiczu oratorskiego. Brakowało tylko dżina, który by spełnił te wszystkie obietnice. A może i był dżin...? Gdzieś na zapleczu, w lampce, którą wychylono za pomyślność w wyborach do europarlamentu?
Zaraz zresztą wszystkie partie opozycyjne się uaktywniły, perorując, że to przecież ich pomysły, że te szczytne idee szef rządu zaczerpnął z ich programu, więc mógł chociaż podać właściwe autorstwo. W ten sposób partie te w najpraktyczniejszy sposób zaznaczyły zasadę, zgodnie z którą nieistotne jak mówią, byle mówili i nie przekręcili nazwiska. Ja na miejscu przedstawicieli tych partii wstydziłbym się przyznawać, że te banialuki i androny, które plótł pan premier, to tak naprawdę nie on wymyślił, tylko my. Ale cóż, teraz panują przedziwne obyczaje...
A gdy premier opowiadał ze swadą o tym podręczniku, który każdy pierwszoklasista otrzyma od państwa za darmo, to zaraz przypomniałem sobie owe komputery, które trzy lata temu ten sam pan premier obiecał każdemu dziecku (w ramach słynnego podówczas rządowego programu "Laptop dla każdego ucznia"). Niestety, realia finansowe są nieubłagane. Najpierw uczeń miał otrzymać ten sprzęt na własność, potem miał mu być jedynie wypożyczony, a na końcu okazało się, że laptopów wystarczyło tylko dla posłów...
Nic to! Dzieci ucieszą się i z darmowego podręcznika, ileż on im frajdy pewnie sprawi. Sto razy więcej niż jakiś tam komputer! Biedna rodzina, której nie stać na opał, to i wtórnie książkę spożytkuje, paląc nią w piecu po wykorzystaniu. A bardzo biedna to nawet przed wykorzystaniem. Zaś takim laptopem, tabletem czy innym ajpadem to jak napalić...?
Żeby już nie sięgać do tradycji prezydenta Wałęsy i jego milionów, które miał rozdawać niczym wyborcze bułeczki, jest też na podorędziu odpowiednia anegdota bez politycznych aluzji. Dziecko prosi ojca:
- Tato, tato, kup mi loda!
- Nie mogę, synku - odpowiada niezmiennie dorosły
- Ale tato, proszę, kup mi loda, tylko jednego - namawia dalej dziecko
- Synku, chętnie kupiłbym ci loda, nawet dwa, i sobie też. Ale pieniędzy mamy tylko na wódkę...
I nie piszę tego wszystkiego w środku nocy, aby po raz kolejny propagować swoje mało popularne przekonania polityczne, zgodnie z którymi państwo nie powinno niczego dawać obywatelom "za darmo". Wystarczy, żeby bardzo niewiele zabierało nam w podatkach, a my już sobie sami odpowiednio wydamy to, co nam w kieszeniach dodatkowo zostanie.
Piszę dlatego, ponieważ tydzień temu wyraziłem tu przypuszczenie, że gdyby cały Parlament nasz polski, najwspanialszy, obsadzić gorylami, to niewiele by się w kraju zmieniło. W komentarzach dopisano, że może i nic by się nie zmieniło, ale też mniej szkód by narobili. I może te słowa są w jakiś sposób prorocze? Bo głębsza prawda leży w nich na pewno. Goryl wprawdzie więcej od człowieka musi zjeść, ale też - jak dotąd - nie potrzebuje laptopa.
12. stycznia 2014, 01:58 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Zaraz zresztą wszystkie partie opozycyjne się uaktywniły, perorując, że to przecież ich pomysły, że te szczytne idee szef rządu zaczerpnął z ich programu, więc mógł chociaż podać właściwe autorstwo. W ten sposób partie te w najpraktyczniejszy sposób zaznaczyły zasadę, zgodnie z którą nieistotne jak mówią, byle mówili i nie przekręcili nazwiska. Ja na miejscu przedstawicieli tych partii wstydziłbym się przyznawać, że te banialuki i androny, które plótł pan premier, to tak naprawdę nie on wymyślił, tylko my. Ale cóż, teraz panują przedziwne obyczaje...
A gdy premier opowiadał ze swadą o tym podręczniku, który każdy pierwszoklasista otrzyma od państwa za darmo, to zaraz przypomniałem sobie owe komputery, które trzy lata temu ten sam pan premier obiecał każdemu dziecku (w ramach słynnego podówczas rządowego programu "Laptop dla każdego ucznia"). Niestety, realia finansowe są nieubłagane. Najpierw uczeń miał otrzymać ten sprzęt na własność, potem miał mu być jedynie wypożyczony, a na końcu okazało się, że laptopów wystarczyło tylko dla posłów...
Nic to! Dzieci ucieszą się i z darmowego podręcznika, ileż on im frajdy pewnie sprawi. Sto razy więcej niż jakiś tam komputer! Biedna rodzina, której nie stać na opał, to i wtórnie książkę spożytkuje, paląc nią w piecu po wykorzystaniu. A bardzo biedna to nawet przed wykorzystaniem. Zaś takim laptopem, tabletem czy innym ajpadem to jak napalić...?
Żeby już nie sięgać do tradycji prezydenta Wałęsy i jego milionów, które miał rozdawać niczym wyborcze bułeczki, jest też na podorędziu odpowiednia anegdota bez politycznych aluzji. Dziecko prosi ojca:
- Tato, tato, kup mi loda!
- Nie mogę, synku - odpowiada niezmiennie dorosły
- Ale tato, proszę, kup mi loda, tylko jednego - namawia dalej dziecko
- Synku, chętnie kupiłbym ci loda, nawet dwa, i sobie też. Ale pieniędzy mamy tylko na wódkę...
I nie piszę tego wszystkiego w środku nocy, aby po raz kolejny propagować swoje mało popularne przekonania polityczne, zgodnie z którymi państwo nie powinno niczego dawać obywatelom "za darmo". Wystarczy, żeby bardzo niewiele zabierało nam w podatkach, a my już sobie sami odpowiednio wydamy to, co nam w kieszeniach dodatkowo zostanie.
Piszę dlatego, ponieważ tydzień temu wyraziłem tu przypuszczenie, że gdyby cały Parlament nasz polski, najwspanialszy, obsadzić gorylami, to niewiele by się w kraju zmieniło. W komentarzach dopisano, że może i nic by się nie zmieniło, ale też mniej szkód by narobili. I może te słowa są w jakiś sposób prorocze? Bo głębsza prawda leży w nich na pewno. Goryl wprawdzie więcej od człowieka musi zjeść, ale też - jak dotąd - nie potrzebuje laptopa.
12. stycznia 2014, 01:58 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
niedziela, 5 stycznia 2014
małpa też człowiek
Nikt nie ma raczej wątpliwości, że małpy człekokształtne to ze wszystkich zwierząt, pod względem biologicznym najbliższe człowiekowi. Kod genetyczny takiego na przykład szympansa pokrywa się z kodem genetycznym człowieka w 97-99 % (według różnych doniesień ze świata nauki). W ścisłym związku z tym, w niektórych kulturach i krajach (np. w Nowej Zelandii) kary za zabicie szympansa są znacznie bardziej surowe niż za zabicie innego zwierzęcia, gdyż właśnie uważa się, że szympans to jest prawie człowiek. Niemal równie bliski człowiekowi jak szympans jest także goryl.
I właśnie z gorylem wiąże się temat dzisiejszego odcinka. Otóż przeczytałem gdzieś niedawno, iż coraz częściej pojawiają się w kilku miejscach na świecie (np. podobno we wspomnianej Nowej Zelandii, ale też bliżej naszego kręgu kulturowego) postulaty, aby przyznać gorylom... prawa wyborcze. Słówko "podobno" odgrywa tutaj kluczową rolę, gdyż źródła tych doniesień odnaleźć nie sposób, zatem cała informacja może mieć wiarygodność równą losowo wybranemu artykułowi z losowo wybranego tabloidu. Nie zdziwiłbym się wszakże, gdyby jednak coś było z tym na rzeczy. W głowach ludzi rodzą się takie pomysły, o jakich się scenarzystom nie śniło.
Oczywiście, rzecz jest mocno dyskusyjna. Współcześnie, obserwując świat polityki, prawa wyborcze należałoby raczej niektórym ludziom odbierać niż rozszerzać jeszcze na inne gatunki. Odebranie możliwości głosowania postulowałbym w pierwszej kolejności przede wszystkim wobec osób eufemistycznie określanych mianem troglodytów (czyli na przykład takich, które potrafią wytrzymać dłużej niż kwadrans na oglądaniu "Warsaw Shore" bez uszczerbku na zdrowiu i inteligencji). Na marginesie, słowo "troglodyta" też ma małpie konotacje, ponieważ szympans to po łacinie Pan troglodytes, co nie jest bez znaczenia.
Z drugiej jednak strony, przyznanie człekokształtnym prawa do głosowania może nie zmieniłoby aż tak wiele. Tak samo jak na przykład odebranie tego prawa ludzkim troglodytom i przekazanie ich gorylom. Podejrzewam, że wyniki wyborów zmieniłyby się nieznacznie, jeśli w ogóle. Za taką tezą przemawiają nie tylko moje prywatne podejrzenia, ale również rezultaty badań naukowych. Chyba Richard Wiseman przeprowadził kiedyś taki eksperyment, gdzie hipotetyczne środki finansowe przyznał kilkuletniemu dziecku, wróżce, maklerowi giełdowemu i właśnie małpie, po czym polecił im inwestować te środki na prawdziwej giełdzie, poprzez wskazywanie kartek z nazwami spółek, na które stawiają. Metody inwestowania - dowolne. Makler zatem wczytywał się w kursy akcji i inne analizy, wróżka zaufała głosowi kart i pozostałych przyrządów do dywinacji, natomiast dziecko i małpa wskazywali nazwy spółek przez zupełny przypadek. Jak się nietrudno domyślić, właśnie dziecko i małpa uzyskały najlepsze wyniki, osiągając najwyższe zyski.
Nie zmieniłoby się nic prawdopodobnie również dlatego, że goryli jest na świecie względnie mało. A w porównaniu do ludzi - kosmicznie mało. Nie wiem, ile sztuk egzystuje w Nowej Zelandii, ale w Polsce goryle stanowią mniejszość gatunkową w liczbie czterech (dwa zamieszkują w Opolu, a dwa kolejne - w stolicy). W ich obecnej sytuacji liczebnościowej, goryle i wszystkie inne człekokształtne nie potrafiłyby wstrząsnąć sceną polityczną nie tylko w Polsce, ale nawet w Kenii czy Ugandzie. Chyba, że rozszerzyć owe przywileje wyborcze również na inne gatunki zwierząt, od uznawanych za najmądrzejsze poczynając (szczury, świnie, delfiny, kruki, psy, koty czy słonie). Gdyby zresztą pozwolić głosować właśnie psom, wówczas określenie "kiełbasa wyborcza" nabrałoby wreszcie dosłownego znaczenia. Kandydaci do Parlamentu nie nadążaliby z kampanijnymi peregrynacjami po kraju. A stolicą Polski zostałby Sokołów.
Jest jeszcze jedna możliwość. Być może przywoływane w drugim akapicie doniesienia o prawach wyborczych dla goryli dotyczą nie czynnego (czyli prawa do wybierania), ale biernego prawa wyborczego (czyli prawa do kandydowania na państwowe stanowiska). Jak nadmieniłem wyżej, w głowie człowieka potrafi narodzić się niemal każda głupota (sam Einstein miał w tej kwestii zbliżone poglądy), a tutaj tropy wiodą przecież do starożytnego Rzymu, uważanego za kolebkę naszej cywilizacji (gdzie - jak wiemy z lekcji historii - cesarz Kaligula miał ponoć uczynić senatorem własnego konia). Goryl lub szympans na urzędzie - to brzmi dumnie. A zwierzęcych przykładów w tej materii jest przecież więcej niż tylko szaleństwa pana Kaliguli, bo i "Folwark zwierzęcy", i "Planeta małp" chociażby.
Z jedną tylko, chociaż bardzo pesymistyczną, różnicą w stosunku do fikcji literackiej czy filmowej. W tamtych dziełach, nasi "bracia mniejsi" obdarzeni władzą wywierali istotny wpływ na rzeczywistość. Natomiast gdyby nawet cały polski Parlament obsadzić gorylami, prawdopodobnie niewiele by się w kraju zmieniło.
5. stycznia 2014, 21:24 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
I właśnie z gorylem wiąże się temat dzisiejszego odcinka. Otóż przeczytałem gdzieś niedawno, iż coraz częściej pojawiają się w kilku miejscach na świecie (np. podobno we wspomnianej Nowej Zelandii, ale też bliżej naszego kręgu kulturowego) postulaty, aby przyznać gorylom... prawa wyborcze. Słówko "podobno" odgrywa tutaj kluczową rolę, gdyż źródła tych doniesień odnaleźć nie sposób, zatem cała informacja może mieć wiarygodność równą losowo wybranemu artykułowi z losowo wybranego tabloidu. Nie zdziwiłbym się wszakże, gdyby jednak coś było z tym na rzeczy. W głowach ludzi rodzą się takie pomysły, o jakich się scenarzystom nie śniło.
Oczywiście, rzecz jest mocno dyskusyjna. Współcześnie, obserwując świat polityki, prawa wyborcze należałoby raczej niektórym ludziom odbierać niż rozszerzać jeszcze na inne gatunki. Odebranie możliwości głosowania postulowałbym w pierwszej kolejności przede wszystkim wobec osób eufemistycznie określanych mianem troglodytów (czyli na przykład takich, które potrafią wytrzymać dłużej niż kwadrans na oglądaniu "Warsaw Shore" bez uszczerbku na zdrowiu i inteligencji). Na marginesie, słowo "troglodyta" też ma małpie konotacje, ponieważ szympans to po łacinie Pan troglodytes, co nie jest bez znaczenia.
Z drugiej jednak strony, przyznanie człekokształtnym prawa do głosowania może nie zmieniłoby aż tak wiele. Tak samo jak na przykład odebranie tego prawa ludzkim troglodytom i przekazanie ich gorylom. Podejrzewam, że wyniki wyborów zmieniłyby się nieznacznie, jeśli w ogóle. Za taką tezą przemawiają nie tylko moje prywatne podejrzenia, ale również rezultaty badań naukowych. Chyba Richard Wiseman przeprowadził kiedyś taki eksperyment, gdzie hipotetyczne środki finansowe przyznał kilkuletniemu dziecku, wróżce, maklerowi giełdowemu i właśnie małpie, po czym polecił im inwestować te środki na prawdziwej giełdzie, poprzez wskazywanie kartek z nazwami spółek, na które stawiają. Metody inwestowania - dowolne. Makler zatem wczytywał się w kursy akcji i inne analizy, wróżka zaufała głosowi kart i pozostałych przyrządów do dywinacji, natomiast dziecko i małpa wskazywali nazwy spółek przez zupełny przypadek. Jak się nietrudno domyślić, właśnie dziecko i małpa uzyskały najlepsze wyniki, osiągając najwyższe zyski.
Nie zmieniłoby się nic prawdopodobnie również dlatego, że goryli jest na świecie względnie mało. A w porównaniu do ludzi - kosmicznie mało. Nie wiem, ile sztuk egzystuje w Nowej Zelandii, ale w Polsce goryle stanowią mniejszość gatunkową w liczbie czterech (dwa zamieszkują w Opolu, a dwa kolejne - w stolicy). W ich obecnej sytuacji liczebnościowej, goryle i wszystkie inne człekokształtne nie potrafiłyby wstrząsnąć sceną polityczną nie tylko w Polsce, ale nawet w Kenii czy Ugandzie. Chyba, że rozszerzyć owe przywileje wyborcze również na inne gatunki zwierząt, od uznawanych za najmądrzejsze poczynając (szczury, świnie, delfiny, kruki, psy, koty czy słonie). Gdyby zresztą pozwolić głosować właśnie psom, wówczas określenie "kiełbasa wyborcza" nabrałoby wreszcie dosłownego znaczenia. Kandydaci do Parlamentu nie nadążaliby z kampanijnymi peregrynacjami po kraju. A stolicą Polski zostałby Sokołów.
Jest jeszcze jedna możliwość. Być może przywoływane w drugim akapicie doniesienia o prawach wyborczych dla goryli dotyczą nie czynnego (czyli prawa do wybierania), ale biernego prawa wyborczego (czyli prawa do kandydowania na państwowe stanowiska). Jak nadmieniłem wyżej, w głowie człowieka potrafi narodzić się niemal każda głupota (sam Einstein miał w tej kwestii zbliżone poglądy), a tutaj tropy wiodą przecież do starożytnego Rzymu, uważanego za kolebkę naszej cywilizacji (gdzie - jak wiemy z lekcji historii - cesarz Kaligula miał ponoć uczynić senatorem własnego konia). Goryl lub szympans na urzędzie - to brzmi dumnie. A zwierzęcych przykładów w tej materii jest przecież więcej niż tylko szaleństwa pana Kaliguli, bo i "Folwark zwierzęcy", i "Planeta małp" chociażby.
Z jedną tylko, chociaż bardzo pesymistyczną, różnicą w stosunku do fikcji literackiej czy filmowej. W tamtych dziełach, nasi "bracia mniejsi" obdarzeni władzą wywierali istotny wpływ na rzeczywistość. Natomiast gdyby nawet cały polski Parlament obsadzić gorylami, prawdopodobnie niewiele by się w kraju zmieniło.
5. stycznia 2014, 21:24 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
wtorek, 24 grudnia 2013
anieli grają, kurę witają
Anioł pasterzom mówił: "Nie uwierzycie, co teraz w Betlejem mają - kupisz dwa wielbłądy, to ci barana dają. I jeszcze owies za zero złoty". Czy zatem i Wy, Drodzy Parafianie, spełniliście już obowiązek względem bogini Konsumpcji? Jeśli podążaliście za wskazówkami proroka Reklama, w Waszym domu powinny się teraz koniecznie znajdować:
24. grudnia 2013, 23:43 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
- LED Smark TV
- Laptop z kaczpadem (poleca sam Jurgen Klop - wyłączny dystrybutor sedesów na południowo-wschodnią Europę)
- Kredyt sam w w domu (potem kredyt sam w Nowym Jorku, a następnie kredyt sam po raz trzeci - aby spłacić dwa poprzednie)
- Miś planszowy
- Woda toaletowa UOMO (idealna dla włamywaczy)
- Szałer żel (tegoroczny hit - natychmiast po użyciu dostajesz szału!)
- Zakład Pascala (z Okrasą) - coś w sam raz dla kulinarnych filozofów
- owoce ezoteryczne (a wśród nich między innymi: czary-mara-kuje, mangarynki, tab-liczi ouija i PoMello-Kitty)
- ocet z ocelota
- uszka od śledzia
- zupę z dziada pradziada
- pierogi z rozpustą
- cukier pudel
- barszcz z krykietem
- pierogi ruskie
- karp po żydowsku
- barszcz ukraiński
- ryba po grecku
- kołduny litewskie
- ciasto francuskie
- gulasz wegięrski
- i koper włoski
24. grudnia 2013, 23:43 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
piątek, 13 grudnia 2013
Grand Press
Mariusz Szczygieł został uhonorowany nagrodą "Dziennikarza Roku 2013" w plebiscycie Grand Press. Jak dla mnie - o dobrą dekadę za późno, ale ja się podobno nie znam. Wiem za to, że tego typu plebiscyty rzadko biorą pod uwagę to, co najważniejsze, bo jednocześnie to jest mało wyraziste i mało medialne. Może źle pojmuję zawód dziennikarza, ale przedstawicieli tego fachu oceniam po tym, i wyłącznie po tym, co tworzą. Jaką to ma jakość, jakie przesłanie. A nie po tym, jaką osobą jest ów dziennikarz prywatnie, jakie ma poglądy, jaki charakter i osobowość, a jaki stosunek do swojego zawodu. Może to myślenie błędne, może powierzchowne, ale też jestem niemal pewny, że najwyższego wyróżnienia Grand Press nie dostąpiłby chociażby śp. Marcin Pawłowski, gdyby swojej heroicznej walki z nowotworem nie toczył na oczach widzów głównych wydań "Faktów" (lub gdyby ją wygrał), czy Andrzej Poczobut, gdyby go nie zamknęli w białoruskim kryminale. A co oni właściwie stworzyli? To już dawno przykryła zasłona dziejów swoimi czarnymi fałdami...
Mariusz Szczygieł napisał dziesiątki przeznakomitych tekstów, które w mojej opinii po stokroć bardziej zasługiwały na tą dzisiejszą nagrodę. Otrzymał ją jednak za reportaż raczej przeciętny jak na swój Talent, o którym to jednak reportażu dyskutowali wszyscy, z premierem i ministrami na czele, a w pewnym bardzo ważnym urzędzie poleciała nawet głowa. I nie umniejszając niczego temu reportażowi, ani tego, że podnosił temat bardzo istotny, ani tego, że ta głowa poleciała jak najbardziej słusznie, ani wreszcie tego, że w zrozumiały sposób wywołał społeczną burzę. To też jedno z zadań dziennikarza - budzić sumienia, wskazywać aktualne problemy, poruszać do działania przeciw niesprawiedliwości i nieprawości tego świata. Może i nawet z tych zadań najważniejsze. Lecz z pewnością nie jedyne godne laurów.
Mimo to, Panie Mariuszu - jeśli Pan czyta te słowa (a mam na to cień nadziei) - przeogromne i jak najszczersze Gratulacje! Gdyby to ode mnie zależało, otrzymałby Pan to wyróżnienie już za reportaż o Diamentach, ale cóż, nie tylko kościelne młyny wolno mielą, jak się okazuje. Ważne, że mielą. Albert Einstein również dostał Nobla nie za swoje opus magnum, czyli prace nad teorią względności, ale za dość mało widowiskowe i jednak nie aż tak doniosłe wyjaśnienie efektu fotoelektrycznego. Niech ocenią inni, czy paradoks to, czy sprawiedliwość dziejowa.
13. grudnia 2013, 23:52 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Mariusz Szczygieł napisał dziesiątki przeznakomitych tekstów, które w mojej opinii po stokroć bardziej zasługiwały na tą dzisiejszą nagrodę. Otrzymał ją jednak za reportaż raczej przeciętny jak na swój Talent, o którym to jednak reportażu dyskutowali wszyscy, z premierem i ministrami na czele, a w pewnym bardzo ważnym urzędzie poleciała nawet głowa. I nie umniejszając niczego temu reportażowi, ani tego, że podnosił temat bardzo istotny, ani tego, że ta głowa poleciała jak najbardziej słusznie, ani wreszcie tego, że w zrozumiały sposób wywołał społeczną burzę. To też jedno z zadań dziennikarza - budzić sumienia, wskazywać aktualne problemy, poruszać do działania przeciw niesprawiedliwości i nieprawości tego świata. Może i nawet z tych zadań najważniejsze. Lecz z pewnością nie jedyne godne laurów.
Mimo to, Panie Mariuszu - jeśli Pan czyta te słowa (a mam na to cień nadziei) - przeogromne i jak najszczersze Gratulacje! Gdyby to ode mnie zależało, otrzymałby Pan to wyróżnienie już za reportaż o Diamentach, ale cóż, nie tylko kościelne młyny wolno mielą, jak się okazuje. Ważne, że mielą. Albert Einstein również dostał Nobla nie za swoje opus magnum, czyli prace nad teorią względności, ale za dość mało widowiskowe i jednak nie aż tak doniosłe wyjaśnienie efektu fotoelektrycznego. Niech ocenią inni, czy paradoks to, czy sprawiedliwość dziejowa.
13. grudnia 2013, 23:52 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
niedziela, 8 grudnia 2013
sitwa pod Wiedniem
Polski Instytut Sztuki Filmowej to instytucja niewątpliwie szacowna. Jednak w jakiś sposób musiała się komuś nieprzychylnie zasłużyć, bo wszelkie znaki na ekranie i w green roomie wskazują, że na PISF rzucona została klątwa z gatunku potężnych. W inny sposób nie można bowiem pojąć, jak to możliwe, iż wszelkie projekty filmowe, do których instytucja ta dokłada się finansowo, kończą się spektakularną klapą. Nawet wtedy, a może zwłaszcza wtedy, gdy wspomaga nas zagraniczna myśl fachowa. Nie inaczej stało się niemal rok temu z "Bitwą pod Wiedniem" - zgniłym owocem współpracy filmowców włoskich, tureckich i polskich, którą to współpracę PISF wsparł kwotą 2 milionów złotych.
Wsparcie to - z początku przyjęte zapewne entuzjastycznie - ostatecznie wyszło twórcom bokiem, albo jeszcze czymś innym. Dzieła nie widziałem, dlatego nie odnoszę się do samego filmu, ale skoro internauci drwią, złośliwi ukuli podtytuł "Kac Vienna", a krytycy przekonują, że to gniot niesłychany, to coś jest na rzeczy. A brzmi to wszystko na tyle przekonująco (chociaż tak, wiem, "trzeba samemu wyrobić sobie opinię" i tym podobne slogany), że zamiast udać się do kina, zaoszczędziłem banknot z Bolesławem Chrobrym, w zamian zastanawiając się, dlaczego w tym kraju nie da się zrobić porządnego filmu w tematyce historyczno-lekturowej.
Nie wyszło z "Zemstą", "Katyniem", tzw. Trylogią Sienkiewicza, z Żeromskim... "Bitwa Warszawska" zapisała się w pamięci widzów fragmentami trailera z obrazami umorusanej twarzy Nataszy Urbańskiej, strzelającej do Moskala z jakiejś pepeszy. "Krzyżacy" ciągną się niemiłosiernie, na "Przedwiośniu" rozbolała mnie głowa, a na "Faraonie" zasnąłem. Właściwie tylko "Pan Tadeusz" Andrzeja Wajdy był na niezłym poziomie, a ja obejrzałem go z przyjemnością, ale to rak na bezkresnym bezrybiu. Owszem, księgowi tych filmów nie narzekają, ale wpływy z biletów generują przecież głównie wycieczki szkolne. Za granicą też w tej dziedzinie powstają bzdury kosmiczne, ale równocześnie można obejrzeć filmy mądre i ambitne. Gdy patosem obficie przyłożyli twórcy "World Trade Center" z Nicolasem Cage, o tym samym momencie amerykańskiej historii nakręcono znakomity "Lot 93". W Polsce nie dość że powstają filmy wyłącznie tego pierwszego rodzaju, to jeszcze są one po mistrzowsku sknocone.
Dlaczego zatem - skoro z naszym kinem jest tak źle - wciąż PISF wydaje lekką ręką (kończyną? - nie wiem jakie członki posiada PISF) publiczne miliony licząc, że tym razem się uda? Nadzieja jest matką tych, co Harwardu nie skończyli. Może zatem należałoby nad tymi pieniędzmi (skoro są - jakby nie patrzeć - publiczne) ustanowić jakiś dodatkowy parasol ochronny? Przy budowie drogi jest projekt, a potem jest odbiór techniczny i gdy coś się nie zgadza z projektem, to wykonawca płaci kary. Gdy jakieś przedsiębiorstwo ogłasza przetarg na zakup np. autobusów czy samochodów służbowych, również ściśle określa jakie warunki powinien spełniać ten oczekiwany pojazd. A w kinie - hulaj reżyserze, piekła nie ma. Dlatego - wzorem innych przetargów i zamówień - wprowadziłbym takie warunki i oczekiwania również do filmu. Dajemy 2 miliony, ale oczekujemy efektów w postaci... No, właśnie. Jak zdefiniować artystyczny sukces filmu? Wpływami z biletów nie, bo przecież wycieczki szkolne grają na smartfonach (i nauczycielom na nerwach) w trakcie seansu. Recenzjami krytyków? Trop dobry, ale film - jak wszystko w sztuce, a może i w całej humanistyce - jest subiektywny. Ostatnią książkę Doroty Masłowskiej w dwóch różnych źródłach zrecenzowano zgoła odmiennie: "kapitalna komedia" - przeczytałem w "Polityce", "przynosi zawód" - to w "Rzeczpospolitej". Czy zatem należy powołać Państwową Komisję Recenzentów Filmowych? A może wyciągać średnią ważoną z ocen - powiedzmy - stu krytyków? I na tej podstawie decydować, czy film ma zwrócić przyznane mu dofinansowanie, tak jak wykonawca autostrady, który spartolił robotę.
Obawiam się jednak, że polskiemu filmowi historycznemu przydałoby się takie wsparcie ekspertów już na etapie tworzenia filmu. I śladem przetargu na autobus, należałoby a priori wyodrębnić wszystkie elementy, które w filmie powinny się znaleźć. Ile razy padnie wystrzał z tej czy innej armaty/kolubryny (Grubej Berty już nie, bo przymiotnik "gruby" stał się ostatnio niepoprawny politycznie), kto komu rękę poda, a kto na kogo spojrzy wilkiem, kto zginie w patriotycznych boleściach na pierwszym planie, a komu na głowę spadnie zasłona milczenia, oraz kto z kim będzie w aliansach (i jakich). Kto pierwszy pójdzie przed siebie, kto pierwszy cel wyznaczy, kto pierwszy w noc bezsenną wymyśli wielką armię, kto będzie bohaterem, a kto umrze marnie. A potem już łatwo: kto będzie fakirem, kto astrologiem i tak dalej.
Polskie kino w wersji podniosłej i narodowo-krzepiącej upadło już tak nisko, że właściwie taka szczegółowa specyfikacja z pewnością mu nie zaszkodzi, a kto wie, może i pomoże. Chociaż proces leczenia (a ściślej rzecz biorąc - reanimacji zimnego trupa) należałoby jednak rozpocząć od samego systemu przyznawania publicznych dotacji. Największe szanse na grant ma albo ktoś z głośnym nazwiskiem (pan Hoffman jako pierwszy z brzegu, który - nawiasem mówiąc - skończył się na "Kill'em All"... to znaczy na "Potopie", ale ten pierwszy tytuł też nie jest daleki od prawdy, biorąc pod uwagę fabułę dzieła), albo ktoś, kto zastrzeli gremium przyznające dotację jakimś pomysłem z samego Księżyca (na przykład zaproponuje film o Powstaniu Warszawskim w konwencji hip-hop opery). Twórca szerzej nieznany, z dobrym planem, ale bez siły przebicia, funduszy nie dostanie, filmu nie zrealizuje, więc w świat pójdzie przekonanie, że publika woli oglądać takie filmy jakie na ekranach kinowych goszczą. A jakie ma oglądać, skoro innych nie ma? Niezależną scenę kinową nawet w dużych miastach trudniej ostatnio znaleźć niż dealera ciężkich narkotyków. To zresztą akurat nie tylko nasza przypadłość. Ostatni (dosłownie) film Stevena Soederbergha o artyście znanym jako Liberace, w Stanach nie trafił do wielkich sieci kinowych. W Polsce - o dziwo - trafił bez trudu, ale być może to kwestia wyłącznie tego, że protagonista miał w rzeczywistości na imię Władziu.
A piszę o tym wszystkim nie bez tak zwanej kozery. Nie dalej jak kilka dni temu okazało się, że premiera kolejnego dużego dzieła dotowanego przez PISF - filmu pod wiele mówiącym tytułem "Smoleńsk" w reżyserii Antoniego Krauze - została przełożona na październik roku przyszłego. Do kin miał trafić już wiosną, ale wiosną rozpoczną się dopiero zdjęcia. Pamiętając o perturbacjach towarzyszących powstawaniu "Wałęsy" (finansowanego m.in. przez niesławną firmę Amber Gold), niech ktoś jeszcze powie, że na PISF nie ciąży klątwa... W przypadku "Smoleńska" jest to wręcz klątwa niewybaczalna, bo jakby tego filmu nie zrobić, i tak któremuś środowisku wymowa dzieła nie przypadnie do gustu. A gromy spadną oczywiście na PISF, że z naszych podatków finansuje tak kłamliwe, ordynarne paszkwile, w dodatku antypolskie/godzące w jedność narodową (niepotrzebne skreślić po premierze*).
Z podobnego powodu mam również nadzieję, że w żadnej z głównych ról nie wystąpi Zbigniew Zamachowski ani Robert Moskwa. Tego to już nawet Państwowy Instytut Sztuki Filmowej mógłby nie przetrwać.
8. grudnia 2013, 18:26 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
* po premierze filmu rzecz jasna (bo teraz się wszystko tak politycznie kojarzy...)
Wsparcie to - z początku przyjęte zapewne entuzjastycznie - ostatecznie wyszło twórcom bokiem, albo jeszcze czymś innym. Dzieła nie widziałem, dlatego nie odnoszę się do samego filmu, ale skoro internauci drwią, złośliwi ukuli podtytuł "Kac Vienna", a krytycy przekonują, że to gniot niesłychany, to coś jest na rzeczy. A brzmi to wszystko na tyle przekonująco (chociaż tak, wiem, "trzeba samemu wyrobić sobie opinię" i tym podobne slogany), że zamiast udać się do kina, zaoszczędziłem banknot z Bolesławem Chrobrym, w zamian zastanawiając się, dlaczego w tym kraju nie da się zrobić porządnego filmu w tematyce historyczno-lekturowej.
Nie wyszło z "Zemstą", "Katyniem", tzw. Trylogią Sienkiewicza, z Żeromskim... "Bitwa Warszawska" zapisała się w pamięci widzów fragmentami trailera z obrazami umorusanej twarzy Nataszy Urbańskiej, strzelającej do Moskala z jakiejś pepeszy. "Krzyżacy" ciągną się niemiłosiernie, na "Przedwiośniu" rozbolała mnie głowa, a na "Faraonie" zasnąłem. Właściwie tylko "Pan Tadeusz" Andrzeja Wajdy był na niezłym poziomie, a ja obejrzałem go z przyjemnością, ale to rak na bezkresnym bezrybiu. Owszem, księgowi tych filmów nie narzekają, ale wpływy z biletów generują przecież głównie wycieczki szkolne. Za granicą też w tej dziedzinie powstają bzdury kosmiczne, ale równocześnie można obejrzeć filmy mądre i ambitne. Gdy patosem obficie przyłożyli twórcy "World Trade Center" z Nicolasem Cage, o tym samym momencie amerykańskiej historii nakręcono znakomity "Lot 93". W Polsce nie dość że powstają filmy wyłącznie tego pierwszego rodzaju, to jeszcze są one po mistrzowsku sknocone.
Dlaczego zatem - skoro z naszym kinem jest tak źle - wciąż PISF wydaje lekką ręką (kończyną? - nie wiem jakie członki posiada PISF) publiczne miliony licząc, że tym razem się uda? Nadzieja jest matką tych, co Harwardu nie skończyli. Może zatem należałoby nad tymi pieniędzmi (skoro są - jakby nie patrzeć - publiczne) ustanowić jakiś dodatkowy parasol ochronny? Przy budowie drogi jest projekt, a potem jest odbiór techniczny i gdy coś się nie zgadza z projektem, to wykonawca płaci kary. Gdy jakieś przedsiębiorstwo ogłasza przetarg na zakup np. autobusów czy samochodów służbowych, również ściśle określa jakie warunki powinien spełniać ten oczekiwany pojazd. A w kinie - hulaj reżyserze, piekła nie ma. Dlatego - wzorem innych przetargów i zamówień - wprowadziłbym takie warunki i oczekiwania również do filmu. Dajemy 2 miliony, ale oczekujemy efektów w postaci... No, właśnie. Jak zdefiniować artystyczny sukces filmu? Wpływami z biletów nie, bo przecież wycieczki szkolne grają na smartfonach (i nauczycielom na nerwach) w trakcie seansu. Recenzjami krytyków? Trop dobry, ale film - jak wszystko w sztuce, a może i w całej humanistyce - jest subiektywny. Ostatnią książkę Doroty Masłowskiej w dwóch różnych źródłach zrecenzowano zgoła odmiennie: "kapitalna komedia" - przeczytałem w "Polityce", "przynosi zawód" - to w "Rzeczpospolitej". Czy zatem należy powołać Państwową Komisję Recenzentów Filmowych? A może wyciągać średnią ważoną z ocen - powiedzmy - stu krytyków? I na tej podstawie decydować, czy film ma zwrócić przyznane mu dofinansowanie, tak jak wykonawca autostrady, który spartolił robotę.
Obawiam się jednak, że polskiemu filmowi historycznemu przydałoby się takie wsparcie ekspertów już na etapie tworzenia filmu. I śladem przetargu na autobus, należałoby a priori wyodrębnić wszystkie elementy, które w filmie powinny się znaleźć. Ile razy padnie wystrzał z tej czy innej armaty/kolubryny (Grubej Berty już nie, bo przymiotnik "gruby" stał się ostatnio niepoprawny politycznie), kto komu rękę poda, a kto na kogo spojrzy wilkiem, kto zginie w patriotycznych boleściach na pierwszym planie, a komu na głowę spadnie zasłona milczenia, oraz kto z kim będzie w aliansach (i jakich). Kto pierwszy pójdzie przed siebie, kto pierwszy cel wyznaczy, kto pierwszy w noc bezsenną wymyśli wielką armię, kto będzie bohaterem, a kto umrze marnie. A potem już łatwo: kto będzie fakirem, kto astrologiem i tak dalej.
Polskie kino w wersji podniosłej i narodowo-krzepiącej upadło już tak nisko, że właściwie taka szczegółowa specyfikacja z pewnością mu nie zaszkodzi, a kto wie, może i pomoże. Chociaż proces leczenia (a ściślej rzecz biorąc - reanimacji zimnego trupa) należałoby jednak rozpocząć od samego systemu przyznawania publicznych dotacji. Największe szanse na grant ma albo ktoś z głośnym nazwiskiem (pan Hoffman jako pierwszy z brzegu, który - nawiasem mówiąc - skończył się na "Kill'em All"... to znaczy na "Potopie", ale ten pierwszy tytuł też nie jest daleki od prawdy, biorąc pod uwagę fabułę dzieła), albo ktoś, kto zastrzeli gremium przyznające dotację jakimś pomysłem z samego Księżyca (na przykład zaproponuje film o Powstaniu Warszawskim w konwencji hip-hop opery). Twórca szerzej nieznany, z dobrym planem, ale bez siły przebicia, funduszy nie dostanie, filmu nie zrealizuje, więc w świat pójdzie przekonanie, że publika woli oglądać takie filmy jakie na ekranach kinowych goszczą. A jakie ma oglądać, skoro innych nie ma? Niezależną scenę kinową nawet w dużych miastach trudniej ostatnio znaleźć niż dealera ciężkich narkotyków. To zresztą akurat nie tylko nasza przypadłość. Ostatni (dosłownie) film Stevena Soederbergha o artyście znanym jako Liberace, w Stanach nie trafił do wielkich sieci kinowych. W Polsce - o dziwo - trafił bez trudu, ale być może to kwestia wyłącznie tego, że protagonista miał w rzeczywistości na imię Władziu.
A piszę o tym wszystkim nie bez tak zwanej kozery. Nie dalej jak kilka dni temu okazało się, że premiera kolejnego dużego dzieła dotowanego przez PISF - filmu pod wiele mówiącym tytułem "Smoleńsk" w reżyserii Antoniego Krauze - została przełożona na październik roku przyszłego. Do kin miał trafić już wiosną, ale wiosną rozpoczną się dopiero zdjęcia. Pamiętając o perturbacjach towarzyszących powstawaniu "Wałęsy" (finansowanego m.in. przez niesławną firmę Amber Gold), niech ktoś jeszcze powie, że na PISF nie ciąży klątwa... W przypadku "Smoleńska" jest to wręcz klątwa niewybaczalna, bo jakby tego filmu nie zrobić, i tak któremuś środowisku wymowa dzieła nie przypadnie do gustu. A gromy spadną oczywiście na PISF, że z naszych podatków finansuje tak kłamliwe, ordynarne paszkwile, w dodatku antypolskie/godzące w jedność narodową (niepotrzebne skreślić po premierze*).
Z podobnego powodu mam również nadzieję, że w żadnej z głównych ról nie wystąpi Zbigniew Zamachowski ani Robert Moskwa. Tego to już nawet Państwowy Instytut Sztuki Filmowej mógłby nie przetrwać.
8. grudnia 2013, 18:26 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
* po premierze filmu rzecz jasna (bo teraz się wszystko tak politycznie kojarzy...)
niedziela, 1 grudnia 2013
Tomasz Lis oszalał
Ponad osiem lat temu na mojej macierzystej uczelni zorganizowano spotkanie z Tomaszem Lisem, w ramach promocji jego książki pt. "Co z tą Polską?". Spotkanie miało się odbyć w czytelni Biblioteki Głównej, ale w ostatniej chwili - ze względu na duże zainteresowanie - przeniesiono je do największej uniwersyteckiej auli. Słuszność decyzji o zmianie pojąłem jednak dopiero w momencie wejścia na salę. Wszystkie miejsca były zajęte co do jednego, ludzie siedzieli na schodach, stali pod ścianami i nawet w drzwiach wejściowych (ci, którzy przybyli w ostatniej chwili). Chyba nigdy potem nie byłem już na takim zgromadzeniu (w czasach, gdy królował w Polsce Amway byłem zbyt młody), na spotkaniu z "ciekawym człowiekiem", które miałoby w sobie taką energię i tyle entuzjazmu.
Tomasz Lis wkroczył dynamicznie na salę, wśród powszechnych owacji, niczym amerykański pretendent do Białego Domu na wiec wyborczy. I cóż to było za spotkanie! Żywe, pasjonujące, pochłaniające całą uwagę. Historie, opowieści, pytania z widowni. A gdy główny bohater zacytował ostatni akapit ze swojej książki (porywającą anegdotkę o sir Erneście Shackletonie), miałem ochotę krzyknąć "Alleluja!" i wybiec na środek sali, aby śpiewać z radości gospel, jak to się dzieje na uroczystościach religijnych u Afroamerykanów.
Jeszcze tego samego dnia pobiegłem do EMPiK-u, aby zakupić egzemplarz książki "Co z tą Polską?". I kilkakrotnie go potem przeczytałem, traktując niemal jak osobisty przewodnik duchowy. Taką to spotkanie miało energię i rozmach! A gdy dwa lata później na podobny "konwent" przyjechał Kamil Durczok, wynudziłem się setnie.
Tak, Tomasz Lis był wówczas niemalże moim idolem. Wzorcem z Sevres dziennikarza i publicysty. Profesjonalistą bez skazy. Zresztą, nie tylko wtedy, ale też trochę wcześniej i trochę później. Bo już na przełomie wieków, gdy prowadził w TVN główne wydania "Faktów", które wobec siermiężnych "Wiadomości" Telewizji Publicznej były niczym powiew świeżego powietrza w zatęchłej piwnicy. I gdy raz, podczas tych "Faktów" rzucił żarcikiem, że rozpoczęta właśnie współpraca TVN z telewizją Fox News nie ma nic wspólnego z jego nazwiskiem. Albo gdy na wizji stracił głos. I jeszcze w dziesiątkach sytuacji.
Musiał być jednak idolem nie tylko dla mnie, bo sławetny sondaż prezydencki (przeprowadzony chyba w połowie drugiej kadencji Aleksandra Kwaśniewskiego) wykazał, że redaktor Lis miałby całkiem spore szanse w rywalizacji o miejsce w Pałacu Prezydenckim (podobnie jak choćby Jolanta Kwaśniewska). Szanse pewnie nie do końca wydumane, bo w ramach prywatnego sondażu znalazłem tylko w najbliższym kręgu znajomych kilka osób, które skłonne byłyby na niego głosować. A sondaż ten, który być może nawet był humbugiem (pewnie nigdy się nie dowiemy), sprawił, że Tomasz Lis stracił lukratywną robotę w TVN, co bynajmniej nie było końcem jego medialnej kariery, ale wręcz zwiastunem jej złotych czasów. Napisał wówczas książkę o której mówiłem na początku i podróżował po Polsce ze spotkaniami ją promującymi. A chyba niecały rok po opisanym spotkaniu w uniwersyteckiej auli, zatrudnił się w Polsacie i dopiero się zaczęło. Najpierw podniósł z ruin sztandarowy informacyjny program Polsatu, który wówczas nazywał się - o czym mało kto dziś pamięta - "Informacje", i tworzony był w klimacie, w jakim dekadę wcześniej startowała stacja Zygmunta Solorza, czyli przaśno-discopolowym. Tomasz Lis dokonał tam rewolucji, jakiej nie powstydziłaby się sama Magda Gessler. Zmienił wszystko, od studia, przez prowadzących, po nazwę. A zrodzone w ten sposób "Wydarzenia" skutecznie rzuciły oglądalnościowe wyzwanie gigantom, czyli "Faktom" i "Wiadomościom". Jednak Lis nowego serwisu już sam nie prowadził. Miał wówczas taką pozycję, że stał się kimś w rodzaju nadredaktora. I rozwinął karierę drogą amerykańską - stworzył własny program publicystyczny. Przez parę dobrych lat śledziłem "Co z tą Polską?" (bo tak - genialnie w swojej prostocie - zatytułował swoją audycję Lis) z z wypiekami na twarzy, kształtując swoje zainteresowania polityczne.
Mógłbym tworzyć tą laurkę jeszcze dłużej i jeszcze nudniej (pisać o kolejnych książkach Lisa, o jego rosnącym autorytecie, o nagrodach i Telekamerach przeróżnych, o plotkach, że jest "szykowany" na redaktora naczelnego "Wyborczej"), ale najważniejsze jest w tej historii to, że brakuje w niej happy-endu. Bo pod koniec pierwszej dekady XXI wieku coś się nagle złamało. Najpierw Tomasz Lis nieoczekiwanie wrócił do Telewizji Polskiej, której toporność (zwłaszcza w zakresie programów informacyjnych i publicystycznych) oraz polityczna stronniczość nawet po pięciu piwach nie przestawały być irytujące. Otworzył tam swój kolejny program, tym razem pod koszmarnym tytułem "Tomasz Lis na żywo", którego pretensjonalność kłuje nie tylko w oczy, ale chyba we wszystkie części ciała. Wówczas również coraz wyraźniejsze stawało się jego polityczne opowiedzenie się po stronie rządzącej podówczas (i nadal) formacji. Jednak największe dziwy zaczęły się, gdy z dnia na dzień Tomasz Lis stracił stanowisko naczelnego tygodnika "Wprost" i błyskawicznie, a przez to jeszcze bardziej nieoczekiwanie, objął stanowisko naczelnego polskiej edycji "Newsweeka".
Wyobraźcie sobie, że przez kilka lat z rzędu, w każdy - powiedzmy - poniedziałkowy wieczór, zapraszacie niewielką grupę znajomych, fajnych ludzi, na wspólne rozmowy przy winie o rzeczach ciekawych, interesujących, ważnych i mniej ważnych. Lubicie te rozmowy, ba, nie wyobrażacie sobie bez nich poniedziałkowego wieczoru, oczekujecie na nie przez cały tydzień. A pewnego wiosennego poniedziałku, gdy jak zwykle słyszycie dzwonek, otwieracie drzwi, ale na korytarzu nie stoi dobrze znana grupa przyjaciół, a jacyś zupełnie obcy ludzie. Ludzie, których nie zapraszaliście, nie macie z nimi nic wspólnego, a o niektórych nawet słyszeliście, ale wyłącznie jak najgorsze opinie. I gdy tak stoicie ze zdziwioną miną na progu, to oni ładują się Wam do mieszkania, nie zdejmują butów, wypijają wino i pytają o jeszcze...
Te poniedziałkowe rozmowy to metafora moich spotkań z "Newsweekiem Polska" dobrych kilka lat temu. Za kadencji naczelnego Wojciecha Maziarskiego to było fenomenalne pismo, bezsprzecznie najlepszy tygodnik opinii jaki mogłem sobie wyobrazić (sorry, "Polityko"...). Kapitalne teksty ze wszelkich dziedzin (nawet nielubianą przez mnie Historię dało się czytać, a Kultura to było już mistrzostwo Universum), znakomici autorzy, świetne osobowości, genialne felietony (Michał Zaczyński!), nowoczesny format... I mógłbym tak piać jeszcze długo. Niestety, skończyło się to podobnie jak u tego słynnego koguta, co myślał o niedzieli. W pewien wiosenny poniedziałek niecałe dwa lata temu kupiłem jak zwykle "Newsweek" i mnie ścięło. Z nóg. Nowym naczelnym - Tomasz Lis. Z dotychczasowych autorów - połowy niet. Zamiast moich ulubionych felietonistów jakieś zupełnie obce twarze, jakieś paskudne oblicza, które kojarzyłem do tej pory z wyuzdanymi magazynami. Ostał się właściwie tylko Szymon Hołownia, który zresztą pół roku później wyleciał z jeszcze większym hukiem, a inwektywy jakimi się przy tej okazji obrzucili z naczelnym, wzbudziłyby szacunek w każdym gimnazjum, a nawet i w niektórych zakładach karnych.
Nie powiem, starałem się ten "Newsweek" po liftingu przeczytać. Ale nie szło mi kompletnie. Nawet teksty dotychczasowych autorów jakby się zmieniły na jakieś przyciężkawe. Przede wszystkim jednak nie mogłem wybaczyć redaktorowi Lisowi, że wszystko to zadziało się tak nagle, że bez żadnego ostrzeżenia, bez jakiejkolwiek informacji, wciśnięto mi za 5 złociszy zupełnie inną gazetę niż chciałem. Wyglądało to bowiem jak stary "Wprost", któremu perfidnie zamieniono okładkę na "Newsweek". Z odrazą wyrzuciłem ten numer na makulaturę i poprzysiągłem sobie solennie, że już nigdy tego tytułu nie wezmę do rąk, bo tak jak postąpiono wtedy, się po prostu wiernym czytelnikom nie robi.
W dotrzymaniu tej przysięgi mocno utrzymywało mnie to, co się potem dało zaobserwować w interesującym nas dzisiaj temacie. Co druga okładka krzyczała o rozmaitych perwersjach księży katolickich (homoseksualizm, pedofilia, niedochowywanie celibatu, zboczenia pomniejsze) lub ich zamachach na wolność (seksualną rzecz jasna) szarego Polaka. Pozostałe okładki były o gejach. Względnie o celebrytach. I nawet przy aktualności i społecznej doniosłości przynajmniej niektórych z tych tematów, częstotliwość epatowania nimi nie pasowała do poważnego, opiniotwórczego pisma, za to niebezpiecznie zbliżała "Newsweek" do tych mediów, które codziennie krzyczą, że Niemcy, Rosjanie i Żydzi zjedzą nas pospołu na surowo jeszcze przed upływem dekady (a jeśli nadal będzie rządził Tusk, to i szybciej).
W swojej bezkresnej naiwności miałem jednak nadzieję, że to w końcu w naturalny sposób wygaśnie, bo jak długo przecież można czytać w kółko o jednym; że czytelnik znudzony monotonną tematyką własnym portfelem zagłosuje za zmianą - jak to się ładnie nazywa - linii pisma. I gdy jakoś dwa tygodnie temu siedziałem w poczekalni gabinetu ginekologicznego, z wyłożonych tam gazet jedynie "Newsweek Polska" adresowany był do męskiego czytelnika. Na okładce Maciej Stuhr, to jeszcze nie najgorzej - pomyślałem. Ale w środku opuściła mnie wszelka nadzieja. Dział "Polska": "Gej w szatni przeraża piłkarza". Dział "Nauka": "Czy owady są gejami?". Felieton Naczelnego: "W tęczę Rosji!" (to był numer z sierpnia, prorok jakiś?). Nawet przez chwilę pomyślałem, że ktoś podmienił okładki i w ręku trzymam oficjalny biuletyn Kampanii Przeciw Homofobii. Niestety, pomyłki nie było. A to przecież nie jest jeszcze szczyt możliwości redakcji "Newsweeka". Można sobie wyobrazić takie hipotetyczne wydanie, że o gejach będzie artykuł w każdym z działów. Jakby co, mam kilka propozycji: "Polityka": "Geje w parlamencie - ze wspomnień sejmowego szatniarza", "Historia": "Homoseksualizm na przestrzeni wieków", "Kultura": "YMCA, czyli 10 gejowskich przebojów wszech czasów i ich społeczny odbiór", "Biznes": "Jak sprzedać facetowi kredkę do oczu", "Turystyka": "Z zaułków Berlina wprost do Le Marais".
Po powrocie do domu zabrałem się do rzeczy (nie mylić z "Do Rzeczy") statystycznie. Rzut oka na okładki tylko z 2013 roku (dostępny tutaj) zaowocował następującą klasyfikacją. Na 48 okładek:
- dziesięć piętnuje grzechy kościoła katolickiego
- dziesięć kolejnych traktuje o seksie (w końcu sex sells...)
- sześć wytyka znienawidzone twarze tak zwanej "prawicy": Kaczyński, Pawłowicz, Macierewicz (ten to nawet dwukrotnie), Cejrowski
- z pięciu uśmiechają się politycznie poprawni celebryci
Pewnym zaskoczeniem jest za to, że w porównaniu z poprzednim rokiem, tym razem:
- tylko trzy okładki są spod znaku tematyki LGBT
- zaledwie jedna okładka pastwi się nad tzw. polskim patriotyzmem
W książce "Co z tą Polską?" (i w późniejszych) Tomasz Lis porywająco przekonuje, że tylko jednocząc się, zakopując dzielące nas przepaście, współpracując dla wspólnego dobra, jesteśmy w stanie zmienić Polskę, zbudować w tym kraju coś wspaniałego. Swoim działaniem redaktor Lis niestety nie daje nam dobrego przykładu. Owszem, pewne środowiska z którymi walczy nie znają hasła, że możemy się pięknie różnić, ale też nie próbuje nawet wyciągnąć do nich ręki. Nie, nie do zgody, ale do współdziałania. Do tego, by znaleźć jakikolwiek punkt wspólny między kompletnie rozmijającymi się poglądami. Bo raczej nigdy nie będzie tak, że będziemy w tym kraju wszyscy identyczni, niewiele różniący się od siebie, zgrani i chętni do niezobowiązującej pracy dla kraju.
Jeśli cokolwiek zapamiętałem do dziś z lektury "Co z tą Polską?" to słowa, że działanie na rzecz wspólnego dobra jest nieskończenie trudne, wyczerpujące i nie dające żadnych gwarancji na sukces. Ale mimo to warte podjęcia. Tomasz Lis poddał się już na początku tej drogi. Cóż, i tak w życiu bywa. Co nie zmienia faktu, że strasznie szkoda...
1. grudnia 2013, 00:54 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Tomasz Lis wkroczył dynamicznie na salę, wśród powszechnych owacji, niczym amerykański pretendent do Białego Domu na wiec wyborczy. I cóż to było za spotkanie! Żywe, pasjonujące, pochłaniające całą uwagę. Historie, opowieści, pytania z widowni. A gdy główny bohater zacytował ostatni akapit ze swojej książki (porywającą anegdotkę o sir Erneście Shackletonie), miałem ochotę krzyknąć "Alleluja!" i wybiec na środek sali, aby śpiewać z radości gospel, jak to się dzieje na uroczystościach religijnych u Afroamerykanów.
Jeszcze tego samego dnia pobiegłem do EMPiK-u, aby zakupić egzemplarz książki "Co z tą Polską?". I kilkakrotnie go potem przeczytałem, traktując niemal jak osobisty przewodnik duchowy. Taką to spotkanie miało energię i rozmach! A gdy dwa lata później na podobny "konwent" przyjechał Kamil Durczok, wynudziłem się setnie.
Tak, Tomasz Lis był wówczas niemalże moim idolem. Wzorcem z Sevres dziennikarza i publicysty. Profesjonalistą bez skazy. Zresztą, nie tylko wtedy, ale też trochę wcześniej i trochę później. Bo już na przełomie wieków, gdy prowadził w TVN główne wydania "Faktów", które wobec siermiężnych "Wiadomości" Telewizji Publicznej były niczym powiew świeżego powietrza w zatęchłej piwnicy. I gdy raz, podczas tych "Faktów" rzucił żarcikiem, że rozpoczęta właśnie współpraca TVN z telewizją Fox News nie ma nic wspólnego z jego nazwiskiem. Albo gdy na wizji stracił głos. I jeszcze w dziesiątkach sytuacji.
Musiał być jednak idolem nie tylko dla mnie, bo sławetny sondaż prezydencki (przeprowadzony chyba w połowie drugiej kadencji Aleksandra Kwaśniewskiego) wykazał, że redaktor Lis miałby całkiem spore szanse w rywalizacji o miejsce w Pałacu Prezydenckim (podobnie jak choćby Jolanta Kwaśniewska). Szanse pewnie nie do końca wydumane, bo w ramach prywatnego sondażu znalazłem tylko w najbliższym kręgu znajomych kilka osób, które skłonne byłyby na niego głosować. A sondaż ten, który być może nawet był humbugiem (pewnie nigdy się nie dowiemy), sprawił, że Tomasz Lis stracił lukratywną robotę w TVN, co bynajmniej nie było końcem jego medialnej kariery, ale wręcz zwiastunem jej złotych czasów. Napisał wówczas książkę o której mówiłem na początku i podróżował po Polsce ze spotkaniami ją promującymi. A chyba niecały rok po opisanym spotkaniu w uniwersyteckiej auli, zatrudnił się w Polsacie i dopiero się zaczęło. Najpierw podniósł z ruin sztandarowy informacyjny program Polsatu, który wówczas nazywał się - o czym mało kto dziś pamięta - "Informacje", i tworzony był w klimacie, w jakim dekadę wcześniej startowała stacja Zygmunta Solorza, czyli przaśno-discopolowym. Tomasz Lis dokonał tam rewolucji, jakiej nie powstydziłaby się sama Magda Gessler. Zmienił wszystko, od studia, przez prowadzących, po nazwę. A zrodzone w ten sposób "Wydarzenia" skutecznie rzuciły oglądalnościowe wyzwanie gigantom, czyli "Faktom" i "Wiadomościom". Jednak Lis nowego serwisu już sam nie prowadził. Miał wówczas taką pozycję, że stał się kimś w rodzaju nadredaktora. I rozwinął karierę drogą amerykańską - stworzył własny program publicystyczny. Przez parę dobrych lat śledziłem "Co z tą Polską?" (bo tak - genialnie w swojej prostocie - zatytułował swoją audycję Lis) z z wypiekami na twarzy, kształtując swoje zainteresowania polityczne.
Mógłbym tworzyć tą laurkę jeszcze dłużej i jeszcze nudniej (pisać o kolejnych książkach Lisa, o jego rosnącym autorytecie, o nagrodach i Telekamerach przeróżnych, o plotkach, że jest "szykowany" na redaktora naczelnego "Wyborczej"), ale najważniejsze jest w tej historii to, że brakuje w niej happy-endu. Bo pod koniec pierwszej dekady XXI wieku coś się nagle złamało. Najpierw Tomasz Lis nieoczekiwanie wrócił do Telewizji Polskiej, której toporność (zwłaszcza w zakresie programów informacyjnych i publicystycznych) oraz polityczna stronniczość nawet po pięciu piwach nie przestawały być irytujące. Otworzył tam swój kolejny program, tym razem pod koszmarnym tytułem "Tomasz Lis na żywo", którego pretensjonalność kłuje nie tylko w oczy, ale chyba we wszystkie części ciała. Wówczas również coraz wyraźniejsze stawało się jego polityczne opowiedzenie się po stronie rządzącej podówczas (i nadal) formacji. Jednak największe dziwy zaczęły się, gdy z dnia na dzień Tomasz Lis stracił stanowisko naczelnego tygodnika "Wprost" i błyskawicznie, a przez to jeszcze bardziej nieoczekiwanie, objął stanowisko naczelnego polskiej edycji "Newsweeka".
Wyobraźcie sobie, że przez kilka lat z rzędu, w każdy - powiedzmy - poniedziałkowy wieczór, zapraszacie niewielką grupę znajomych, fajnych ludzi, na wspólne rozmowy przy winie o rzeczach ciekawych, interesujących, ważnych i mniej ważnych. Lubicie te rozmowy, ba, nie wyobrażacie sobie bez nich poniedziałkowego wieczoru, oczekujecie na nie przez cały tydzień. A pewnego wiosennego poniedziałku, gdy jak zwykle słyszycie dzwonek, otwieracie drzwi, ale na korytarzu nie stoi dobrze znana grupa przyjaciół, a jacyś zupełnie obcy ludzie. Ludzie, których nie zapraszaliście, nie macie z nimi nic wspólnego, a o niektórych nawet słyszeliście, ale wyłącznie jak najgorsze opinie. I gdy tak stoicie ze zdziwioną miną na progu, to oni ładują się Wam do mieszkania, nie zdejmują butów, wypijają wino i pytają o jeszcze...
Te poniedziałkowe rozmowy to metafora moich spotkań z "Newsweekiem Polska" dobrych kilka lat temu. Za kadencji naczelnego Wojciecha Maziarskiego to było fenomenalne pismo, bezsprzecznie najlepszy tygodnik opinii jaki mogłem sobie wyobrazić (sorry, "Polityko"...). Kapitalne teksty ze wszelkich dziedzin (nawet nielubianą przez mnie Historię dało się czytać, a Kultura to było już mistrzostwo Universum), znakomici autorzy, świetne osobowości, genialne felietony (Michał Zaczyński!), nowoczesny format... I mógłbym tak piać jeszcze długo. Niestety, skończyło się to podobnie jak u tego słynnego koguta, co myślał o niedzieli. W pewien wiosenny poniedziałek niecałe dwa lata temu kupiłem jak zwykle "Newsweek" i mnie ścięło. Z nóg. Nowym naczelnym - Tomasz Lis. Z dotychczasowych autorów - połowy niet. Zamiast moich ulubionych felietonistów jakieś zupełnie obce twarze, jakieś paskudne oblicza, które kojarzyłem do tej pory z wyuzdanymi magazynami. Ostał się właściwie tylko Szymon Hołownia, który zresztą pół roku później wyleciał z jeszcze większym hukiem, a inwektywy jakimi się przy tej okazji obrzucili z naczelnym, wzbudziłyby szacunek w każdym gimnazjum, a nawet i w niektórych zakładach karnych.
Nie powiem, starałem się ten "Newsweek" po liftingu przeczytać. Ale nie szło mi kompletnie. Nawet teksty dotychczasowych autorów jakby się zmieniły na jakieś przyciężkawe. Przede wszystkim jednak nie mogłem wybaczyć redaktorowi Lisowi, że wszystko to zadziało się tak nagle, że bez żadnego ostrzeżenia, bez jakiejkolwiek informacji, wciśnięto mi za 5 złociszy zupełnie inną gazetę niż chciałem. Wyglądało to bowiem jak stary "Wprost", któremu perfidnie zamieniono okładkę na "Newsweek". Z odrazą wyrzuciłem ten numer na makulaturę i poprzysiągłem sobie solennie, że już nigdy tego tytułu nie wezmę do rąk, bo tak jak postąpiono wtedy, się po prostu wiernym czytelnikom nie robi.
W dotrzymaniu tej przysięgi mocno utrzymywało mnie to, co się potem dało zaobserwować w interesującym nas dzisiaj temacie. Co druga okładka krzyczała o rozmaitych perwersjach księży katolickich (homoseksualizm, pedofilia, niedochowywanie celibatu, zboczenia pomniejsze) lub ich zamachach na wolność (seksualną rzecz jasna) szarego Polaka. Pozostałe okładki były o gejach. Względnie o celebrytach. I nawet przy aktualności i społecznej doniosłości przynajmniej niektórych z tych tematów, częstotliwość epatowania nimi nie pasowała do poważnego, opiniotwórczego pisma, za to niebezpiecznie zbliżała "Newsweek" do tych mediów, które codziennie krzyczą, że Niemcy, Rosjanie i Żydzi zjedzą nas pospołu na surowo jeszcze przed upływem dekady (a jeśli nadal będzie rządził Tusk, to i szybciej).
W swojej bezkresnej naiwności miałem jednak nadzieję, że to w końcu w naturalny sposób wygaśnie, bo jak długo przecież można czytać w kółko o jednym; że czytelnik znudzony monotonną tematyką własnym portfelem zagłosuje za zmianą - jak to się ładnie nazywa - linii pisma. I gdy jakoś dwa tygodnie temu siedziałem w poczekalni gabinetu ginekologicznego, z wyłożonych tam gazet jedynie "Newsweek Polska" adresowany był do męskiego czytelnika. Na okładce Maciej Stuhr, to jeszcze nie najgorzej - pomyślałem. Ale w środku opuściła mnie wszelka nadzieja. Dział "Polska": "Gej w szatni przeraża piłkarza". Dział "Nauka": "Czy owady są gejami?". Felieton Naczelnego: "W tęczę Rosji!" (to był numer z sierpnia, prorok jakiś?). Nawet przez chwilę pomyślałem, że ktoś podmienił okładki i w ręku trzymam oficjalny biuletyn Kampanii Przeciw Homofobii. Niestety, pomyłki nie było. A to przecież nie jest jeszcze szczyt możliwości redakcji "Newsweeka". Można sobie wyobrazić takie hipotetyczne wydanie, że o gejach będzie artykuł w każdym z działów. Jakby co, mam kilka propozycji: "Polityka": "Geje w parlamencie - ze wspomnień sejmowego szatniarza", "Historia": "Homoseksualizm na przestrzeni wieków", "Kultura": "YMCA, czyli 10 gejowskich przebojów wszech czasów i ich społeczny odbiór", "Biznes": "Jak sprzedać facetowi kredkę do oczu", "Turystyka": "Z zaułków Berlina wprost do Le Marais".
Po powrocie do domu zabrałem się do rzeczy (nie mylić z "Do Rzeczy") statystycznie. Rzut oka na okładki tylko z 2013 roku (dostępny tutaj) zaowocował następującą klasyfikacją. Na 48 okładek:
- dziesięć piętnuje grzechy kościoła katolickiego
- dziesięć kolejnych traktuje o seksie (w końcu sex sells...)
- sześć wytyka znienawidzone twarze tak zwanej "prawicy": Kaczyński, Pawłowicz, Macierewicz (ten to nawet dwukrotnie), Cejrowski
- z pięciu uśmiechają się politycznie poprawni celebryci
Pewnym zaskoczeniem jest za to, że w porównaniu z poprzednim rokiem, tym razem:
- tylko trzy okładki są spod znaku tematyki LGBT
- zaledwie jedna okładka pastwi się nad tzw. polskim patriotyzmem
W książce "Co z tą Polską?" (i w późniejszych) Tomasz Lis porywająco przekonuje, że tylko jednocząc się, zakopując dzielące nas przepaście, współpracując dla wspólnego dobra, jesteśmy w stanie zmienić Polskę, zbudować w tym kraju coś wspaniałego. Swoim działaniem redaktor Lis niestety nie daje nam dobrego przykładu. Owszem, pewne środowiska z którymi walczy nie znają hasła, że możemy się pięknie różnić, ale też nie próbuje nawet wyciągnąć do nich ręki. Nie, nie do zgody, ale do współdziałania. Do tego, by znaleźć jakikolwiek punkt wspólny między kompletnie rozmijającymi się poglądami. Bo raczej nigdy nie będzie tak, że będziemy w tym kraju wszyscy identyczni, niewiele różniący się od siebie, zgrani i chętni do niezobowiązującej pracy dla kraju.
Jeśli cokolwiek zapamiętałem do dziś z lektury "Co z tą Polską?" to słowa, że działanie na rzecz wspólnego dobra jest nieskończenie trudne, wyczerpujące i nie dające żadnych gwarancji na sukces. Ale mimo to warte podjęcia. Tomasz Lis poddał się już na początku tej drogi. Cóż, i tak w życiu bywa. Co nie zmienia faktu, że strasznie szkoda...
1. grudnia 2013, 00:54 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Subskrybuj:
Posty (Atom)