poniedziałek, 23 lutego 2015

łże-warzywa


"Polskie warzywa", a kraj pochodzenia... Hiszpania!

Skandal!!! To jawnie antypolskie i cyniczne działanie polskojęzycznych supermarketów, reklamowanych przez kulinarnych celebrytów o niejasnej i podejrzanej proweniencji! (są powody by sądzić, że siostra sąsiadki stryja jednego z nich obsługiwała w knajpie, naprzeciw której mieściła się pralnia odwiedzana przez stalinowskich prokuratorów). To szkodliwa kampania bez precedensu, to opluwanie polskiej tradycji rolniczej, szyderczy zamach na korzenie ojców mowy i królewski szczep piastowy!

Zatem, niniejszym żądamy w Polsce POLSKICH sklepów ze świeżymi POLSKIMI warzywami z gruntu, również w styczniu i lutym! Żądamy nowalijek przez okrągły rok! Nie będzie Hiszpan pluł nam w twarz i dzieci nam warzywił!

23. lutego 2015, 13:51 CET,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego


czwartek, 29 stycznia 2015

nowy kanon lektur (część 2.)

Nadszedł czas, aby ujawnić drugą część wciąż skrywanego przed opinią społeczną projektu nowego kanonu lektur szkolnych. Ministerstwo zdecydowało się na tak dalekosiężne kroki, aby uwspółcześnić treści przekazywane przez obowiązkowo czytane w szkole książki, że może się to okazać zbyt wielkim szokiem dla wielu osób korzystających z publicznej oświaty. A najazdu na stolicę połączonych sił uczniów i nauczycieli, mogą nie wytrzymać co bardziej wątłe gmachy i organizmy.

Przypomnijmy - wiekopomna zmiana ma kryptonim "666" i opiera się na założeniu, że trzon literatury obowiązkowej na każdym poziomie edukacji (szkoła podstawowa, gimnazjum, liceum) stanowić będzie 6 tytułów. W sumie daje to 18 książek, które każdy uczeń w ciągu swojej szkolnej przygody poznać będzie musiał piekielnie dobrze. W poprzednim odcinku znalazło się pierwsze dziewięć tytułów, teraz pora na kolejne.

GIMNAZJUM (c.d.)
  • Mniej więcej w połowie gimnazjalnej edukacji, uczniowie zetkną się z książką traktującą o sprawach bardzo aktualnych. "Rajd utracony" to wywiad-rzeka, który przeprowadził brytyjski dziennikarz motoryzacyjny John Milton (gwiazda programu "Top Zbir") z polskim kierowcą wyścigowym Rupertem Haubicą. Sportowiec przybliża czytelnikom, jak rozpoczęła się jego wielka kariera, a stało się to w chwili, gdy jako 5-latek w garażu zawrócił "na trzy" "Maluchem" swojego ojca. Później zmagał się z wieloma przeszkodami, trenował w szopach, poskramiał rosnące ceny paliwa, driftował po szosach gminnych i powiatowych, omijając zające, dziki, łosie i jelenie, które wypadały na jezdnię i zastygały w niezrozumiałym bezruchu. Rupert wyjechał na Zachód jednak dopiero wtedy, gdy w Polsce zaczęto budować zbyt mało dziurawe drogi, aby dało się na nich doskonalić rajdowe manewry.
  • Kolejną lekturą będzie pozycja, która wzmocnić ma w nastolatkach wrażliwość na kwestie społeczne. Książkę pod tytułem "Menel gdański" Maryśka Konopicka wydała w drugim obiegu, ponieważ zarówno jej imię jak i nazwisko za bardzo kojarzą się z niedozwolonymi substancjami, a pod pseudonimem pisać nie chciała. Zakazaną początkowo księgę, niedawno przywrócono do łask, w czym ogromną zasługę miał ekscentryczny polityk i poseł na Sejm - Janusz Gasikot. Fabuła powieści koncentruje się wokół monotonnej codzienności trójmiejskich zbieraczy złomu i bezdomnych. Oprócz przeczesywania miejskiej dżungli pod kątem metali szlachetnych, bohaterowie książki pełnią wolontariat na parkingach przy centrach handlowych (gdzie bezinteresownie pomagają kierowcom znaleźć wolne miejsce do parkowania oraz odstawić wózek zakupowy), a w wolnych chwilach piją wino owocowe "Grom", które za 2,99 zł. kupują w sieci dyskontów "Boża Krówka". Leniwie toczące się życie przerywa rozporządzenie miejskich radnych, zakazujące przyjmowania do skupu puszek po piwie oraz złomu w ilościach detalicznych. Bohaterowie zakładają wówczas ZBoWiD - Zrzeszenie Bojowników o Wino i Denaturat (imienia "Króla Złotego"). I wystosowują 21 postulatów, domagając się między innymi gwarancji stałych cen skupu aluminium do 2163 roku.
  • Jeszcze przed ukończeniem gimnazjum, uczniowie sięgną do klasyki literatury brytyjskiej, poznając twórczość jednego z jej najwybitniejszych przedstawicieli, jakim z całą pewnością był William Szejk-spij. Ministerstwo zaleca, aby gimnazjaliści w całości przeczytali jedno z jego najsłynniejszych dzieł: "Rodeo i Julia". Tym bardziej, że fabuła nie jest szczególnie skomplikowana. Jak pamiętamy, akcja dzieje się na początku XX wieku. 15-letnia Julia wyrusza wraz z rodzicami, na statku "Santa Mierda", do Stanów Zjednoczonych, za chlebem. Rodzina osiedla się przy granicy z Meksykiem, w strefie którą zarządza polski emigrant Aria Jontek (stąd nazwa strefy: Arii Zona). Dziewczyna poznaje tam między innymi młodego, bogatego ranczera, który nazywa się McBet, uwielbia hazard i zakłady, a podobno jest również potomkiem króla Ekwadoru. Kolejnym z pierwszoplanowych bohaterów jest nieokrzesany cham o imieniu Let, którego ojciec posiada ranczo rywalizujące z ranczem McBeta na rodeo i wyścigach konnych. Rywalizacja zwaśnionych rodów schodzi jednak na plan dalszy, gdy pewnego dnia Indianie ze szczepu Siksów, pod dowództwem legendarnego buntownika Piwetou, porywają Julię. Wówczas McBet, cham Let, oraz lokalny lekarz i przedsiębiorca zajmujący się przetwórstwem rtęci - doktor Queen, wyruszają Julii na odsiecz.

LICEUM
  • Na początek licealnej przygody z literaturą, Ministerstwo proponuje wyjątkowo przystępną pozycję. "Gra o trąd" Martina R.R. George'a - bestseller, który doczekał się już za oceanem ekranizacji w postaci hitowego serialu - wzbudza zresztą wiele kontrowersji ze względu na śmiałe sceny seksu i dekadenckie przesłanie. Fabuła ma jednak charakter przygodowo-sensacyjny. Gdy z tajnego laboratorium w paryskim Instytucie Pasteura znikają fiolki zawierające śmiertelnie niebezpieczną, eksperymentalnie zmodyfikowaną bakterię wywołującą trąd, los ludzkości leży w rękach specjalnie powołanego zespołu naukowców. Wraz z towarzyszącymi im agentami służb specjalnych i najemnikami Legii Cudzoziemskiej, badacze pod dowództwem doktora Stromsanda, muszą odnaleźć złodziei, zanim będzie za późno.
  • W tej samej klasie, uczniów czeka również jednak nieco poważniejsze wyzwanie, w postaci spotkania z klasyką polskiej literatury - "Trylogią" Henryka Serkiewicza. Monumentalne dzieło opowiada o perypetiach "Zielonego Piekła" - zespołu radykalnych, wegepozytywnych ekologów, którym przewodzi niejaki Adam Ratrak. Licealiści będą zobowiązani zapoznać się z wybranymi fragmentami wszystkich trzech tomów "Trylogii", w skład której - jak pewnie doskonale pamiętamy - wchodzą:

    • "Ogniem i Kwieciem" - Ekolodzy rozpoczynają batalię z rolnikami, regularnie wypalającymi trawy na polach, co niekorzystnie wpływa na środowisko naturalne. Ich lokalne, jednorazowe akcje protestacyjne przestają jednak odnosić skutek, gdyż rolnicy łączą się w kółka rolnicze pod wodzą niezmordowanego Andrzeja Peppera, pseudonim "Pieprz". Do walki z ekologami ściągają też posiłki ze sprzymierzonej Ukrainy, na czele z potomkiem Hunów - groźnym, nieokiełznanym kołchoźnikiem imieniem Bo. Rolnicy korzystają z wiedzy taktycznej Bo Huna i spędzają ekologów do głębokiej defensywy. Wówczas zastępca Adama Ratraka - Jan Skrzeloziele - wzywa na pomoc hippisów. Ten manewr przesądza sprawę - hippisi w mgnieniu oka wypalają tyle trawy, że rolnikom nic już nie pozostaje.

    • "Biotop" - Najbardziej rozbudowana i wielowątkowa część "Trylogii", której streścić w kilku zdaniach nie sposób. Główny nurt akcji jest zbudowany wokół gospodarczej ekspansji Szwedów, którzy w różnych miejscach Polski planują zbudować potężne fabryki - mebli "IKRA", samochodów "WOLNO" i samolotów "SCHAB ANGINEN". Ekolodzy z "Zielonego Piekła" nie nadążają z protestami i happeningami. Co w jednym miejscu znajdą biologiczną przeszkodę dla szwedzkiej inwestycji, wróg natychmiast znajduje sobie nową lokalizację. Ekologom sprawę utrudnia dodatkowo przekupiony przez Szwedów wiceminister środowiska Radzimir Wiłł, który rzuca Ratrakowi formalne kłody pod nogi, a w finale doprowadza nawet do jego aresztowania. Epickie zakończenie powieści ma miejsce pod Częstochową. Sprawę na korzyść ekologów przesądza wtedy obecność w wodach gruntowych bakterii o nazwie Kmicic (po łacinie: traitoris babinich), która ostatecznie przekonuje Szwedów do rezygnacji z gospodarczego podboju Polski.
    • "Pan Wołobykowski" - Tym razem ekolodzy z "Zielonego Piekła" pomagają tytułowemu panu Wołobykowskiemu, który dysponuje ogromnym stadem krów. Wpada jednak w kłopoty finansowe, w efekcie których grozi mu utrata całego stada (a samemu stadu - bilet w jedną stronę do ubojni). Perspektywa hekatomby setek krów i byków wzrusza bogatego biznesmena ze Szkocji - Ketlinga, który - ze znaną dla Szkotów hojnością - bez mrugnięcia okiem wspomaga ekologów finansowo. Tym sposobem do skutku mogą dojść plany nie widzianej dotąd na taką skalę operacji - przepędzenia całego stada przez setki kilometrów, aż w okolice Podola Kamieńskiego, gdzie ów biznesmen dysponuje odpowiednią ilością gruntu. Podczas ryzykownej wyprawy, wszystkim ekologom z "Zielonego Piekła" grozić będzie śmiertelne niebezpieczeństwo, a ich więzy przyjaźni zostaną wystawione na próbę.
  • Druga klasa liceum to dwie kolejne, niezwykle ważne pozycje książkowe. Na początek "Bacówka" Bolesława Niemca, czyli chwytająca za serce, naturalistyczno-realistyczna opowieść z historycznym tłem, o przygodach podhalańskiego bacy z Poronina - Józefa Ślimaka i jego żony - Jagny z domu Gąsienica. Utrzymujący się z turystów górale zmagają się z malejącą liczbą gości w swoim pensjonacie. I chociaż próbują niemal wszystkiego, aby przyciągnąć turystów - organizują pokazy strzyżenia baranów, parzenia parzenic czy lepienia bałwana z igelitu - niewiele to pomaga. Dochodzi wręcz do tego, że pazerny bankier - niejaki Żyd Nietoperz - chce za długi zlicytować domek Ślimaka. Wtedy jednak, niczym deus ex machina, pewnej nocy bacę odwiedza tajemniczy wróż Maciej Owczarz. Ma on dla górala niezwykłą propozycję, która pomoże mu odbudować się finansowo. Chodzi o ugoszczenie przez kilka tygodni pewnego uciekiniera z Rosji, który musi się ukrywać przed pościgiem. Gość ten dysponuje ponoć ogromną sumą pieniędzy, a jego nazwisko - Włodzimierz Ilicz - niewiele Ślimakowi mówi, dlatego baca zgadza się bez wahania. Nie podejrzewając nawet, jak bardzo ta decyzja zmieni wkrótce jego życie.
  • W drugiej klasie licealiści zetkną się również z polską fantastyką. Spośród wielu dzieł w tym nurcie, Ministerstwo zaproponowało twórczość najsłynniejszego autora polskiej fantastyki - Andrzeja Dyszkowskiego, a konkretnie powieść pt. "Niedźwiedźmin". Książka opowiada o skrytym w ostępach Bieszczad posterunku Straży Granicznej, którym dowodzi sierżant Robert Hutnicki. Funkcjonariusz skrywa ponurą tajemnicę - w dzieciństwie został ugryziony przez niedźwiedzia. I od tego momentu, podczas każdej bezgwiezdnej nocy przeobraża się w pół-człowieka Niedźwiedźmina, znanego też jako Robin Hut - bezwzględny mściciel tańczący z wilkami i walczący z przemytnikami w bieszczadzkich lasach. Niestrudzenie tropi kontrabandy oraz handlarzy żywym towarem, którzy przerzucają ludzi z Ukrainy do Polski za horrendalne stawki. Do utraty tchu toczy boje z każdym przejawem kłusownictwa i niszczenia dzikiej przyrody Bieszczad. A pomaga mu w tym krąg "Sprzysiężonych" - grupa banitów i społecznych wyrzutków, do której należą między innymi: Szkarłatny Wilk (opiekun wilków w ogrodzie zoologicznym, wyrzucony z roboty za nadmierną słabość do wina owocowego - stąd ksywka), Mały Czerwony John (niewielki wzrostem, ale wielki sercem były działacz Partii Komunistycznej, który po upadku socjalizmu zaszył się najpierw esperalem, a zaraz potem zaszył się w bieszczadzkich lasach), oraz Braciszek Tak i Siostrzyczka Nie (dwoje zakonników z nieodległych klasztorów, wydalonych ze stanu duchownego za romans ze sobą). Książka jest perłą polskiej literatury współczesnej, także dzięki opisaniu całego spektrum polskiej demonologii rustykalnej - przez fabułę przewijają się najprzeróżniejsze upiory: strzygi, rusałki, leśne nimfy, kleklemanki, południce, utopce, płanetnicy, wiły, skrzaty i żywiołaki.
  • Tuż przed egzaminem dojrzałości, uczniów czekają najtrudniejsze wyzwania. Bo właśnie w trzeciej klasie zetkną się z najcięższymi gatunkowo pozycjami literackimi. Na początek będą to "Cierpienia młodego teriera" autorstwa Johanna von Wolfganga - wybitnego przedstawiciela niemieckiego romantyzmu. Bodaj najwybitniejsze filozoficzno-literackie dzieło epoki, obok książki "Kubuś Puchatek fatalista i jego fan" Dennisa D. Derota. Narratorem w "Cierpieniach..." jest młody terier szkocki, zabierany przez swoją panią (piosenkarka o pseudonimie "Karma") na bankiety, rauty i inne wystawne przyjęcia, a nawet do telewizji, do programu muzycznego "Mouse, Bee and Music", w którym Karma jest jurorką. Wszędzie tam nasz terier gromadzi obserwacje, którymi potem dzieli się z czytelnikiem w formie filozoficznych refleksji. Krytykuje społeczeństwo konsumpcyjne, próżność ludzi, a także nietolerancję rasową, z którą styka się na co dzień, w postaci dyskryminacji ze strony pudli, które trzymają się we własnym gronie, czytają kolorową prasę i palą marihuanę, a teriera obdarzają jedynie drwiącym uśmieszkiem.
  • Wreszcie na koniec dzieło najbardziej kontrowersyjne, by nie rzec - obrazoburcze. Jedna z najsłynniejszych książek w dziejach ludzkości. Czytana z wypiekami na twarzy pod każdą szerokością geograficzną. W wielu krajach wciągnięta na indeks ksiąg zakazanych. I już choćby z tego powodu warta, aby poznali ją także wszyscy licealiści, chociaż nie każdemu środowisku w tym kraju pomysł ten przypadł do gustu. Mimo, że fabuła - na pierwszy rzut oka - wygląda niewinnie. Oto bowiem Joanna Dark - fanka gotyckich klimatów, ubierająca się na czarno studentka technologii żywności, przypadkowo poznaje obrzydliwie bogatego biznesmena, producenta herbaty Krystiana Szarego. W miarę wzajemnego poznawania się, bohaterowie odkrywają, że Joanna nie tylko lubi wyłącznie czarną herbatę, ale też z pieprzykiem, na ostro i bez długiego parzenia. Z kolei Krystian wolałby bardziej waniliowo i łagodnie, z delikatną nutą Orientu. Nieszczęśliwie zakochana Joanna zaczyna wtedy pisać pamiętnik. I formę pamiętnika właśnie ma omawiana książka, ostatnia pozycja w nowym kanonie lektur szkolnych, światowy bestseller wszech czasów. "50 twarzy Earl Greya".
29. stycznia 2015, 22:41 CET,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

środa, 24 grudnia 2014

nowy kanon lektur (część 1.)

Temat edukacji jest ostatnio częściej niż zwykle podnoszony. A to pani Minister poinstruuje nauczycieli, co mają robić, narażając się tym samym, że rozjuszeni pedagodzy wezmą przykład z górników, przyjadą do stolicy i obrzucą budynek MinEdu kredą albo Kartą Nauczyciela. A to znowu pani Minister z dumą zaprezentuje kolejną odsłonę "darmowego" podręcznika dla najmłodszych adeptów państwowego szkolnictwa. A to wreszcie media mainstreamowe zainicjują dyskusję o konieczności zmian w kanonie lektur szkolnych, bo dzieci podobno wolą teraz czytać (a najlepiej oglądać) "Harry'ego Pottera" i "Igrzyska Śmierci", zamiast "Pana Tadeusza" i "Quo Vadis".

Wydaje się jednak, że również tą ostatnią kwestią urzędnicy w Ministerstwie Edukacji poważnie się przejęli. Z przecieków oraz strzępków nieoficjalnych danych wynika, że w kazamatach Resortu spoczywa już projekt zupełnie nowego kanonu lektur szkolnych. I jak się nam udało dowiedzieć ze źródeł bliskich do samego wiceministra, zmiany są naprawdę rewolucyjne. Specjalnie dla Czytelników, jako pierwsi prezentujemy najważniejsze elementy nowego kanonu.

Wiekopomna zmiana ma kryptonim "666" i opiera się na założeniu, że trzon literatury obowiązkowej na każdym poziomie edukacji (szkoła podstawowa, gimnazjum, liceum) stanowić będzie 6 tytułów. W sumie daje to 18 książek, które każdy uczeń w ciągu swojej szkolnej przygody poznać będzie musiał piekielnie dobrze. A szczegółowa lista tytułów przedstawia się następująco:


SZKOŁA PODSTAWOWA
  • Na samym początku szkolnej edukacji, dzieci zapoznają się z unowocześnioną wersją klasycznego wiersza "Murzynek Bambo", znanego każdemu z nas. Zreformowana postać wiersza, która nosi tytuł "Afroamerykanin Bambo", została opracowana ściśle według wytycznych Komisji Europejskiej i uzgodniona z Pełnomocnikiem ds. Równego Statusu Kobiet, Mężczyzn i Kosmitów. A sam wiersz rozpoczyna się teraz słowami: "Afroamerykanin Bambo w Afryce mieszka, alternatywny kolor skóry ma ten nasz koleżka..."
  • Pierwszym poważnym spotkaniem z prozą będzie dla uczniów podstawówki opowiadanie rosyjskiego pisarza Michaiła Chlebakowa pod tytułem "Miś i Małgorzata". Pogodne przygody dziewczynki mieszkającej z rodzicami na skraju surowej syberyjskiej tundry, oraz jej ukochanego pluszaka, z pewnością zachęcą dzieci do dalszego sięgania po książki.
  • W trzeciej klasie jako lekturę obowiązkową zaplanowano utwór "Małpa w kąpieli" autorstwa pisarza ukrywającego się pod pseudonimem A.Fr, który publikuje anonimowo, wyłącznie w internecie. Utrzymane w wesołym tonie, krótkie dzieło "Małpa w kąpieli", w humorystyczny, a jednocześnie pouczający sposób przestrzeże najmłodszych przed niebezpieczeństwami wynikającymi z korzystania z poczty elektronicznej podczas zażywania kąpieli w wannie lub pod prysznicem.
  •  
  • Na starsze dzieci czeka pierwsze poważniejsze spotkanie z powieścią. Dla nich Ministerstwo proponuje znane od pokoleń i bardzo dobrze oceniane książki Alfreda Szklarsko-Porębskiego. Z dziewięciu tomów o przygodach Romka, które wyszły spod jego pióra, czwartoklasiści powinni przeczytać tom pierwszy - "Romek w krainie praszczurów", który z lekkością i pasją wprowadzi dzieci w tematykę genealogii i przybliży im, dlaczego warto - podobnie jak to czynił główny bohater - poznawać przeszłość własnej rodziny i zgłębiać tajemnice swoich przodków.
  • W piątej klasie szkoły podstawowej również zaplanowano spotkanie z dziełem wielotomowym. "Opowieści z psiarni" autorstwa C.S.I. Lewisa to już znacznie dłuższe objętościowo książki. Dlatego również w tym przypadku zalecany do przeczytania jest tylko jeden tom. I ponownie proponuje się książkę rozpoczynającą serię, a noszącą tytuł "Opowieści z psiarni - zew do księżyca i stara szarfa". Jak pewnie doskonale pamiętamy, akcja powieści toczy się w schronisku dla bezdomnych zwierząt, do którego pewnego razu trafia na wpół dziki mieszaniec, potomek wilczycy i domowego jamnika.
  • Ostatnia klasa podstawówki przeznaczona jest na zapoznanie dzieci z literaturą operującą przenośnią, aluzjami i światem przedstawionym w konwencji z pogranicza fantazji i rzeczywistości. Metaforyczne dzieło Henryka Serkiewicza pod tytułem "W budyni i w tłuszczy" nie powinno jednak znużyć nastolatków. Tym bardziej, że fabuła powieści, czerpiącej obficie inspiracje z klasycznej "Alicji w krainie garów", koncentruje się wokół miejsca znanego im codzienności - najzwyklejszej domowej kuchni. W niej to, jak wiedzą ci, którzy rzecz czytali, dochodzi do tajemniczych i niesamowitych wydarzeń, których uczestniczką jest główna bohaterka - jedenastoletnia Magda Gęśler. Pewnego dnia, pomagająca mamie w gotowaniu Magda, pada ofiarą trujących oparów wydobywających się z nadpsutego sera gorgonzola, przechowywanego w nieodpowiednich warunkach. Halucynogenne wyziewy sprawiają, że dziewczynka przenosi się w swej wyobraźni do świata, w którym potrawy nie tylko ożywają i rozmawiają z bohaterką, ale mają też swoje królestwo, z władzą, prawem i stosunkami społecznymi. Niestety, Magda trafia do ich świata akurat w przededniu wybuchu wielkiej, kuchennej rewolucji...

GIMNAZJUM
  • Na początek bardzo przyjemna lektura - "Szatyn z siódmej klasy"  Marcela Korneszyńskiego. Książka opisuje perypetie dwóch koleżanek z jednej ławki, które w tym samym czasie zakochują się w przystojnym koledze z klasy równoległej. Akcja powieści rozgrywa się w niezwykłym okresie Polski międzywojennej (co sprawia, że realia książki można omówić również na lekcjach historii), a sam kawaler będący obiektem westchnień, nie zwraca niestety uwagi na uczucia koleżanek. Jest bowiem żywo zainteresowany zagadką, w którą wciąga go nauczyciel matematyki. Intryga wiedzie do tajemniczej posiadłości na przygranicznej wsi. Nasz bohater wraz z profesorem wyruszają tam na poszukiwania wspólnego mianownika i zaginionej całki. Ich śladem potajemnie ruszają dwie zakochane w szatynie siódmoklasistki...
  • W pierwszej klasie gimnazjum uczniowie zetkną się również z poezją romantyczną, w wykonaniu - rzecz jasna - naszego wieszcza narodowego. Urzędnicy proponują utwór pt. "Alladyna", którego treść jest zaskakująco wielowątkowa. Młoda dziewczyna imieniem Grażyna znajduje w jeziorze Zmierzcheź tajemniczą lampę z wygrawerowanymi arabskimi napisami. Jednocześnie Grażyna i jej siostra Alina rywalizują o względy przystojnego dziedzica z nieodległego dworu - pana Tadeusza. Zakładają się, która z nich zbierze w ciągu jednej nocy więcej kwiatów lilii. I mimo, że Alina podstępem zamyka Grażynę w domu, nad ranem ta znajduje pod swoim łóżkiem całe naręcza lilii. Podejrzewa, że cud ten może mieć związek z tajemniczą lampą. O lampie nie ma za to pojęcia Alina, która knuje coraz to nowe intrygi przeciw siostrze, a to wykorzystując zagadkowe szkiełko i oko, a to znowu prosząc o pomoc wędrowne dziady. Tymczasem wydaje się, że sekret intrygującej lampy zna jedynie nie mniej tajemniczy zakonnik, ksiądz Robal...
  • Gimnazjum to trudny okres w życiu młodzieży. Ministerstwo proponuje zatem, aby do kanonu lektur włączyć pozycje poruszające tematy szczególnie ważne na tym etapie dorastania. Jednym z nich jest problem uzależnień, zwłaszcza uzależnień od narkotyków. W bardzo obrazowy sposób kwestie te opisuje kanadyjska pisarka Lucy Inthesky Diamonds, która - co nie jest tajemnicą - w życiu prywatnym z niejednego pieca crack brała. Fabuła jej najsłynniejszej książki pod tytułem "Ania z zielonego wzgórza", koncentruje się - jak już tytuł sugeruje - wokół walki głównej bohaterki z uzależnieniem od marihuany. Widać tu wyraźne nawiązania do innej słynnej powieści o dzieciach wciągniętych w narkotykowy koszmar ("My, dzieci z dworca Zło" autorstwa W.Berlin). Ponieważ jednak lektura "Ani z zielonego wzgórza" powinna mieć również walory pedagogiczne i umoralniające, zaleca się, aby nauczyciele omówili na lekcjach języka polskiego także kontynuację powieści Lucy I. Diamonds, czyli nie mniej znaną książkę "Ania z Avon-lea". W tym tomie główna bohaterka po przezwyciężeniu nałogu wraca do szkoły, a po lekcjach udziela się jako konsultantka dużej sieci wyrobów kosmetycznych, sprzedającej swoje produkty w sieci sprzedaży bezpośredniej.

Ciąg dalszy wkrótce nastąpi!

24. grudnia 2014, 01:05 CET, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego 

środa, 3 grudnia 2014

wydanie dwunaste, przeobrażone

Nowy miesiąc, nowy tekst i nowy, nieco czytelniejszy, wygląd. Rzeczywistość wciąż jednak ta sama.

  • Donald Tusk objął przewodnictwo w Radzie Europejskiej. Czy to ważna funkcja, czy nie - kwestia dyskusyjna. Na pewno nie tak wyjątkowa, jak by się wydawało. W Unii Europejskiej, oprócz Rady Europejskiej, istnieje również Rada Europy, oraz Rada Unii Europejskiej (a także Rada Ogólna i Rada Branżowa). A powiadają, że Kraj Rad przeszedł już do historii...
  • Tego jeszcze nie było! W wyborczą niedzielę, w programie "Dzień dobry TVN" pojawił się wróżbita Maciej we własnej osobie. I bynajmniej nie po to, aby postawić kabałę, albo okadzić studio kompozycją z cukru, kawy i cynamonu. Wróż tam gotował! Dania niczym z "MasterChefa", w dodatku na żywo i w kolorze. Czego to brak polityki nie robi z telewizją... I z widzem. Człowiek zaczyna w końcu dostrzegać, że istnieją okoliczności, w których nawet Joachim Brudziński czy Adam Szejnfeld dają się lubić.
  • Właśnie - jeszcze a'propos wyborów. Ich plagą była - oprócz awarii systemu informatycznego - ogromna liczba nieważnych głosów. Przy czym okazało się, że najmniej nieważnych głosów oddano na Podlasiu i na Mazurach, gdzie podobno zacofanie, Rosja i białe niedźwiedzie na ulicach. Za to najwięcej nieważnych głosów odnotowano w województwach wielkopolskim i lubuskim, gdzie blisko do zachodniej granicy, a ludzie ponoć tacy światli i europejscy. I bądź tu mądry i pisz gazety...
  • Rozsypywanie prochów zmarłych na przykład nad morzem albo w górach jest wbrew prawu i można za to oberwać grzywną, co się ostatnio nawet komuś przytrafiło, jak poinformowały media. Dlatego wielu ludzi prochy rozsypuje potajemnie, pod osłoną nocy, a potem - dla niepoznaki - urządzają na cmentarzu fikcyjne "pogrzeby", gdzie urna zamiast popiołów zmarłego zawiera na przykład drobno zmielony koci żwirek (autentycznie!). Ryzykowne to, trzeba przyznać. "W proch się obrócisz" - brzmi bowiem podniośle, ale "W koci żwirek..." już niekoniecznie... Vanitas vanitatum et omnes whiskas?
  • Uprowadzony kilka miesięcy temu w Republice Środkowej Afryki ksiądz Mateusz został uwolniony z rąk porywaczy. Chodzi rzecz jasna o księdza Mateusza - misjonarza, a nie księdza Mateusza z serialu. Ile jednak było z tego powodu zawałów wśród miłośniczek Artura Żmijewskiego, to wiedzą tylko lekarze z Leśnej Góry.
  • Telewizja POLSAT zdradziła swoje plany ramówkowe na nadchodzące Święta. Nie zabraknie oczywiście filmu "Kevin sam w domu". Wprawdzie porą roku, klimatem i ogólnym osadzeniem fabuły dzieło idealnie wpisuje się w święta Bożego Narodzenia, ale już pewnymi elementami akcji, zwłaszcza tym co ośmiolatek wyprawia z włamywaczami, bardziej pasuje do świąt Wielkanocnych. Gdy w roli głównej są śmierć i zmartwychwstanie.
  • Stacje telewizyjne już bodaj trzeci świąteczny sezon z rzędu katują widzów reklamą jednej z instytucji finansowych, gdzie bankierzy w melonikach wykręcają piruety, śpiewając: "Śnieg sypie i ciągle mu mało...". Interesujące, że odkąd reklamówka ta pojawiła się na wizji dwa lata temu, w Polsce praktycznie przestał padać śnieg. To jest ta słynna magia świąt?
  • Niezmiernie zdziwili się pracownicy jednej z fabryk na Dolnym Śląsku, gdy - jak doniosły media - z paczki zawierającej części zamówione we Włoszech wyskoczyły nagle trzy skorpiony. Nie wiadomo komu naraziło się szefostwo firmy, ale trzeba przyznać, że mafia zaczęła działać nieco subtelniej, chociaż bez szkody dla skuteczności.
  • Polscy projektanci mody najwyższego sznytu - Paprocki i Brzozowski, zaprezentowali nową kolekcję pod lapidarną nazwą "sex". Gdyby czynność, do której odnosi się tytuł kolekcji, była w naszym kraju równie popularna jak ciuchy panów P. i B., to przyrost naturalny nie tylko nie byłby u nas ujemny, ale nie istniałby w ogóle.
  • Z podobnej tematyki. "Rewolucji na rynku płatnej miłości prostytutki mają już po dziurki w nosie" - donosi "Newsweek". Klienci domagają się bowiem coraz częściej - zamiast seksu - pieszczot, pocałunków i psychoterapii! Świat się przewraca. Kiedyś mówiło się, że psycholog jest przyjacielem za pieniądze. Teraz prostytutka jest psychologiem za nieco mniejsze pieniądze... A może być jeszcze gorzej. Kilka stron wcześniej ten sam tygodnik informuje, że w Polsce dramatycznie zaczyna brakować wolnych łóżek na oddziałach psychiatrycznych.
  • Spółka PKP Intercity ujawniła wysokość kary, jaka czekać będzie na pasażerów nowego pociągu ExpressInterCity Premium (znanego bardziej pod ksywą "pendolino"), którzy ośmielą się wejść na pokład bez biletu. Wysokość opłaty karnej wynosić będzie równowartość najtańszego krawatu ex-ministra premium Sławomira Nowaka, czyli 650 złotych polskich. Dotarliśmy również do innych kar, przewidzianych za pomniejsze występki we flagowym pociągu polskiego rządu. Za zaśmiecanie wnętrza składu zostanie nałożony na delikwenta nakaz prac społecznych, w postaci haratania w gałę (z dzieciakami z domu dziecka). Za spożywanie na pokładzie produktów żywnościowych nie zakupionych w Warsie - nakaz zjedzenia na miejscu minimum dwóch kilogramów jabłek od polskich sadowników, a jeśli ktoś jedzie z Gdańska do Krakowa, to trzech. Wreszcie, każdy kto będzie wychylał się przez okno podczas jazdy, zostanie skrócony o głowę.
  • Głośno było niedawno o bojkocie sieci EMPiK, do jakiego nawołują niektórzy internauci, wspomagani niektórymi mediami ("Gościem Niedzielnym" czy "Frondą"), ponieważ EMPiK promują: "satanista" Adam Darski (ksywa "Nergal") i satyryk Maria Czubaszek - kobieta o nazbyt frywolnym stosunku do życia. Teraz "Fronda" wzięła się za sklepy LIDL. W ich przedświątecznych reklamach podobno zbyt wiele jest bowiem świątecznej symboliki świeckiej (choinka, prezenty, żarcie), a zbyt mało religijnej. Argumenty "Frondy" są ze wszech miar sensowne. W świątecznych reklamach TESCO Robert Makłowicz nieustannie piastuje przecież Dziecię Boże, w Carrefourze króle witają, z kolei Biedronka fruwa w aureoli i wyśpiewuje "Gloria in excelsis"...
  
3. grudnia 2014, 22:43 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

środa, 26 listopada 2014

duża czerwona książeczka

Nad "Wiadomościami" TVP pastwiłem się tutaj wielokrotnie. Trzeba jednak przyznać, że powodów do takiej czynności dostarczają one aż nadto. Dla pokolenia moich rodziców i dziadków - jedyny serwis informacyjny, dla wielu - rzecz niemal sentymentalna, ostatnio zmienia się w program iście rozrywkowy, staczając się z prędkością, której nie przewidzieli najwięksi teoretycy równi pochyłej. Z pretensjonalnych grafik, które przyprawiały o płacz i zgrzytanie zębów jeszcze kilkanaście miesięcy temu, na szczęście w pewnym stopniu zrezygnowano. Ale w przyrodzie nic nie ginie! Klasyczną czołówkę zastąpiono krótkim materiałem filmowym, zapowiadającym jedną z wiadomości. Dopiero potem jest sygnał główny, prowadzący wita się z telewidzami i... zapowiada pozostałe newsy. Czemu służyć ma ten zabieg, wie pewnie wyłącznie sam jego pomysłodawca. Dalsza zawartość "Wiadomości" jest równie przewidywalna jak scenariusz polskiej komedii romantycznej. Trochę o polityce, coś z Polski jeśli akurat się dnia tego coś ważnego nad Wisłą zadziało, obowiązkowo coś zgryźliwego o Rosji albo pochlebnego o Ukrainie (z egzaltowanym komentarzem redaktor Marii Stepan) i równie obowiązkowo (niemal w każdym wydaniu!) "wyciskacz łez", czyli minireportaż o jakiejś życiowej tragedii, najczęściej rozbitej rodziny, ubogich ludzi, tudzież ciężko chorych dzieci. A potem już tylko "michałek" (pomysł zerżnięty żywcem z "Faktów" TVN, gdzie wprowadził to swego czasu Tomasz Sianecki, a obecnie znakomicie kontynuuje Maciej Mazur). "Michałek" to news błahy, z przymrużeniem oka, na zakończenie programu. W "Wiadomościach" robi to redaktor Adam Feder, i robi to z taką swadą, że człowiek zaczyna doceniać żarty Karola Strasburgera. Bo więcej powodów do śmiechu znalazłoby się w dowolnie wybranej książce telefonicznej. Warto zauważyć wreszcie, że szef tego całego przedsięwzięcia, czyli Piotr Kraśko, ociera się już o granice autoparodii. Wiernie sekunduje mu w tym najnowszy transfer TVP - Beata Tadla. A całość okrasza muzyka polskiego króla kiczu i patosu, czyli Piotra Rubika. Po prostu cyrk na kółkach.

Cyrku jednak nigdy za wiele. Oto jest bowiem sobie pani Magdalena Wolińska-Riedi, znana również jako jedyna Polka z obywatelstwem Watykanu (przez fakt posiadania za męża członka Gwardii Szwajcarskiej). Nie mam wiedzy, czy to tej pani zamarzyło się zostać dziennikarką, czy odnalazła ją wesoła trupa Piotra Kraśko. Pewne jest natomiast, że etat w TVP pani Wolińska-Riedi otrzymała. W związku z czym od jakiegoś czasu mamy w "Wiadomościach" newsy zza murów Watykanu. Poważnie! W 20-minutowym serwisie informacyjnym co kilka dni znajduje się miejsce na fakty z życia najmniejszego państwa świata. I materiały te nie dotyczą spotkań na najwyższym szczeblu, decydujących o losach świata, które papież Franciszek z kimś być może odbywa. Bynajmniej. One zwykle przedstawiają Watykan "kulinarnie". Czyli Gwardię Szwajcarską od kuchni, letnią rezydencję w Castel Gandolfo od kuchni, papieską kuchnię od kuchni etc. No telewizja dla pensjonarek jak się patrzy!

Owszem, może to i są interesujące reportaże, ale nie powinny pojawiać się w głównym wydaniu klasycznego polskiego serwisu informacyjnego, tylko w "National Geographic TV". Podobnie jak niewątpliwie potrzebne społecznie materiały o ludzkich dramatach - miejsce większości z nich jest w "Sprawie dla Reportera" i tym podobnych audycjach, których jest na pęczki, a nie w programie, który w skondensowanej formie ma objaśniać ludziom świat.

Bo że tego nie robi, widzimy choćby po wynikach ostatnich wyborów samorządowych. Prawie 20% nieważnych głosów to nie jest raczej - jak tłumaczą "gadające głowy" - wyraz buntu elektoratu wobec klasy politycznej. Mamy uwierzyć, że wyborcom tak bardzo nie spodobali się kandydaci, że jedna piąta z nich jak jeden mąż postanowiła oddać nieważne głosy, najczęściej poprzez zakreślenie krzyżyka na każdej stronie osławionej "książeczki" wyborczej?

Bzdura. Choćby nie wiem jak niepoprawne politycznie to było, wydaje się, że przyczyną tak wielkiej ilości nieważnych głosów jest po prostu ignorancja (po polsku: niewiedza) tych 20% głosujących. Z alfabetyzmem funkcjonalnym (czyli rozumieniem tego, co się czyta) nigdy nie było u nas kolorowo, co potwierdzają rozliczne badania OECD. Poza tym wiedza na temat struktur państwowych i samorządowych również nie jest w naszym społeczeństwie kosmiczna. Nawet studenci wyższych uczelni nie odróżniają często Sejmu od Rządu, nie potrafią rozgraniczyć kompetencji Premiera i Prezydenta, o wymienieniu fundamentalnych różnic pomiędzy lewicą a prawicą już nie wspominając. W tej sytuacji 20% nieważnych głosów nie jest wynikiem wprowadzenia w błąd wyborców za pomocą podstępnej książeczki do głosowania, zamiast której powinna być rzekomo płachta wielkości prześcieradła. Te 20% nieważnych głosów jest całkiem trafną diagnozą wiedzy naszego społeczeństwa o strukturach państwa, a może również i diagnozą tego społeczeństwa inteligencji.

Bo z całym szacunkiem - jeśli ktoś w lokalu wyborczym wziął do ręki tę nieszczęsną książeczkę, na przykład do Rady Powiatu, jeśli przeczytał na górze każdej stronicy nazwę innego komitetu (czyli de facto partii politycznej), jeśli wydedukował z tego, że ma postawić krzyżyk na każdej stronie (bo w TV powiedzieli: "jeden krzyżyk na każdej karcie"), i jeśli wreszcie nie zauważył niczego dziwnego w tym, że każe mu się w ten oto sposób poprzeć jednocześnie jakiegoś kandydata z Platformy, i również jakiegoś z PiS, i zarazem z SLD, i z PSL, i kogoś od Korwina, i od Palikota, i z Nowej Lewicy, i co tam jeszcze w tej książeczce było, to całe szczęście że jego głos jest uznany za nieważny. Bo komuś takiemu strach powierzyć odpowiedzialność za dokonanie wyborów w piaskownicy, a co dopiero w gminie, powiecie czy województwie...

Ale może ktoś taki dowiedziałby się o głosowaniu, o samorządzie lokalnym, o strukturach państwa czegoś więcej. Może gdyby mówili mu to na okrągło, tłukli do głowy i nawijali na uszy, to by coś zrozumiał, zapamiętał i oddał ważny głos. Nie ma złudzeń - większość osób nie kupuje książek, nie czyta "Polityki" (a nawet jeśli czyta, to niewiele rozumie), lecz co najwyżej "Tele Tydzień", a w internecie nie przegląda stron PKW ani Fundacji Civitas, tylko "Pudelka" i "Fejsbuk". Za to mnóstwo ludzi ogląda "Wiadomości". Telewizja! Świetne medium, znakomita okazja, aby dotrzeć do milionów widzów i jak krowie na pastwisku wyłożyć na czym polega głosowanie w wyborach samorządowych. Okazja - jak dziś już wiemy - zmarnowana, bo zamiast materiału o niuansach głosowania, o tym po co właściwie te wybory, albo o tym czym się różni Rada Gminy od Rady Powiatu, owe 20% wyborców obejrzało w "Wiadomościach" "wyciskacz łez" o kolejnym ciężko chorym dziecku, oraz reportaż ukazujący, jak funkcjonuje papieska pralnia. Od kuchni.

25. listopada 2014, 01:14 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

piątek, 21 listopada 2014

wydanie jedenaste, nieprzyzwoite

Świat pędzi naprzód tak prędko, że nie nadążają za nim zarówno komputery jak i najtęższe głowy. Przyjrzyjmy się zatem, co zadziało się w ostatnich dniach.
  • Niedziela 16.listopada czarnymi zgłoskami zapisze się w historii polskiej informatyki. Tego dnia, niemal w jednej chwili, padł system sprzedaży biletów na pociągi spółki PKP Intercity (w tym na słynne ExpressInterCity Premium, znane szerzej pod ksywą "pendolino") oraz system Państwowej Komisji Wyborczej, mający w mgnieniu oka podliczyć głosy oddane w samorządowej elekcji. Całe nieszczęście miało swoją przyczynę w tym, iż chmura danych w wirtualnej przestrzeni jest już tak gęsta, że dochodzi do ich niekontrolowanego zderzania się i mieszania. Z nieoficjalnych informacji wiemy, że wszyscy którzy w wyborach oddali głos na Platformę Obywatelską, w wyniku tych niekontrolowanych wymieszań otrzymają bilet na "pendolino" do Trójmiasta. Ci, którzy oddali głos na SLD dostaną bilet do Katowic, a głosujący na Prawo i Sprawiedliwość - do stacji Włoszczowa Północ. Natomiast wszyscy, którzy faktycznie zakupili bilet na "pendolino", jednocześnie nieświadomie oddali głos na pe-es-el. I oto rozwiązała się zagadka wyborczego sukcesu ludowców.
  • W Państwową Komisję Wyborczą biją zresztą ostatnio wszystkie nieszczęścia - a to system komputerowy się zawiesi, a to drukarka złośliwie odmawia współpracy, a to wreszcie hakerzy atakują stronę internetową PKW, a rozwścieczone tłumy szturmują podwoje siedziby Komisji. Skojarzenie z plagami egipskimi jest tym bardziej uprawnione, że niektórzy jej członkowie wydają się owe plagi pamiętać ze swojej młodości.
  • Szkoda, że wydarzeń tych nie doczekała już Maria Rodziewiczówna. Pisarka ta wydała swego czasu powieść pod tytułem "Lato leśnych ludzi". Kontynuacje są w modzie, więc gdyby żyła, mogłaby pomyśleć o napisaniu "Jesieni". Jesieni trochę starszych leśnych ludzi.
  • Wprawdzie w wyborach samorządowych czeka nas jeszcze druga tura, jednak większość wyborczej gorączki mamy już za sobą. I całe szczęście. Gdzie nie spojrzeć, wszyscy owładnięci byli obsesją na punkcie diety. Socjologowie zaczęli już nawet mówić o "efekcie Chodakowskiej". 
  • Polityka jednak zupełnie nie da o sobie zapomnieć. Podobnie jak tygodnik "Polityka". Aby pismo nie popadło w prasową szarzyznę, tuż przed wyborami opublikowało badania znanego seksuologa - profesora Izdebskiego, na temat seksualnych zwyczajów wyborców Platformy, PiS-u i SLD. Nie zabrakło najpikantniejszych szczegółów, z wymiarami kluczowych części ciała włącznie. Od czasu "Życia seksualnego dzikich" - klasycznej książki Bronisława Malinowskiego, żadna publikacja o seksie nie wzbudziła w Polsce takiego zainteresowania. Chociaż z pewnością da się to wytłumaczyć. Już na pierwszy rzut oka grupy badane przez Malinowskiego i Izdebskiego właściwie się nie różnią.
  • A w dniu wyborów samorządowych - z powodu ciszy wyborczej - odwołano wszystkie krajowe zawody szachowe. Słusznie obawiano się, że dialogi graczy ("teraz twój ruch!") zostaną odebrane jako niedozwolona agitacja polityczna. Po wyborach rozgrywek nie wznowiono, a światowa federacja szachowa rozważa usunięcie Polski ze swoich struktur. Powód? Poważne naruszenie zasad klasycznej gry. Ponieważ tylko w Polsce Twój Ruch dostał szach-mat.
  • Z kolei w Opolu, jeden z kandydatów na prezydenta opracował strategię rozwoju miasta, która zakłada między innymi "utworzenie tramwaju wodnego kursującego wzdłuż Odry". Co tam druga linia metra! Co tam "pendolino"! Co tam jakieś napowietrzne koleje gondolowe! Jak facet wygra wybory, to Opole będzie pierwszym miastem na świecie, gdzie tramwaj wodny będzie poruszał się po lądzie! Na to jeszcze nawet Japończycy nie wpadli.
  • Natomiast we wrocławskim ogrodzie zoologicznym z pompą i fasonem otwarto oceanarium "Afrykarium". W okresie tzw. "długiego weekendu" do wejścia ustawiło się kilkanaście tysięcy ludzi, co oznaczało około cztery godziny oczekiwania w kolejce, na oczach zdumionych żyraf, zebr i strusi. Nowatorską linię obrało wrocławskie ZOO. Za czasów państwa Gucwińskich ludzie w ZOO oglądali zwierzęta, za obecnej dyrekcji jest odwrotnie. 
    • Po raz kolejny okazało się, że wszystko już było. Zwłaszcza w sztuce. Ostatnio było o tym, że kinowy hit "Spódnice w górę!" ma swój polski pierwowzór ("Zadzieram kiecę i lecę!"), ale na tym przecież nie koniec. Niedawny przebój sal kinowych: "Pokaż kotku, co masz w środku", również istnieje w wersji swojskiej i nosi tytuł: "Pokaż, kici, co masz w rzyci".
    • Uczestnicy kulinarnego show "Master Chef" finałowe konkurencje turnieju rozegrają na Sycylii. Pierwszą potrawą, którą tam przyrządzą, będzie koza nostra.
    • Szybkimi krokami zbliżają się Święta. W tym roku jednym z najpopularniejszych prezentów, obok - rzecz jasna - skarpetek, będzie podobno mikser planetarny. Wbrew nazwie, która sugeruje, że to element wyposażenia statku kosmicznego "Enterprise", jest to po prostu narzędzie kuchenne. Jak tak dalej pójdzie, w przyszłym roku pod choinką będzie można znaleźć miniaturowy zderzacz hadronów.
    • Pozostaje jeszcze kwestia, kto te prezenty pod choinkę dostarczy. Jedna z reklam telewizyjnych głosi, że w tym roku, w świątecznym okresie, fioletowa krowa spełnia najskrytsze marzenia. Dlaboga, święty Mikołaju! Święty Mikołaju Lapoński! Larum grają! Potwarz i kalumnia! Nieprzyjaciel w granicach! Fioletowa krowa u bram! A ty się nie zrywasz? Worka nie chwytasz? Sań nie zaprzęgasz? Na renifer nie wsiadasz? Z butelki coli nie pociągasz? Jakże to, święty Mikołaju? Co się z tobą stało...?
    21. listopada 2014, 00:41 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

    sobota, 8 listopada 2014

    wydanie dziesiąte, wyborcze

    Samorządowa elekcja zbliża się wielkimi krokami, co - niestety - znajduje swoje odzwierciedlenie w przeglądzie wydarzeń.
    • Kandydaci lokalni, których przeważnie nie stać na usługi agencji PR-owych, wyróżniają się zwykle najbardziej pomysłowymi plakatami i hasłami wyborczymi. Palmę pierwszeństwa w tej konkurencji dzierży chwilowo Wódka z PiS-u. A ściślej: Zofia Wódka z komitetu: Praca i Solidarność. Pani Zofia promuje się hasłem: "Wódka - najlepszy wybór!". Ale skoro to kobieta, to chyba wyborowa...
    • Pani Zofia startuje z nieco innego PiS-u, co nie oznacza jednak, że w tym właściwym PiS-ie nie ma wódki. Bynajmniej! Wódka była obecna na pokładzie samolotu, którym trzech posłów tej partii udało się wraz z małżonkami do Madrytu. Co więcej, okazało się, że posłowie ci pobrali z Sejmu pieniądze na podróż samochodem, a polecieli statkiem powietrznym. Arthurowi Rimbaud, który swego czasu napisał "Statek pijany", należy pogratulować zdolności profetycznych ("(...) do pstrych słupów przybiły ich Skóry Czerwone, i obnażonych wzięły na cel, wśród okrzyków").
    • Te okrzyki to między innymi głosy polityków opozycyjnych, domagających się pociągnięcia tych posłów za konsekwencje. Biorąc pod uwagę nie tak dawne przechwałki jednego z owych posłów - Adama Hofmana - na temat długości pewnych części swojego ciała, z pewnością akurat jego będzie za co pociągnąć.
    • Pozostając w temacie alkoholowym. Inny poseł, z nieco innej partii - Przemysław Wipler - rok temu z tak zwanym hakiem nadużył wody ognistej wyraźnie, po czym zaczął wygłupiać się na ulicy o czwartej nad ranem, aż wzięli się za niego policjanci. Kilka dni temu wypłynęło nagranie z kamer ulicznych, na którym widać było, że wzięli się za niego zbyt ochoczo. Komentując sprawę, ex-poseł i ex-anty-terrorysta Jerzy Dziewulski stwierdził, iż "Wipler był pijany jak stodoła". Pewnie i był, ale jeśli pan Jerzy widział kiedyś pijaną stodołę, to musiał kosztować czegoś znacznie mocniejszego niż to, czym sponiewierał się poseł Wipler.
    • Promują się nie tylko lokalni kandydaci, w rodzaju pani Wódki, ale i politycy pierwszej wody. Oto pani premier Kopacz wypuściła spot, na którym aktorzy przebrani za wybrańców narodu kłócą się przy stole. A sam stół, obfitością tego co się na nim znajduje, zawstydziłby niejedno cygańskie wesele. Góry pączków, stosy jabłek, słodkości przeróżne. I to ma być ta słynna kiełbasa wyborcza?! Wegetariańska...?
    • Jeszcze inny poseł, znany wyłącznie za sprawą swojej orientacji, czyli Robert Biedroń, kandyduje na stanowisko prezydenta Słupska. Całkiem słusznie i trafnie, bo przecież urodził się i wychował na Podkarpaciu, w Krośnie. Słupsk to również odpowiednie miejsce z tej przyczyny, że żyją tam ludzie przepełnieni tolerancją. Wszak słupski zespół koszykarski, jeden z najlepszych w kraju zresztą, nazywa się Czarni.
    • Wyborcze echa docierają nawet do kręgów kultury, i to poza granicami kraju. Właśnie opublikowano zwiastun filmu "Hobbit - Bitwa Pięciu Armii". Film do kin trafi w grudniu, ale w Polsce bitwa pięciu armii odbędzie się już w przyszłą niedzielę, 16.listopada. Wiadomo nawet, co będzie potem. Zdradził nam to ów poseł, co ma długie konsekwencje. Otóż jeśli zwycięży jedna z tych armii (ta, która od siedmiu lat jest władcą pierścienia) wtedy przyjdzie Mordor i nas zje. I bez znaczenia jest fakt, że Sauron niedawno opuścił kraj, bo został przewodniczącym Białej Rady.
    • Na szczęście nie samymi wyborami żyje człowiek. Oto nasz kraj zyskał nowy film promocyjny. Ośmiolatek opowiada w nim koledze wrażenia z wizyty w Polsce, a wrażenia te niebezpiecznie przypominają skutki przedawkowania tego, co chciałaby zalegalizować partia Janusza Palikota. Stadiony budują półnadzy mocarze, na ulicach stolicy tłuką się hordy uzbrojonych po zęby wojowników, turyści wchodzą w klapkach na Giewont, a prezesem dużej firmy jest odrażający stwór. Właściwie, bardzo się to z prawdą o naszym kraju nie mija. Więcej - można by nawet rzec, iż dokładnie tak widzą nas obcokrajowcy, gdyby nie jeden istotny szczegół: zabrakło białych niedźwiedzi.
    • W omawianym spocie jeszcze jedna kwestia zasługuje na uwagę. Na wspomnianym Giewoncie nie ma charakterystycznego krzyża! Wzbudziło to zrozumiałe emocje, zaprotestował nawet sam Leszek Miller. Tak właśnie - Leszek Miller staje w obronie krzyża. Będzie koniec świata...
    • Koniec świata grozi nam również z powodu efektu cieplarnianego i innych globalnych katastrof. Pół świata zastanawia się z tej przyczyny, jak zmniejszyć emisję dwutlenku węgla do atmosfery. Starania te zakwestionował uznany ekspert w dziedzinie - były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Który stwierdził, że dwutlenek węgla - ten rzekomo straszny i szkodliwy gaz - w istocie nie może być szkodliwy, skoro spożywamy go codziennie w pepsi czy wodzie mineralnej, więc cała walka z nim to pic na wodę mineralną i pospolite złodziejstwo. Ktoś nie tak dawno temu domagał się, żeby najważniejsi politycy przedstawiali społeczeństwu aktualne badania lekarskie. Ex-minister Ziobro dostarczył właśnie poważnych argumentów, aby oprócz tych badań politycy przedstawiali również świadectwo ukończenia podstawówki oraz zaświadczenie z poradni zdrowia psychicznego.
    • Sieć EMPiK promują nowe spoty reklamowe, w których występuje między innymi Adam Darski, ksywa: "Nergal". Ponieważ naczelnym hasłem EMPiK-u jest "Pełna kultura", należy zauważyć, że takiego rzutu kulą w płot nie było w naszym kraju od czasu, gdy Daniel Olbrychski reklamował CIF.
    • A skoro ponownie o kulturze mowa, nasza kinematografia wzbogaciła się o podbijające właśnie sale kinowe dzieło filmowe pod tytułem: "Dzień dobry, Kocham Cię". Gdyby ilość polskich filmów ze słowami "miłość" i "kocham" w tytule odzwierciedlała rzeczywistość, to już od dawna mielibyśmy nad Wisłą królestwo niebieskie...
    • Stacja telewizyjna o wdzięcznej nazwie EZO TV zyskała wschodzącą gwiazdę rodzimej astrologii. Wróżbita Zefir występuje na razie w charakterze ucznia czarnoksiężnika (czyli wróża Macieja), ale wkrótce to on może zacząć świecić najjaśniejszym blaskiem. Gdy tylko włączyłem jego program, polecił on okadzić mieszkanie miksturą złożoną z przysmażonych na patelni: cukru, kawy i cynamonu. Zabieg ten magiczny ma przyciągnąć do domu pieniądze. Niestety, wróż nie sprecyzował do czyjego domu...
    8. listopada 2014, 00:14 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego