Spocznijcie na moment mężni wojownicy i wy, piękne squaw, i posłuchajcie, albowiem przemówił ponownie Wielki Marchewkowy Mędrzec z Mar-a-Lago i zezwolił nam wejrzeć do niewyczerpanej krynicy jego mądrości...
"They [Russia] took a lot of land, and they fought for that land, and they lost a lot of soldiers (...) so they should keep it".
Czyli z simple English na nasze: Rosja zagarnęła część Ukrainy, i walczyła o te ziemie, i straciła w tych walkach wielu żołnierzy, dlatego powinna je zatrzymać.
Tako rzecze Sami-Wiecie-Kto.
Szczerze mówiąc, nie chce mi się już wyzłośliwiać nad tym gościem i ścigać się na wymyślanie kolejnych subtelnych synonimów dla epitetu "kretyn". Raz, że ile można, a dwa, że nic pożytecznego i tak to zajęcie nie przyniesie. Nie znam się na geopolityce ani na sztuce dyplomacji czy wojennych negocjacjach, nie wiem zatem jaka taktyka i strategia są właściwe, ani co się kryje za tymi wszystkimi osobliwymi deklaracjami głównego lokatora Białego Domu i czy cokolwiek więcej niż czysta, niczym nie zmącona ignorancja...
Ale znam się (trochę) na słowach, na języku, na wizerunku, na ludzkiej psychice i na logice, a z tego zestawu cech, który obserwujemy, wyłania się w tej materii obraz doskonale czarny.
Dlatego zazdroszczę równie szczerze pokładów optymizmu i dobrej woli tym (a jest takich ludzi sporo pod każdą geograficzną szerokością, również w Polsce...), którzy twierdzą, że za tym wszystkim co się w ostatnich tygodniach dzieje, kryje się jakiś chytry, przemyślny plan. I którzy nadal widzą w Sami-Wiecie-Kim męża stanu, wybitnego dyplomatę i zbawcę świata.
W facecie, który:
- Każdego dnia plecie coś innego, w zależności od tego, którą nogą wstanie z łóżka, czy kucharka odpowiednio dosmaży mu bekon, albo co podpowie mu jego Pierwszy Przyboczny (tak, ten od samochodów elektrycznych i rakiet, który od paru lat zachowuje się jak ktoś pomiędzy nabuzowanym hormonami zbuntowanym nastolatkiem a oligofrenikiem).
Jeszcze w ubiegły czwartek bowiem według Marchewkowego Mędrca to Ukraina wywołała wojnę, a dwa dni później z jego złotych, spalonych sztucznym słońcem ust, płynie wersja, że jednak Rosja... Jeszcze tydzień temu nazywał Wołodymyra Zełenskiego dyktatorem, oszustem i złodziejem, dzisiaj twierdzi już - gdy warunki dealu o rzadkich minerałach się zmieniły - że nie pamięta, by cokolwiek takiego powiedział ("Did I say that, really?") - Kreuje się na osobę, która zna się niemal na wszystkim; wypowiada się autorytarnie o lotnictwie, biznesie, polityce, wojskowości, medycynie czy fizyce atmosfery. Chociaż za źródło wiedzy, zamiast wypowiedzi ekspertów czy opracowań naukowych, bierze własne widzimisię i subiektywne przekonania, co przejawia się w tym, jak często używa frazy: "I think that...".
Przykładów są tysiące, a jeden z ostatnich pochodzi z momentu, gdy podpisywał dekret przywracający do łask plastikowe słomki do napojów, bo te papierowe - jego zdaniem - "często wybuchały" (sic!). Dodał przy tym: "I don't think that plastic's gonna affect a shark". Cóż, można byłoby poprosić go, aby udowodnił tę tezę, jedząc codziennie ilość plastiku wielkości choćby główki od szpilki, ale mam wrażenie, że akurat jemu by to w ogóle nie zaszkodziło (przynajmniej na intelekt, bo większość powszechnie stosowanych skal inteligencji nie przewiduje wyników ujemnych IQ).
A skąd wziął przykład eksplodujących słomek, wolę się nawet nie domyślać. Jeśli z autopsji, to może po prostu te rurki nie są zaprojektowane do tłoczenia płynu do wewnątrz tak pustej czaszki i wybuchają w wyniku jakiejś - nieznanej nauce - postaci osmozy? Who knows...?
- Posługuje się słownictwem na poziomie ośmiolatka, a logiką na poziomie szympansa (lub pewnego ciemnoskórego bohatera powieści Henryka Sienkiewicza). Co unaocznia chociażby przykład z początku tego tekstu. Gdyby kierować się taką pragmatyką, jaką zastosował Pomarańczowy, to wszyscy powinniśmy stąd aż po linię Wisły gadać teraz po niemiecku (bo Niemcy w 1939 roku zagarnęli te ziemie, walczyli o nie, stracili wielu żołnierzy, więc, cóż, powinni je zatrzymać, right?). Z kolei Arabowie od Osamy powinni otrzymać pięć hektarów w centrum Nowego Jorku (bo też o nie ciężko walczyli jedenastego września roku pamiętnego, i stracili paru świetnie wyszkolonych pilotów), plus osiem procent Central Parku (żeby było gdzie wypasać kozy), piętnaście procent Pentagonu i na dokładkę Tramp Tower, żeby mogli ją przerobić na minaret. Amen. Znaczy... Howgh!
Napoleon (ten pierwszy, czyli właściwy) mawiał podobno, że armia baranów, której przewodzi lew jest lepsza niż armia lwów prowadzona przez barana. Trudno powiedzieć co przyniesie przyszłość, ale wiele wskazuje niestety, że mamy teraz do czynienia z tą drugą sytuacją.
22. lutego 2025, 18:22 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego (edit: 28. lutego 2025, 16:22 CET)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz