piątek, 26 kwietnia 2024

statystyka w domu i w kamienicy

Istnieje bardzo prosty sposób, aby cyklicznie tłuc teksty reporterskie, które będą zyskiwać wysoką "klikalność" i "czytalność" w każdym medium, od "Głosu Koziej Wólki" po główną stronę Onetu. Należy cierpliwie poczekać aż Główny Urząd Statystyczny opublikuje dane o wynagrodzeniach w Polsce, w tym między innymi przeciętne miesięczne wynagrodzenie (ta wartość aktualnie wynosi ok. 8 400 zł. brutto). A potem wystarczy już tylko wyjść między ludzi, rzucić odpowiednim hasłem zawierającym owe 8 400 brutto i smakowite teksty same będą nam wpadać do dyktafonu niczym tłuste łososie do paszcz ustawionych na półkach skalnych niedźwiedzi w górnych biegach północnoamerykańskich rzek.

- "O panie, ja nie znam literalnie nikogo kto by tyle zarabiał!"

- "Łoboże, toć to jak by my razem zusammen do kupy wzięli moją wypłatę, starego robotę na czarno, dziadka rentę, kuzyna zasiłek i jeszcze dodatek na kota, to by my tyle nie uzbierali!"

- "Statystyka to jest proszę pana, że jak ja wychodzę z psem na spacer to oboje mamy średnio po trzy nogi" 

- "Bo to na pewno w największych miastach i na pracownikach korporacji te badania robili!"

Zwłaszcza zarzuty tego ostatniego gatunku powtarzają się relatywnie często, nawet w rzetelnych pismach. Że te badania to "kłamstwo", albo że były "źle robione". I właśnie one są najbardziej chybione, jako że GUS w zbieraniu danych o wynagrodzeniach posiłkuje się znacznie bardziej twardymi źródłami niż reporter radia Eska, który wychodzi z mikrofonem na bulwar w Kołobrzegu i pyta napotkanych młodych ludzi co sądzą o najnowszym singlu duetu Sarnah & Soból. Chociaż absurdalne są wszystkie te stwierdzenia, a cały worek oburzeń i zdziwień wynika z zupełnie innej przyczyny - z niezrozumienia tego, czym jest średnia (i że nie oznacza ona reprezentatywności dla jakiejś populacji, a czasami nawet wręcz przeciwnie) i z nieumiejętnego jej stosowania przez naukowców.

Współcześnie mamy bowiem jakiś przedziwny kult średniej arytmetycznej. Gdyby to zliczyć procentowo, to okazałoby się pewnie, że średnia arytmetyczna na przykład w takiej Polsce ma więcej wyznawców niż Kościół Rzymskokatolicki! Średnia ocen w szkole, średnie miesięczne wynagrodzenie, średnie oczekiwane trwanie życia, średni wiek samochodu, średni rachunek za prąd, średni iloraz inteligencji (??!!), średni dochód na członka rodziny, średnia długość penisa (analiza porównawcza wśród Latynosów, Azjatów i tych rdzennych mieszkańców Afryki, których nazwy na literę "M" już nie wolno wymawiać). 

Rozumiem, że średnia arytmetyczna jest najbardziej znaną miarą statystyczną, jak również jedną z najprostszych do policzenia, chociaż to ostatnie akurat w dobie komputerów i programów do liczenia wszystkiego nie powinno mieć decydującego znaczenia. Liczenie jednak średniej przy każdej żywej okazji jest bowiem idiotyczne i robi poznawczą krzywdę nie tylko tej konkretnej statystyce, ale statystyce jako nauce w ogóle. Ludzie - nie widząc przełożenia wyników badań statystycznych na życie codzienne, tak jak z owym przeciętnym wynagrodzeniem - tworzą potem te słynne legendy deprecjonujące ową gałąź nauki. W rodzaju tych aforyzmów przypisywanych Einsteinowi (to też ciekawa kwestia - wygląda bowiem na to, że w dobrym tonie jest każde mądrze brzmiące powiedzenie przypisać Einsteinowi), że "są trzy rodzaje kłamstw: polityka, statystyka i prognoza pogody".

A cała sprawa sprowadza się bowiem - i wiedzą to nie tylko przedstawiciele gatunku homo sapiens sapiens, ale i ich starsi bracia w ewolucji: szympansy karłowate, lepiej znane pod ksywą "bonobo" - do kwestii używania odpowiednich narzędzi. Toporne i uporczywe stosowanie średniej arytmetycznej do niemal każdego celu przypomina używanie widelca do spożywania każdej napotkanej potrawy. Niby można, tylko efekty będą różne. Z kurczakiem i pierogiem wyjdzie nieźle, z sushi czy chlebem nadal jakoś się uda, ale już z zupą, choćby i najgęstszą, niekoniecznie.

Średnia arytmetyczna to fajna statystyka, ale nie do wszystkiego się nadaje. Lub jeszcze trafniej: nadaje się dobrze do niewielu celów. A już na pewno nie nadaje się do przedstawiania danych o wynagrodzeniach w społeczeństwie. Bo średnia arytmetyczna jest miarą bardzo wrażliwą na skrajne i ekstremalne wartości

Wyobraźmy sobie kamienicę przy ulicy Statystycznej w hipotetycznym mieście Liczbark Warmiński. Jest w niej dziewięć mieszkań (po trzy na każdym piętrze), a na poddaszu mieści się luksusowy penthouse. Zamieszkany przez dyrektora finansowego w dużej spółce giełdowej, który miał taką fantazję, żeby zamieszkać w kamienicy, zamiast postawić sobie nad jeziorem neutralną klimatycznie willę z atrium, patio, romantyczną ruiną w sadzie, alpakami w ogrodzie i lwami na kolumienkach przy bramie wjazdowej. Miesięczne zarobki (na tak zwaną "rękę") mieszkańców tej kamienicy przedstawiają się następująco:
- Mieszkanie nr 1:      3 000 zł.
- Mieszkanie nr 2:      3 000 zł.
- Mieszkanie nr 3:      3 000 zł.
- Mieszkanie nr 4:      3 000 zł.
- Mieszkanie nr 5:      3 000 zł.
- Mieszkanie nr 6:      3 000 zł.
- Mieszkanie nr 7:      3 000 zł.
- Mieszkanie nr 8:      3 000 zł.
- Mieszkanie nr 9:      3 000 zł.
- Mieszkanie nr 10:  43 000 zł.

Ile wynosi średnia pensja ("na rękę") w tej kamienicy? 
7 tysięcy złotych polskich.

Ilu mieszkańców tej kamienicy widziało kiedykolwiek kwotę 7 tysięcy zł. na swoim pasku wypłaty?
To pytanie retoryczne, bo nawet nietresowany orangutan widzi, że tylko jeden.

Jaki sens ma liczenie średnich zarobków w tej kamienicy?
To też pytanie retoryczne, ale na wszelki wypadek podpowiem, że równie sensowne jest liczenie średnich zarobków gdziekolwiek. W mieście, w grupie zawodowej, w społeczeństwie. Średni arytmetyczna w każdej z tych sytuacji cierpi na to samo schorzenie - wrażliwość na ekstremalnie skrajne wartości. Które może nie pojawiają się w przypadku ocen szkolnych czy długości penisa, ale już w przypadku zarobków - jak najbardziej. I powodują, że analizy pod tytułem "średnie zarobki w Polsce" czy "przeciętne miesięczne wynagrodzenie" można bez czytania spuścić w toalecie albo przerobić na kiełbasę.

Od lat powtarzam, że znacznie pilniejsze od uczenia dzieci w szkole programowania, pisania CV, wychowania seksualnego, obywatelskiego czy jakiegoś jeszcze innego patriotycznego, są dwie inne kwestie. Jedna to pierwsza pomoc, a druga to krytyczna analiza i weryfikacja usłyszanych oraz przeczytanych informacji. Społeczeństwu bez tej właśnie umiejętności można wmówić niemal wszystko (zwłaszcza w dobie internetu), można zmanipulować je na niewyobrażalną skalę dowolną plotką, dowolną miarą statystyczną (pamiętajmy, że kalkulator statystyczny policzy nam wszystko, co mu każemy, ale znacznie ważniejszą kwestią jest odpowiedź na pytanie: po co?), czy wreszcie dowolną informacją, która jest spójna, logicznie tam wszystko wynika jedno z drugiego, wygląda "naukowo", ale jest na przykład oparta na fałszywych przesłankach. Wszystko to ukazało się ze swoim przerażającym obliczem podczas epidemii COViD-19, podczas wojny na Ukrainie, a jakby się tak szczerze rozejrzeć - ukazuje się w każdym kącie i w każdej mysiej dziurze niemal każdego dnia.

Myślenie abstrakcyjne, podstawy logiki, statystyki i ogólnej metodologii naukowej, umiejętność odróżniania korelacji od związku przyczynowo-skutkowego, krytyczna weryfikacja nie tylko źródeł, ale każdej napływającej informacji, jak również - wciąż, mimo internetu w każdej kieszeni - minimalny chociaż poziom wiedzy ogólnej to kompetencje znacznie istotniejsze niż promowane onegdaj usilnie programowanie (które za chwilę w ogromnej mierze przejmie na siebie "sztuczna inteligencja") w kontekście bycia człowiekiem świadomym i odpornym na manipulację w świecie zalewanym przez gigantyczne ilości danych, newsów i analiz. Przedmiot szkolny łączący te wszystkie zdolności (teraz podobno czynią to... lekcje matematyki, ha-ha!) widziałbym przynajmniej od początku liceum, jeśli nawet nie wcześniej.

A dlaczego podstawy statystyki? Dlatego, że statystyka to nie nikomu niepotrzebna nauka dla "jajogłowych", przekłamująca rzeczywistość, bo przecież "kto zarabia te osiem i pół tysiąca o których tam piszą w tych analizach?". Statystyka to nie piramidalne brednie o tym, że gdy człowiek wychodzi z psem na spacer, to podobno statystycznie każdy z nich ma po trzy nogi. I statystyka to nie tylko średnia arytmetyczna. W koszyku jest mnóstwo innych miar, które w danej sytuacji mogą być znacznie przydatniejsze niż średnia, trzeba tylko umieć je dobrać i z nich korzystać. Zwłaszcza, że niektóre noszą bardzo ładne nazwy, tak, że i wymowę można poćwiczyć, i w towarzystwie zabłysnąć, i z mandatu drogowego się wykpić.

Przede wszystkim jednak obywatel znający najbardziej elementarne podstawy statystyki nie zabłysnąłby przed dziennikarzem niczym posiadacz złotego zęba w ciemnym pomieszczeniu i nie skompromitowałby się stwierdzeniem, że skoro średnie (przeciętne) wynagrodzenie wynosi osiem tysiaków, to co drugi spotkany na ulicy człek powinien tyle zarabiać.
Po to właśnie statystyka, moi drodzy.

Zatem na koniec wróćmy jeszcze raz do naszej kamienicy z dziewięcioma mieszkaniami i penthousem.
Ile wynosi mediana zarobków w tej kamienicy?
3 000 złotych ("na rękę")

Ile wynosi dominanta zarobków w tej kamienicy?
3 000 złotych ("na rękę")

A na ten przykład ile wynosi mediana zarobków w Polsce?
Niewiele ponad 4200 złotych ("na rękę")

Da się?

25. kwietnia 2024, 19:49 CEST,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

piątek, 5 kwietnia 2024

gdzie nie bywać, czego nie robić

Zamknijmy na moment oczy i wyobraźmy sobie, że oto aktualny premier polskiego rządu pochodzi z innej partii niż ta, która dzierży aktualną sejmową większość. Albo - jeszcze odważniej - że ów premier reprezentuje zupełnie inne ugrupowanie niż wszyscy jego ministrowie. Absurd! - powiecie. Chaos byłby - powiecie - przy którym to, co dzieje się w obecnym parlamencie to godzinka cichej adoracji w zgromadzeniu klauzurowym.

I słusznie. A teraz otwórzcie oczy i zmierzcie się ze świadomością, że za identycznym absurdem, chociaż nie w stolicy a na szczeblu lokalnym, od kilkunastu lat podnosicie łapki i wrzucacie kartki do urny wyborczej. I że tak samo postąpicie w najbliższą niedzielę.

Bo czymże są bezpośrednie wybory na Wójta/Burmistrza/Prezydenta Miasta niż właśnie proszeniem się o gigantyczny bajzel na szczytach władzy miejsko-gminnej? Wiem, w samorządzie lokalnym nie obowiązuje klasyczny trójpodział władzy i o ile Wójt/Burmistrz jest odpowiednikiem władzy wykonawczej, tak Rada Gminy/Miasta nie do końca jest ciałem ustawodawczym. Niemniej jednak, metafora z pierwszego akapitu ma całkiem sporą dozę trafności. Bo naprawdę, nie trzeba daleko szukać przykładów, gdzie Wójtem czy Burmistrzem zostaje popularny w lokalnym środowisku działacz czy polityk, ale już większość w Radzie tej samej Gminy czy Miasta - dzięki tym samym wyborom! - zdobywa jego polityczna konkurencja. Nie trzeba daleko szukać sytuacji, gdy taki burmistrz użera się przez całą kadencję z wrogą mu Radą. Albo gdy złożona z obrotnych społeczników, lokalnych aktywistów Rada ściera się z nieprzychylnym jej burmistrzem z politycznego nadania, który torpeduje wszystkie pomysły społeczników i rzuca im pod nogi przysłowiowe kawałki drewna.

W latach 90-tych XX wieku nie było tego problemu. W wyborach samorządowych  na szczeblu gminnym wybierało się jedynie Radę Gminy/Miasta. Dopiero potem ta Rada, większością głosów, wybierała Wójta/Burmistrza, trochę podobnie jak to się dzieje obecnie na przykład z Marszałkiem Sejmu. Czasami był to kandydat kompromisowy, czasami - z politycznego środowiska, które większość w Radzie dzierżyło. Było to w każdym razie znacznie mniejsze zło (bo obydwa organy ciągnęły wózek w tym samym kierunku, a jeśli był to kierunek zły - wymieniało się władzę przy kolejnych wyborach) niż to, co mamy obecnie, czyli Urzędy Gmin i Miast będące przez całą kadencję polem zażartej bitwy pomiędzy wrogimi sobie Wójtem/Burmistrzem a Radą. Zwłaszcza w czasach, gdy obowiązuje tabloidowo-soszalmidjowy styl prowadzenia polityki. Uszczypliwe populistyczne hasła, przerzucanie się tępymi argumentami na Twitterach i Fejsbukach, podkładanie sobie świń, epitety na poziomie wczesnego gimnazjum...

Dlaczego zatem zmieniono to, co w latach 90-tych działało dobrze i wprowadzono ten absurdalny system wyborów bezpośrednich na Wójtów/Burmistrzów/Prezydentów Miast? Pewnie niemal każdy z Was się domyśla, tymczasem - co interesujące - nie domyślają się niektórzy kształceni ludzie. Oto w dzisiejszej "Wyborczej" pani znana jako "Babka od Histy", "najpopularniejsza nauczycielka w Polsce i kobieca aktywistka" wyraża bezbrzeżne zdumienie, że od lat w Polsce najwyższą frekwencję obserwuje się w tych wyborach, gdzie idzie o urząd z najmniejszą realną władzą, czyli w wyborach na Prezydenta RP. Toż przecież - przywołując przykład używany przez mojego śp. Profesora - nawet nietresowany orangutan to wie, że wybory prezydenckie są najłatwiejsze "do zrozumienia" dla większości społeczeństwa i dlatego mają najwyższą frekwencję. Jest dziesięciu kandydatów z twarzy i nazwiska, stawia się krzyżyk przy jednym wybranym, kto zdobędzie najwięcej głosów w skali kraju - wygrywa. Proste jak sms-owe głosowanie w talent show.

Tymczasem wybory samorządowe są - dla kontrastu - najtrudniejsze. Ordynacja jest zawiła i bez istnienia powiatów, a odkąd wprowadzono ten bezsensowny twór - zawiła jest do sześcianu. Czy wiecie na przykład, że na samym tylko poziomie wyborów do rad gmin obowiązuje albo ordynacja większościowa albo proporcjonalna w zależności od wielkości gminy? A większość społeczeństwa nie potrafi wskazać podstawowej różnicy pomiędzy tymi dwoma systemami wyłaniania przedstawicieli w wyborach, więc co dopiero wyłapywać jakieś niuanse. 

Dlatego zdecydowano się "przybliżyć" wyborcom wybory samorządowe i wprowadzono wybory bezpośrednie na Wójtów/Burmistrzów i Prezydentów, żeby większość głosujących cokolwiek z tego cyrku rozumiała. Należałoby tylko złośliwie zapytać, dlaczego zatrzymano się w pół kroku i dlaczego nie wprowadzono bezpośrednich wyborów również na Starostów czy Marszałków Województw...

Diagnoza jest okrutna, ale w dużej mierze trafna. Ludzie nie interesują się polityką i jej nie rozumieją (ochoczo relacjonowane w mediach brawurowe kłótnie z sejmowej mównicy o aborcję czy "zamach smoleński", z których potem powstają memy i rolki, to nie polityka a jakaś jej tabloidowa, patologiczna deformacja). Nie mają też podstawowej wiedzy o strukturze mechanizmów państwa i jego funkcjonowaniu. Wielu nie odróżnia Sejmu od Rządu, Wojewody od Marszałka Województwa, czy procenta od punktu procentowego, a jednocześnie każe im się uczestniczyć w "demokratycznych mechanizmach", bo to "patriotyczny i obywatelski obowiązek". Idą więc i głosują. Na frazesy, na twarze, na obietnice bez pokrycia, na partyjne szyldy.  

I potem rodzą się też takie kwiatki, jak w wyborach samorządowych dokładnie dziesięć lat temu, gdy blisko 20 procent głosów uznano za nieważne z powodu właśnie elementarnego niezrozumienia mechanizmu głosowania. Karta w głosowaniu miała postać kilku spiętych ze sobą zszywką kartek formatu A4 (każdy komitet na osobnej), gdyż gdyby chcieć wszystkich kandydatów wydrukować na jednej stronie, to arkusz miałby wielkość małego prześcieradła. Niestety, w przedwyborczych instruktażach jak mantrę powtarzano zalecenie: "jeden krzyżyk na każdej karcie" (chodziło o karty: do rad gmin, rad powiatu, sejmików i na wójta/burmistrza). Efekt był łatwy do przewidzenia, ale chociaż dzięki tej sytuacji napisałem wówczas jeden z moich bardziej udanych tekstów z zakresu komentowania rzeczywistości:

"Jeśli ktoś w lokalu wyborczym wziął do ręki tę nieszczęsną wyborczą "książeczkę", na przykład do Rady Powiatu, jeśli przeczytał na górze każdej stronicy nazwę innego komitetu (czyli de facto partii politycznej), jeśli wydedukował z tego, że ma postawić krzyżyk na każdej stronie (bo w TV powiedzieli: "jeden krzyżyk na każdej KARCIE"), i jeśli wreszcie nie zauważył niczego dziwnego w tym, że każe mu się w ten oto sposób poprzeć JEDNOCZEŚNIE jakiegoś kandydata z Platformy, i również jakiegoś z PiS, i zarazem z SLD, i z PSL, i kogoś od Korwina, i od Palikota, i z Nowej Lewicy, i co tam jeszcze w tej książeczce było, to CAŁE SZCZĘŚCIE, ŻE JEGO GŁOS JEST UZNANY ZA NIEWAŻNY. Bo komuś takiemu strach powierzyć odpowiedzialność za dokonanie wyborów w piaskownicy, a co dopiero w gminie, powiecie czy województwie..."

Zresztą, po co szukać przykładów w przeszłości. Zapytajcie sami siebie i sprawdźcie czy potraficie udzielić odpowiedzi na podstawowe pytania dotyczące samorządu lokalnego. Szczerze, czyli z głowy, bez pytania wujka Google, cioci Wikipedii, kuzyna politologa ani kuzynki Sztucznej Inteligencji czy kota GPT.
- jaka jest różnica między Marszałkiem Województwa a Wojewodą?
- jaka jest różnica między Starostą a Wójtem?
- jaka jest różnica między powiatem ziemskim a grodzkim?
- czy w miastach na prawach powiatu jest Rada Miasta czy Rada Powiatu?
I wreszcie koronne pytanie:
- wymień chociaż dwie kompetencje należące do Gminy i dwie należące do Powiatu 

Jeśli potraficie odpowiedzieć na to ostatnie, wówczas możecie z czystym sumieniem sięgnąć do barku po jakiegoś szampana i przed lustrem skopiować słynną stopklatkę z filmu "Wielki Gatsby" (tę z Leonardo DiCaprio trzymającym lampkę czegoś wysokoprocentowego).

A jeśli nie potraficie, to nie przejmujcie się. Nie ma obowiązku tego wiedzieć, jeśli się nie chce. Nikomu to do szczęścia niepotrzebne. Tylko nie ma też wówczas co ukrywać, że jesteśmy przekonywani do udziału w czymś, o czym większość biorących udział nie ma kolorowego pojęcia, a to - jak się obecnie mówi - trochę "słabo". Przybliżenie samorządu terytorialnego wyborcom można było zrobić na tysiąc sposobów, zaczynając choćby od uproszczenia jego struktury i likwidacji tych nieszczęsnych powiatów. Od uporządkowania kompetencji. Od edukacji i pracy od podstaw. A nie od pudrowania trupa poprzez wprowadzenie talent show, czyli bezpośrednich wyborów na Wójtów/Burmistrzów. I powtarzania aż do wyrzygania tych prymitywnych sloganów, że "w tych wyborach chodzi o to, czy na naszym osiedlu nie będzie dziur w chodnikach i zepsutych latarni" i że "tylko ten kto głosuje, ma potem prawo narzekać".

Oczywiście, że będzie narzekać. Zwłaszcza, gdy wybierze Burmistrza i Radę Miasta z przeciwstawnych obozów politycznych. I oni potem całą kadencję będą się obrzucać werbalnym gnojem i przebijać się złośliwościami na łamach lokalnych mediów zamiast robić coś konkretnego w sprawie tych latarni i dziur w chodnikach. A ten nieszczęsny narzekający wyborca (narzekający, bo przecież zagłosował) nadal nie będzie miał świadomości, że sam pośrednio do takiej sytuacji przyłożył rękę.

Ja jestem przeciw tabloidyzacji i prymitywizacji polityki. Dlatego w bezpośrednich wyborach na Wójta/Burmistrza/Prezydenta Miasta oddaję nieważny głos. I tak samo zrobię w najbliższą niedzielę.

5. kwietnia 2024, 19:01 CEST,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

poniedziałek, 1 kwietnia 2024

natura to bzdura

Naturalne jest modne. Nie tylko wśród naturopatów, naturoterapeutów (o ile te dwie kategorie czymkolwiek się różnią...) czy tzw. "miłośników zdrowego stylu życia". W ostatnich latach przekonanie, że to co naturalne jest zdrowsze, lepsze i bardziej wartościowe niż to, co sztuczne, chemiczne i syntetyczne pokutuje bardziej niż swego czasu niejaki Henryk IV w okolicach Canossy. Ale jak to z każdym przekonaniem bywa, to również jest wybiórcze i w zderzeniu z heurystykami przegrywa, bo przegrać musi. Z heurystykami jeszcze nikt nie wygrał (i to właśnie dlatego psychologia jest królową nauk, o!)

Co do tak zwanej "zmiany czasu", nikt już nie ma raczej wątpliwości, że ta procedura jest idiotyczna. I o ile sto lat temu miała jeszcze jakieś pozory sensowności, tak współcześnie nie ma już żadnych. Co natomiast interesujące w kontekście tematyki tego tekstu to fakt, że w trakcie dyskusji o rezygnacji z przestawiania wskazówek zegara dwa razy w roku pojawił się pomysł, że kraje członkowskie Unii Europejskiej będą sobie mogły... wybrać, czy na stałe pozostać przy "czasie zimowym" czy "czasie letnim". Nie wgłębiałem się jak by to miało wyglądać w praktyce. Czy zasada: jeden kraj - jeden głos, czy ogólnokontynentalne referendum powszechne. I czy w rezultacie zwycięska koncepcja obowiązywałaby na terenie całej Unii, czy każdy kraj mógłby sobie ustalić wersję dla siebie, zgodnie z decyzją swoich obywateli. W tym drugim przypadku byłoby przezabawnie, gdyby np. Polska i Austria wybrały czas "letni", a Czechy i Słowenia - "zimowy". Wtedy jadąc z Polski na Bałkany klasyczną trasą przez Brno i Wiedeń trzeba by na każdej granicy przestawiać zegarki! 

A nie wgłębiałem się, gdyż to kolejny sztuczny dylemat. Bo de facto nie ma czegoś takiego jak "czas zimowy" i "czas letni". Jest czas prawidłowy, właściwy dla naszej strefy czasowej (to ten, który mamy od końca października do końca marca), czyli właśnie naturalny. (Albo, jak mawiała moja śp. Ciotka: "według słońca"). I jest czas sztuczny, wprowadzany na miesiące wiosenne i letnie dla potencjalnej oszczędności światła dziennego. A to czas nienaturalny. 

I właściwie nie byłoby o czym dyskutować, ale gdy przeprowadzano wszelkie sondy uliczne w tej kwestii, ludzie gremialnie optowali za... czasem nienaturalnym (czyli żeby pozostać na stałe przy "letnim"). Żeby było dłużej jasno... Cóż, jest taka malownicza koncepcja zbyt krótkiej kołdry, ale większości społeczeństwa raczej nieznana. Bo wydaje się, że ludzie są przekonani, iż czas jest z gumy i jeśli demokratycznie zdecydujemy się na czas letni, to nagle wszystko będzie tak jak do tej pory plus to, że dni będą o tę godzinę dłuższe również zimą. A tak se ne da, jak podobno mawiają Czesi. Owszem, będzie zimą się robić ciemno nie po piętnastej tylko po szesnastej. Ale też wschód słońca będzie o godzinę później, czyli w grudniu, zwłaszcza w pochmurne dni (a o takie w grudniu nietrudno) jasno na zewnątrz będzie się robić dopiero około dziesiątej rano. Heurystyka działa zatem w ten sposób, że nieco głębiej ukryte wady jakiegoś zjawiska są przesłonięte przez łatwo widoczne korzyści, które wysuwają się na pierwszy plan.

Podobnie jest z inną kwestią, którą obserwujemy w ostatnich dniach. Oto pieją sprawozdawcy radiowi, prezenterzy telewizyjni, goście w telewizjach śniadaniowych i przypadkowo napotkani przechodnie w sondach ulicznych, jaką to fantastyczną pogodę mamy na tegoroczne Święta Wielkanocne. Chyba tylko w jednej audycji przewinęła się jakaś tonująca entuzjazm przestroga. A przecież ta pogoda nie jest fantastyczna, tylko przerażająca. I na pewno nie jest naturalna. Jeśli w marcu jest +25 stopni na termometrze, to ile będzie w lipcu? I jakich jeszcze dowodów potrzeba tym, którzy uporczywie twierdzą, że "całe to globalne ocieplenie" to wymysł Unii Europejskiej, koncernów, Grety Thunberg i - tradycyjnie - George'a Sorosa (nie wiem kim teraz straszy się małe dzieci, ale dorosłych ludzi od lat straszy się najskuteczniej tym starszym panem).

I ponownie działa heurystyka, zgodnie z którą na pierwszym planie są korzyści. Skoro się klimat ociepla, to w zimie zaoszczędzimy na ogrzewaniu, Bałtyk się ogrzeje i pobudujemy tam kurorty, a wtedy cała Europa będzie przyjeżdżać do Łeby i Pobierowa, a nie do Sharm-el-Sheikh. Aha, no i na Mazurach będą rosły kokosy i ananasy, a Polska zostanie światową potęgą w eksporcie cytrusów. Te atrakcje już widzimy oczyma wyobraźni, ale trzeba sięgnąć głębiej do mózgu i przypomnieć sobie coś z lekcji fizyki, biologii i geografii (o ile się na nich uważało), żeby przestało być tak kolorowo. 

Bo jeśli się klimat ociepli tak bardzo, jak do tego zmierza, to z tego co zaoszczędzimy na ogrzewaniu zimą nic nie zostanie, bo wydamy to (i jeszcze dołożymy) na klimatyzację w lecie. O ile w ogóle będzie ona dostępna i nie wyschną rzeki, które są niezbędne do chłodzenia elektrowni. Bałtyk, jeśli się ogrzeje, to bardziej będzie przypominać Morze Martwe niż Adriatyk czy Morze Czerwone. I to z grubą, zieloną kołderką zakwitu sinic plus aromatyczne, słonawe bukiety (coś jak Odra rocznik 2022 tylko bardziej), bo taka temperatura (skutkująca wieloma niekorzystnymi procesami w wodzie) jest dla naszego morza i całego jego ekosystemu nienaturalna

Wreszcie te ananasy... Żeby rosły rośliny tropikalne, nie wystarczy sam wzrost temperatury. Potrzebny jest jeszcze szereg innych czynników (odpowiednia gleba, suma i regularność opadów, wilgotność powietrza etc.). W naszej strefie klimatycznej wyższa temperatura jest nienaturalna, wysusza powietrze i wysusza glebę. Poza tym (do tego trzeba było bardziej pilnie uczyć się geografii i fizyki, zwłaszcza tej drugiej) ilość wody na Ziemi jest stała od początku istnienia naszej planety. Zmienia się tylko częstotliwość jest spadania w postaci deszczu. Im wyższa temperatura, tym większa ilość energii pod kopułą ziemską. Im większa ilość energii, tym bardziej gwałtowne zjawiska pogodowe. Nawałnice, burze, powodzie. Zamiast regularnych, systematycznych, spokojnych opadów deszczu, mamy krótkotrwałe oberwania chmury, gdzie spada tyle wody, że ziemia nie potrafi jej przyjąć i szybko spływa ona do morza. W ten sposób Polska nawet nie stepowieje (bo tak działo się w latach 90-tych XX wieku), ale teraz już po prostu pustynnieje. A że na pustyni (poza oazami) nie rosną nie tylko ananasy, ale w ogóle nic, to wiedza raczej powszechna i dostępna nawet dla tych, którzy na lekcjach geografii kompulsywnie rysowali penisy na ostatniej kartce swojego zeszytu.

Ani permanentny "czas letni" (chociaż dla wielu fajny, bo jest dłużej jasno) nie jest naturalny dla naszego organizmu, ani +26 Celsjusza pod koniec marca nie jest naturalne dla naszej strefy klimatycznej. A jednak wielu z tych, którzy na co dzień mają usta pełne frazesów o tym, że naturalne jest lepsze, gorąco podnoszą łapki za obydwoma tymi zjawiskami. To jak z tą naturą? Naturalne jest lepsze tylko wtedy, kiedy nam wygodnie?

31. marca 2024, 21:05 CEST,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

czwartek, 29 lutego 2024

kij w mrowisko

Jest pewna kategoria ludzi, od których zaczynają się wszelkie serwisy informacyjne na przestrzeni ostatnich kilku tygodni. I nie są to Rosjanie, nie Ukraińcy, ani nawet nie politycy. Ale nie są to też rolnicy. 

Bo niskotowarowi rolnicy już praktycznie w Polsce wyginęli, a stało się tak za przyczyną funkcji decyzji wszystkich rządów ostatnich trzydziestu lat, rozporządzeń unijnych i cywilizacyjnych przemian w skali makro. Rolników nie stać byłoby, żeby kupić sobie ciągnik za 150 czy 200 tysięcy polskich złotych (a na tych protestach, gdzie solidarnie wysyła się Tuska, Unię i Ukrainę do ostatniego diabła, widać praktycznie tylko takie maszyny), zresztą dla niskotowarowego rolnika, który obrabia swoje 30 hektarów taka maszyna jest w każdej mierze niepotrzebna. Bo to trochę tak, jakby wynajmować TIR-a, żeby przewieźć telewizor do teściowej, która mieszka trzy ulice dalej.

Każdą poważną dyskusję dobrze jest zacząć od ścisłego zdefiniowania pojęć. Dlatego warto podkreślić, że ci, którzy od paru tygodni "traktorami drogi grodzą", jak onegdaj śpiewał z Pudelsami Maleńczuk, to nie są żadni rolnicy. Tekst tej piosenki miał bowiem swój dalszy ciąg: "traktorami drogi grodzi, owce na manowce wodzi" (chodziło, rzecz jasna, o śp. Andrzeja Leppera). A zwiedzionymi owieczkami może być w tej metaforze społeczeństwo, w którego odczuciu na ulicach protestują przymierający głodem chłopi, których nie stać na paszę dla swoich pięciu świnek i trzech krówek, więc należy im współczuć i popierać. Gdy tak naprawdę protestujący to nie biedni rolnicy, a farmerzy, producenci żywności. Agrarni biznesmeni obracający dziesiątkami, a nawet setkami tysięcy złotych w skali miesiąca. Miło jest o tym przypomnieć, aby wypuścić trochę pary z kotła społecznego poparcia dla tego protestu, który to kocioł ochoczo podgrzewają liderzy protestów.

Dobrze też przypomnieć, że żywność, tak jak i kapitał, nie ma narodowości (ściśle rzecz biorąc, obiektywnie nie ma jej również człowiek...), a nawet państwowości. Ot, przecież taki Wedel (własność japońsko-koreańskiego koncernu Lotte) jest polski czy jednak koreański? A legendarne Pudliszki, wchodzące w skład amerykańskiej grupy Heinz, którą niedawno przejął słynny multimiliarder Warren Buffet? Może 40-50 lat temu niektóre państwa były w jakimś sensie samowystarczalne, mogły wytwarzać "od pola do stołu", korzystając wyłącznie z własnych środków produkcji. Współcześnie, w dobie totalnej globalizacji, to niemożliwe

Dlatego nie ma żadnego sensu budowanie demagogicznych dychotomii, że "nasze, polskie to dobre i smaczne, a zagraniczne to złe, niedobre i trujące". Świat nie jest czarno-biały, a takie ostre podziały są nie do utrzymania. Dwa tygodnie temu małżeństwo spod Rzeszowa swojskimi nóżkami w galarecie, produkowanymi w stu procentach w Polsce, wyprawiło jedną osobę do Krainy Wiecznych Łowów i prawie ukatrupiło dwie kolejne.
 
A tak zwany "patriotyzm zakupowy" również nie tylko nie ma sensu, ale jest wręcz wewnętrznie sprzeczny. I pokazuje wyłącznie, jak można się zbłaźnić próbując na większą skalę ożenić z wolnym rynkiem jakiekolwiek inne niż ekonomiczne mechanizmy. Oto nie tylko przedstawiciele niedawno strąconej z urzędu władzy centralnej cieszyli się jak dzieci, że koncern Orlen rozwija się i podbija kolejne rynki: czeski, niemiecki czy litewski. Ale przecież ci sami ludzie podkreślają jednocześnie konieczność "patriotycznych" wyborów podczas dokonywania zakupów (w praktyce: Polak powinien kupować polskie produkty, Niemiec - niemieckie, Holender - holenderskie etc.). Gdyby to jednak wcielić w życie w stanie idealnym, ów Orlen nie mógłby się rozwijać za granicą (podobnie jak żadna inna firma poza granicami swojego własnego państwa), bo Litwin kupowałby paliwo litewskie, Niemiec - niemieckie, a Czech - czeskie, zamiast polskiego-orleńskiego.
 
Nic w życiu nie jest za darmo (kiedyś się mówiło, że za darmo to można tylko dostać w mordę, ale patrząc na to jaki interes robią ostatnio profesjonalne Dominy, nawet to stwierdzenie jest już przejrzałe) i nie jest to wyłącznie ekonomiczna reguła, ale jedna z najogólniejszych prawd na tym świecie. Odbijając zatem farmerom populistyczną piłeczkę: Unia Europejska była dobra i fajna, gdy dawała dotacje, dopłaty i niskooprocentowane pożyczki. I gdy się za nie kupowało maszyny rolnicze, o wartości kawalerki w Gdańsku każda. A teraz jest zła, bo coś chce w zamian, nakłada jakieś ograniczenia. A może to po prostu wyzerowanie rachunku? Nikt nie wpadł na to, że to kiedyś nastąpi?
 
A eksport polskich jabłek? Gdy ładnych kilka lat temu wielkorządca Putin zamknął dla nich rosyjski rynek, był płacz, zgrzytanie zębów i ogólnokrajowe kampanie społeczne, żeby jeść rodzime jabłka pod każdą postacią, bo inaczej to wszystko zgnije, odkąd paskudni Rosjanie już nie chcą ich kupować. Ale że reguła Kalego ma się wciąż dobrze, to chociaż inne kraje nie mają moralnego prawa zamykać się na naszą żywność, Polska może żądać zatrzymania eksportu do kraju nad Wisłą żywności z dowolnego państwa, pod dowolnym pozorem.
 
Zresztą, to wszystko i tak niczego nie zmieni. Panowie farmerzy mogli w Warszawie na Wiejskiej i pod KPRM palić tę słomę, wysypywać ziarno i wylewać gnojowicę, zamiast na zjeździe z S11 na DK92. Bo tak to żadnemu politykowi grosz z głowy nie spadł, nie spędzili w korku ani minuty. Ucierpieli za to niewinni ludzie, którzy w minionych tygodniach wracali z pracy do domu dwie godziny zamiast 30 minut (jak niżej podpisany).
 
Fatalnej jakości importowana żywność jest prawdziwym problemem. Chociaż w Polsce też by się znalazła żywność fatalnej jakości, więc nie twórzmy wrażenia, że u nas produkuje się czyste złoto, a wszystko co powstaje za Bugiem czy Odrą nadaje się tylko do ścieku. Wiele zależy od aktualnie stosowanych norm jakości. Polski rolnik z lat 70-tych XX wieku nie wziąłby dzisiejszej polskiej żywności do ust, tak drastycznie obniżone zostały poprzeczki tych norm na przestrzeni ostatnich dekad. Co jednak jest w pierwszej kolejności warte podkreślenia, i to wężykiem, to fakt, że protestujący farmerzy nie są altruistami, i nie podejmują tych wyrzeczeń dla dobra społeczeństwa, żeby ochronić swoich rodaków przed zalewem groźnej dla zdrowia zagranicznej żywności. Farmerzy protestują w obronie swoich interesów. Gdyby import ukraińskich, czy jakichkolwiek innych, płodów rolnych (choćby i tak samo złej jakości), nie zagrażał ich biznesom, nie kiwnęliby nawet palcem "w obronie zdrowia Polaków". A jeśli ktoś wierzy, że jednak kiwnęliby, jest tak samo naiwny jak ci nieszczęśnicy, którzy nabierają się na oszustwo ze strony "amerykańskiego wojskowego" czy "nigeryjskiego generała".
 
Dlatego nie jest prawdą, że każdy Polak popiera protest "rolników". Ja nie.

29. lutego 2024, 19:20 CET,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

piątek, 9 lutego 2024

zmierzch bogów

Pamiętacie jeszcze co się robiło, gdy jakieś piętnaście-dwadzieścia lat temu spodobała się nam piosenka, co do której nie znaliśmy tytułu ani wykonawcy? Najpierw trzeba było się pilnie wsłuchać, postarać się jak najwierniej zapamiętać charakterystyczny fragment tekstu, najlepiej refrenu, potem wpisać ten fragment w wyszukiwarkę internetową i z uzyskanych wyników dopasować ten, który wydawał nam się najbardziej pasujący, a następnie ocenić czy to jest to samo, co słyszeliśmy wcześniej. Jak wiele umiejętności umysłowych i procesów poznawczych angażowało to zajęcie - trudno jednoznacznie ocenić, ale stawiam dolary do orzechów, że na rezonansie magnetycznym mózg świeciłby się jak choinka przed Rockefeller Center. Słuch, pamięć krótkotrwała, pamięć długotrwała, zdolności językowe (bo zwykle chodziło o piosenkę po angielsku), percepcja, uwaga, przeszukiwanie...

W 2024 roku mamy do tego samego celu aplikację Shazam. Jak wiele umiejętności wymaga jej użycie? Otóż wystarczy nacisnąć palcem wskazującym w odpowiednim miejscu ekranu smartfona. Czynność z którą - że tak posłużę się charakterystycznym przykładem używanym przez mojego świętej pamięci Profesora - poradziłby sobie nietresowany orangutan.

Początek kalendarzowego roku to okres, gdy w pewnych szacownych kręgach lingwistycznych wybiera się tak zwane Słowo Roku. A nawet słowa, bo wybiera się Słowo Młodzieżowe, Nowe, Ogólne itp. Celowość tej elekcji to temat na odrębną dyskusję, tu chciałbym tylko przypomnieć, że chociaż głosami internautów za Słowo Roku 2023 uznano... "wybory" (statystyczne zbieganie do rozkładu normalnego w miarę wzrostu liczebności próby jest okrutne...), ale na szczęście resztki honoru tego osobliwego plebiscytu uratowała kapituła językoznawców i swoje wyróżnienie przyznało zbitce słów: "SZTUCZNA INTELIGENCJA".
 Ze wszech miar słusznie, bo to właśnie o sztucznej inteligencji mówiło się przez ubiegły rok sporo i podniośle. W tonach ekstatycznych, alarmistycznych, katastroficznych i patetycznych (zwłaszcza wtedy, gdy kogoś naszło na myślowy ślinotok o największym przełomie w historii ludzkości). Wspólny mianownik wielu tych dyskusji sprowadzał się jednak do nieuchronnego zagrożenia ze strony owej sztucznej inteligencji. I owszem, nie da się ignorować faktu, że nowe technologie oparte na sztucznej inteligencji wkrótce wkroczą ochoczo w nasze codzienne życie, a nawet wyraźnie zredukują zatrudnienie w wielu zawodach. Tego nie da się uniknąć w świecie, w którym rachunek ekonomiczny jest i z pewnością będzie dominującym czynnikiem podejmowania decyzji biznesowych.

Jest jednak jeszcze inna grupa zagrożeń ze strony sztucznej inteligencji, z którymi - według tych alarmistycznych tonów - będziemy musieli się zmierzyć. Tonów, które prognozują, że AI urośnie tak bardzo, iż wymknie się spod kontroli człowieka, a następnie go zdominuje i sprowadzi do roli podrzędnego gatunku, zacznie uciskać i wykorzystywać do niewolniczej pracy, albo i fizycznie eksterminować. Scenariusze jak z "Matrixa" lub z kultowego odcinka "Z Archiwum X" ("Ghost in the Machine") mnożą się jak króliki po viagrze, gdy tymczasem pośród owej paniki zapominamy, że zagrożenie tego typu sprowadzamy na siebie sami i to wcale nie w tajnych laboratoriach pracując nad udoskonalaniem sztucznej inteligencji, ale we własnym domu i we własnym codziennym życiu.

Gdy przyjdzie przesyłka do paczkomatu, jak wielu z Was otwiera jeszcze skrytkę wpisując palcem kod na ekranie urządzenia? A jak wielu używa wyłącznie aplikacji, aby otworzyć skrytkę zdalnie (zwłaszcza, że w niektórych automatach paczkowych da się już tylko w ten sposób...)? Bo nie podejrzewam nawet, że ktoś postępuje jeszcze tak nieprzyzwoicie jak ja i nie tylko otwiera tradycyjnie, ale dodatkowo nie wklepuje kodu patrząc w SMS, tylko zapamiętuje go wcześniej i wpisuje z pamięci...

A jak wielu z Was opiera się pokusie użycia Shazam, gdy słyszycie zagraniczną piosenkę w radiu, a nie znacie tytułu? Kto jeszcze korzysta choćby sporadycznie z klasycznych rozkładów jazdy komunikacji miejskiej, tych na przystankach czy w internecie, a kto już wyłącznie z "JakDojadę" i podobnych aplikacji? Jak wielu z Was liczy w pamięci jakieś codzienne operacje matematyczne zamiast za każdym razem wyciągać kalkulator? (z faktu, że z otrzymanych wyrazów zdziwienia, iż w pamięci mnożę dwucyfrowe liczby przez siebie mógłbym ułożyć schody do nieba zgaduję, że niewielu).

Nie, to nie będzie tekst trącący łańcuszkami podawanymi sobie przez internautów w wieku od Chrystusowego wzwyż, jak to Kiedyś-Było-Lepiej, bo dzieci od rana do nocy bawiły się na świeżym powietrzu, jadły jeżyny prosto z krzaka i z uśmiechem zdzierały sobie kolana do krwi, podczas gdy teraz siedzą w sterylnych pomieszczeniach, wypalają oczy przed komputerami, a z każdym katarkiem troskliwa mamusia wiezie je na sygnale do prywatnego szpitala. Nie będzie to też litania potencjalnych przedświtów apokalipsy, czy to tej spod pióra Marca Elsberga, czy zza kamery Rolanda Emmericha. Bo nie spodziewam się raczej ani globalnego blackoutu, ani - tym bardziej - spektakularnej katastrofy z rozstępującą się ziemią, walącymi się drapaczami chmur i Dwaynem Johnsonem skaczącym ponad przepaściami, aby uratować Amerykę, a przy okazji też świat. Wszystkie prawdziwe zagrożenia rozwijają się długo, w ciszy i mają początek na naszej własnej kanapie.

Oczywiście, trzeba być idiotą albo eksplanacyjnym szaleńcem pokroju posła Grzegorza Brauna, żeby dowodzić, że nowe technologie informatyczne są naszym wrogiem, w żaden sposób nam nie służą i kiedyś (bez nich) było lepiej. Pomijając już oczywisty fakt, że ratują życie skuteczniej niż kiedykolwiek w historii ludzkości było to możliwe (sensory monitorujące poziom glikemii w trybie ciągłym z odczytem przez smartfony u diabetyków to tylko pierwszy z miliona nie-banalnych przykładów), to każdy kto w latach 90-tych ubiegłego wieku stał w ogonku do banku z książeczką czekową w jednej dłoni i plikiem rachunków do zapłacenia w drugiej, przy zdrowych zmysłach nie zaryzykuje innej tezy, wiedząc, że dzisiaj może te opłaty i operacje finansowe wykonać w ciągu kilkunastu sekund, siedząc w domu na kiblu. Problem leży nie w samych nowoczesnych technologiach i w fakcie ŻE ich używamy, ale w tym JAK ich używamy.

Jest taka świetna scena w prologu filmu "Glass Onion", gdy bohaterowie dostają tajemnicze pudełko, obfitujące w zagadki. Nagle dobywa się z niego fragment muzyki klasycznej i jeden z zebranych mężczyzn mówi, że wie co to za utwór, ale przerywa mu dziewczyna potrząsająca smartfonem, krzycząc: "Nie mów, nie mów, ja to zShazamuję!". Bo przecież Shazam "od tego jest". I to tutaj jest pogrzebany przysłowiowy pies. Nie liczymy już w pamięci, nawet najprostszych działań, bo PO TO SĄ kalkulatory, nie korzystamy z papierowych map, bo PO TO SĄ Google Maps i nawigacje satelitarne, nie staramy się zapamiętywać, organizować, planować nawet najłatwiejszych kwestii korzystając z własnego mózgu, bo od wszystkiego mamy aplikacje, technologie, wirtualnych asystentów. Którzy przypomną kiedy zapłacić rachunki, zaplanują trasę, ułożą rozkład dnia, przygotują i podstawią wszystko pod przysłowiowy nos.

I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że z tego powodu - jako ludzkość - głupiejemy.

Głupiejemy błyskawicznie i na niespotykaną w historii skalę. Głupiejemy od pewnego, nieodległego momentu w naszej historii, dziwnie tożsamego z momentem upowszechnienia się szerokopasmowego internetu. Głupiejemy tym bardziej, z im większym podziwem patrzymy na swój gatunek i na to, jak wiele udało mu się osiągnąć. Przezwyciężanie umysłowej inercji i walka ze skąpstwem poznawczym zawsze wymagały samozaparcia, ale właśnie to ciągłe pobudzanie umysłu wyniosło ludzki gatunek na poziom dominacji nad światem. I nagle coś pękło. Z dzieciństwa wspominam (nawet jeśli to wspomnienie potężnie obciążone jest heurystyką dostępności), że w każdą podróż brało się książki, stos gazet, na plaży rozwiązywało się krzyżówki, jolki, szarady, nieustannie trenowało się mózg. Teraz nowoczesne technologie również dają nam multum możliwości, aby ćwiczyć mózg, ale po prostu i najzwyczajniej tego nie robimy, a przynajmniej nie w takim stopniu, jak kiedyś. I w ten sposób piłujemy gałąź na której siedzimy. Gra "Słowotok" była popularna efemerycznie i w dość wąskich kręgach. W pociągu każdy, jeśli akurat nie pracuje, siedzi z nosem w smartfonie, na którego ekranie zwykle nie wyświetlają się programy edukacyjne czy popularnonaukowe, tylko mało ambitne gry, a na plaży króluje Instagram & chill. Gdy miałem kilka, kilkanaście lat planowało się podróż czy to samochodem, czy komunikacją publiczną w dowolne miejsce w kraju, korzystając wyłącznie z papierowych map i sieciowych rozkładów jazdy PKS czy PKP. Dzisiaj, w razie gdyby na kilka godzin odłączono wtyczkę od internetu w Centrum Sterowania Wszechświatem, bez JakDojadę i GoogleMaps ogromny procent społeczeństwa będzie równie bezradny we własnym kraju co w amazońskiej dżungli, a pomoc w postaci zwykłych, "papierowych" rozkładów jazdy (bo o tych sieciowych w postaci książek z setkami kolumn i pionowymi lianami czarnych zygzaków nawet nie wspominam) byłaby równie użyteczna co słownik z aramejskiego na staro-cerkiewno-słowiański. Dowiodły tego zresztą swego czasu głośne w pewnych kręgach badania OECD.

Funkcjonalny analfabetyzm osiąga rekordowe wskaźniki. Mamy coraz głupszą rozrywkę, coraz prymitywniejsze potrzeby kulturowe. Mit sukcesu powszechnej edukacji, zwłaszcza tej policealnej, jest fikcją. Matura to bzdura, uniwersytety przerabiamy na Wyższe Szkoły Zawodowe gdzie bożkiem jest Praktyka, a tymczasem dwucyfrowy odsetek osób z WYŻSZYM wykształceniem nie odróżnia Rządu od Sejmu, procenta od punktu procentowego, nie ma pojęcia o elementarnych mechanizmach ekonomicznych i nie potrafi umiejscowić na osi czasu fundamentalnych wydarzeń historycznych, powstanie warszawskie sytuując w latach osiemdziesiątych (XX wieku).

Mamy coraz niższy poziom ogólnej wiedzy o świecie, ale też krytycznej weryfikacji dopływających do nas informacji, co według wszelkich teoretyków powinno być FUNDAMENTEM nowoczesnej edukacji w XXI wieku, ale im więcej o tym mówimy, tym mniej to robimy. Przecież pseudonauka i najgłupsze spiskowe teorie padają na coraz podatniejszy grunt (ci, którzy mówią o "włączaniu myślenia" najbardziej je wyłączają). Przecież niepohamowany zachwyt wzbudza w nas facet, który niedawno w "Jednym z Dziesięciu" odpowiedział na wszystkie pytania (poza pięcioma-sześcioma - banalnie proste), podczas gdy zapominamy, że podobnym zasobem wiedzy (odejmując presję czasową i stres kamerowy) dysponował przeciętny przedwojenny maturzysta. Przecież wszystko musimy mieć przedstawione "na obrazku", a dobrą praktyką w serwisach internetowych stało się ostrzeżenie wstawiane przed litym tekstem, informujące ile minut zajmie nam ta nieprzyjemna i męcząca czynność jego przeczytania...

Pamięć, zasób słów, wiedza ogólna, odległe skojarzenia, podstawowe operacje matematyczne, wyobraźnia przestrzenna... Stawiam jeszcze raz wspomniane dolary, że każdy wymiar inteligencji, zwłaszcza tej skrystalizowanej, mierzony czy to przez starego dobrego Wechslera czy przez swojskiego APIS-a, z każdym rokiem w ogólnej populacji ludzkości coraz bardziej karleje. Oszukujemy się, wzniecając raz po raz ducha nieszczęsnego efektu Flynna, który się bardzo brzydko zestarzał, zresztą od początku cierpiał na szereg wątpliwości natury metodologicznej, dotyczył właściwie wyłącznie inteligencji płynnej (z definicji będącej bardziej wyposażeniem genetycznym i oporniejszym na kształtowanie się w procesach socjalizacji i skolaryzacji) i współcześnie nawet jego najwięksi apologeci przyznają, że trend przynajmniej się zatrzymał (jeśli nie przechodzi im przez gardło, że wyraźnie się cofa).

To nie jest manifest technosceptyka, nie nazywam się też Thoreau i nie głoszę tutaj powrotu do lasu i życia poza cywilizacją. Sam korzystam z przelewów elektronicznych, Netfliksa oraz internetowej wyszukiwarki rozkładów jazdy i doceniam ich istnienie za każdym razem, gdy mam je przed oczyma. Szaleństwem byłoby lecieć za granicę z samym tylko bagażem podręcznym, taszcząc ze sobą słowniki, rozmówki, mapy i atlasy, gdy możemy mieć to wszystko w smartfonie. Dlatego powtórzę raz jeszcze, żeby wybrzmiało odpowiednio: Fantastycznie, że tworzymy nowoczesne technologie ułatwiające nam życie i korzystamy z nich w życiu codziennym. Tak ludzkość czyniła od wieków. Problem jedynie w tym, że nigdy wcześniej ludzkość sama z siebie nie wyręczała się swoimi wynalazkami w tak ekstremalnym stopniu, dobrowolnie (a czy świadomie - to inna kwestia) rezygnując z tego, co tę ludzkość wyniosło na szczyt świata, na absolutną dominację nad tą planetą. Pozwalając innym myśleć za siebie, rezygnując z używania najdoskonalszego komputera, jaki kiedykolwiek istniał, czyli z własnego mózgu. Pławimy się w intelektualnym lenistwie, mózgową stymulację zamieniamy na miałką rozrywkę, wyręczamy się technologią NAWET WTEDY, GDY NIE MUSIMY, a w zamian nie pobudzamy umysłu w żaden inny sposób.

A umiejętności nieużywane - zanikają, zdolności nie ćwiczone - degenerują się. Wiedział już o tym nawet poczciwy Tatuś Muminka, a nie wiedzieli - o dziwo! - starożytni Rzymianie, którzy po podbiciu połowy ówczesnego świata zalegli na szezlongach, opychając się tylko winogronami niczym dwaj tłuści prefekci z komiksu "Asterix i Złoty Sierp". Lenistwo maszeruje przed upadkiem równie dziarsko co pycha. Jak Rzymian zaskoczyli barbarzyńcy z północnego-wschodu, tak my stajemy się "łatwym kąskiem" dla każdego, kto będzie chciał się uczyć, doskonalić, rozwijać. Nawet jeśli to będzie Sztuczna Inteligencja. Która sama z siebie nie jest demoniczna ani okrutna i z pewnością nie ma apriorycznie wdrukowanego zamiaru zrobić z nas podludzi. Jeśli jednak sami stwierdzimy, że to, co jest w nas najcenniejsze (czyli używanie mózgu) jest poniżej naszej godności, w pozycji tych podludzi ustawiamy się na własne życzenie. I tworzymy pole, aby ktoś z tego naszego zaniedbania skorzystał. Ewolucja jest bezwzględna. Sztuczna inteligencja na pewno nie będzie się wahać i nie będzie też tak leniwa, żeby nie zająć dominującego miejsca, z którego człowiek lekkomyślnie ustąpił.

W jednym tylko aspekcie żadna sztuczna inteligencja ani żaden organizm w Kosmosie nigdy nas nie przewyższy. W zewnętrznym lokowaniu kontroli. Zawsze będzie pokutować odwieczne: "to nie my". Zawsze będzie ktoś inny, kto za tym stoi i kto jest przyczyną wszystkich naszych niepowodzeń, nieszczęść i kryzysów. Koncerny, politycy, bankierzy, biznesmeni, światowe układy, giganci technologiczni, rządy, globalizmy, tajne stowarzyszenia, masoni, archonci, kosmiczni demiurdzy, Gadzia Agenda...

Do katastrofy doprowadzą jednak nie knujące koncerny, nie lekkomyślni naukowcy pracujący nad sztuczną inteligencją, która tylko czeka żeby się wymknąć spod kontroli i upodlić człowieka. My sami, degenerując nasze mózgi, skazujemy się na zagładę.

A przecież "jeśli chcesz zmienić ten świat, to zacznij od siebie" - jak śpiewali onegdaj Pudelsi. Nie będzie łatwo, bo nigdy nie jest łatwo zmienić podstawowe przyzwyczajenia. Ale może jeszcze nie jest za późno.

09. lutego 2024, 13:48 CET,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego