sobota, 20 lipca 2024

słownik zwierzęcej polszczyzny

Okres letni to odwieczny sezon ogórkowy, gdy w mediach rządzą tematy o przybyszach z kosmosu i o grasujących w łódzkich lasach kotojeleniach. Są jednak tematy, które swoją ogórkowością zawstydziłyby nawet największy genetycznie zmodyfikowany okaz. Jednym z nich jest cyklicznie odgrzewana dyskusja w ważkiej kwestii: czy zwierzęta "umierają" czy jednak "zdychają".

Ostatnio tym ogórkiem dostał w głowę medialny językoznawca profesor Jerzy Bralczyk, zaproszony do studia TVP Info i zapytany na okoliczność sensowności stosowania określenia "osoby zwierzęce" czy "osoby nie-ludzkie" w odniesieniu do zwierząt właśnie. Naukowiec odpowiedział na pytanie, a przy okazji - na swoją zgubę - dodał również, że w jego pojęciu nie mieści się też słowo "umieranie" na określanie śmierci zwierzęcia. I wtedy internet eksplodował. Komentarze posypały się jak ryż z dziurawego worka, tysiące oburzonych właścicieli zwierząt domowych zmieszały profesora z całym błotem tego świata, lekarz weterynarii wystosował do lingwisty egzaltowany list otwarty, o sprawie produkują się wszystkie media od Pudelka po poważne periodyki (co wypełnia definicję sezonu ogórkowego z nawiązką), z rzetelnego źródła wiadomo, że kulturalnie dyskutują na ten temat sąsiedzi na klatkach schodowych ("Zwierzęta umierają, jełopie!", "A właśnie, że zdychają, tęczowa wariatko!"). Brakuje już tylko, aby ktoś wskrzesił podlaną tomistycznym sosem polemikę, czy zwierzęta mają duszę (która miała równie wiele sensu, co dywagacje ile diabłów zmieści się na główce szpilki).

Cała sprawa mogłaby być fajnym rekwizytem do unaocznienia tego, jak wybiórczo, subiektywnie i tendencyjnie traktujemy nauki (o zgrozo, również te ścisłe). Jeśli naukowiec dowolnej specjalizacji głosi coś, co zgadza się z naszymi poglądami, wówczas naukowiec ten jest "spoko gość", a autorytet nauki, która za nim stoi traktujemy jako młotek w dyskusji z naszym adwersarzem. Jeśli jednak naukowiec mówi coś, co się nam nie podoba, wówczas autorytet nauki nie ma żadnego znaczenia w obliczu tak potężnych argumentów jak: "jajogłowi sobie coś tam powymyślali", "od zawsze tak było i było dobrze", czy "trzeba działać zgodnie z własnym wyczuciem, przekonaniem i sercem, a nie kierować się tym, co mówią badacze". W oparciu o tę prawidłowość można by nakręcić niezły komediodramat i dziedzina wiedzy jest tutaj kompletnie nieistotna, bo mechanizm jest identyczny tak w przypadku medycyny, jak i językoznawstwa. Ot, inny słynny lingwista - profesor Miodek - był przez tych samych ludzi chwalony, gdy podawał w wątpliwość istnienie języka śląskiego i wyzywany od genderowych oszołomów, gdy nie widział niczego złego w stosowaniu tzw. feminatywów.

Mogłaby być tym rekwizytem, ale nie musi, a nawet nie powinna, bo profesor Bralczyk nie wypowiadał się w TVP Info ex cathedra, nie przywoływał też ustaleń stojącej za nim nauki. Wyraźnie w jego słowach pobrzmiewają zwroty: "w moim odczuciu", "nie mieści się w moim pojęciu", "moja wrażliwość", jasno widać powoływanie się przez niego na subiektywny kontekst, na tradycję w której wzrastał i się kształcił. Jego prywatna niechęć do "umierania zwierząt" jest więc raczej przestrzenią wolności wypowiedzi, o którą wielu walczy, przekonując do swojego prawa mówienia "pani prezes" zamiast "prezeska" i "pani psycholog" zamiast "psycholożka". A nie oficjalnym stanowiskiem nauki, która zresztą takiego stanowiska nie wypracowała, o czym świadczy fakt, że słowa profesora Bralczyka spotkały się z kontrą profesora Bańki i innych naukowców.

A nawet gdyby wypracowała, to i tak nie jest to przecież żadną wytyczną dla "zwykłych ludzi", bo język jest taką dziedziną, która funkcjonuje w oderwaniu od naukowych ustaleń, a każdy kształtuje go sobie na własny użytek, niezależnie od tego, co zawierają leksykony. Tysiące osób, które usilnie mówią "KARNISTER" (chociaż w słowniku jak byk stoi "KANISTER") albo używają partykuły "bynajmniej" w znaczeniu "przynajmniej", są tego najlepszym dowodem. Gdyby zatem nawet językoznawcy oficjalnie orzekli, że zwierzęta zdychają a nie umierają, to nie zabraniałoby to przecież nikomu mówienia, że jednak umierają, a nie tak jak każą okularnicy z Rady Języka Polskiego.

Nie odnoszę się do meritum sprawy, bo studiowałem nauki społeczne, a nie lingwistyczne, więc nie chcę rozsądzać jak jest poprawnie, zamiast tego wolę pooglądać przez lornetkę właśnie społeczne reperkusje tej afery. Być może faktycznie więcej empatii niesie słowo "umieranie", ale może tylko dlatego, że "zdychanie" zostało przez wieki nacechowane tak pejoratywnie, a nie bo jest takie samo w sobie. Spotkałem się kiedyś z koncepcją, że pierwotnie było... na odwrót. "Umieranie" deprecjonowało, bo umrzeć to może każde drzewo czy krzak, natomiast "zdychanie" wzięło się od "oddawania ducha, duszy" i używane w odniesieniu do zwierząt wręcz nobilitowało je, bo przyznawało im fakt posiadania duszy, której konsekwentnie odmawiali im klasycy filozofii i niektórzy ojcowie Kościoła. Niezależnie jednak od tego, czy ta zgrabna historyjka ma jakieś ziarnko prawdziwości czy nie, to - jak wspomniałem - nadal jest bez znaczenia. Niby mówi się bowiem, że słowa są ważne, ale w tej kwestii, w ogólnym rozrachunku ich przełożenie na praktykę jest znikome.

Mariusz Szczygieł słusznie zauważył, że nie wiemy i nie dowiemy się czy zwierzęta chciałyby, aby mówić o nich, że zdychają czy że umierają, więc opieramy się tylko na własnej wrażliwości, co odróżnia tę dyskusję od dyskusji o feminatywach albo o tym, czy wypada zwrócić się do osoby czarnoskórej per "Murzyn", gdzie odczucia zainteresowanych są znane i komunikowane w zrozumiały sposób. Mam jednak nieodparte wrażenie, że dla zwierząt mniej istotne byłoby to, jak się w słownikach nazywa ich śmierć, a bardziej istotne to, jak są przez ludzi traktowane. A z tym, mimo że od wielu lat toczymy krucjatę przeciw "zdychaniu", nie jest dobrze. Co z tego, że upowszechniło się w języku "odchodzenie za tęczowy most", skoro w praktyce, w niektórych aspektach zwierzęcej rzeczywistości jest nawet gorzej niż było kiedykolwiek, zwłaszcza gdy do stolika zasiadają pieniądze przez duże "pe".

Schroniska dla bezdomnych zwierząt wciąż są pełne mimo programów powszechnej sterylizacji. Porzuconych zwierzaków nie ubywa mimo kampanii społecznych i zwiększania tak zwanej "świadomości". Mam wręcz wrażenie, że nawet więcej niż wcześniej jest niechcianych żywych prezentów, tych, które się znudziły i tych, które przeszkadzają w wakacyjnych wyjazdach. Jako społeczeństwo stać nas na więcej, a nasze gusta kształtuje instagram i internet, który krzyczy "Kup Teraz!". Gdy więc modny jest prezent na Pierwszą Komunię w postaci jeżyka pigmejskiego, to jego zdobycie jest łatwiejsze niż trzydzieści lat temu. W XX wieku na wakacje jeździło się raczej dużym fiatem do domku typu Brda nad jeziorem czy zalewem, gdzie łatwiej i wręcz naturalnie było z psem. Teraz lata się Rajanerem do Egiptu i Lufthanzą na Zanzibar, a z psem do samolotu to już znacznie trudniej (i drożej), a i na "olinkluziwach" hotele niechętnie patrzą na czworonogi. Zatem - jeśli się nie uda podrzucić jakiejś babci czy cioci - to trzeba do lasu (hotel dla zwierząt przecież też kosztuje). 

Psychopatów na świecie nie brakuje, a internet sprawił ponadto, że kota zakatować można równie łatwo na parkingu pod marketem (jak kilka dni temu w Poznaniu), jak i w internecie podczas patostreamingu. Gdzie dodatkowo inni psychopaci za taką transmisję sypną półgłupkowi groszem. Kodeksowe kary za maltretowanie zwierząt wciąż są zbyt niskie, w dodatku często zasądzane w zawieszeniu. Pseudohodowle rasowych psów nadal prężnie działają w cieniu prawa...

A przecież to tylko maleńki wycinek zwierzęcej rzeczywistości. Dobrze wiemy, że są inne. Są zwierzęta "domowe" i zwierzęta "hodowlano-przemysłowe". Zwierzęta "do przytulania" i zwierzęta "do jedzenia". A w przypadku tych drugich to dopiero jest mordor. Wzrusza nas (na skalę artykułów w każdej polskiej gazecie, reportaży w prime-time i interpelacji parlamentarnych) los kilkudziesięciu koni pracujących ponad siły na asfaltówce do Morskiego Oka, a tymczasem każdego roku tylko w Polsce żywcem mieli się i miażdży prawie czterdzieści milionów świeżo wyklutych kurczaków płci męskiej (kogutek jest w hodowli zbędny, bo jaj nie zniesie, paszy zjada więcej, a przybiera na wadze znacznie wolniej niż brojler; tymczasem metoda rozpoznawania płci jeszcze przed wykluciem jest znacznie droższa niż maszyna z szybko poruszającymi się ostrzami). Każdego roku tysiące lisów, norek, szynszyli i jenotów jest obdzieranych ze skóry w procederze, który powinien zostać zakazany już lata temu, w dniu, w którym człowiek nauczył się produkować syntetyczne tkaniny na ubrania. Polska jest jednym z kilku ostatnich państw w Europie, gdzie dzieje się to coś, co jest tak obrzydliwe, że powinno być ścigane równie surowo jak zbrodnie przeciw ludzkości, ale wciąż jest dochodowym biznesem, dopóki będą istnieć troglodyci, którzy nie wyobrażają sobie, żeby "na ściance" pokazać się inaczej niż w "naturalnym" futrze.

Ludzkość jako gatunek do perfekcji opanowała eksterminację innych gatunków flory i fauny. Mistrzostwo osiągnęła też w jeszcze jednej dyscyplinie - w gadaniu. Za dużo mówimy, a za mało robimy. Z prywatnej opinii jednego językoznawcy rozniecamy aferę na cały kraj, rozpisujemy kolejne lingwistyczno-moralne egzegezy, sięgając nawet do Wittgensteina (to ta gazeta, w której podobno piszą wyłącznie starozakonni), gdy tymczasem za oknem giną często w potwornych warunkach tysiące zwierząt, którym jest bez znaczenia czy ich śmierć opisana jest literkami "zdychanie" czy "umieranie". Nie chcę bawić się w prokuratora moralności, ale tak po ludzku ciekawi mnie ilu z tych flekujących w internecie profesora Bralczyka faktycznie robi cokolwiek dla poprawienia dobrostanu zwierząt. Wspiera jakąś fundację czy azyl, oddaje jeden procent podatku, a może oferuje swój czas w ramach wolontariatu. A ilu z nich ma w lodówce jaja "trójki", które pochodzą od kur spędzających całe swoje dość krótkie życie w kurniku na pięć milionów kur, mając do swojej dyspozycji powierzchnię kartki formatu A4, bez możliwości rozprostowania skrzydeł. Ilu smaruje sobie na śniadanie chlebek tanim kremem czekoladowym, powstającym przy użyciu oleju palmowego, którego produkcja skazuje i tak już zagrożone wyginięciem orangutany na śmierć całkiem realną, a nie taką w słownikach poprawnej polszczyzny. Ilu wreszcie potraktuje swoją internetową kampanię przeciw profesorowi jako sublimację dla realnych działań na rzecz zwierząt. Na zasadzie: napisałem zacofanemu dziadersowi co o nim myślę, czyli zrobiłem swoje i już można mi przyznać honorowe członkostwo Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami i Order Złotej Surykatki.

Żeby było jasne: nie wiem ilu. Pewnie wielu jest takich i wielu takich, ale nie oczekuję odpowiedzi i procentów. Po prostu stawiam niewygodne zagadnienie.

A słowa oczywiście są ważne, dlatego lubimy się za nimi chować i udawać, że problem nie istnieje. Wrzucanie żywych kogutków do gigantycznego blendera to "macerowanie" - obce słowo, może nikt nie zapyta o co chodzi, nie będzie wnikał... Obdzieranie zwierząt ze skóry to "przemysł futrzarski", gigantyczne chlewnie na miliony świniaków to "pozyskiwanie mięsa"... Te eufemizmy w społecznej świadomości jakoś przechodzą bez echa, dlatego nie mogę zrozumieć wojny o "zdychanie vs. umieranie". Zwłaszcza, że na tej właśnie płaszczyźnie teoria niekoniecznie przechodzi w praktykę. Można mówić, że "zwierzęta zdychają", bo do takiej formy się przywykło i czyjaś wrażliwość nie widzi w tym niczego degradującego, a jednocześnie kochać je i opiekować się nimi (sam profesor Bralczyk podkreśla, że jest kociarzem). Może niech po prostu każdy mówi tak jak czuje i jak do tego przywykł, o ile szanuje zwierzęta i troszczy się o nie. Bo to nie tu teoria i słowa mają przełożenie na praktykę...

... ale tu, gdzie wchodzą w grę prawdziwe pieniądze, a my udajemy, że tego nie widzimy, bo przywykliśmy do wygody. Gdy przychodzi więc do słownictwa, znacznie bardziej niż "zdychanie zwierząt" przeszkadza mi "przemysł futrzarski", "produkcja zwierzęca", "pozyskiwanie mięsa", "bydło rzeźne", "tucz masowy" czy "zwierzyna łowna" - bo te określenia perfidnie ukrywają to, co się pod nimi kryje i zakłamują rzeczywistość. A w jedzeniu mięsa nie ma niczego złego, o ile się jest świadomym tego, jaki koszt za tym stoi. I odpowiedziało się sobie na pytanie, czy zrobiło się ze swojej strony wszystko, żeby ten koszt zwierzęcego cierpienia chociaż odrobinę zmniejszyć.

Dlatego chociaż słowa są ważne, akurat w tej kwestii warto zapomnieć o prawidłowości o przechodzeniu od słów do czynów. I zamiast toczyć nierozstrzygalne dyskusje o zdychaniu, w przypadku zwierząt od razu zacząć od czynów.

19. lipca 2024, 18:31 CEST,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

niedziela, 14 lipca 2024

ostatni most

Z okresu "chodzenia do przedszkola" każdy ma pewnie nieco inne wspomnienia. Zinfantylizowany ekwiwalent latynoskiej sjesty, czyli obowiązkowe leżakowanie. Podły grysik o konsystencji wcale już nie świeżo wylanego betonu, podlewany syropem malinowym żeby w ogóle dało się ten dań przełknąć bez torsji. Zabawki ukryte na półkach za rozciągającą się od sufitu do podłogi potężną kotarą, która w oczach pięciolatka urastała do skali biblijnej Zasłony Przybytku. Ale ja najbardziej pamiętam spacery. W jednopalczastych rękawiczkach i ze sznurkiem odgradzającym od szosy, ale przede wszystkim kierunki tych spacerów. Przez niekończącą się łąkę przy starych piecach wapienniczych. Wokół szarego ogrodzenia zakładów mechanicznych. Lub na drugą stronę Odry przez Most Kolejowy.

Z wielkich liter, bo był to faktycznie Most. Metalowa drzazga przerzucona przerzucona nad urwiskiem, w niepojęty dla przedszkolaka sposób łącząca dwa światy. Nie rozstrzygnę już, który z aspektów jego istnienia robił na mnie większe wrażenie. Te kilkanaście metrów w dół do lustra wody, chociaż wtedy wydawało mi się, że to kilometry, bo przecież strącony w bezdenną czeluść kamyk leciał całą wieczność zanim zatonął w kipiących odmętach. Czy piekielny łomot, gdy szło się akurat kładką wzdłuż torowiska, a na most wtaczał się kilkudziesięciotonowy potwór (to było w czasach, gdy po lokalnych liniach kolejowych jeszcze jeździły pociągi) i mijał wycieczkę z przedszkola numer 3 w odległości mierzonej szerokością ramienia.

A potem nadszedł lipiec, gdy padało bez przerwy przez cały tydzień (w Czechach nawet dłużej) w ilościach nieznanych nauce, a cała woda tego świata zebrała się w okolicach Bramy Morawskiej i zaczęła płynąć w górę Odry. Przed Krapkowicami rozlała się szeroko na łąki i poniemieckie poldery, a ludzie, którzy spojrzeli w kierunku, gdzie kiedyś była dzielnica Otmęt, ujrzeli Amazonkę na półkuli północnej. Rzekę o szerokości dwóch kilometrów, z kępami drzew i pojedynczymi dachami domów pośrodku. Zaraz jednak rozlewisko to wracało do koryta, przywoływane do porządku przez coraz bardziej strome brzegi, zaganiające spienione wody w wąski przesmyk. Przesmyk, nad którym rozpięty był tylko Most. Cztery tysiące metrów sześciennych wody na sekundę gnało na północ z prędkością wodospadu i napierało na metalową konstrukcję, która przetrwała trzy wojny (w tym dwie światowe), niczym hordy orków na bramy Helmowego Jaru. Tafla rzeki, kiedyś odległa o te kilometry w dół, teraz płynęła równo z przęsłem i wlewała się na chodnik, którym kiedyś zaaferowane przedszkolaki przeprawiały się z jednego brzegu urwiska na drugi.

(To było zresztą dominujące uczucie, każdego kto tę Powódź pamięta, kogo nie dotknęła ona osobiście i kto jednocześnie nie jest psychopatą. Niedowierzanie, że woda zaczyna pojawiać się w tych miejscach, w których nie mieściło się w głowie, że w ogóle może.)

Rzeka zabierała ze sobą drzewa, potężny słup linii energetycznej wygięła jak zapałkę pod kąt 45 stopni, a w końcu złamała także Most. Runął, bo musiał runąć, pod naporem tego, co w przypływie grafomańskiego uniesienia nazywają czasem Siłą Żywiołu. A potem przez kilka dobrych lat poskręcane metalowe kratownice lizały spokojny nurt Odry niczym stworzony ręką egzaltowanego pacykarza symbol Potęgi Natury i słabości człowieka, któremu tak wiele czasu zajęło wyciągnięcie z rzeki kilku kawałków żelaza pamiętających czasy Franciszka Józefa.

Dzisiaj Mostu Kolejowego już nie ma, chociaż nadal stoi, podniesiony z wody i odbudowany. Ze stacji kolejowej dawno temu odjechał ostatni pociąg na wschód. Tory kolejowe zalano asfaltem, w śladzie torowiska poprowadzono ścieżkę rowerową, a Most Kolejowy przebudowano na most drogowy. Zamiast wagonów kolejowych przejeżdżają nim dziś blaszane puszki samochodów osobowych. I przechodzą ludzie, tak jak trzydzieści lat temu. Ale już nie spięte sznurkiem przedszkolaki w jednopalczastych rękawiczkach. Przedszkola numer 3 bowiem też już nie ma.

"Czy to ładnie czy nieładnie...?" - pisała kiedyś Agnieszka Osiecka - "Nie pytajcie, nie wiem tego...".

12. lipca 2024, 18:47 CEST,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

Autorzy fotografii (w kolejności od góry):
- zdjęcie nr 1 - Autor bloga
- zdjęcie nr 2 - Autor bloga
- zdjęcie nr 3 - screen kadru z filmu dokumentalnego "Powódź Tysiąclecia" prod. NTO, 2017
- zdjęcie nr 4 - screen z portalu fotopolska.eu
https://fotopolska.eu/Krapkowice/b65638,Most_kolejowy.html

niedziela, 23 czerwca 2024

najśmieszniejszy film świata

Jest w tym jakaś urocza, dziejowa prawidłowość, gdy film, który premierę miał w 1984 roku (właśnie w tych dniach, dokładnie 22 czerwca), który ja obejrzałem po raz pierwszy w 2004 roku, świat wspomina po kolejnych okrągłych dwudziestu latach.

"Top Secret!" był właściwie prekursorem gatunku (dzieł Mela Brooksa nie liczę, bo to jednak trochę inny kierunek, chociaż środki wyrazu podobne). Pierwszym z filmów współtworzonych przez legendarny team Jima Abrahamsa oraz braci Zuckerów. I właściwie unikalnym, gdyż w kolejnych produkcjach spod kamery tego tercetu pewna inteligentna subtelność humoru wyraźnie ustąpiła miejsca nieokiełznanej brawurze. Nadal atrakcyjnej i błyskotliwej, miejscami wręcz porywająco (vide trzysekundowe nawiązanie do “Great Expectations” Dickensa w "Hot Shots!"), ale to już jednak – przywołując brodaty frazes – nie było to samo.

Samych tekstów z “Top Secret!”, zwłaszcza nieprzetłumaczalnych słownych gierek, mógłbym z pamięci spisać zeszyt grubszy niż tekst jednolity najbardziej sążnistej ustawy polskiego Parlamentu (i pod tym względem konkurować może z tym filmem jedynie "Miś" Barei).
 
- "I know a little German" na bankiecie NRD-owskich oficjeli.
- "Is this potato’s farm? Yes, my name is Albert Potato" (na polski przełożone równie zgrabnie: “Czy to farma pomidorowa? Tak, ja nazywam się Pomidorow")
- "Mimo chłosty i wielu innych wyrafinowanych tortur jeniec nie chce zdradzić ani słowa. Pokazać mu obrazy LeRoya Neimana? Kuszące, ale nie – nie możemy łamać Konwencji Genewskiej"
- "Mój wujek urodził się w Ameryce, ale zdołał uciec stamtąd balonem za kadencji Jimmy’ego Cartera"
- czy wreszcie "kultowe": "This is NOT Mel Tormé!"
 
A przecież teksty to zaledwie wisienka na przepysznym torcie tego filmu, który ma tak wiele piętrowych warstw komediowej słodkości, że przeczy to zasadom grawitacji i cukiernictwa zarazem.
 
Gołąb pocztowy w wojskowej pilotce; ksiądz w celi śmierci mruczący przypadkowe frazy po łacinie; buty niemieckiego oficera na łące; scena walki w kryjówce ruchu oporu; francuskie imiona bojowników (Chevalier, Déjà Vu, Avant-Garde, Croissant, Souffle, Escargot i Chocolate Mousse); Nick Rivers straszący niemieckie motocykle; krowa w gumowcach i ze stetoskopem; Omar Shariff w smakowitym epizodzie z bijatyką na dachu pociągu, żywcem wyjętą z Indiany Jonesa; Chocolate Mousse uciszający młotem bzyczenie na polu; lekcja niemieckiego z kasety magnetofonowej ("Ich habe Sauerkraut in meine Lederhose"); uciekające drzewo na improwizowanej stacji kolejowej, obłędne wykonanie przez młodego Vala Kilmera "Tutti Frutti" we francuskim bistro…
 
Cóż, prawidła grafomańskiej pisaniny są nieubłagane i w każdej entuzjastycznej recenzji musi paść stwierdzenie, że "wszystko jest dopracowane w najdrobniejszych detalach". Ale jak od tego banału uciec, gdy na deser jest absolutna wisienka de la wisienka, kinematograficzna perła wszech czasów, czyli scenka w szwedzkim antykwariacie Svena Jorgensena, nagrana normalnie, ale w filmie w całości puszczona... od tyłu (gdy raz się zobaczyło jak gospodarz na wdechu pochłania kurz z książki, nie sposób już tego zapomnieć). Scenka, którą musiał inspirować się David Lynch (i nie uwierzę, jeśli twierdziłby, że nie) podczas pracy nad “Twin Peaks”, gdy kręcił sekwencje z tańczącym karłem w Czarnej Chacie.
 
I owszem, sentymentalny pierwiastek zawsze wpływa na naszą ocenę, nawet gdy nie dopuszczamy tego do świadomości, a ten film pierwszy raz oglądałem w najważniejszym wtedy dla mnie miejscu na świecie i w magicznych okolicznościach przyrody. Ale “Top Secret!” nadal jest czymś znacznie więcej niż melancholijnym refleksem z przeszłości. Bo właśnie ten szalony kocioł pełen slapstickowych gagów, groteskowych sytuacji i inteligentnie absurdalnych tekstów, a przy tym niepozbawiony nostalgicznego klimatu, spokoju i scenariuszowej harmonii, jak niewiele innych filmowych pieczątek odcisnął się na moim poczuciu humoru, na tym co i w jaki sposób chciałbym pisać. Jak budować absurdalne aluzje, jak sprytnie przemycać inteligentne odsyłacze, a przy tym nie przekombinować i nie paść w ramiona tragifarsy.
 
Przed chwilą wpadł mi w oczy tytuł w internetowej "Wyborczej", w którym ktoś określił “Top Secret!” najśmieszniejszym filmem świata. Nawet gdybym chciał (a nie chcę, za chińskiego boga!), nie miałbym argumentów, żeby z tym polemizować.

23. czerwca 2024, 18:27 CEST,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

niedziela, 16 czerwca 2024

piłka jest okrągła, a bramki są złe

To, co dzieje się na niemieckiej trawie niespecjalnie interesuje mnie, zwłaszcza, że dzieje się z grubsza to, co zwykle. Czyli wygrywają ci, co zawsze (Niemcy, Hiszpania, Włochy et consortes), a Polska realizuje utarty scenariusz (mecz otwarcia, mecz o wszystko itd.). Ale też znacznie ciekawsze rzeczy dzieją się poza trawą.

  • Selekcjoner reprezentacji Polski Michał Probierz na konferencjach prasowych cytuje Anthony'ego de Mello (sic!). To trochę tak, jakby Schopenhauer powoływał się na Beatę Pawlikowską. Albo - dajmy na to - Nietzsche na Zaratustrę.
    A nie, zaraz...

  • Oficjalna maskotka turnieju, niejaki Albärt (z wyglądu - ale tylko po pięciu piwach i przy oceanie dobrej woli - niedźwiedź) w wersji prototypowej prezentował się jeszcze nie najgorzej. W praktyce poszło jednak jak z grą polskiej reprezentacji, czyli miało być jak nigdy, a wyszło jak zawsze. I oto efekt finalny (na zdjęciu to ten po prawej) przypomina coś, co mogliby stworzyć wspólnie Salvador Dali i Joan Miró, gdyby wyżłopali garnek metanolu i zagryźli fentanylem...


  • Wśród sponsorów turnieju nie znalazł się żaden niemiecki koncern motoryzacyjny, a przecież znajdujemy się w kraju kojarzonym z niezawodnymi samochodami. Jednym z oficjalnych partnerów mistrzostw jest za to chiński potentat motoryzacyjny BYD. Tym razem to trochę tak, jakby na przyjęciu z okazji włoskiego święta narodowego podano pizzę z ananasem.

  • A'propos ananasa. Ananas rośnie w ziemi, a Ziemia stoi na głowie. W niemieckim Hamburgu odprawiono mszę świętą w intencji powodzenia polskiej reprezentacji w starciu z Holandią. Mniej więcej w tym samym czasie w Poznaniu przemaszerował Pochód Kultu Ananasa, co należałoby odczytać jako wsparcie dla reprezentacji Niemiec, której selekcjoner z pewnością nieprzypadkowo nosi imię Julian.

  • Sensacyjnie rozpoczął się mecz Włochy - Albania, bo faworyci z Italii na dzień dobry stracili bramkę. Nie ma się jednak czemu dziwić, skoro na środku obrony gra u nich Alessandro Buongiorno. W warzywniaku mówili, że w kolejnych meczach zastąpi go Riccardo Calafiori. A jeśli on nie pomoże, to pozostanie już tylko siła wyższa, czyli Federico Chiesa.

  • Wracając jeszcze do sponsorów turnieju. Jednym z nich jest rdzennie teutoński dyskont LIDL. Tymczasem polską reprezentację sponsoruje rdzennie portugalska BIEDRONKA. Czy to się nie gryzie...? A nawet jeśli nie, to szkoda - takie starcie na murawie, LIDL kontra BIEDRONKA, byłoby ciekawsze niż większość potyczek zawodowych piłkarzy. Niemcy ruszyliby do ofensywy z billboardami, ale Portugalczycy zamurowaliby pole karne euro-paletami.

  • Z pozytywnych kwestii, warto podkreślić pewien signum temporis. Wyników spotkań nie typują już zwierzęta na czele z ośmiornicą Paul (o ile ona jeszcze żyje i nie skończyła w jakiejś drogiej knajpie, w otoczeniu małży świętego Jakuba), tylko sztuczna inteligencja. Trafniej nie będzie, ale może chociaż trochę mniej żenująco.

  • I na koniec sensacja taka, że aż strach mówić o tym głośno, bo jeszcze usłyszą w Centrum Sterowania Wszechświatem, cofną wajchę i całą radość diabli wezmą. Oto jest tzw. Skarb Kibica Przeglądu Sportowego. I tam, w rubrykach z liczbami, statystykami i ciekawostkami, podają medianę wieku. MEDIANĘ, A NIE ŚREDNIĄ. Odzyskanie pieniędzy unijnych, odsunięcie PiS od władzy, pigułka "dzień po" bez recepty, "babciowe" - wszystko fajnie, ale już mediana wypierająca w przestrzeni publicznej średnią arytmetyczną to może być zbyt wielki szok termiczny...

16. czerwca 2024, 18:48 CEST,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

czwartek, 30 maja 2024

ojczyzna przez duże Oj

 

Prezydent Andrzej Duda zawetował nowelizację Ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych, która uznaje język śląski za język regionalny. I się zaczęło, bo się zacząć musiało. Głosów krytycznych wobec tej decyzji jest niby więcej, ale za to opinie z ogródka: "dobrze zrobił, bo nie ma czegoś takiego jak JĘZYK śląski - jest tylko GWARA śląska" są znacznie głośniejsze.
 
Znamienne w jakiś pokrętny sposób jest to, że (jak zresztą przy każdej internetowej dyskusji na dowolny temat) o tym, czy "śląska godka" jest dialektem, gwarą, językiem pełnoprawnym, językiem regionalnym czy też zaledwie języka tego odmianą najwięcej mają do powiedzenia bynajmniej nie lingwistycy czy filologowie, ale ludzie, którzy na wydziale językowym wyższej uczelni byli w życiu tylko raz, gdy schronili się w tym budynku, bo akurat mocno padało.
 
I upiornie symptomatyczny jest fakt, że chociaż w kwestii powyższej profesorowie nauk odpowiednich nie są zgodni, to pewność niezachwianą zachowują i kategoryczne wyroki na twitterze wydają ludzie, którzy językiem ojczystym na co dzień posługują się równie sprawnie, co naćpany szympans wyszczerbioną brzytwą.
 
Dysonans jak stąd do wieczności budzi, gdy słyszy się frazesy o "symbolach narodowych" (to - przypomnę - hymn, flaga, godło, reprezentacja w piłkę kopaną i właśnie język ojczysty) i "patriotycznych postawach" (wyrażających się m.in. w szacunku do w/w symboli) z ust osób, które elementarne zasady tak ukochanego i ważnego dla nich ponoć języka ojczystego mają głęboko w sempiternie.
 
Osób, które komponują takie błędy ortograficzne (ostatnio widziałem na przykład słowo "cholernie" napisane przez samo "h", a domorosły znawca problematyki etnolingwistycznej przestrzegał w internetowej dyskusji przed "przykładem Szwajcarji"), że Witold Doroszewski z pewnością padłby trupem na miejscu, gdyby nie fakt, że już od dawna nie żyje.
Które "bynajmniej" używają w znaczeniu "przynajmniej" (bo to niby inteligentniej i ceremonialniej brzmi, podobnie jak mówienie "Tobie" zamiast "Ci").
Które nie widzą najmniejszej różnicy między zakresem stosowania "także" i "tak, że".
Które z fleksji chronicznie robią kobietę lekkich obyczajów.
Które literalnie wszystkie zaimki osobowe konsekwentnie piszą wersalikami.
Które toczą odwieczne wojny z ogonkami czasowników nie tylko w pierwszej osobie liczby pojedynczej ("ja ide", "ja produkuje"), ale też (sic!) w trzeciej (wtedy jest tak samo, tylko na odwrót).
Które wspominają co się wydarzyło w roku "dwutysięcznym trzecim", paliwa płynne przechowują w "karnistrach", "ubierają spodnie i kurtkę", "cofają się do tyłu" i pływają w "akwenach wodnych".
Które e-maila nie zaczynają inaczej niż od "Witam", a kończą na "Pozdrawiam".
 
A lekcji języka polskiego jest przecież w każdym typie szkół więcej niż jakiegokolwiek innego przedmiotu, od zarania podstawówki aż po maturę. I to wszystko krew w piach...
 
Oczywiście, nie chodzi o to, że każdy ma się wybitnie znać na wszystkim, mówić polszczyzną kwiecistą jak profesor Bralczyk i pielęgnować w sobie wyrafinowaną wrażliwość na językowe niuanse.
Ale jeśli się miele ozorem na prawo i lewo o patriotyzmie i szacunku do "narodowych symboli", a samemu używa się "narodowego języka" tak niechlujnie, że zęby bolą, to - jak mawia młodzież - trochę słabo. Podobnie jeśli wybiórczo traktuje się słowa ekspertów, w zależności od tego jak nam pasuje (gdy profesor Miodek mówi, że śląski to gwara nie język - to profesor Miodek jest spoko; ale gdy ten sam Miodek mówi, że nie ma nic niewłaściwego w stosowaniu tzw. "feminatywów" - to już profesor zaczadzony jest lewacką propagandą).
 
I jeśli się innych poucza i arbitralnie decyduje o tym, co językiem jest a co nie jest, chociaż samemu się nie ma o tym kolorowego pojęcia, to już słabo do kwadratu. Zwłaszcza, gdy poucza się tych, którzy o swoją mowę nieporównywalnie bardziej dbają i ją szanują. Wtedy to czysta hipokryzja. Przez wielkie samo "H".

29. maja 2024, 22:45 CEST,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

piątek, 26 kwietnia 2024

statystyka w domu i w kamienicy

Istnieje bardzo prosty sposób, aby cyklicznie tłuc teksty reporterskie, które będą zyskiwać wysoką "klikalność" i "czytalność" w każdym medium, od "Głosu Koziej Wólki" po główną stronę Onetu. Należy cierpliwie poczekać aż Główny Urząd Statystyczny opublikuje dane o wynagrodzeniach w Polsce, w tym między innymi przeciętne miesięczne wynagrodzenie (ta wartość aktualnie wynosi ok. 8 400 zł. brutto). A potem wystarczy już tylko wyjść między ludzi, rzucić odpowiednim hasłem zawierającym owe 8 400 brutto i smakowite teksty same będą nam wpadać do dyktafonu niczym tłuste łososie do paszcz ustawionych na półkach skalnych niedźwiedzi w górnych biegach północnoamerykańskich rzek.

- "O panie, ja nie znam literalnie nikogo kto by tyle zarabiał!"

- "Łoboże, toć to jak by my razem zusammen do kupy wzięli moją wypłatę, starego robotę na czarno, dziadka rentę, kuzyna zasiłek i jeszcze dodatek na kota, to by my tyle nie uzbierali!"

- "Statystyka to jest proszę pana, że jak ja wychodzę z psem na spacer to oboje mamy średnio po trzy nogi" 

- "Bo to na pewno w największych miastach i na pracownikach korporacji te badania robili!"

Zwłaszcza zarzuty tego ostatniego gatunku powtarzają się relatywnie często, nawet w rzetelnych pismach. Że te badania to "kłamstwo", albo że były "źle robione". I właśnie one są najbardziej chybione, jako że GUS w zbieraniu danych o wynagrodzeniach posiłkuje się znacznie bardziej twardymi źródłami niż reporter radia Eska, który wychodzi z mikrofonem na bulwar w Kołobrzegu i pyta napotkanych młodych ludzi co sądzą o najnowszym singlu duetu Sarnah & Soból. Chociaż absurdalne są wszystkie te stwierdzenia, a cały worek oburzeń i zdziwień wynika z zupełnie innej przyczyny - z niezrozumienia tego, czym jest średnia (i że nie oznacza ona reprezentatywności dla jakiejś populacji, a czasami nawet wręcz przeciwnie) i z nieumiejętnego jej stosowania przez naukowców.

Współcześnie mamy bowiem jakiś przedziwny kult średniej arytmetycznej. Gdyby to zliczyć procentowo, to okazałoby się pewnie, że średnia arytmetyczna na przykład w takiej Polsce ma więcej wyznawców niż Kościół Rzymskokatolicki! Średnia ocen w szkole, średnie miesięczne wynagrodzenie, średnie oczekiwane trwanie życia, średni wiek samochodu, średni rachunek za prąd, średni iloraz inteligencji (??!!), średni dochód na członka rodziny, średnia długość penisa (analiza porównawcza wśród Latynosów, Azjatów i tych rdzennych mieszkańców Afryki, których nazwy na literę "M" już nie wolno wymawiać). 

Rozumiem, że średnia arytmetyczna jest najbardziej znaną miarą statystyczną, jak również jedną z najprostszych do policzenia, chociaż to ostatnie akurat w dobie komputerów i programów do liczenia wszystkiego nie powinno mieć decydującego znaczenia. Liczenie jednak średniej przy każdej żywej okazji jest bowiem idiotyczne i robi poznawczą krzywdę nie tylko tej konkretnej statystyce, ale statystyce jako nauce w ogóle. Ludzie - nie widząc przełożenia wyników badań statystycznych na życie codzienne, tak jak z owym przeciętnym wynagrodzeniem - tworzą potem te słynne legendy deprecjonujące ową gałąź nauki. W rodzaju tych aforyzmów przypisywanych Einsteinowi (to też ciekawa kwestia - wygląda bowiem na to, że w dobrym tonie jest każde mądrze brzmiące powiedzenie przypisać Einsteinowi), że "są trzy rodzaje kłamstw: polityka, statystyka i prognoza pogody".

A cała sprawa sprowadza się bowiem - i wiedzą to nie tylko przedstawiciele gatunku homo sapiens sapiens, ale i ich starsi bracia w ewolucji: szympansy karłowate, lepiej znane pod ksywą "bonobo" - do kwestii używania odpowiednich narzędzi. Toporne i uporczywe stosowanie średniej arytmetycznej do niemal każdego celu przypomina używanie widelca do spożywania każdej napotkanej potrawy. Niby można, tylko efekty będą różne. Z kurczakiem i pierogiem wyjdzie nieźle, z sushi czy chlebem nadal jakoś się uda, ale już z zupą, choćby i najgęstszą, niekoniecznie.

Średnia arytmetyczna to fajna statystyka, ale nie do wszystkiego się nadaje. Lub jeszcze trafniej: nadaje się dobrze do niewielu celów. A już na pewno nie nadaje się do przedstawiania danych o wynagrodzeniach w społeczeństwie. Bo średnia arytmetyczna jest miarą bardzo wrażliwą na skrajne i ekstremalne wartości

Wyobraźmy sobie kamienicę przy ulicy Statystycznej w hipotetycznym mieście Liczbark Warmiński. Jest w niej dziewięć mieszkań (po trzy na każdym piętrze), a na poddaszu mieści się luksusowy penthouse. Zamieszkany przez dyrektora finansowego w dużej spółce giełdowej, który miał taką fantazję, żeby zamieszkać w kamienicy, zamiast postawić sobie nad jeziorem neutralną klimatycznie willę z atrium, patio, romantyczną ruiną w sadzie, alpakami w ogrodzie i lwami na kolumienkach przy bramie wjazdowej. Miesięczne zarobki (na tak zwaną "rękę") mieszkańców tej kamienicy przedstawiają się następująco:
- Mieszkanie nr 1:      3 000 zł.
- Mieszkanie nr 2:      3 000 zł.
- Mieszkanie nr 3:      3 000 zł.
- Mieszkanie nr 4:      3 000 zł.
- Mieszkanie nr 5:      3 000 zł.
- Mieszkanie nr 6:      3 000 zł.
- Mieszkanie nr 7:      3 000 zł.
- Mieszkanie nr 8:      3 000 zł.
- Mieszkanie nr 9:      3 000 zł.
- Mieszkanie nr 10:  43 000 zł.

Ile wynosi średnia pensja ("na rękę") w tej kamienicy? 
7 tysięcy złotych polskich.

Ilu mieszkańców tej kamienicy widziało kiedykolwiek kwotę 7 tysięcy zł. na swoim pasku wypłaty?
To pytanie retoryczne, bo nawet nietresowany orangutan widzi, że tylko jeden.

Jaki sens ma liczenie średnich zarobków w tej kamienicy?
To też pytanie retoryczne, ale na wszelki wypadek podpowiem, że równie sensowne jest liczenie średnich zarobków gdziekolwiek. W mieście, w grupie zawodowej, w społeczeństwie. Średni arytmetyczna w każdej z tych sytuacji cierpi na to samo schorzenie - wrażliwość na ekstremalnie skrajne wartości. Które może nie pojawiają się w przypadku ocen szkolnych czy długości penisa, ale już w przypadku zarobków - jak najbardziej. I powodują, że analizy pod tytułem "średnie zarobki w Polsce" czy "przeciętne miesięczne wynagrodzenie" można bez czytania spuścić w toalecie albo przerobić na kiełbasę.

Od lat powtarzam, że znacznie pilniejsze od uczenia dzieci w szkole programowania, pisania CV, wychowania seksualnego, obywatelskiego czy jakiegoś jeszcze innego patriotycznego, są dwie inne kwestie. Jedna to pierwsza pomoc, a druga to krytyczna analiza i weryfikacja usłyszanych oraz przeczytanych informacji. Społeczeństwu bez tej właśnie umiejętności można wmówić niemal wszystko (zwłaszcza w dobie internetu), można zmanipulować je na niewyobrażalną skalę dowolną plotką, dowolną miarą statystyczną (pamiętajmy, że kalkulator statystyczny policzy nam wszystko, co mu każemy, ale znacznie ważniejszą kwestią jest odpowiedź na pytanie: po co?), czy wreszcie dowolną informacją, która jest spójna, logicznie tam wszystko wynika jedno z drugiego, wygląda "naukowo", ale jest na przykład oparta na fałszywych przesłankach. Wszystko to ukazało się ze swoim przerażającym obliczem podczas epidemii COViD-19, podczas wojny na Ukrainie, a jakby się tak szczerze rozejrzeć - ukazuje się w każdym kącie i w każdej mysiej dziurze niemal każdego dnia.

Myślenie abstrakcyjne, podstawy logiki, statystyki i ogólnej metodologii naukowej, umiejętność odróżniania korelacji od związku przyczynowo-skutkowego, krytyczna weryfikacja nie tylko źródeł, ale każdej napływającej informacji, jak również - wciąż, mimo internetu w każdej kieszeni - minimalny chociaż poziom wiedzy ogólnej to kompetencje znacznie istotniejsze niż promowane onegdaj usilnie programowanie (które za chwilę w ogromnej mierze przejmie na siebie "sztuczna inteligencja") w kontekście bycia człowiekiem świadomym i odpornym na manipulację w świecie zalewanym przez gigantyczne ilości danych, newsów i analiz. Przedmiot szkolny łączący te wszystkie zdolności (teraz podobno czynią to... lekcje matematyki, ha-ha!) widziałbym przynajmniej od początku liceum, jeśli nawet nie wcześniej.

A dlaczego podstawy statystyki? Dlatego, że statystyka to nie nikomu niepotrzebna nauka dla "jajogłowych", przekłamująca rzeczywistość, bo przecież "kto zarabia te osiem i pół tysiąca o których tam piszą w tych analizach?". Statystyka to nie piramidalne brednie o tym, że gdy człowiek wychodzi z psem na spacer, to podobno statystycznie każdy z nich ma po trzy nogi. I statystyka to nie tylko średnia arytmetyczna. W koszyku jest mnóstwo innych miar, które w danej sytuacji mogą być znacznie przydatniejsze niż średnia, trzeba tylko umieć je dobrać i z nich korzystać. Zwłaszcza, że niektóre noszą bardzo ładne nazwy, tak, że i wymowę można poćwiczyć, i w towarzystwie zabłysnąć, i z mandatu drogowego się wykpić.

Przede wszystkim jednak obywatel znający najbardziej elementarne podstawy statystyki nie zabłysnąłby przed dziennikarzem niczym posiadacz złotego zęba w ciemnym pomieszczeniu i nie skompromitowałby się stwierdzeniem, że skoro średnie (przeciętne) wynagrodzenie wynosi osiem tysiaków, to co drugi spotkany na ulicy człek powinien tyle zarabiać.
Po to właśnie statystyka, moi drodzy.

Zatem na koniec wróćmy jeszcze raz do naszej kamienicy z dziewięcioma mieszkaniami i penthousem.
Ile wynosi mediana zarobków w tej kamienicy?
3 000 złotych ("na rękę")

Ile wynosi dominanta zarobków w tej kamienicy?
3 000 złotych ("na rękę")

A na ten przykład ile wynosi mediana zarobków w Polsce?
Niewiele ponad 4200 złotych ("na rękę")

Da się?

25. kwietnia 2024, 19:49 CEST,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego

piątek, 5 kwietnia 2024

gdzie nie bywać, czego nie robić

Zamknijmy na moment oczy i wyobraźmy sobie, że oto aktualny premier polskiego rządu pochodzi z innej partii niż ta, która dzierży aktualną sejmową większość. Albo - jeszcze odważniej - że ów premier reprezentuje zupełnie inne ugrupowanie niż wszyscy jego ministrowie. Absurd! - powiecie. Chaos byłby - powiecie - przy którym to, co dzieje się w obecnym parlamencie to godzinka cichej adoracji w zgromadzeniu klauzurowym.

I słusznie. A teraz otwórzcie oczy i zmierzcie się ze świadomością, że za identycznym absurdem, chociaż nie w stolicy a na szczeblu lokalnym, od kilkunastu lat podnosicie łapki i wrzucacie kartki do urny wyborczej. I że tak samo postąpicie w najbliższą niedzielę.

Bo czymże są bezpośrednie wybory na Wójta/Burmistrza/Prezydenta Miasta niż właśnie proszeniem się o gigantyczny bajzel na szczytach władzy miejsko-gminnej? Wiem, w samorządzie lokalnym nie obowiązuje klasyczny trójpodział władzy i o ile Wójt/Burmistrz jest odpowiednikiem władzy wykonawczej, tak Rada Gminy/Miasta nie do końca jest ciałem ustawodawczym. Niemniej jednak, metafora z pierwszego akapitu ma całkiem sporą dozę trafności. Bo naprawdę, nie trzeba daleko szukać przykładów, gdzie Wójtem czy Burmistrzem zostaje popularny w lokalnym środowisku działacz czy polityk, ale już większość w Radzie tej samej Gminy czy Miasta - dzięki tym samym wyborom! - zdobywa jego polityczna konkurencja. Nie trzeba daleko szukać sytuacji, gdy taki burmistrz użera się przez całą kadencję z wrogą mu Radą. Albo gdy złożona z obrotnych społeczników, lokalnych aktywistów Rada ściera się z nieprzychylnym jej burmistrzem z politycznego nadania, który torpeduje wszystkie pomysły społeczników i rzuca im pod nogi przysłowiowe kawałki drewna.

W latach 90-tych XX wieku nie było tego problemu. W wyborach samorządowych  na szczeblu gminnym wybierało się jedynie Radę Gminy/Miasta. Dopiero potem ta Rada, większością głosów, wybierała Wójta/Burmistrza, trochę podobnie jak to się dzieje obecnie na przykład z Marszałkiem Sejmu. Czasami był to kandydat kompromisowy, czasami - z politycznego środowiska, które większość w Radzie dzierżyło. Było to w każdym razie znacznie mniejsze zło (bo obydwa organy ciągnęły wózek w tym samym kierunku, a jeśli był to kierunek zły - wymieniało się władzę przy kolejnych wyborach) niż to, co mamy obecnie, czyli Urzędy Gmin i Miast będące przez całą kadencję polem zażartej bitwy pomiędzy wrogimi sobie Wójtem/Burmistrzem a Radą. Zwłaszcza w czasach, gdy obowiązuje tabloidowo-soszalmidjowy styl prowadzenia polityki. Uszczypliwe populistyczne hasła, przerzucanie się tępymi argumentami na Twitterach i Fejsbukach, podkładanie sobie świń, epitety na poziomie wczesnego gimnazjum...

Dlaczego zatem zmieniono to, co w latach 90-tych działało dobrze i wprowadzono ten absurdalny system wyborów bezpośrednich na Wójtów/Burmistrzów/Prezydentów Miast? Pewnie niemal każdy z Was się domyśla, tymczasem - co interesujące - nie domyślają się niektórzy kształceni ludzie. Oto w dzisiejszej "Wyborczej" pani znana jako "Babka od Histy", "najpopularniejsza nauczycielka w Polsce i kobieca aktywistka" wyraża bezbrzeżne zdumienie, że od lat w Polsce najwyższą frekwencję obserwuje się w tych wyborach, gdzie idzie o urząd z najmniejszą realną władzą, czyli w wyborach na Prezydenta RP. Toż przecież - przywołując przykład używany przez mojego śp. Profesora - nawet nietresowany orangutan to wie, że wybory prezydenckie są najłatwiejsze "do zrozumienia" dla większości społeczeństwa i dlatego mają najwyższą frekwencję. Jest dziesięciu kandydatów z twarzy i nazwiska, stawia się krzyżyk przy jednym wybranym, kto zdobędzie najwięcej głosów w skali kraju - wygrywa. Proste jak sms-owe głosowanie w talent show.

Tymczasem wybory samorządowe są - dla kontrastu - najtrudniejsze. Ordynacja jest zawiła i bez istnienia powiatów, a odkąd wprowadzono ten bezsensowny twór - zawiła jest do sześcianu. Czy wiecie na przykład, że na samym tylko poziomie wyborów do rad gmin obowiązuje albo ordynacja większościowa albo proporcjonalna w zależności od wielkości gminy? A większość społeczeństwa nie potrafi wskazać podstawowej różnicy pomiędzy tymi dwoma systemami wyłaniania przedstawicieli w wyborach, więc co dopiero wyłapywać jakieś niuanse. 

Dlatego zdecydowano się "przybliżyć" wyborcom wybory samorządowe i wprowadzono wybory bezpośrednie na Wójtów/Burmistrzów i Prezydentów, żeby większość głosujących cokolwiek z tego cyrku rozumiała. Należałoby tylko złośliwie zapytać, dlaczego zatrzymano się w pół kroku i dlaczego nie wprowadzono bezpośrednich wyborów również na Starostów czy Marszałków Województw...

Diagnoza jest okrutna, ale w dużej mierze trafna. Ludzie nie interesują się polityką i jej nie rozumieją (ochoczo relacjonowane w mediach brawurowe kłótnie z sejmowej mównicy o aborcję czy "zamach smoleński", z których potem powstają memy i rolki, to nie polityka a jakaś jej tabloidowa, patologiczna deformacja). Nie mają też podstawowej wiedzy o strukturze mechanizmów państwa i jego funkcjonowaniu. Wielu nie odróżnia Sejmu od Rządu, Wojewody od Marszałka Województwa, czy procenta od punktu procentowego, a jednocześnie każe im się uczestniczyć w "demokratycznych mechanizmach", bo to "patriotyczny i obywatelski obowiązek". Idą więc i głosują. Na frazesy, na twarze, na obietnice bez pokrycia, na partyjne szyldy.  

I potem rodzą się też takie kwiatki, jak w wyborach samorządowych dokładnie dziesięć lat temu, gdy blisko 20 procent głosów uznano za nieważne z powodu właśnie elementarnego niezrozumienia mechanizmu głosowania. Karta w głosowaniu miała postać kilku spiętych ze sobą zszywką kartek formatu A4 (każdy komitet na osobnej), gdyż gdyby chcieć wszystkich kandydatów wydrukować na jednej stronie, to arkusz miałby wielkość małego prześcieradła. Niestety, w przedwyborczych instruktażach jak mantrę powtarzano zalecenie: "jeden krzyżyk na każdej karcie" (chodziło o karty: do rad gmin, rad powiatu, sejmików i na wójta/burmistrza). Efekt był łatwy do przewidzenia, ale chociaż dzięki tej sytuacji napisałem wówczas jeden z moich bardziej udanych tekstów z zakresu komentowania rzeczywistości:

"Jeśli ktoś w lokalu wyborczym wziął do ręki tę nieszczęsną wyborczą "książeczkę", na przykład do Rady Powiatu, jeśli przeczytał na górze każdej stronicy nazwę innego komitetu (czyli de facto partii politycznej), jeśli wydedukował z tego, że ma postawić krzyżyk na każdej stronie (bo w TV powiedzieli: "jeden krzyżyk na każdej KARCIE"), i jeśli wreszcie nie zauważył niczego dziwnego w tym, że każe mu się w ten oto sposób poprzeć JEDNOCZEŚNIE jakiegoś kandydata z Platformy, i również jakiegoś z PiS, i zarazem z SLD, i z PSL, i kogoś od Korwina, i od Palikota, i z Nowej Lewicy, i co tam jeszcze w tej książeczce było, to CAŁE SZCZĘŚCIE, ŻE JEGO GŁOS JEST UZNANY ZA NIEWAŻNY. Bo komuś takiemu strach powierzyć odpowiedzialność za dokonanie wyborów w piaskownicy, a co dopiero w gminie, powiecie czy województwie..."

Zresztą, po co szukać przykładów w przeszłości. Zapytajcie sami siebie i sprawdźcie czy potraficie udzielić odpowiedzi na podstawowe pytania dotyczące samorządu lokalnego. Szczerze, czyli z głowy, bez pytania wujka Google, cioci Wikipedii, kuzyna politologa ani kuzynki Sztucznej Inteligencji czy kota GPT.
- jaka jest różnica między Marszałkiem Województwa a Wojewodą?
- jaka jest różnica między Starostą a Wójtem?
- jaka jest różnica między powiatem ziemskim a grodzkim?
- czy w miastach na prawach powiatu jest Rada Miasta czy Rada Powiatu?
I wreszcie koronne pytanie:
- wymień chociaż dwie kompetencje należące do Gminy i dwie należące do Powiatu 

Jeśli potraficie odpowiedzieć na to ostatnie, wówczas możecie z czystym sumieniem sięgnąć do barku po jakiegoś szampana i przed lustrem skopiować słynną stopklatkę z filmu "Wielki Gatsby" (tę z Leonardo DiCaprio trzymającym lampkę czegoś wysokoprocentowego).

A jeśli nie potraficie, to nie przejmujcie się. Nie ma obowiązku tego wiedzieć, jeśli się nie chce. Nikomu to do szczęścia niepotrzebne. Tylko nie ma też wówczas co ukrywać, że jesteśmy przekonywani do udziału w czymś, o czym większość biorących udział nie ma kolorowego pojęcia, a to - jak się obecnie mówi - trochę "słabo". Przybliżenie samorządu terytorialnego wyborcom można było zrobić na tysiąc sposobów, zaczynając choćby od uproszczenia jego struktury i likwidacji tych nieszczęsnych powiatów. Od uporządkowania kompetencji. Od edukacji i pracy od podstaw. A nie od pudrowania trupa poprzez wprowadzenie talent show, czyli bezpośrednich wyborów na Wójtów/Burmistrzów. I powtarzania aż do wyrzygania tych prymitywnych sloganów, że "w tych wyborach chodzi o to, czy na naszym osiedlu nie będzie dziur w chodnikach i zepsutych latarni" i że "tylko ten kto głosuje, ma potem prawo narzekać".

Oczywiście, że będzie narzekać. Zwłaszcza, gdy wybierze Burmistrza i Radę Miasta z przeciwstawnych obozów politycznych. I oni potem całą kadencję będą się obrzucać werbalnym gnojem i przebijać się złośliwościami na łamach lokalnych mediów zamiast robić coś konkretnego w sprawie tych latarni i dziur w chodnikach. A ten nieszczęsny narzekający wyborca (narzekający, bo przecież zagłosował) nadal nie będzie miał świadomości, że sam pośrednio do takiej sytuacji przyłożył rękę.

Ja jestem przeciw tabloidyzacji i prymitywizacji polityki. Dlatego w bezpośrednich wyborach na Wójta/Burmistrza/Prezydenta Miasta oddaję nieważny głos. I tak samo zrobię w najbliższą niedzielę.

5. kwietnia 2024, 19:01 CEST,  52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego