Tytuł z gatunku onetowo-tabloidowych, ale nie oznacza bynajmniej końca niniejszego bloga. Chociaż, gdyby jego funkcje życiowe mierzyć aktywnością pisarską, do ich wykrycia faktycznie potrzeba by wyjątkowo czułej aparatury. Niemniej jednak, gdy będzie mi dane obwieścić kres tego miejsca, forma będzie zupełnie inna, a już na pewno nie tak dosłowna, jak zamieszczony wyżej tytuł. Będą fanfary, będą śpiewać chóry anielskie, będzie monstrualny patos i egzaltacja jak stąd do Moskwy. Będą wielkie słowa, aluzje rodem z Kosmosu, będą nawiązania do myśli filozoficznej starożytnych Gumisiów i będzie wreszcie nieśmiertelny cytat z Jima Hensona (twórcy Muppetów), o tym dlaczego życie podobne jest do filmu (i co trzeba robić, żeby napisać jego własny koniec).
A dzisiaj właściwie też będzie o tytułach. Ściślej - o tytułach ostatnich odcinków słynnych seriali. Chwila ku temu jest o tyle odpowiednia, że właśnie kończy się kilka amerykańskich serii, co mnie - domorosłego serialologa - musiało skłonić do nikomu niepotrzebnych refleksji. Wczoraj wyemitowano ostatni odcinek "Dextera", za tydzień ducha wyzionie "Breaking Bad", a tego samego dnia, zgodnie z zasadą "Umarł król", rozpocznie się ostatni sezon "Mentalisty". Z góry zaznaczam, że skupiam się wyłącznie na produkcjach zza wielkiej wody, bo w Polsce, o ile ze świecą wielkości latarni morskiej można czasem znaleźć coś, co nosi jakiekolwiek znamiona serialu (a nie produktu serialopodobnego), to już rzadko kiedy to coś kończy się w sposób zaplanowany. Znacznie częściej żywot serii skraca oświadczenie producenta o tym, że z sobie tylko i partii znanych powodów tytuł nie uzyskał finansowania na kolejne odcinki, co równa się zawieszeniu (bezterminowemu) produkcji. A gdy już raz udało się zaprogramować śmierć serialu (mam na myśli "Ranczo") i znakomicie pozamykać wszystkie wątki w ostatnim odcinku, to pod presją widzów bezpośrednią (listy do telewizorni) i pośrednią (słupki oglądalności), serial przedłużono aż o cztery sezony. Witamy w Polsce.
Tymczasem za oceanem jak sobie coś postanowią, to - z niechlubnymi wyjątkami - nie ma zmiłuj. Egzystuje również w ojczyźnie wuja Sama inna reguła: jak by się serial nie zepsuł, jak bardzo by wiernych fanów nie odrzucał, jak bardzo by nie zmuszał do obniżenia noty na Filmwebie, zakończenie musi być z tak zwanym przytupem. Tak, jakby scenarzyści na moment odstawili rudą gorzałkę i wykrzesali z zakamarków swojej kory mózgowej resztki dawnej pomysłowości, dzięki której parę lat wcześniej wspięli się na telewizyjny Olimp. Jednym z tego przejawów są tytuły ostatnich odcinków, których już samo brzmienie sprawia, że mrówki po ciarce przebiegają. Ot, taki "House", który w końcówce momentami rozkładał się szybciej niż ciała pacjentów, których genialny diagnosta z PPTH nie zdołał ocalić. Ale ostatni odcinek, co by o nim nie mówić - z klasą, zaspokoił nadszarpnięte zaufanie wielu fanów. I ten aluzyjny tytuł: "Everybody Dies". Jest w tym i zagadka (czy twórcy zechcą uśmiercić na finał większą część obsady?), i nawiązanie do ulubionego powiedzonka tytułowego lekarza ("Everybody lies"), ale przede wszystkim klamra spinająca całą serię, wszystkie osiem sezonów, które rozpoczęły się pilotem noszącym - o czym mało kto pamięta - oficjalny podtytuł "Everybody Lies" właśnie.
Smaczków w tytułach ostatnich odcinków jest oczywiście więcej. Jak bardzo by się nie wyżywać na żenującym momentami, zwłaszcza w siódmym sezonie, "Dexterze", finałowe odcinki serialu trzymają w tak zwanym napięciu, a tytuł ostatniego - "Remember the Monsters?" przynajmniej mnie zachwycił do głębi i jeszcze wyostrzył ciekawość co do zwieńczenia tej historii. Równie enigmatyczny będzie tytuł ostatniego odcinka "Breaking Bad" - "Felina". Czy to odniesienie do popkultury? A może nawiązanie do hiszpańskiego przymiotnika feliz (szczęśliwy)? A może coś zdecydowanie bardziej banalnego, co jednak poprzez podanie w tak zagadkowej otoczce, ten banał przemienia w legendę?
Gdy mowa o legendach, to warto wspomnieć niekwestionowany serial wszech czasów, czyli "Twin Peaks", którego odcinki na początku... w ogóle nie miały tytułów. Nadano je jakiś czas później, chyba na wniosek niemieckiej telewizji, co nie przeszkodziło finałowej odsłonie przejść do legendy już za sprawą samego tytułu właśnie. "Beyond Life and Death" - z pozoru grafomańskie, w sam raz na tytuł płyty jakieś gotyckiej kapeli, ale ma w sobie coś niezwykłego, podsumowującego całą mroczną atmosferę serialu. A jeszcze w połączeniu z fabułą ostatniego odcinka (nie, nie zdradzę tu w czym rzecz), tytuł ten nabiera dodatkowej mocy.
Oczywiście, pewna dosłowność również nie przeszkadza w tworzeniu okołoserialowej mitologii. Najbardziej niedoceniany chyba serial z mojego katalogu, kapitalny, zwariowany "Malcolm In The Middle" zakończył się odcinkiem pod tytułem "Graduation". Niby wprost odnosiło się to do wydarzeń z owego odcinka, ale wciąż mam wrażenie, że kryło się w tym drugie dno. Zresztą, nawet tego drugiego dna czasem nie trzeba, by człowiek po usłyszeniu samego tytułu zbierał zęby z podłogi. "Mentalistę" zwieńczy odcinek zatytułowany - po prostu - "Red John". Dla znających serial - niczego nie trzeba dodawać (chociaż i nie znających zachwyci być może rzut oka na listę odcinków, gdzie tytuł każdego z nich zawiera jakąś aluzję do czerwieni). A na przykład "Archiwum X"? Tam ostatni epizod nosił znamienny tytuł "The Truth", którego symbolika w kontekście fabuły jest aż nadto wymowna (od spisków wszelkich tajnych organizacji i rządu, mających na celu wszelką prawdę jak najgłębiej ukryć, po jedno z najsłynniejszych zdań kultury masowej: "The truth is out there").
Wniosek natomiast niech jest chwilowo taki, że nie ma uniwersalnej receptury na rzucający o ziemię tytuł finałowego odcinka. Wyważenie proporcji pomiędzy zagadką a dosłownością wydaje się zadaniem niewykonalnym. A gdy komuś brakuje kreatywności, niech zakończy serial tak, jak zrobili to twórcy "Lost" - odcinkiem pod tytułem "The End". I w kontekście całości, również jest genialnie.
23. września 2013, 14:02 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
poniedziałek, 23 września 2013
poniedziałek, 29 lipca 2013
tajemnice Wszechświata
Ulubioną anegdotkę mojego Wujka słyszałem z jego ust wiele razy, ale nigdy nie udało mi się dokładnie zapamiętać treści. W każdym razie chodziło w niej mniej więcej o to, że gdzieś na polskiej prowincji rozbił się latający spodek nie z tej ziemi. Pilotujący go Kosmita przeżył w całkiem dobrej kondycji. Wieść ta natychmiast dotarła do wielkomiejskich dziennikarzy. Pędzą oni na złamanie karku, aby jak najprędzej przekazać sensacyjną informację w swoich mediach. Gdy docierają na miejsce, wszędzie ani żywego ducha. Żadnych śladów pozaziemskiego przybysza, żadnych tubylców. W końcu skonsternowani dziennikarze dostrzegają chłopa, leniwie prowadzącego krowy drogą. Podbiegają i pytają go, gdzie jest ten ufoludek, który się tu podobno rozbił. Rolnik leniwie wskazując kierunek mówi, jakby od niechcenia: "A tam, w tamtej stodole, nasi go tłuką, żeby im zdradził te tajemnice Wszechświata".
W przeciwieństwie do anegdotycznych rolników, rolnicy realni nie mieli zamiaru czekać, aż im z nieba spadnie jakiś Kosmita. Sami postanowili wybrać się w przestworza i zgłębić tajemnice Wszechświata. A konkretnie nie tyle rolnicy na własną rękę, co Polskie Stronnictwo Ludowe (zwane dalej PSL), które zaproponowało utworzenie polskiej agencji zajmującej się sektorem kosmicznym.
No i nie rozumiem, co w tym takiego śmiesznego. Kto jak kto, ale właśnie PSL ma wszelkie dane ku temu, aby się w podbój Kosmosu zaangażować. Po pierwsze, kolorem-symbolem Stronnictwa jest zielony, a nie od dziś wiadomo, że w przestrzeni kosmicznej żyją ludziki nie innej barwy, jak właśnie zielonej. W dodatku są to zielone ludziki z antenkami, a w temacie transmisji wszelkich danych PSL ma doświadczenie wręcz nieziemskie (od pasjonata nowinek technologii komunikacyjnej - ex-prezesa Pawlaka, po szefa Kółek Rolniczych, który na nagrywaniu właśnie wybił się niczym na orbitę). Po drugie, w logo PSL znajduje się czterolistna koniczynka, a roślina ta - podobnie jak naczelne hasło Ludowców ("Człowiek jest najważniejszy", że tak przypomnę) - w przyrodzie jest spotykana równie często jak Kosmita w dobrym zdrowiu. I wreszcie, powód czysto przyziemny, gospodarze zrzeszeni w PSL mają największe moralne prawo, aby ufoludkom dobrać się do skóry, za te wszystkie kręgi w zbożu, którymi złośliwi przybysze utrudniają żniwa spracowanemu polskiemu rolnikowi.
Abstrahując od tego, jakie owoce przyniesie ta odyseja kosmiczna PSL-u, i czy nie będą to przypadkiem kosmiczne jaja, zastanawiam się, jak powinien nazywać się polski odpowiednik Gagarina czy Armstronga (Neila rzecz jasna, bo polskich odpowiedników Lance'a Armstronga znalazłoby się na tak zwane pęczki). A to jest istotne, bo to potem idzie w świat. Amerykanie wysyłali w Kosmos astronautów, Związek Radziecki wystrzeliwał (mam nadzieję, że tylko w Kosmos, a nie bardziej dosłownie...) kosmonautów. Gdy do gry weszli Chińczycy, ich podróżników na orbitę nazwano tajkonautami. A nasz rodak jakie miano nosił będzie? Polonauta za bardzo kojarzy się z właścicielem poczciwego Poloneza (który pierwszej prędkości kosmicznej nie osiągał, ale trzeba mu jednak oddać, że jak dodał gazu, to można się było znaleźć na orbicie). Psychonauta, jakkolwiek by pasowało, jest już zajęte (i to bynajmniej nie dlatego, że Carl McCoy nagrał kiedyś taki kawałek z Fields Of The Nephilim). To może pojechać symbolami naszej Ojczyzny? Orłonauta, żubronauta, wierzbonauta? Zęby bolą...
Mimo tej całej czarnej dziury (która też jest niezłą metaforą kondycji naszego państwa) w potencjalnym nazewnictwie dla następców generała Hermaszewskiego, jest jednak światełko w tunelu. Polacy mają odwieczne predyspozycje i niezgłębione zdolności do wchodzenia w stan nieważkości. Nawet nie potrzebują do tego całej tej PSL-owskiej agencji kosmicznej. Dlatego kolejny nasz rodak, dumnie podbijający zakamarki Wszechświata, nosił będzie nie mniej dumne miano: alkonauta.
29. lipca 2013, 20:23 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
W przeciwieństwie do anegdotycznych rolników, rolnicy realni nie mieli zamiaru czekać, aż im z nieba spadnie jakiś Kosmita. Sami postanowili wybrać się w przestworza i zgłębić tajemnice Wszechświata. A konkretnie nie tyle rolnicy na własną rękę, co Polskie Stronnictwo Ludowe (zwane dalej PSL), które zaproponowało utworzenie polskiej agencji zajmującej się sektorem kosmicznym.
No i nie rozumiem, co w tym takiego śmiesznego. Kto jak kto, ale właśnie PSL ma wszelkie dane ku temu, aby się w podbój Kosmosu zaangażować. Po pierwsze, kolorem-symbolem Stronnictwa jest zielony, a nie od dziś wiadomo, że w przestrzeni kosmicznej żyją ludziki nie innej barwy, jak właśnie zielonej. W dodatku są to zielone ludziki z antenkami, a w temacie transmisji wszelkich danych PSL ma doświadczenie wręcz nieziemskie (od pasjonata nowinek technologii komunikacyjnej - ex-prezesa Pawlaka, po szefa Kółek Rolniczych, który na nagrywaniu właśnie wybił się niczym na orbitę). Po drugie, w logo PSL znajduje się czterolistna koniczynka, a roślina ta - podobnie jak naczelne hasło Ludowców ("Człowiek jest najważniejszy", że tak przypomnę) - w przyrodzie jest spotykana równie często jak Kosmita w dobrym zdrowiu. I wreszcie, powód czysto przyziemny, gospodarze zrzeszeni w PSL mają największe moralne prawo, aby ufoludkom dobrać się do skóry, za te wszystkie kręgi w zbożu, którymi złośliwi przybysze utrudniają żniwa spracowanemu polskiemu rolnikowi.
Abstrahując od tego, jakie owoce przyniesie ta odyseja kosmiczna PSL-u, i czy nie będą to przypadkiem kosmiczne jaja, zastanawiam się, jak powinien nazywać się polski odpowiednik Gagarina czy Armstronga (Neila rzecz jasna, bo polskich odpowiedników Lance'a Armstronga znalazłoby się na tak zwane pęczki). A to jest istotne, bo to potem idzie w świat. Amerykanie wysyłali w Kosmos astronautów, Związek Radziecki wystrzeliwał (mam nadzieję, że tylko w Kosmos, a nie bardziej dosłownie...) kosmonautów. Gdy do gry weszli Chińczycy, ich podróżników na orbitę nazwano tajkonautami. A nasz rodak jakie miano nosił będzie? Polonauta za bardzo kojarzy się z właścicielem poczciwego Poloneza (który pierwszej prędkości kosmicznej nie osiągał, ale trzeba mu jednak oddać, że jak dodał gazu, to można się było znaleźć na orbicie). Psychonauta, jakkolwiek by pasowało, jest już zajęte (i to bynajmniej nie dlatego, że Carl McCoy nagrał kiedyś taki kawałek z Fields Of The Nephilim). To może pojechać symbolami naszej Ojczyzny? Orłonauta, żubronauta, wierzbonauta? Zęby bolą...
Mimo tej całej czarnej dziury (która też jest niezłą metaforą kondycji naszego państwa) w potencjalnym nazewnictwie dla następców generała Hermaszewskiego, jest jednak światełko w tunelu. Polacy mają odwieczne predyspozycje i niezgłębione zdolności do wchodzenia w stan nieważkości. Nawet nie potrzebują do tego całej tej PSL-owskiej agencji kosmicznej. Dlatego kolejny nasz rodak, dumnie podbijający zakamarki Wszechświata, nosił będzie nie mniej dumne miano: alkonauta.
29. lipca 2013, 20:23 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
sobota, 22 czerwca 2013
glokalizacja
Zżymać się na to, co polscy tłumacze robią z tytułami zagranicznych filmów i seriali ma w sobie tyle samo oryginalności, co kierowanie pretensji do Karola Strasburgera, że opowiada na wizji czerstwe dowcipy. Znacznie bardziej odkrywcze jest doszukiwanie się w rezultatach mało twórczej pracy owych tłumaczy pewnych reguł. Jedną z nich jest powtarzanie się zwłaszcza w tytułach seriali dwóch niezniszczalnych słów.
Dążenia globalizacyjne, mocarstwowe wręcz, czy też może - jak powiedzieliby naukowcy - holistyczne, widać w nadużywaniu słowa "świat". "Świat według Kiepskich" jest tylko ironicznym (mam nadzieję) pastiszem tej tendencji. Bardziej irytuje ten "świat" tam, gdzie być go na pewno nie powinno. "Zwariowany świat Malcolma" (w oryginale: "Malcolm in the Middle"), "Świat według Ludwiczka" ("Life with Louie"), czy wreszcie "Świat według Bundych" (w oryginale - uwaga! - "Married with children"). Paradoksem absolutnym jest, że mało kto w ogóle ma pojęcie o dziele, w którym akurat ten "świat" jest jak najbardziej pożądany, czyli "Świecie według Garpa" ("World according to Garp"). Faktem jest, że pierwowzorem filmu była książka Irvinga (Johna, nie Washingtona), i to nie byle jaka, bo pod 500 stron, a dla zdecydowanej większości mieszkańców naszego kraju, to objętość przynajmniej o jedno zero za duża (są tacy, dla których i o dwa). A jeśli już coś ze "światem" jednak czytali, to prędzej "Świat według Clarksona", albo - ambitniejsi - "Świat według Mellera" (na szczęście Stefana, a nie Marcina, chociaż wszystko w rodzinie).
Z drugiej strony, dążenie do światowości równoważy tendencja w kierunku swojskości. Jej przejawem jest panoszące się wszędzie "miasteczko". Ponownie - panoszące się wszędzie tam, gdzie pojawiać się nie ma prawa. Kiedyś Magda Umer zaśpiewała "Miasteczko Bełz" do słów Agnieszki Osieckiej, ale nawet słynnej poetki nie podejrzewam o tak wielką siłę oddziaływania, więc pies jest zapewne pogrzebany gdzieś indziej. W każdym razie miasteczka się mnożą jak króliki po viagrze. "Miasteczko Salem" (w oryginale "Salem's Lot"), "Miasteczko Twin Peaks" (w oryginale po prostu "Twin Peaks" - nie można było tego tak zostawić, zamiast bezcześcić tytuł serialu wszech czasów?), "Miasteczko South Park" (jak wyżej, bez wzmianki o serialu wszech czasów, bo to jednak inny kaliber). Na fali tej miasteczkowości, TVN stworzył kiedyś nawet własny serial pt. "Miasteczko", co na marginesie wpisuje się w klimat niedawnej wypowiedzi bodaj Macieja Stuhra o tym, że był sobie serial "Dom", potem film "Dom zły", a teraz - jako zwieńczenie tej swoistej "trylogii" - zostanie zekranizowany Tyrmand i jego "Zły". Serial "Miasteczko" był jednak tak - nomen omen - zły, że nie pamiętają o nim już chyba nawet jego twórcy. Za to telewizji TVN podobnych eksperymentów się bynajmniej nie odechciało, ale to już zupełnie inna historia...
Procesy, które powstają na płaszczyźnie napięć pomiędzy tendencjami globalizacyjnymi a chęcią zachowania identyfikacji lokalnej, socjologowie nazwali "glokalizacją". Czasami jest to zjawisko dobre, czasami złe, słowem - jak zwykle w naukach społecznych - "to zależy". Trudno więc również powiedzieć, co z tego wyniknie w świecie szeroko rozumianej kultury popularnej. Ale w kraju, w którym tytuł filmu "The Burning Plain" ("Płonąca równina") tłumaczy się jako "Granice miłości", z pewnością nie będzie to nic dobrego...
22. czerwca 2013, 20:49 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Dążenia globalizacyjne, mocarstwowe wręcz, czy też może - jak powiedzieliby naukowcy - holistyczne, widać w nadużywaniu słowa "świat". "Świat według Kiepskich" jest tylko ironicznym (mam nadzieję) pastiszem tej tendencji. Bardziej irytuje ten "świat" tam, gdzie być go na pewno nie powinno. "Zwariowany świat Malcolma" (w oryginale: "Malcolm in the Middle"), "Świat według Ludwiczka" ("Life with Louie"), czy wreszcie "Świat według Bundych" (w oryginale - uwaga! - "Married with children"). Paradoksem absolutnym jest, że mało kto w ogóle ma pojęcie o dziele, w którym akurat ten "świat" jest jak najbardziej pożądany, czyli "Świecie według Garpa" ("World according to Garp"). Faktem jest, że pierwowzorem filmu była książka Irvinga (Johna, nie Washingtona), i to nie byle jaka, bo pod 500 stron, a dla zdecydowanej większości mieszkańców naszego kraju, to objętość przynajmniej o jedno zero za duża (są tacy, dla których i o dwa). A jeśli już coś ze "światem" jednak czytali, to prędzej "Świat według Clarksona", albo - ambitniejsi - "Świat według Mellera" (na szczęście Stefana, a nie Marcina, chociaż wszystko w rodzinie).
Z drugiej strony, dążenie do światowości równoważy tendencja w kierunku swojskości. Jej przejawem jest panoszące się wszędzie "miasteczko". Ponownie - panoszące się wszędzie tam, gdzie pojawiać się nie ma prawa. Kiedyś Magda Umer zaśpiewała "Miasteczko Bełz" do słów Agnieszki Osieckiej, ale nawet słynnej poetki nie podejrzewam o tak wielką siłę oddziaływania, więc pies jest zapewne pogrzebany gdzieś indziej. W każdym razie miasteczka się mnożą jak króliki po viagrze. "Miasteczko Salem" (w oryginale "Salem's Lot"), "Miasteczko Twin Peaks" (w oryginale po prostu "Twin Peaks" - nie można było tego tak zostawić, zamiast bezcześcić tytuł serialu wszech czasów?), "Miasteczko South Park" (jak wyżej, bez wzmianki o serialu wszech czasów, bo to jednak inny kaliber). Na fali tej miasteczkowości, TVN stworzył kiedyś nawet własny serial pt. "Miasteczko", co na marginesie wpisuje się w klimat niedawnej wypowiedzi bodaj Macieja Stuhra o tym, że był sobie serial "Dom", potem film "Dom zły", a teraz - jako zwieńczenie tej swoistej "trylogii" - zostanie zekranizowany Tyrmand i jego "Zły". Serial "Miasteczko" był jednak tak - nomen omen - zły, że nie pamiętają o nim już chyba nawet jego twórcy. Za to telewizji TVN podobnych eksperymentów się bynajmniej nie odechciało, ale to już zupełnie inna historia...
Procesy, które powstają na płaszczyźnie napięć pomiędzy tendencjami globalizacyjnymi a chęcią zachowania identyfikacji lokalnej, socjologowie nazwali "glokalizacją". Czasami jest to zjawisko dobre, czasami złe, słowem - jak zwykle w naukach społecznych - "to zależy". Trudno więc również powiedzieć, co z tego wyniknie w świecie szeroko rozumianej kultury popularnej. Ale w kraju, w którym tytuł filmu "The Burning Plain" ("Płonąca równina") tłumaczy się jako "Granice miłości", z pewnością nie będzie to nic dobrego...
22. czerwca 2013, 20:49 DST, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
wtorek, 11 czerwca 2013
wydanie drugie, poprawione
Pomimo braku widocznych efektów aktywności, żyję. Znacznie ciekawsze jednak jest to, czym żyje ostatnio Polska i świat.
EDIT: 21:47 DST
- Sieć drogeryjna Rossmann wystartowała z nową kampanią reklamową. Jest nawet hasło przewodnie: "Pragnienia i potrzeby". Gdy po raz pierwszy to usłyszałem, pomyślałem, że Danuta Wałęsa napisała nową książkę. Bo dlaczego nie? "Marzenia i tajemnice" sprzedały się na tak zwanym pniu, a materiału by się znalazło nie tylko na trylogię, ale nawet na dekalog. Gdy któryś tom będzie poświęcony stricte wyczynom męża pani Danuty, co to i Matkę Boską w klapie nosił i przez płot skakał, tytuł "Wierzenia i obyczaje" będzie jak znalazł.
- Nową kampanię zainaugurował również Carlsberg Polska, producent znanego i cenionego piwa Harnaś. I tu zaskoczenie - reklama telewizyjna, w której harnaś ratuje bliżej nieokreślonego księcia, jest kapitalna. Zamiast prymitywnej balangi albo wyluzowanych piwoszy, mamy świetną animację, niesamowity klimat i muzykę jak spod ręki Hansa Zimmera. Polak filmów nie potrafi robić, dobrze więc, że chociaż klipy reklamowe. I to - o ironio - te, dotyczące naszego narodowego napoju. Gdyby każdy naród specjalizował się w reklamach dotyczących ich specjałów, nikt na świecie nie dowodziłby, że pizzę i hamburgery wymyślili Amerykanie.
- Japońscy naukowcy (bo naukowcy to jest taki gatunek, który dzieli się na dwie grupy: japońskich i amerykańskich) podobno odnaleźli sposób na nagrywanie snów człowieka. Jeśli to prawda i wkrótce ten wynalazek znajdzie powszechne zastosowanie, wskaźnik rozwodów osiągnie 105%, a na więzienia trzeba będzie przerobić nie tylko szkoły i szpitale, ale także kościoły.
- Amerykańscy naukowcy sklonowali natomiast ludzkie komórki macierzyste. Naukowcy z pozostałych państw natychmiast zaczęli snuć domysły, w jaki sposób wykorzystać to osiągnięcie dla dobra nauki. Coś mi mówi, że w następnym kroku rządy tych pozostałych państw wprowadzą rezolucję, zgodnie z którą - w celu przeciwdziałania dyskryminacji - nazwę "komórki macierzyste" zastąpi się nazwą "komórki tacierzyste". Dodatkowo, w Szwecji i Francji sprawdzi się, czy klonowanie tych komórek nie narusza praw gejów i lesbijek. A pani od ekologicznych jaj stwierdzi, że ona by tego kurkom nie dała. I słusznie - jaja mamy i bez niej.
- Spółka PKP Intercity z dumą ogłosiła zakup we włoskiej firmie Alstom składów zespolonych EMU 250 znanych szerzej pod ksywą "Pendolino". Po włosku oznacza to "wahadło", co jest określeniem jak znalazł na polskie warunki kolejowe. Ruch wahadłowy jest ostatnio w modzie na wielu odcinkach remontowanych linii kolejowych. Strajk włoski (tylko że bez strajku) zresztą też. A nawet chowanie głowy w piasek.
- Rod Stewart nagrał nową płytę. Od jego poprzedniego albumu minęło tyle czasu, że zdążyło już wymrzeć całe pokolenie, dlatego jest to wydarzenie niewątpliwe. Jeszcze większym wydarzeniem jest to, że płytę, która nosi tytuł "Time", reklamują sporej wielkości afisze na przystankach komunikacji miejskiej w Poznaniu. Przypominać pasażerom komunikacji miejskiej o czasie (zwłaszcza w Poznaniu, gdzie pół miasta jest rozkopane jak ruskie kartoflisko, a swoją stałą trasą nie kursuje nawet tramwaj turystyczny) jest zajęciem odważnym i ryzykownym (tym bardziej, że rzeczony artysta wkrótce zawita do Polski). No, chyba że wydawca płyty ma jakieś udziały w polisie na życie Stewarta.
- W Gorzowie Wielkopolskim otwarto nowe pole golfowe. Ciekawostką jest, że wybudowało je nie miasto czy publiczne stowarzyszenie sportowe, ani prywatny inwestor, ani nawet Piotr Gąsowski. Pole golfowe zafundowało Gorzowianom ZUO (wbrew pozorom to nie szataniści, tylko Zakład Utylizacji Odpadów). Być może zatem o to chodzi w tej śmieciowej rewolucji, o której ostatnio jest tak głośno - zakłady utylizacji zamiast śmieciami zaczną zajmować się budową obiektów sportowo-rekreacyjnych albo na przykład gotowaniem makaronu. A śmieci utylizować będą - dajmy na to - piekarze. Albo listonosze. Oni nawet mają doświadczenie w noszeniu makulatury. W każdym razie, jeśli to pole w Gorzowie faktycznie ma być zgodne z zasadami recyklingu, to nawierzchnia powinna być wykonana z kompostu, tyczki z kartonu, a zamiast piłeczek do dziury celować będziemy ogryzkami.
- Polscy piłkarze reprezentacyjni skompromitowali się w meczu z Mołdawią. Nie pierwszy raz zresztą, i nie trzydziesty również. Wierni kibice tej drużyny, jeśli jeszcze istnieją, powinni otrzymać rentę jakąś od państwa. I od sponsora reprezentacji również. "Adamiakowe" by to się nazywało (na zasadzie analogii z "becikowym"). Co tydzień torba wiktuałów z najnowszych promocji, za symboliczną złotówkę. W okresie wiosenno-letnim biedronki gratis.
- Zalało Warszawę. Też nie pierwszy raz przecież. W zeszłym roku najpierw metro, a potem Stadion Narodowy, a teraz od razu całą trasę przelotową. Zastanawiające zresztą, że akurat toruńską, bo na wody geotermalne te powodzie nie wyglądały. Słusznie za to zauważyła Pani Prezydent, że przecież klimat się zmienia, więc to normalne, że po ulicach będzie się wkrótce poruszać wodolotem. Poza tym, drodzy Warszawiacy, jak się ma w mieście Łazienki, to jak to sobie wyobrażacie bez wody?
- Justin Bieber poleci w kosmos. Zgoda, kosmici wiele zła nam wyrządzili - te wszystkie uprowadzenia, porwania, eksperymenty medyczne na ludziach i zwierzętach. Poza tym zboża wiele wydeptali, Predatora nam podesłali, a nawet zburzyli Empire State Building (co widział każdy, kto oglądał "Dzień Niepodległości", czyli każdy). Mimo to uważam, że zemsta ze strony Ziemian jest jednak zbyt okrutna.
EDIT: 21:47 DST
niedziela, 31 marca 2013
resurrection, live!
O tym, że telewizje informacyjne powoli zjadają własny ogon, nikogo przekonywać nie trzeba. Presja by wciąż trzymać rękę na tak zwanym pulsie i wyprzedzać innych w podawaniu najświeższych newsów doprowadzi w pewnym momencie do ściany. Za którą są niekończące się rozmowy z "ekspertami" na każdy temat, krótkie materiały filmowe puszczane w pętlę i wszystkie pozostałe grzechy główne stacji informacyjnych. W których najbardziej irytujące jest to, że potrafią nie tylko zrobić sensację ze wszystkiego, ale też każdą informację podać w charakterystycznym dla siebie stylu. Gdyby istniały one dwa tysiące lat temu, wydarzenia znane nam z kart Biblii mogłyby wyglądać mniej więcej tak:
Jest godzina 8:00 rano, poranek "Wstajesz i jesz" w TV-END24, Krystyna Sasanke, witam państwa! Zaczynamy od najświeższych, niepotwierdzonych jeszcze informacji z Judei. Według anonimowych informatorów, których wiarygodność cały czas próbujemy potwierdzić, ciało Jezusa Nazarejczyka w tajemniczych okolicznościach zniknęło z grobu. Natychmiast łączymy się z naszym korespondentem w Jerozolimie, Jackiem Makabi. Witaj!
- Witam, Krystyno!
Co możesz nam powiedzieć o sprawie? Co wiadomo na chwilę obecną?
- Cóż, proszę państwa, na razie wiadomo niewiele. Według niepotwierdzonych wciąż doniesień, jako pierwsi o sprawie zawiadomili dwaj uczniowie Jezusa - Piotr i drugi uczeń, którego tożsamości nadal nie znamy. Mieli oni udać się o świcie do grobu Jezusa, ale nie zastali tam ani pilnujących go rzymskich żołnierzy, ani też ciała swojego nauczyciela. Kamień grobowy miał być odsunięty, a w środku podobno nie zaobserwowano śladów walki, ani niczego podejrzanego.
Jak rozumiem, żaden z uczniów Jezusa nie udzielił jeszcze w tej sprawie komentarza?
- Niestety, nie. Ów drugi z uczniów, który przyszedł rano do grobu, jest w szoku. Została mu udzielona świąteczna pomoc medyczna, jest także pod opieką psychologa. Natomiast Piotr Apostoł wciąż odmawia komentarza w tej sprawie. Pozostali uczniowie Chrystusa są jeszcze w drodze na miejsce wydarzeń.
Rozumiem, a czy jest już znane oficjalne stanowisko władz?
- Nie, wciąż czekamy na jakiekolwiek wystąpienie przedstawicieli władz. Gdy tylko będzie coś wiadomo, przekażemy to natychmiast do studia.
A zatem czekamy na kolejne łączenie z Jackiem. Przypominam państwu, sensacją dnia, co widzą też państwo na pasku u dołu ekranu, jest informacja, która nadeszła do nas z Judei. Ciało Jezusa Chrystusa zniknęło, powtarzam: zniknęło, w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach z grobu w Jerozolimie. A w oczekiwaniu na dalsze informacje, przypomnijmy ostatnie wydarzenia, które wiążą się z tą sprawą. Tydzień temu, w niedzielę, Jezus z Nazaretu wjechał triumfalnie do Jerozolimy, witany przez rzesze swoich zwolenników. Owacje, które początkowo wyglądały na krótkotrwały flash-mob, przekształciły się w gigantyczny wiec poparcia, na który ludzie zwoływali się za pośrednictwem komunikatorów i portali społecznościowych, Pejsbuka i Ćwitera. Nieoczekiwanie dla wszystkich, cztery dni później Jezus został pojmany i trafił przed sąd. W procesie, który ewidentnie miał charakter poszlakowy, został uznany winnym podburzania do nieposłuszeństwa obywatelskiego i rozruchów społecznych. Mimo to, oskarżyciele posiłkowi domagali się kary śmierci. W tej sytuacji Poncjusz Piłat zdecydował się na przeprowadzenie konsultacji społecznych. W ich rezultacie ułaskawił niejakiego Barabasza, który był sądzony za rozbój ze skutkiem śmiertelnym, z artykułu 280 paragraf 6, Kodeksu Karnego. Natomiast Jezus został skazany na śmierć przez ukrzyżowanie...
Tymczasem przerywamy rekapitulację wydarzeń ostatnich dni, ponieważ mamy najnowsze informacje z Jerozolimy. Halo, Jacku!
- Witam ponownie! Mamy już oficjalne stanowisko namiestnika Judei. Jego rzecznik prasowy potwierdza, że faktycznie ciało Jezusa nie znajduje się w grobie wykutym w skale na obrzeżach Jerozolimy. W tej chwili wyjaśnienia składa niejaki Józef z Arymatei, który był tą osobą, która złożyła ciało do grobu. O rezultatach będziemy państwa na bieżąco informować. Ponadto, udało nam się dowiedzieć, że na godzinę 12:30 zaplanowany jest briefing Poncjusza Piłata, natomiast około godziny 13:00 odbędzie się konferencja prasowa z udziałem Annasza i Kajfasza.
Bardzo ci dziękuję. Gdy tylko te konferencje się rozpoczną, natychmiast przeniesiemy się z powrotem do Jerozolimy, aby je dla państwa relacjonować. Tymczasem mamy już pierwsze komentarze prasowe. Ojciec Podgrzybek, redaktor naczelny pisma "Nasz Siennik" przekonuje, że cała ta sprawa to misternie uknuta intryga w wykonaniu Żydów. Z kolei "Gazeta Dozorcza" w swoim wydaniu internetowym postuluje, aby w tej kwestii wziąć pod uwagę wielokulturowość regionu, oraz sprawdzić, czy nie zostały przy okazji naruszone prawa mniejszości, zwłaszcza seksualnych.
A w studiu pierwsi goście. Jest z nami ambasador Judei, pan Szewach Schwarz, dzień dobry panie ambasadorze.
- Dzień dobry pani, dzień dobry państwu, mazel tov.
Jest z nami również ekspert z zagranicy, pan Halli Burton, specjalista od zamków i zabezpieczeń, zwłaszcza od zabezpieczeń grobowców, krypt i dolmenów. Witam pana!
- Dziń dybry. Ja postaram się mówić polski. Poprawić mnie dobra rzecz, proszę bardzo.
Oczywiście. Gościmy wreszcie w studiu religioznawcę i eksperta od tematyki krajów basenu Morza Śródziemnego. To ceniony w świecie profesor Hero d'Ot. Serdecznie witamy, panie profesorze.
- Mi również bardzo miło być dzisiaj państwa gościem.
Znakomicie. Z panem profesorem chciałabym porozmawiać o trudnych relacjach pomiędzy Żydami i Rzymianami na terenie Judei i Galilei, oraz roli jaką odgrywał Jezus z Nazaretu w tych stosunkach. Pana Halli Burtona chciałabym z kolei zapytać, czym charakteryzuje się zabezpieczenie w postaci kamiennego głazu, jaki został użyty jako zamknięcie grobu Chrystusa, oraz jakie są szanse, aby osoba bez profesjonalnego przygotowania mogła takie zabezpieczenie usunąć. Najpierw jednak chciałabym postawić taką tezę i poprosić pana Schwarza, aby się do niej ustosunkował. Na ile to jest możliwe, aby po szabacie, właściwie w przeddzień święta Paschy, ważnego żydowskiego święta...
- Najważniejszego żydowskiego święta
... tak, najważniejszego żydowskiego święta, obchodzonego na pamiątkę... eee... pan ambasador zaraz przybliży państwu tę kwestię. Na ile to jest możliwe, aby strażnicy po prostu upili się i nie zachowali należytej czujności przy grobie.
- Strażnicy, o ile wiemy, byli Rzymianami. Rzymianie nie obchodzą święta Paschy.
No tak, ale mogli zostać na przykład poczęstowani alkoholem przez Żydów, być może przez kogoś z kręgu uczniów Chrystusa. Jak wiemy ze źródeł zbliżonych do żołnierzy garnizonu rzymskiego w Jerozolimie, jeden z uczniów Chrystusa właśnie zaatakował mieczem jednego z żołnierzy asystujących przy aresztowaniu Jezusa i odciął mu ucho. Byłby to zatem nie pierwszy taki akt agresji ze strony zwolenników Jezusa wobec przedstawicieli władzy rzymskiej.
- Pani pozwoli, że pozostawię to bez komentarza.
Minęło południe, to program "Dzień jak żywy" w TV-END24, wita państwa Kamil Kurczok. Od rana śledzimy wydarzenia z Jerozolimy, zmieniające się jak w kalejdoskopie. Nie mamy w tej chwili czasu nawet na zwięzłe podsumowanie dotychczasowych faktów, ponieważ błyskawicznie przenosimy się do Jerozolimy, do Jacka Makabi, który ma dla nas najświeższe wiadomości.
- Tak jest, proszę państwa, właśnie przed chwilą otrzymaliśmy informacje, że uczniowie Jezusa - Piotr i ów drugi z apostołów, którym - powołując się na anonimowe źródło, zbliżone do chrześcijan - jest prawdopodobnie Jan, wcale nie byli pierwsi przy otwartym, opustoszałym grobie Chrystusa. Według naszych ustaleń, nieco wcześniej od nich na miejscu zdarzenia pojawiła się Maria Magdalena, która miała zobaczyć otwarty grób i dopiero ona powiadomiła o tym Piotra. Oficerowie prasowi radzą jednak, aby z dużą ostrożnością traktować relację właśnie Marii Magdaleny. Jak utrzymuje jeden z anglosaskich literatów - Daniel Brązowy - mogła bowiem istnieć intymna więź pomiędzy Marią Magdaleną a Jezusem Chrystusem. Nic wprawdzie nie potwierdza istnienia takiej więzi, ale na chwilę obecną sprawa jest - jak to mówimy - rozwojowa.
Dziękuję, Jacku, za tak obszerną relację i czekamy na kolejne informacje, oraz na zapowiedziany na godzinę 12:30 briefing Poncjusza Piłata. A tymczasem w naszym studiu kolejny gość - psycholog społeczny, pani Małgorzata Alphe. Pani doktor, wiele wskazuje na to, że wyjaśnienie tej tajemniczej sprawy może się wiązać z kręgiem najbliższych współpracowników Chrystusa, zwanych Apostołami. Psychologia zna przypadki, gdzie w tak małych, niedawno uformowanych wspólnotach religijnych może dojść do pewnego rodzaju prób utrzymania za wszelką cenę spójności danej wspólnoty. Czy w tym celu Apostołowie mogliby się posunąć do wykradzenia ciała Jezusa?
- Dzień dobry panu, dzień dobry państwu. Odpowiadając na pana pytanie - jak najbardziej! Ma pan zapewne na myśli słynne badania Leona Festingera i jego współpracowników w formie obserwacji uczestniczącej.
Tak, właśnie. Czy mogłaby nam pani przybliżyć te badania?
- Oczywiście. Otóż ten badacz przeniknął kilkadziesiąt lat temu do małej grupy religijnej, skupionej wokół charyzmatycznej kobiety-guru, która miała otrzymywać przesłania od istot pozaziemskich. Wiadomości te miały zwiastować, że zbliża się koniec świata, zawierały nawet konkretną datę, a jedynie osoby skupione w tej wspólnocie miały zostać przez kosmitów ocalone. Jak się państwo pewnie domyślają, koniec świata ostatecznie nie nadszedł
I co się wówczas stało z tą grupą?
- Wbrew pozorom, grupa nie rozpadła się. Co więcej, po początkowym okresie konsternacji, jej członkowie szybko doszli do wniosku, że to dzięki ich modlitwom i zaangażowaniu świat ocalał. Grupa zaczęła pozyskiwać nowych członków i jeszcze bardziej rozrastała się.
Czy uważa pani, że podobnie jest w tym przypadku?
- Bardzo możliwe. Sam Chrystus wielokrotnie podkreślał, że zwycięży śmierć i wstanie z grobu. W tej sytuacji, jego uczniowie mogli wykraść ciało z grobu i ukryć je, aby uwiarygodnić taką wersję wydarzeń, a tym samy uwiarygodnić samą ideologię wyznawaną przez chrześcijan. Uważam przy tym, że...
Przepraszam, pani profesor...
- Doktor.
Tak, pani doktor. Przepraszam, ale musimy przerwać tą rozmowę, ponieważ mamy sensacyjne doniesienia z Jerozolimy. Otóż, według tego, co przed chwilą podały agencje, mamy dwóch nowych świadków w całej sprawie. Dwóch mężczyzn, wciąż jeszcze nie wiemy, czy należeli oni do wspólnoty uczniów Chrystusa, podróżowało do Emaus. Twierdzą oni, że w drodze dołączył do nich tajemniczy człowiek, który towarzyszył im do celu, gdzie - zgodnie z ich słowami - "wyjaśniał im Pisma i łamał z nimi chleb". Obaj mężczyźni są w stu procentach przekonani, że tym człowiekiem był Jezus Chrystus we własnej osobie. Tyle wiemy na razie. Będziemy do tej sprawy jeszcze wracać.
Okazuje się zatem, że pojawia się coraz więcej dowodów, które jednak wskazywałyby na zmartwychwstanie Jezusa. Czy ta sensacyjna hipoteza znajdzie swoje potwierdzenie w rzeczywistości? O tym już za chwilę w programie "Dzień jak żywy" w TV-END24. Nasz aeroplan, Karmazynowy24, jest w drodze do Emaus i wkrótce powinniśmy otrzymać przekaz wideo z miejsca zdarzenia. Już za chwilę porozmawiamy też z profesorem neurologii o tym, czy w pewnych przypadkach możemy błędnie uznać kogoś za zmarłego. Czy w razie takich chorób jak na przykład katalepsja, może się zdarzyć, że człowiek wygląda jak martwy, ale po pewnym czasie, nawet po kilku dniach, jak gdyby nigdy nic budzi się. Czy coś takiego mogło dotyczyć Jezusa Chrystusa? Natomiast później zastanowimy się, jakie konsekwencje polityczne mogą nieść dzisiejsze wydarzenia. Kto zostanie nowym liderem chrześcijan, jeśli nie potwierdzą się informacje o zmartwychwstaniu Jezusa? Czy prawdą jest, co sugeruje jeden z naszych rozmówców, że Piotr Apostoł jest szykowany do roli lidera technicznego? Zostańcie państwo z nami. Już po przerwie najnowsze, gorące informacje w tej sprawie.
31. marca 2013, 22:24 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Jest godzina 8:00 rano, poranek "Wstajesz i jesz" w TV-END24, Krystyna Sasanke, witam państwa! Zaczynamy od najświeższych, niepotwierdzonych jeszcze informacji z Judei. Według anonimowych informatorów, których wiarygodność cały czas próbujemy potwierdzić, ciało Jezusa Nazarejczyka w tajemniczych okolicznościach zniknęło z grobu. Natychmiast łączymy się z naszym korespondentem w Jerozolimie, Jackiem Makabi. Witaj!
- Witam, Krystyno!
Co możesz nam powiedzieć o sprawie? Co wiadomo na chwilę obecną?
- Cóż, proszę państwa, na razie wiadomo niewiele. Według niepotwierdzonych wciąż doniesień, jako pierwsi o sprawie zawiadomili dwaj uczniowie Jezusa - Piotr i drugi uczeń, którego tożsamości nadal nie znamy. Mieli oni udać się o świcie do grobu Jezusa, ale nie zastali tam ani pilnujących go rzymskich żołnierzy, ani też ciała swojego nauczyciela. Kamień grobowy miał być odsunięty, a w środku podobno nie zaobserwowano śladów walki, ani niczego podejrzanego.
Jak rozumiem, żaden z uczniów Jezusa nie udzielił jeszcze w tej sprawie komentarza?
- Niestety, nie. Ów drugi z uczniów, który przyszedł rano do grobu, jest w szoku. Została mu udzielona świąteczna pomoc medyczna, jest także pod opieką psychologa. Natomiast Piotr Apostoł wciąż odmawia komentarza w tej sprawie. Pozostali uczniowie Chrystusa są jeszcze w drodze na miejsce wydarzeń.
Rozumiem, a czy jest już znane oficjalne stanowisko władz?
- Nie, wciąż czekamy na jakiekolwiek wystąpienie przedstawicieli władz. Gdy tylko będzie coś wiadomo, przekażemy to natychmiast do studia.
A zatem czekamy na kolejne łączenie z Jackiem. Przypominam państwu, sensacją dnia, co widzą też państwo na pasku u dołu ekranu, jest informacja, która nadeszła do nas z Judei. Ciało Jezusa Chrystusa zniknęło, powtarzam: zniknęło, w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach z grobu w Jerozolimie. A w oczekiwaniu na dalsze informacje, przypomnijmy ostatnie wydarzenia, które wiążą się z tą sprawą. Tydzień temu, w niedzielę, Jezus z Nazaretu wjechał triumfalnie do Jerozolimy, witany przez rzesze swoich zwolenników. Owacje, które początkowo wyglądały na krótkotrwały flash-mob, przekształciły się w gigantyczny wiec poparcia, na który ludzie zwoływali się za pośrednictwem komunikatorów i portali społecznościowych, Pejsbuka i Ćwitera. Nieoczekiwanie dla wszystkich, cztery dni później Jezus został pojmany i trafił przed sąd. W procesie, który ewidentnie miał charakter poszlakowy, został uznany winnym podburzania do nieposłuszeństwa obywatelskiego i rozruchów społecznych. Mimo to, oskarżyciele posiłkowi domagali się kary śmierci. W tej sytuacji Poncjusz Piłat zdecydował się na przeprowadzenie konsultacji społecznych. W ich rezultacie ułaskawił niejakiego Barabasza, który był sądzony za rozbój ze skutkiem śmiertelnym, z artykułu 280 paragraf 6, Kodeksu Karnego. Natomiast Jezus został skazany na śmierć przez ukrzyżowanie...
Tymczasem przerywamy rekapitulację wydarzeń ostatnich dni, ponieważ mamy najnowsze informacje z Jerozolimy. Halo, Jacku!
- Witam ponownie! Mamy już oficjalne stanowisko namiestnika Judei. Jego rzecznik prasowy potwierdza, że faktycznie ciało Jezusa nie znajduje się w grobie wykutym w skale na obrzeżach Jerozolimy. W tej chwili wyjaśnienia składa niejaki Józef z Arymatei, który był tą osobą, która złożyła ciało do grobu. O rezultatach będziemy państwa na bieżąco informować. Ponadto, udało nam się dowiedzieć, że na godzinę 12:30 zaplanowany jest briefing Poncjusza Piłata, natomiast około godziny 13:00 odbędzie się konferencja prasowa z udziałem Annasza i Kajfasza.
Bardzo ci dziękuję. Gdy tylko te konferencje się rozpoczną, natychmiast przeniesiemy się z powrotem do Jerozolimy, aby je dla państwa relacjonować. Tymczasem mamy już pierwsze komentarze prasowe. Ojciec Podgrzybek, redaktor naczelny pisma "Nasz Siennik" przekonuje, że cała ta sprawa to misternie uknuta intryga w wykonaniu Żydów. Z kolei "Gazeta Dozorcza" w swoim wydaniu internetowym postuluje, aby w tej kwestii wziąć pod uwagę wielokulturowość regionu, oraz sprawdzić, czy nie zostały przy okazji naruszone prawa mniejszości, zwłaszcza seksualnych.
A w studiu pierwsi goście. Jest z nami ambasador Judei, pan Szewach Schwarz, dzień dobry panie ambasadorze.
- Dzień dobry pani, dzień dobry państwu, mazel tov.
Jest z nami również ekspert z zagranicy, pan Halli Burton, specjalista od zamków i zabezpieczeń, zwłaszcza od zabezpieczeń grobowców, krypt i dolmenów. Witam pana!
- Dziń dybry. Ja postaram się mówić polski. Poprawić mnie dobra rzecz, proszę bardzo.
Oczywiście. Gościmy wreszcie w studiu religioznawcę i eksperta od tematyki krajów basenu Morza Śródziemnego. To ceniony w świecie profesor Hero d'Ot. Serdecznie witamy, panie profesorze.
- Mi również bardzo miło być dzisiaj państwa gościem.
Znakomicie. Z panem profesorem chciałabym porozmawiać o trudnych relacjach pomiędzy Żydami i Rzymianami na terenie Judei i Galilei, oraz roli jaką odgrywał Jezus z Nazaretu w tych stosunkach. Pana Halli Burtona chciałabym z kolei zapytać, czym charakteryzuje się zabezpieczenie w postaci kamiennego głazu, jaki został użyty jako zamknięcie grobu Chrystusa, oraz jakie są szanse, aby osoba bez profesjonalnego przygotowania mogła takie zabezpieczenie usunąć. Najpierw jednak chciałabym postawić taką tezę i poprosić pana Schwarza, aby się do niej ustosunkował. Na ile to jest możliwe, aby po szabacie, właściwie w przeddzień święta Paschy, ważnego żydowskiego święta...
- Najważniejszego żydowskiego święta
... tak, najważniejszego żydowskiego święta, obchodzonego na pamiątkę... eee... pan ambasador zaraz przybliży państwu tę kwestię. Na ile to jest możliwe, aby strażnicy po prostu upili się i nie zachowali należytej czujności przy grobie.
- Strażnicy, o ile wiemy, byli Rzymianami. Rzymianie nie obchodzą święta Paschy.
No tak, ale mogli zostać na przykład poczęstowani alkoholem przez Żydów, być może przez kogoś z kręgu uczniów Chrystusa. Jak wiemy ze źródeł zbliżonych do żołnierzy garnizonu rzymskiego w Jerozolimie, jeden z uczniów Chrystusa właśnie zaatakował mieczem jednego z żołnierzy asystujących przy aresztowaniu Jezusa i odciął mu ucho. Byłby to zatem nie pierwszy taki akt agresji ze strony zwolenników Jezusa wobec przedstawicieli władzy rzymskiej.
- Pani pozwoli, że pozostawię to bez komentarza.
Minęło południe, to program "Dzień jak żywy" w TV-END24, wita państwa Kamil Kurczok. Od rana śledzimy wydarzenia z Jerozolimy, zmieniające się jak w kalejdoskopie. Nie mamy w tej chwili czasu nawet na zwięzłe podsumowanie dotychczasowych faktów, ponieważ błyskawicznie przenosimy się do Jerozolimy, do Jacka Makabi, który ma dla nas najświeższe wiadomości.
- Tak jest, proszę państwa, właśnie przed chwilą otrzymaliśmy informacje, że uczniowie Jezusa - Piotr i ów drugi z apostołów, którym - powołując się na anonimowe źródło, zbliżone do chrześcijan - jest prawdopodobnie Jan, wcale nie byli pierwsi przy otwartym, opustoszałym grobie Chrystusa. Według naszych ustaleń, nieco wcześniej od nich na miejscu zdarzenia pojawiła się Maria Magdalena, która miała zobaczyć otwarty grób i dopiero ona powiadomiła o tym Piotra. Oficerowie prasowi radzą jednak, aby z dużą ostrożnością traktować relację właśnie Marii Magdaleny. Jak utrzymuje jeden z anglosaskich literatów - Daniel Brązowy - mogła bowiem istnieć intymna więź pomiędzy Marią Magdaleną a Jezusem Chrystusem. Nic wprawdzie nie potwierdza istnienia takiej więzi, ale na chwilę obecną sprawa jest - jak to mówimy - rozwojowa.
Dziękuję, Jacku, za tak obszerną relację i czekamy na kolejne informacje, oraz na zapowiedziany na godzinę 12:30 briefing Poncjusza Piłata. A tymczasem w naszym studiu kolejny gość - psycholog społeczny, pani Małgorzata Alphe. Pani doktor, wiele wskazuje na to, że wyjaśnienie tej tajemniczej sprawy może się wiązać z kręgiem najbliższych współpracowników Chrystusa, zwanych Apostołami. Psychologia zna przypadki, gdzie w tak małych, niedawno uformowanych wspólnotach religijnych może dojść do pewnego rodzaju prób utrzymania za wszelką cenę spójności danej wspólnoty. Czy w tym celu Apostołowie mogliby się posunąć do wykradzenia ciała Jezusa?
- Dzień dobry panu, dzień dobry państwu. Odpowiadając na pana pytanie - jak najbardziej! Ma pan zapewne na myśli słynne badania Leona Festingera i jego współpracowników w formie obserwacji uczestniczącej.
Tak, właśnie. Czy mogłaby nam pani przybliżyć te badania?
- Oczywiście. Otóż ten badacz przeniknął kilkadziesiąt lat temu do małej grupy religijnej, skupionej wokół charyzmatycznej kobiety-guru, która miała otrzymywać przesłania od istot pozaziemskich. Wiadomości te miały zwiastować, że zbliża się koniec świata, zawierały nawet konkretną datę, a jedynie osoby skupione w tej wspólnocie miały zostać przez kosmitów ocalone. Jak się państwo pewnie domyślają, koniec świata ostatecznie nie nadszedł
I co się wówczas stało z tą grupą?
- Wbrew pozorom, grupa nie rozpadła się. Co więcej, po początkowym okresie konsternacji, jej członkowie szybko doszli do wniosku, że to dzięki ich modlitwom i zaangażowaniu świat ocalał. Grupa zaczęła pozyskiwać nowych członków i jeszcze bardziej rozrastała się.
Czy uważa pani, że podobnie jest w tym przypadku?
- Bardzo możliwe. Sam Chrystus wielokrotnie podkreślał, że zwycięży śmierć i wstanie z grobu. W tej sytuacji, jego uczniowie mogli wykraść ciało z grobu i ukryć je, aby uwiarygodnić taką wersję wydarzeń, a tym samy uwiarygodnić samą ideologię wyznawaną przez chrześcijan. Uważam przy tym, że...
Przepraszam, pani profesor...
- Doktor.
Tak, pani doktor. Przepraszam, ale musimy przerwać tą rozmowę, ponieważ mamy sensacyjne doniesienia z Jerozolimy. Otóż, według tego, co przed chwilą podały agencje, mamy dwóch nowych świadków w całej sprawie. Dwóch mężczyzn, wciąż jeszcze nie wiemy, czy należeli oni do wspólnoty uczniów Chrystusa, podróżowało do Emaus. Twierdzą oni, że w drodze dołączył do nich tajemniczy człowiek, który towarzyszył im do celu, gdzie - zgodnie z ich słowami - "wyjaśniał im Pisma i łamał z nimi chleb". Obaj mężczyźni są w stu procentach przekonani, że tym człowiekiem był Jezus Chrystus we własnej osobie. Tyle wiemy na razie. Będziemy do tej sprawy jeszcze wracać.
Okazuje się zatem, że pojawia się coraz więcej dowodów, które jednak wskazywałyby na zmartwychwstanie Jezusa. Czy ta sensacyjna hipoteza znajdzie swoje potwierdzenie w rzeczywistości? O tym już za chwilę w programie "Dzień jak żywy" w TV-END24. Nasz aeroplan, Karmazynowy24, jest w drodze do Emaus i wkrótce powinniśmy otrzymać przekaz wideo z miejsca zdarzenia. Już za chwilę porozmawiamy też z profesorem neurologii o tym, czy w pewnych przypadkach możemy błędnie uznać kogoś za zmarłego. Czy w razie takich chorób jak na przykład katalepsja, może się zdarzyć, że człowiek wygląda jak martwy, ale po pewnym czasie, nawet po kilku dniach, jak gdyby nigdy nic budzi się. Czy coś takiego mogło dotyczyć Jezusa Chrystusa? Natomiast później zastanowimy się, jakie konsekwencje polityczne mogą nieść dzisiejsze wydarzenia. Kto zostanie nowym liderem chrześcijan, jeśli nie potwierdzą się informacje o zmartwychwstaniu Jezusa? Czy prawdą jest, co sugeruje jeden z naszych rozmówców, że Piotr Apostoł jest szykowany do roli lidera technicznego? Zostańcie państwo z nami. Już po przerwie najnowsze, gorące informacje w tej sprawie.
31. marca 2013, 22:24 DST, 50.479 °N, 17.960 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
wtorek, 26 marca 2013
po prostu BIRET
Proszę Państwa, 19. marca 2013 roku skończyły się w Polsce pociągi pospieszne. Tak górnolotnie mógłbym obwieścić, nawiązując do słynnych słów sprzed niemal ćwierćwiecza, aby w ten sposób przejść do historii. Oczywiście mógłbym również, idąc śladami autorki tych słów, przejść do historii na przykład pokazując goły tyłek reżyserowi teatralnemu, ale do tego musiałbym być w miarę słynnym aktorem, a prędzej żołnierz hełm założy na lewą stronę, niż do tego dojdzie.
A co do tych pociągów pospiesznych - one nadal wprawdzie jeżdżą po polskich torach, są, ale od tygodnia jakby ich nie było. I nie chodzi o to, że jest ich mniej, czy coś w tym rodzaju. 19. marca PKP Intercity - operator zdecydowanej większości pociągów pospiesznych w Polsce - wprowadził nowy system sprzedaży biletów na te właśnie pociągi uruchamiane pod marką TLK. System pod niezwykle wyrafinowaną językowo nazwą: "Po prostu BILET". Polega on - w uproszczeniu - na tym, że gdy do tej pory kupowało się bilet i siadało tam, gdzie wolne miejsce, tak teraz na każdym bilecie automatycznie będzie drukowana tzw. "miejscówka". Pasażer będzie zobowiązany usiąść tam, gdzie mu wskazano, a w zamian otrzymuje gwarancję miejsca siedzącego i nie musi o to miejsce zabiegać w sposób, który z grubsza pokazano swego czasu w filmie "Walka o ogień".
Spółka chwali się rewolucyjną zmianą gdzie tylko może. Że oszczędność papieru, że prostota, że europejskie standardy, że w trosce o pasażera. Propagandę uprawiają też media, pokazując tych zadowolonych i dopieszczonych troską pasażerów, którzy cieszą się, że "skończyła się jazda na stojąco" i kres położono bitwom o miejsca w pociągu. Aż dziwne, że nikt nie zwrócił uwagi na fakt, że nie tylko tą tzw. Europę dogoniliśmy, ale z dnia na dzień wyprzedziliśmy o kilka susów! Jednego dnia, przy pomocy jednej decyzji, praktycznie wszystkie pociągi pospieszne w Polsce automatycznie stały się składami kwalifikowanymi. Jak ekspresy i pociągi klasy intercity. Czegoś takiego chyba nie ma nigdzie na świecie! Bo też nigdzie na świecie nikt nie wpadł na tak "genialny" pomysł, aby w najtańszej kategorii pociągów pospiesznych wprowadzić obowiązkową rezerwację miejsc.
I od tego momentu będzie wyjątkowo poważnie, co ostatnio jest rzadkością na tym blogu. Pewnie zatem zanudzę przynajmniej połowę stałych Czytelników, czyli jakieś trzy osoby, ale nie mogę się powstrzymać. Odkąd tylko pomysł obowiązkowej rezerwacji miejsc w TLK ujrzał światło dzienne, protestuję gdzie tylko się da, pisząc na forach branżowych, oraz na forach w mediach prowincjonalnych (bo w tym kraju trudno o inne media). Niczego to nie zmieni rzecz jasna, ale jeśli podróżujecie pociągami raz na tak zwany ruski miesiąc, to postaram się przynajmniej wyprowadzić Was z przekonania, że gwarancja miejsca siedzącego jest w podróży pociągiem najważniejsza.
Po pierwsze, żadne to europejskie rozwiązanie, bo - jak wspomniałem - na tak zwanym Zachodzie, w pociągach pospiesznych najtańszej kategorii nie ma "miejscówek". A ludzie jakoś nie jeżdżą stłoczeni jak śledzie. Po drugie, żadna to też prostota. Owszem, zamiast dwóch blankietów mamy jeden, ale co z tego. Widzieliście kiedyś "miejscówkę" w PKP Intercity? To wygląda mniej więcej tak: "POC. 83100; WAGON 19; 001 M. DO SIEDZENIA 85 KOR". Jeśli nie jeździsz często koleją, bądź tu teraz mądry i pisz wiersze. A wagon 19 to pewnie gdzieś na końcu składu? Akurat! W TLK zwykle pierwszy wagon za lokomotywą to wagon numer... 20, a kolejne mają numery coraz niższe.
Po trzecie, nowy system nie wyeliminuje tłoku i braku miejsc, bo żaden system nie jest w stanie tego zrobić. Jeśli skład będzie zatłoczony, to tak czy inaczej czeka nas podróż w korytarzu. Jedyna zmiana to taka, że teraz dowiemy się już przy kasie, iż w danym pociągu wszystkie miejsca siedzące są już wyprzedane. I wówczas do nas należy decyzja, czy kupić bilet z adnotacją o braku "miejscówki" (wtedy podróżujemy na stojąco), czy zdecydować się jednak na inny pociąg.
I wreszcie mankament koronny i przesądzający sprawę. Wyobraźcie sobie, że już kupiliście bilet, są wciąż miejsca siedzące, udało Wam się nawet odczytać z blankietu zaszyfrowane informacje o tym, gdzie macie siedzieć, znaleźliście właściwy wagon, docieracie do wskazanego Wam przedziału, a tam na przykład:
- zimno
- koszmarnie brudno
- zarzygane
- siedzą dresiarze i słuchają muzyki z komórek, że słychać na cały wagon
- siedzą typy spod ciemnej gwiazdy i piją piwko
- siedzą żule i śmierdzi
- siedzą studenci i rechoczą na cały głos
- okno się nie domyka i siedzenia pokryte są szronem
- albo to wszystko naraz
Dawniej (czyli przed 19. marca A.D. 2013) po prostu szliście dalej i szukaliście bardziej komfortowego przedziału, z bardziej przyjemnym towarzystwem. A teraz musicie tam usiąść i już. W nowym systemie pasażer jest przyspawany do swojego miejsca, które zupełnie losowo przydzielił mu komputer. I nie może raczej iść do konduktora (jeszcze to sprawdzam, ale wątpię) i poprosić o wystawienie innej "miejscówki". Tak się dało w starym systemie, gdzie "miejscówki" były na osobnych blankietach. Odkąd są one immanentną częścią biletu, w takiej sytuacji trzeba by chyba... kupić u konduktora nowy bilet, zwracając stary (a więc dopłacić). Zatem - albo siadam w brudnym przedziale, z delikwentami o niezbyt przyjaznej aparycji, albo podróżuję w korytarzu. I owszem, można prosić konduktora czy kierownika pociągu o interwencję, ale bądźmy poważni - jeśli jest brudno, to przecież on nie posprząta w minutę osiem, bo tu zawiniła obsługa sprzątająca. A jeśli siedzi w przedziale czterech mięśniaków i robi rejwach na cały wagon, to konduktor ma się z nimi siłować? Pewnie, może wezwać SOK, ale spójrzmy realnie... A nowego przedziału nam przecież nie wyczaruje.
Pomijam już tutaj wszelkie inne problemy, które rodzi ten system, a nie tak ważne dla kogoś, kto podróżuje sporadycznie. Pomijam to, że "Po prostu BILET" wprowadza się bez właściwie żadnej, porządnej akcji informacyjnej (jedynie kilka tygodni kampanii w internecie). Pomijam to, że gdy dawniej bilet na TLK wystawiało się na relację, tak teraz wystawia się go na konkretny pociąg, co przy przesiadkach rodzi ogromne kłopoty (trzeba każdorazowo stać po nową "miejscówkę", albo podróżować na korytarzu). Pomijam dywagacje, że nowy system ("prognozujący realne zapotrzebowanie na miejsca w pociągu") być może wcale nie jest w trosce o pasażera, ale po to, aby spółka nie musiała ponosić kosztów przeglądów i napraw rewizyjnych setek wagonów, które bezużytecznie gniją na torach odstawczych. Pomijam wreszcie złośliwości, iż dobrze, że PKP Intercity jest operatorem publicznego transportu zbiorowego, a zatem - według przepisów - nie ma prawa limitować miejsc w swoich pociągach. Bo gdyby tak nie było, pospieszne jeździłyby z najwyżej dwoma wagonami...
To wszystko są byty mnożone. A swoistą brzytwą Ockhama w tym przypadku jest już tylko ten fakt, że system komputerowy mówi nam, gdzie mamy usiąść w pociągu. Współczuję każdej kobiecie, zwłaszcza w nocnym pociągu, która "wylosuje" miejsce w przedziale z trzema facetami o wątpliwej reputacji. Zresztą nie trzeba się stawiać na miejscu tej kobiety. Nawet gdy ktoś jest słusznej postury facetem, to podróż ze Szczecina do Przemyśla w śmierdzącym przedziale, albo wśród podejrzanych lub głośno zachowujących się typów, do największych przyjemności z pewnością nie należy. Ale za to w kieszeni - uwaga, sarkazm! - jeden blankiet zamiast dwóch.
Jasne, wymądrzać się każdy potrafi, a spróbuj - cwaniaczku - wymyślić lepszy system! Jeśli już miałbym coś podpowiadać, to - skoro rezerwacja fakultatywna się nie sprawdziła - niech chociaż łatwiej się te "miejscówki" wymienia na inne, w przypadku gdy w przedziale jest niefajnie. Albo niech ten system obowiązuje wyłącznie w okresach, gdy są naprawdę duże obłożenia składów, na przykład przed świętami, czy w tzw. "długie weekendy". Po pierwsze jednak, nie ja za wymyślenie "Po prostu BILET" wziąłem całkiem spore pieniądze. Natomiast jeżdżę pociągami wystarczająco często, aby dostrzegać wszystkie jego mankamenty. A ktoś, kto wprowadził ten system, być może posiada biret po jakiejś administracji czy marketingu, ale pociągi ogląda pewnie tylko wtedy, gdy przejeżdżają za zamkniętymi szlabanami, a on akurat stoi na przejeździe kolejowym w swojej błyszczącej, klimatyzowanej limuzynie. Bon voyage!
26. marca 2013, 19:29 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
A co do tych pociągów pospiesznych - one nadal wprawdzie jeżdżą po polskich torach, są, ale od tygodnia jakby ich nie było. I nie chodzi o to, że jest ich mniej, czy coś w tym rodzaju. 19. marca PKP Intercity - operator zdecydowanej większości pociągów pospiesznych w Polsce - wprowadził nowy system sprzedaży biletów na te właśnie pociągi uruchamiane pod marką TLK. System pod niezwykle wyrafinowaną językowo nazwą: "Po prostu BILET". Polega on - w uproszczeniu - na tym, że gdy do tej pory kupowało się bilet i siadało tam, gdzie wolne miejsce, tak teraz na każdym bilecie automatycznie będzie drukowana tzw. "miejscówka". Pasażer będzie zobowiązany usiąść tam, gdzie mu wskazano, a w zamian otrzymuje gwarancję miejsca siedzącego i nie musi o to miejsce zabiegać w sposób, który z grubsza pokazano swego czasu w filmie "Walka o ogień".
Spółka chwali się rewolucyjną zmianą gdzie tylko może. Że oszczędność papieru, że prostota, że europejskie standardy, że w trosce o pasażera. Propagandę uprawiają też media, pokazując tych zadowolonych i dopieszczonych troską pasażerów, którzy cieszą się, że "skończyła się jazda na stojąco" i kres położono bitwom o miejsca w pociągu. Aż dziwne, że nikt nie zwrócił uwagi na fakt, że nie tylko tą tzw. Europę dogoniliśmy, ale z dnia na dzień wyprzedziliśmy o kilka susów! Jednego dnia, przy pomocy jednej decyzji, praktycznie wszystkie pociągi pospieszne w Polsce automatycznie stały się składami kwalifikowanymi. Jak ekspresy i pociągi klasy intercity. Czegoś takiego chyba nie ma nigdzie na świecie! Bo też nigdzie na świecie nikt nie wpadł na tak "genialny" pomysł, aby w najtańszej kategorii pociągów pospiesznych wprowadzić obowiązkową rezerwację miejsc.
I od tego momentu będzie wyjątkowo poważnie, co ostatnio jest rzadkością na tym blogu. Pewnie zatem zanudzę przynajmniej połowę stałych Czytelników, czyli jakieś trzy osoby, ale nie mogę się powstrzymać. Odkąd tylko pomysł obowiązkowej rezerwacji miejsc w TLK ujrzał światło dzienne, protestuję gdzie tylko się da, pisząc na forach branżowych, oraz na forach w mediach prowincjonalnych (bo w tym kraju trudno o inne media). Niczego to nie zmieni rzecz jasna, ale jeśli podróżujecie pociągami raz na tak zwany ruski miesiąc, to postaram się przynajmniej wyprowadzić Was z przekonania, że gwarancja miejsca siedzącego jest w podróży pociągiem najważniejsza.
Po pierwsze, żadne to europejskie rozwiązanie, bo - jak wspomniałem - na tak zwanym Zachodzie, w pociągach pospiesznych najtańszej kategorii nie ma "miejscówek". A ludzie jakoś nie jeżdżą stłoczeni jak śledzie. Po drugie, żadna to też prostota. Owszem, zamiast dwóch blankietów mamy jeden, ale co z tego. Widzieliście kiedyś "miejscówkę" w PKP Intercity? To wygląda mniej więcej tak: "POC. 83100; WAGON 19; 001 M. DO SIEDZENIA 85 KOR". Jeśli nie jeździsz często koleją, bądź tu teraz mądry i pisz wiersze. A wagon 19 to pewnie gdzieś na końcu składu? Akurat! W TLK zwykle pierwszy wagon za lokomotywą to wagon numer... 20, a kolejne mają numery coraz niższe.
Po trzecie, nowy system nie wyeliminuje tłoku i braku miejsc, bo żaden system nie jest w stanie tego zrobić. Jeśli skład będzie zatłoczony, to tak czy inaczej czeka nas podróż w korytarzu. Jedyna zmiana to taka, że teraz dowiemy się już przy kasie, iż w danym pociągu wszystkie miejsca siedzące są już wyprzedane. I wówczas do nas należy decyzja, czy kupić bilet z adnotacją o braku "miejscówki" (wtedy podróżujemy na stojąco), czy zdecydować się jednak na inny pociąg.
I wreszcie mankament koronny i przesądzający sprawę. Wyobraźcie sobie, że już kupiliście bilet, są wciąż miejsca siedzące, udało Wam się nawet odczytać z blankietu zaszyfrowane informacje o tym, gdzie macie siedzieć, znaleźliście właściwy wagon, docieracie do wskazanego Wam przedziału, a tam na przykład:
- zimno
- koszmarnie brudno
- zarzygane
- siedzą dresiarze i słuchają muzyki z komórek, że słychać na cały wagon
- siedzą typy spod ciemnej gwiazdy i piją piwko
- siedzą żule i śmierdzi
- siedzą studenci i rechoczą na cały głos
- okno się nie domyka i siedzenia pokryte są szronem
- albo to wszystko naraz
Dawniej (czyli przed 19. marca A.D. 2013) po prostu szliście dalej i szukaliście bardziej komfortowego przedziału, z bardziej przyjemnym towarzystwem. A teraz musicie tam usiąść i już. W nowym systemie pasażer jest przyspawany do swojego miejsca, które zupełnie losowo przydzielił mu komputer. I nie może raczej iść do konduktora (jeszcze to sprawdzam, ale wątpię) i poprosić o wystawienie innej "miejscówki". Tak się dało w starym systemie, gdzie "miejscówki" były na osobnych blankietach. Odkąd są one immanentną częścią biletu, w takiej sytuacji trzeba by chyba... kupić u konduktora nowy bilet, zwracając stary (a więc dopłacić). Zatem - albo siadam w brudnym przedziale, z delikwentami o niezbyt przyjaznej aparycji, albo podróżuję w korytarzu. I owszem, można prosić konduktora czy kierownika pociągu o interwencję, ale bądźmy poważni - jeśli jest brudno, to przecież on nie posprząta w minutę osiem, bo tu zawiniła obsługa sprzątająca. A jeśli siedzi w przedziale czterech mięśniaków i robi rejwach na cały wagon, to konduktor ma się z nimi siłować? Pewnie, może wezwać SOK, ale spójrzmy realnie... A nowego przedziału nam przecież nie wyczaruje.
Pomijam już tutaj wszelkie inne problemy, które rodzi ten system, a nie tak ważne dla kogoś, kto podróżuje sporadycznie. Pomijam to, że "Po prostu BILET" wprowadza się bez właściwie żadnej, porządnej akcji informacyjnej (jedynie kilka tygodni kampanii w internecie). Pomijam to, że gdy dawniej bilet na TLK wystawiało się na relację, tak teraz wystawia się go na konkretny pociąg, co przy przesiadkach rodzi ogromne kłopoty (trzeba każdorazowo stać po nową "miejscówkę", albo podróżować na korytarzu). Pomijam dywagacje, że nowy system ("prognozujący realne zapotrzebowanie na miejsca w pociągu") być może wcale nie jest w trosce o pasażera, ale po to, aby spółka nie musiała ponosić kosztów przeglądów i napraw rewizyjnych setek wagonów, które bezużytecznie gniją na torach odstawczych. Pomijam wreszcie złośliwości, iż dobrze, że PKP Intercity jest operatorem publicznego transportu zbiorowego, a zatem - według przepisów - nie ma prawa limitować miejsc w swoich pociągach. Bo gdyby tak nie było, pospieszne jeździłyby z najwyżej dwoma wagonami...
To wszystko są byty mnożone. A swoistą brzytwą Ockhama w tym przypadku jest już tylko ten fakt, że system komputerowy mówi nam, gdzie mamy usiąść w pociągu. Współczuję każdej kobiecie, zwłaszcza w nocnym pociągu, która "wylosuje" miejsce w przedziale z trzema facetami o wątpliwej reputacji. Zresztą nie trzeba się stawiać na miejscu tej kobiety. Nawet gdy ktoś jest słusznej postury facetem, to podróż ze Szczecina do Przemyśla w śmierdzącym przedziale, albo wśród podejrzanych lub głośno zachowujących się typów, do największych przyjemności z pewnością nie należy. Ale za to w kieszeni - uwaga, sarkazm! - jeden blankiet zamiast dwóch.
Jasne, wymądrzać się każdy potrafi, a spróbuj - cwaniaczku - wymyślić lepszy system! Jeśli już miałbym coś podpowiadać, to - skoro rezerwacja fakultatywna się nie sprawdziła - niech chociaż łatwiej się te "miejscówki" wymienia na inne, w przypadku gdy w przedziale jest niefajnie. Albo niech ten system obowiązuje wyłącznie w okresach, gdy są naprawdę duże obłożenia składów, na przykład przed świętami, czy w tzw. "długie weekendy". Po pierwsze jednak, nie ja za wymyślenie "Po prostu BILET" wziąłem całkiem spore pieniądze. Natomiast jeżdżę pociągami wystarczająco często, aby dostrzegać wszystkie jego mankamenty. A ktoś, kto wprowadził ten system, być może posiada biret po jakiejś administracji czy marketingu, ale pociągi ogląda pewnie tylko wtedy, gdy przejeżdżają za zamkniętymi szlabanami, a on akurat stoi na przejeździe kolejowym w swojej błyszczącej, klimatyzowanej limuzynie. Bon voyage!
26. marca 2013, 19:29 CET, 52.245 °N, 16.546 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
piątek, 15 marca 2013
gaudium magnum
Narzekania redaktora Mikołajewskiego na rezygnację Benedykta XVI, która podobno odarła sprawowaną przez niego funkcję z klimatu i wyjątkowości, a już na pewno nie dorównywała mistyką ostatnim dniom Jana Pawła II, były nie mniej irytujące niż spekulacje przed tzw. konklawe. Dlatego tym bardziej odetchnąć można, że i jedne i drugie wreszcie odejdą w zapomnienie.
To, co działo się przez ostatnie tygodnie w związku z urzędem głowy Kościoła rzymskokatolickiego, powoli stawało się nie do zniesienia. Niecierpliwie czekam spełnienia się przepowiedni Szymona Hołowni, która głosi, że już wkrótce katolicy będą zwartą, maksymalnie 30-procentową mniejszością, funkcjonującą sobie jak wiele innych wspólnot i nie rodzącą niezdrowego zainteresowania mediów i ludzi spoza. Nie chodzi mi o zmniejszanie znaczenia Kościoła dla jego członków, ale o to, aby należeli do niego ludzie faktycznie przekonani, że chcą w tej wspólnocie być. Co nie znaczy, rzecz jasna, że perfekcyjnie stosujący się do wszystkich jej reguł, bo widzę Kościół jako miejsce dla wciąż poszukujących, ale poszukujących prawdziwie, z wewnętrznej potrzeby. I marzę o tym dniu, bo wydaje mi się, że uczestnictwo w tak skonstruowanej wspólnocie to naprawdę będzie coś.
A dopóki jest tak, jak jest, trzeba pogodzić się z tym, że zainteresowanie Kościołem budzi się w mediach i wśród tych mniej poszukujących członków, od wielkiego dzwonu. Naprawdę miałem już dość tych jałowych dyskusji o tym, czy Joseph Ratzinger słusznie czy niesłusznie zrezygnował ze swojej funkcji. Zwłaszcza z ust ludzi, którzy gotowi są powiesić premiera Tuska za uszy, bo podniósł im wiek emerytalny. No na Teutatesa, człowiek zrezygnował z roboty w wieku 86 lat (podjął ją - a przecież nie musiał - mając lat 78) i jeszcze macie mu za złe? Chociaż sami twierdzicie, że nie dożyjecie do tych marnych 67 lat, którymi was uszczęśliwił pan Donald? Zgoda, nie zmienia się reguł w trakcie gry (to kamyczek do ogródka premiera), ale jeśli z tej okazji macie żal do Benedykta XVI, że nie czując się już na siłach, nie chciał tkwić w Watykanie do siódmej nieskończoności, to połóżcie sobie zimny ręcznik na potylicy i idźcie spać.
Podobnie jak takich utyskiwań, dość miałem spekulacji dotyczących wyboru następcy Benedykta. Zwłaszcza z ust osób publicznych, którym Kościół rzymskokatolicki zwiewa i powisa, jak choćby pan Biedroń, który wypalił, że najlepszym papieżem byłaby afroamerykańska lesbijka. Cóż, ja panu Biedroniowi nie wybieram kandydatów do jego gejowskich organizacji i nie sugeruję, że najlepszym szefem Kampanii Przeciw Homofobii byłaby profesor Krystyna Pawłowicz, więc niech on się od mojej wspólnoty odfasoli. Ale na szczęście już koniec. Jeszcze tylko kilka dni i już na ekranie telewizora nie powita mnie z Watykanu rozwiany włos Piotra Kraśko. Jeszcze kilka tygodni i o Kościele znowu zrobi się w mediach cicho, zwłaszcza w tych, które mówią teraz o nim tylko dlatego, że to chwytliwy i biorący temat.
Produkuję się w tak ideologicznych i grząskich kwestiach, bo pewien gatunek przejawianych wobec religii postaw mnie zwyczajnie irytuje, chociaż może nie powinien. Moja droga z Kościołem jest często wyboista, ale nie mogę sobie zarzucić, że nie próbuję. Jestem tak zwaną osobą wierzącą, nie kryję się z tym, a w kwestiach, w których moje zdanie nie zgadza się z nauką Kościoła, staram się poznać i zrozumieć argumentację drugiej strony, znaleźć miejsce dla jakiegokolwiek spotkania, nawiązania dialogu. Dlatego pewnie nie ułatwia mi sprawy fakt, że wkurza mnie gros osób deklarujących się jako wierzące i praktykujące, które sprawami swojej - rzekomo dla nich ważnej - wiary interesują się mniej więcej tak, jak ja pogłowiem bydła mlecznego w Tajlandii. Dla których najważniejszymi oczekiwaniami wobec nowego papieża są: czy i kiedy przyjedzie do Polski, czy będzie wesoło machał do wiernych z okna bazyliki św. Piotra i czy w swoich wypowiedziach nawiąże do Jana Pawła II. Zwyczajnie nudne jest zwłaszcza to ostatnie - Karol Wojtyła zrobił mnóstwo jako Ojciec Święty (może mógł więcej, może mniej, nieistotne), ale umarł i nie żyje. Dajmy mu już spokój. Zadziwiające jest, że ludzie krytykują środowiska PiS-owe za ciągłe odgrzebywanie historii, ale gdy sami to robią, z tą tylko różnicą, że odgrzebują kogoś innego, to już jest okej.
I owszem, nie mój interes zaglądać w buty czyichś przekonań religijnych, jednak boję się, że z takimi powierzchownymi katolikami, ciężko mi będzie znaleźć wspólny język. Mnie, któremu do gorliwości religijnej wciąż daleko niczym na Księżyc, mimo wielkich chęci i szczerej potrzeby. Dlatego łudzę się, że gdy z Kościołem dadzą sobie spokój te osoby, które słuchają papieży tylko wtedy, gdy ci mówią gdzie i kiedy jadali kremówki, będzie mi łatwiej. Choć to pewnie złudna nadzieja, a może i nieuzasadniona pycha...
Dlatego bardzo liczę na papieża Franciszka. Liczę, że będzie potrafił dotrzeć do ludzi i unaocznić im, w czym tak naprawdę mają możliwość uczestniczyć. Że powie: "To jest nasza wspólnota, nie zmuszamy was, ale jeśli się wam podoba, jeśli chcecie - chodźcie z nami!". Że zmieni obraz i społeczny odbiór tej wspólnoty. Tak, właśnie wspólnoty, a nie instytucji, bo przeciętnemu katolikowi Kuria Rzymska i Bank Watykański są potrzebne jak zającowi dzwonek. Że nauczy, iż sercem i duszą Kościoła jest służba. Rozumiana jednak nie tylko w ten sposób, gdzie księża mają służyć ludziom, ale jako służba na wszystkich poziomach (księża - księżom, księża - ludziom, ludzie - księżom i być może najważniejszym: ludzie - ludziom). Że będzie potrafił przekazać, co naprawdę miał na myśli Chrystus mówiąc: "Jedni drugich brzemiona noście". Że za przykładem św. Franciszka z Asyżu zmieni stosunek gatunku homo sapiens do pozostałych gatunków zwierząt, które - po tym, co im robi człowiek - już dawno powinny wszcząć uzasadnioną rebelię. I że pokaże, iż Kościół nie jest instytucją do świadczenia usług w ciągu: chrzest - komunia - ślub - pogrzeb, fabryką świętych i błogosławionych, muzeum do przechowywania relikwii, ani urzędem od wystawiania papierków. Które bez czegoś więcej, co za nimi stoi, nadają się wyłącznie na makulaturę.
Jednak pierwsze dni pontyfikatu to spekulacje, kiedy nowy papież przyjedzie do naszego kraju (czy w 2015 roku na Święto Młodzieży, czy może w 2016 na 150-lecie chrztu Polski...), to dywagacje o tym, czy będzie potrafił powiedzieć coś zabawnego do tłumu, to wreszcie list gratulacyjny prezydenta Komorowskiego, w którym jest więcej odniesień do Jana Pawła II niż gratulacji pod adresem papieża Franciszka. I w związku z tym, mam coraz mniej złudzeń, że coś się jednak zmieni. Ale jeśli mimo to, mimo tak banalnego nastawienia swoich "wyznawców", papież Franciszek sobie poradzi, będę pierwszym, który okrzyknie go świętym.
15. marca 2013, 23:24 CET, 52.435 °N, 15.142 °E, trzecia planeta Układu Słonecznego
Subskrybuj:
Posty (Atom)
